fbpx

Dlaczego strata musi boleć?

Dlaczego strata musi boleć?
fot. iStock

Jak radzimy sobie ze stratą? Różnie, zwykle jednak zaprzeczając, bo nie potrafimy jej ani zrozumieć, ani przyjąć. Ucieczką jest też trwanie w smutku długie tygodnie czy lata albo rzucanie się w nowy związek czy pracę. O tym, jak mądrze żegnać ludzi i ważne dla nas związki, z psychologiem Pawłem Droździakiem rozmawia trenerka Renata Mazurowska.

Niewiele jest osób, których nie dotknęła w życiu jakaś strata – tracimy pracę, zdrowie, rozpadają się nasze związki, bliscy odchodzą lub umierają. Ostateczna strata, czyli śmierć, od samego początku wpisana jest w życie, ale na co dzień o niej nie myślimy, „nie pamiętamy”. Zauważam takie dwie postawy przeżywane współcześnie. Pierwsza to nieprzyjmowanie straty do wiadomości. Udajemy, że się nic nie stało, i po rozstaniu natychmiast wchodzimy w inną relację albo nawet będąc jeszcze w związku, gdy coś zaczyna się psuć, szukamy innego związku, na tzw. zakładkę…

Jedną z typowych reakcji na stratę jest dążenie do szybkiego jej anulowania albo kompensacji. Tendencja do natychmiastowego zastąpienia utraconego partnera kolejnym może wynikać z obawy, że nie będziemy w stanie w ogóle przeżyć uczucia smutku, tęsknoty czy poczucia porażki. Może to też być efekt specyficznego traktowania partnerów – raczej z perspektywy naszych potrzeb, które mają zaspokajać, niż jako konkretnych osób, z którymi coś niepowtarzalnego nas łączy. Może tu też występować pragnienie szybkiego zaprzeczenia tej niepowtarzalności. Jeśli natychmiast znajdujemy kogoś nowego, udowadniamy sobie, że ten poprzedni nikim specjalnym nie był. Nie chcemy przyznać, że był, bo to boli.

Druga postawa to nadmierne przeżywanie straty, wręcz nurzanie się w niej jako uzasadnienie dla niekonfrontowania się z życiem. Takie bolesne i długotrwałe przeżywanie straty związku jest dość bezpieczne, bo pozwala nie wchodzić w nowy, gdyż boimy się, że spotka nas ponowne cierpienie… Jednym słowem, mamy kłopot, żeby opłakać, że coś się skończyło, pożegnać się z tym i pójść dalej.

W temacie straty związku można mówić o trzech możliwych aspektach, które dla różnych osób mają różną wagę. Pierwszy to upadek wyobrażenia o tym, jak świat funkcjonuje. Mówimy wtedy coś w rodzaju: „Jak ona mogła odejść, tyle dla niej robiłem? Jak to możliwe, jak ten świat tak działa? To niesprawiedliwe” – czyli tak naprawdę strata dotyczy tego, czy świat jest spójny z jakąś regułą, która – jak myślimy – nim rządzi.

Na przykład reguła sprawiedliwości. Że za dobre otrzymamy dobre.

Właśnie. Mówimy wówczas na przykład: „Miał wyprane i wyprasowane, na fitness chodziłam, dbałam o siebie i o niego, seks z nim regularnie uprawiałam, a tu takie coś”, „Samochód jej kupiłem, a ona właśnie z nim w tym samochodzie…”. I tak dalej… Czyli dotąd myśleliśmy, że wiemy, o co chodzi w związku. Na przykład właśnie o samochód, gotowanie, seks, fitness, wierność małżeńską i tak dalej, ale oto nagle ziemia nam się usuwa spod nóg, bo wszystko to było, ale nie zadziałało. To tak, jakbyśmy nagle spotkali ducha. Nie możemy tego pojąć, bo to przychodzi z innego porządku. To narusza nasze poczucie bezpieczeństwa. Jeśli to, co robiliśmy w przekonaniu, że to oczywiste, jednak nie zapewnia gwarancji, to co ją zapewnia?

Druga forma straty jest wtedy, gdy wraz z końcem związku traci się jakąś część tożsamości, bo ona się opierała na byciu z tym kimś. Mówimy wówczas: „Ja bez niego nie istnieję”, „Bez niej moje życie jest bez sensu”. Czasem ten obraz siebie nie tyle się opiera na identyfikacji z konkretną osobą, co na jakimś wyobrażeniu o własnej wyjątkowości. Mówi się wówczas coś w rodzaju: „Mnie się nie porzuca”, „Nie będzie jakiś facet decydował, czy ze mną będzie czy nie”.

I trzecia strata – tracę rzeczywiście rodzaj przywiązania, miłości. Tęsknię za tą osobą.

Te trzy straty bolą różnie. I różnie też próbujemy sobie z nimi poradzić. Jedni poszukują od razu nowego partnera, drudzy uciekają w pracę albo inną hiperaktywność, ale też korzystają z szerokiej oferty „przemysłu rozwodowego”, którego propozycja polega na zamienieniu depresji w agresję.

Ciągnące się latami sprawy rozwodowe, sprawy o majątek, o widzenie się z dziećmi…

Czyli: „Zamień człowieka, za którym tęsknisz, na wroga, walcz z nim”. On musi zostać zmiażdżony, ma odczuć, jak bardzo cię zranił. Im bardziej nakręcasz się nienawiścią, tym mniej bólu odczuwasz. Rynek prawniczy i detektywistyczny, a nawet część oferty pomocy psychologicznej podpowiada ludziom takie rozwiązania, często przynoszące więcej szkody niż pożytku, bo w gruncie rzeczy prowadzą one do nakręcania konfliktu tam, gdzie jeszcze można byłoby coś uratować. Jeśli nie sam związek, to przynajmniej to, co po nim zostaje. Zamiast tego proponuje się zdefiniowanie traconej osoby jako wroga i zniszczenie go. Do pewnego momentu to nawet pozornie pomaga, bo nie czuje się smutku, gdy się walczy, ale niestety wiąże się to z destrukcją świata wspólnych dzieci, z całkowitym zniszczeniem wszystkich intymnych wspomnień.

Jest to też sposób na niekończenie tej relacji.

Tak. I na przeżywanie złości zamiast bólu. Próbą pozostania w byłym związku i nieprzeżywania straty jest sublimacja, czyli niewchodzenie w nowy związek. Na przykład nie jesteś już czyjąś żoną, ale wciąż macie dziecko i poprzez tę więź, rodzicielską, symbolicznie pozostajecie się w relacji. To iluzja, ale czasem działa jak rodzaj plastra na zranienie.

Można też pozostać w związku, nie przyjmując straty do wiadomości i karmić się nadzieją, że on jednak wróci.

Można też nie przyjmować straty, zaprzeczając swoim uczuciom poprzez wchodzenie w związki perwersyjne, destrukcyjne, używając innych osób, mszcząc się na partnerach za tamtego, za tamtą. Tworzenie związków pozornych z kimś, kto nie poruszy nas zbyt mocno, jest częstą reakcją.

Swoistą próbą obrony jest kierowanie miłości na siebie, np. poprzez gadżety, przedmioty lub poprawianie wyglądu. Albo nadmierna praca – do pewnego momentu to pomaga, ale później siła napędu na pracę spada i wtedy dopada nas depresja.

Wszystkie inne sposoby radzenia sobie z bólem niż autentyczne przeżywanie straty, czyli żałoba po relacji, prowadzą do destrukcji – naszego świata, a czasami także świata naszych dzieci.

Dlatego stratę trzeba opłakać. Ona musi zaboleć. Dobrze jest też rozróżnić, co straciliśmy. Czy nasze wyobrażenie o własnym „ja”, czy rytuały życiowe codzienne, czy przekonanie o tym, jak świat działa, czy rzeczywiście podmiotową relację. Czasami towarzyszy nam uczucie, że ta osoba była najlepszym, co mogło nam się zdarzyć, odpowiadała nam na każdym poziomie – wtedy warto się zastanowić, dlaczego tak czujemy. Bo to jest jakiś rodzaj iluzji, który my podtrzymujemy. Gdyby ten związek mógł istnieć dalej, toby istniał.

Taką prawdę często trudno nam przyjąć.

Ale gdy się to zrozumie, jest lżej. Zdaje się nam, że związek, który straciliśmy, był wspaniały. Ale gdyby był wspaniały, tobyśmy go nie stracili. Skoro się skończył źle, to znaczy, że nie mógł skończyć się dobrze.

Podobnie, choć trochę inaczej, jest z przeżywaniem śmierci…

Śmierci nie da się do końca przyjąć do wiadomości, bo nie można nadać jej sensu inaczej niż przez dopisanie do niej jakiegoś pozoru. Stąd wymyślamy religie, rytuały, misje, w których umiera się „za coś” i tak dalej. Bez pozoru sensu śmierć jest nie do przyjęcia. W ostateczności szukamy tego sensu na przykład przez znalezienie winnego. Winnym może być lekarz, jeśli bliski umarł w szpitalu, albo sprawca katastrofy czy wypadku. Bo świat, w którym nikt nie jest winny, w którym można umrzeć w każdej chwili i nic, co należy do życia, nie daje się z tym połączyć, użyć do poradzenia sobie z tym doświadczeniem, jest po prostu nie do przyjęcia.

A jak jest wina, musi być też kara… Dążenie do ukarania winnych trzyma nas przy życiu. Zamiast rozpaczać, możemy działać.

Szukanie winnego to częsty sposób na poradzenie sobie ze stratą. Alternatywny do religijnych opowieści o tym, że tak naprawdę śmierć to wcale nie śmierć. Pełni podobną funkcję, ale stanowi odmienne rozwiązanie. Szukając winnego, chcemy zamienić rozpacz w działanie, natomiast wierząc w religijną opowieść o „nieśmierci”, chcemy się tylko uspokoić. Raczej co do własnej przyszłości. Nie tolerujemy sytuacji, w której czyjaś obecność zmieniłaby się w czysty brak. Ludziom potrzebne są punkty odniesienia – jeśli nie grobowiec, który można odwiedzać, to chociaż ustawione w mieszkaniu zdjęcia. Albo przedmiot, który można mieć zawsze przy sobie. Musi istnieć obiekt zastępczy, bez niego uczucie, nawet nie pustego miejsca, ale wręcz zniknięcia miejsca, jest zbyt trudne.

Pracuję z osobami po stracie – one często pytają, ile może trwać żałoba, że przeżywanie jej przeszkadza w normalnym życiu, mówią też, że inni oczekują od nich, żeby się szybko pozbierały. Często pojawiają się też wyrzuty sumienia, że czegoś nie dopatrzyliśmy, coś zaniedbaliśmy…

Zdarza się, że jest w nas głębokie przeświadczenie, iż dopóki cierpimy, to ta więź istnieje – dlatego w żałobie często nie pozwalamy sobie na poczucie czegoś radosnego, bo to tak, jakby ta więź nie była ważna albo jakbyśmy zdradzili zmarłą osobę. Dopóki opłakuję, dopóty się na to odejście, na tę śmierć nie zgadzam.

Ale zgodzić się jednak trzeba.

Trzeba, ale w takim czasie, jaki jest nam potrzebny, by żałobę przeżyć do końca.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>