Egoiści czy przyszli mistrzowie empatii? Oto cała prawda o jedynakach

Silna więź z rodzicami daje wsparcie, wypracowuje odpowiedzialność, ale staje się też obciążeniem. (Fot. iStock)

Egoista i samotnik czy wprost przeciwnie: przyszły mistrz empatii, który dostał szansę na lepszy rozwój i bliższą relację z rodzicami? Jedynak wciąż budzi emocje, chociaż nikt już nie twierdzi, że musi być zepsutym sobkiem.

Lauren Sandler, autorka książki „Jedno i już” przytacza następującą anegdotę: matka odprowadza swojego jedynaka na autobus, syn jedzie na biwak. Tuli go i płacze: „nie jedź, nie zniosę tego, będę tęskniła”. Gdy wreszcie zniecierpliwiony syn mówi: „OK, mamo, jeśli tak cię to rani, nie pojadę”, matka odstępuje o krok i warczy: „wsiadaj wreszcie do tego autobusu”! Zabawne? Może, ale i trudne, bo jedynacy wciąż dostają sprzeczne komunikaty, typu: „jesteś dla nas wszystkim”, „boimy się o ciebie, ale idź, idź do swojego życia, dasz radę”. Z jednej strony w człowieku wzrasta poczucie własnej wartości, z drugiej – odpowiedzialność za cudze uczucia i lęk przed wyzwaniami świata. Jak sobie z tym poradzić?

Mity żyją długo

Wokół jedynaków narosło mnóstwo stereotypów. A to, że są samotni i nieprzystosowani do życia w społeczeństwie, a to że mają kłopoty z empatią i niechętnie dzielą się czymkolwiek z innymi… Za te przekonania – o których dziś już wiemy, że można je włożyć między bajki, bo żaden jedynak nie dorasta w izolacji, bez kontaktu z rówieśnikami – przynajmiej w części odpowiada Granville Stanley Hall, który jako pierwszy zajął się psychologią jedynactwa na przełomie XIX i XX wieku. Ten amerykański psycholog i nauczyciel stworzył niepochlebny portret małego, a potem dorosłego egoisty i samoluba. Bycie jedynakiem nazwał wręcz „chorobą samą w sobie”. Jego wniosek zakorzenił się do tego stopnia, że gdy w 1928 roku Norman Fenton z ośrodka badań młodzieży w Kalifornii dowiódł czegoś innego, jego głos został zakrzyczany. Choć Fenton opierał się na szczegółowych kwestionariuszach na temat zachowania i postaw uczniów, wypełnionych przez nauczycieli, musiało upłynąć kilkanaście lat, zanim pojawiły się pierwsze życzliwe dla jedynaków artykuły w prasie.

A jak jest w życiu?

Jestem jedynaczką, znam wielu jedynaków. Nie miałam wprawdzie „poligonu” we własnym domu, ale zapewniam, że trening na podwórku, w przedszkolu i szkole, wreszcie z kuzynami – jest jak najbardziej skuteczny. Może nawet ciekawszy, bo nie patronuje mu nakaz rodzicielski: „to twój brat – musisz go pilnować” albo „słuchaj jej, bo starsza”. Jedynak wchodzi w świat rówieśników samodzielnie i musi sobie poradzić. I zwykle nieźle sobie radzi, szybko wykazuje zdolności przywódcze, zawiera silne przyjaźnie. A kiedy z podwórka czy szkoły wraca do swojego pokoju – ćwiczy cenną umiejętność bycia ze sobą.

Badania potwierdzają, że jedynacy dobrze się czują we własnym towarzystwie. Amerykański psychoterapeuta Carl Pickhardt, autor książki o jedynakach, twierdzi, że te pierwotne relacje ze samym sobą, to „fundament samowystarczalności, która zapewni jedynakowi niezależność”.

Jedynacy to potwierdzają: Agata, obecnie trzydziestoletnia ekonomistka, mieszka w dużym mieście. Żyje bardzo aktywnie, jest zaangażowana w pracę, spotkania towarzyskie. Kiedy wraca do domu, z ulgą zagłębia się w książce albo po prostu w ciszy. – Lubię być ze sobą, umiem sama spędzać czas i nie muszę koniecznie mieć kogoś obok – wyjaśnia i dodaje: – Owszem, kiedy spotkam kogoś, kogo pokocham, to się z nim zwiążę, ale na pewno nie dlatego, żeby zapełnić pustkę. Nie czuję takiej pustki, a jeśli chodzi o rozmowę, kontakty, wystarczy włączyć komputer…

Internet jest sprzymierzeńcem jedynaków – pozwala sięgnąć do znajomych w każdej chwili, co nie znaczy, że sieć zastępuje rzeczywiste relacje. Bliskie więzy z dalszymi krewnymi i przyjaźń to wartość, którą jedynacy pielęgnują i cenią sobie bardzo mocno – bo w ten sposób tworzą „rodzinę z wyboru”. – Odkąd pamiętam, miałam bliską przyjaciółkę – potwierdza Agata – taką „zastępczą siostrę”. W dzieciństwie to była Ola, razem jeździłyśmy na wakacje, spędzałyśmy popołudnia, miałyśmy wspólne grono znajomych. Na studiach poznałam Ankę – zaznałam nieraz jej wsparcia i sama wstawałam o północy, żeby do niej jechać, bo coś się działo. Te przyjaźnie nadal trwają. I nigdy nie miałam problemu, by dzielić się z nimi czymkolwiek: czasem, książkami czy zabawkami w dzieciństwie.

Znam to z własnego doświadczenia. Od dziecka mam silne więzi z rodzeństwem z drugiej linii, mało tego, to ja odczuwam misję zespalania rodziny. Organizuję zjazdy, staram się, żeby cioteczni i stryjeczni kuzyni spotykali się chociaż raz w roku. Nie miałam nigdy problemu z tym, by dzielić się czymkolwiek z rówieśnikami. Przeciwnie, dzieliłam się zbyt chętnie: nowy rowerek, który dostałam na szóste urodziny, należał do wszystkich na podwórku pod blokiem i wkrótce rozpadł się zupełnie. Było mi głupio przed rodzicami, ale frajda kolegów była silniejsza niż poczucie straty. Jak Agata, zawsze miałam też przyjaciółkę od serca, a na studiach, w każdej pracy i miejscu zamieszkania łatwo nawiązywałam przyjazne relacje. Może to podświadome dążenie do zastąpienia sobie rodzeństwa?

Batman był jedynakiem!

Nie tylko on: Harry Potter, Pollyanna, Pippi, Supermann, jeśli chodzi o literaturę dziecięcą. Lauren Sander wymienia szereg znakomitości znanych z historii: Mahatma Gandhi, Franklin D. Roosevelt, Isaac Newton i wielu noblistów. Według Amerykańskiego Instytutu Badawczego, który analizował dane badania „PROJEKT TALENT”, to jedynacy częściej wybierają karierę naukowców, pracowników umysłowych, intelektualistów czy artystów w dziedzinach wymagających samotności. Jedynacy biorą na siebie odpowiedzialne funkcje, wystarczy się rozejrzeć: niejeden dyrektor, prezes spółki czy sprawny polityk nie ma rodzeństwa. Wynik wychowania, działań rodziców, którzy mogą skupić się na inwestowaniu w dziecko? Także przebywanie w towarzystwie dorosłych, partnerska relacja z rodzicami, rozmowy, słownictwo – to posag, którego nie dostaną dzieci pochodzące z pięciorga rodzeństwa, bo ani ojciec, ani matka nie mają na to czasu. Poza tym liczne rodzeństwo może podzielić między siebie spełnienie rodzicielskich oczekiwań, jedynak pozostaje wobec nich sam. To dlatego kiedy nauczyciel pyta „na ochotnika”, jedynak ma poczucie, że to on powinien się odezwać. Motywacja czy obciążenie?

Kropla goryczy

Cudowne życie jedynaka przyćmiewają jednak pewne chmury. Lęk rodziców o jedyne dziecko wyskakuje przy każdej próbie wybicia się młodego człowieka na samodzielność. Jedynacy to ludzie, którzy naturalnie tłumaczą się bliskim z tego, gdzie są i kiedy wrócą. – Odkąd pamiętam, gdziekolwiek wychodziłam lub wyjeżdżałam, rodzice musieli być dokładnie poinformowani: gdzie, z kim, o której wrócę – mówi Agata. – Wydawało się to zupełnie naturalne: troszczą się o mnie, więc dbam o ich spokój. Coś zazgrzytało na wyjeździe integracyjnym: tylko ja wysyłałam uspokajające SMS-y do mamy, że wszystko OK i nie jest to grono serwujące pigułki gwałtu. Po raz pierwszy odczułam dziwactwo tej sytuacji.

To jeden z efektów ubocznych tak silnej więzi z rodzicami, którą profesor Judith Blake z Uniwersytetu Kalifornijskiego nazywa „miłością nierozwodnioną”. W życiu daje ona wsparcie, wypracowuje odpowiedzialność, ale też staje się obciążeniem.

Marta, jedynaczka dojrzała, bo ma już wnuki, patrzy na to z perspektywy lat: – Nie brakowało mi rodzeństwa do czasu, kiedy moi rodzice zestarzeli się i odeszli. Wtedy odczułam ciężar samotnego przeżywania tej straty, a wcześniej trudu, kiedy chorowali czy stawali się coraz mniej samodzielni. Nie chodzi o czas ani finanse, tylko o to, że nie mam z kim podzielić odpowiedzialności i bólu rozstawania się z nimi.

Mały cesarz

Tak nazwano syndrom dziecka, w którym rodzice ulokowali wszelkie swoje nadzieje, a ono żyje z presją misji, którą musi wypełnić. Nazwa nieprzypadkowa – społeczeństwo Chin sprawdziło, czym jest polityka jednego dziecka. Przez wiele lat obowiązywał tam zakaz posiadania większej liczby potomstwa. Nastawiono się na wychowanie pokolenia ludzi sukcesu, takiego, które wypracuje wzrost gospodarczy i potęgę kraju. Jedynak stał się gwiazdą rodziny, w którą inwestowali rodzice i dziadkowie, po to, by się doskonale wykształcił, studiował, podjął dobrą pracę. „Gdybym miała brata – mówi Qioaxao, bohaterka przywoływanej wcześniej książki – nie mogłabym się uczyć, musiałabym pracować w polu albo w fabryce, a tak jestem dyrektorką marketingu w koncernie. Rodzice mogli dać mi wszystko, bo byłam jedynaczką”. I choć od kilku lat rodziny mają prawo do kolejnego dziecka, to młodzi ludzie w Chinach nadal się na nie nie decydują. Kraj pozostaje królewstwem jedynaków – jest ich tam obecnie sto milionów.

Według Lauren Sandler Chińczycy wychowują ludzi przyzwyczajonych do rywalizacji, nastawionych na własną edukację i karierę, podczas gdy Amerykanie chcą wychować po prostu ludzi szczęśliwych. Jednak żeby wychować szczęśliwe dziecko, trzeba być szczęśliwą matką, a to trudne, kiedy wolność, pasje i życie towarzyskie toną pod kolejną stertą pieluch. Może właśnie dlatego ona sama mówi: „jedno i już”?