fbpx

Liczenie strat. Poczucie stabilności, płynność emocjonalną – co jeszcze zabrała nam pandemia? 

Liczenie strat. Poczucie stabilności, płynność emocjonalną - co jeszcze zabrała nam pandemia? 
Smutek, stratę trzeba „przerobić”, bo jeśli tego nie zrobimy, te wszystkie uczucia do nas wrócą. (Fot. iStock)

Pandemia sprawiła, że większość z nas straciła coś bardzo ważnego – porządek swojego świata. I nikt z nas nie wie, jak będzie dalej. “I ta niepewność to nasza nowa »stała«, musimy się z nią zmierzyć” – mówi psychoterapeuta  Michał Pozdał.

Z pandemią mierzymy się od kilku miesięcy. Najpierw wszyscy panicznie baliśmy się w zasadzie tylko jednego – że zachorujemy. Teraz nadszedł czas liczenia strat…
I jest co liczyć, niestety. Choć muszę powiedzieć uczciwie, że jako terapeuta spotykam także tych, którzy nie tylko nie stracili, ale wręcz zyskali. Materialnie – są takie branże, które się wzmocniły, ale i emocjonalnie – udało się odbudować, trochę naprawić relacje z ludźmi. Jednak statystyka jest taka: ci wygrani to wyjątki.

Bo zdecydowana większość z nas coś straciła.
Tak. Przede wszystkim straciliśmy coś absolutnie bezcennego – dopiero dziś zaczynamy to dostrzegać – porządek naszego świata, życia. Straciliśmy poczucie stabilności. A utrata płynności finansowej, której wielu z nas właśnie doświadcza, jest tylko jedną z przyczyn tego, że grunt usuwa się spod naszych stóp.

Wydaje się, że jest przyczyną zasadniczą.
Właśnie – wydaje się. A ja pracując z ludźmi, mam taką obserwację, że naszą zasadniczą stratą jest konieczność zweryfikowania mocno zakorzenionego w ludziach Zachodu poglądu, że jesteśmy niemal bogami. Status quo świata, w którym żyliśmy, zostało zburzone.

Czyli straciliśmy nie tylko płynność finansową, ale także „płynność emocjonalną”?Dokładnie tak. I z tym musimy się uporać, nie tylko znaleźć nową pracę, nowe źródło dochodu. Mam wrażenie, że większość z nas znalazła się w sytuacji analogicznej do sytuacji dziecka, które dowiedziało się, że jego rodzice się rozwodzą, czy dziecka, które właśnie straciło opiekunów. Na poziomie emocji to znaczy tyle – znany świat przestał istnieć. I dotyczy to wielu sfer życia. Wiedzieliśmy na przykład, że przynajmniej dwa razy w roku mamy urlop i wtedy możemy sobie gdzieś polecieć. Czekaliśmy na ten moment. A dziś? Nie ma szans. I wcale nie chodzi o to, czy panią na to stać, czy nie… Chcę przez to powiedzieć, że żyliśmy, mniej lub bardziej, ale w bańce mydlanej, w większym lub mniejszym, ale poczuciu omnipotencji. Dziś słyszę od pacjentów, że nie radzą sobie z tym, że nie mogą – jak zawsze – pójść do siłowni czy na basen. Straciliśmy sprawdzone źródła psychicznego komfortu, to, co nas stabilizowało, dawało – szalenie ważne dla człowieka – poczucie stałości.
Pokolenie, które urodziło się po 1989 roku, przeżywa szok. Pracuję z młodymi ludźmi, oni cierpią. Ja pamiętam kolejki na granicach, walkę o zdobycie paszportu, ale dla nich porządek, w który wierzyli, został zniszczony.

Czy mamy poczucie, że to jest nieodwracalne, czy liczymy, że niebawem wróci stary, „dobry” świat?
Słucham ludzi, obserwuję ich reakcje i większość z nas, mam wrażenie, wierzy, że to stan przejściowy. I wszystko wróci „do normy”. Nie chcę mówić, że nie wróci, ale nie mogę uczciwie powiedzieć moim pacjentom: „Proszę wytrzymać, będzie dobrze”. Bo nie wiem, jak będzie. Nikt z nas nie wie. I ta niepewność to kolejna trudność, z którą musimy się zmierzyć. To nasza nowa „stała”.

A żyliśmy w świecie, w którym robiliśmy wszystko, żeby odpowiedź „nie wiem” nie istniała…
O, tak, „Sky is the limit”. A tu okazało się, że są granice, są ograniczenia. Wiele przed nami… Bo my wszyscy wciąż jesteśmy w fazie szoku, a to dopiero pierwsza faza naszej zbiorowej żałoby.

Żałoby?
Tak, żałoby. Bo bez wątpienia coś umarło. Nasze „wiem”, nasza pewność, stabilizacja, nasze rytuały, jakaś stałość. Nie są stałe nasze urlopy, plany, dochody, a to bardzo dużo, to generuje ogromny lęk. Na Śląsku, gdzie pracuję, już dwóch znanych, dotąd świetnie sobie radzących biznesmenów popełniło samobójstwo…

Przed nami wysyp stanów depresyjnych, a może już mamy z nim do czynienia?Pamiętajmy, że pandemia koronawirusa nakłada się na, już od lat istniejącą prawie na całym świecie, pandemię depresji! Więc dziś jesteśmy w podwójnie trudnej sytuacji. I tak, już teraz, my terapeuci, dostrzegamy, że rośnie liczba ludzi przeciążonych. A depresja jest chorobą, która atakuje wtedy, kiedy nasz układ nerwowy jest przeciążony właśnie. Mamy, mój zespół i ja, coraz więcej nowych pacjentów, zgłaszają się z zaburzeniami lękowymi, z zaburzeniami nastroju. Chcę tu jednak powiedzieć coś ważnego. Jasne, są ludzie z depresją i jest ich coraz więcej, ale… nie mamy jej wszyscy! I nawet dziś nie każdy powinien wychodzić od psychiatry z receptą w ręku. Żałoba po utraconym życiu nie jest tożsama z depresją. Żałoba to nie depresja i nie należy jej „zakleić” lekami. Żałobę trzeba przeżyć. Rozumiem, że ktoś jest zrozpaczony, bo stracił pracę. I utrata pracy jest powodem do tego, by być przygnębionym. Smutek, stratę trzeba „przerobić”, bo jeśli tego nie zrobimy, te wszystkie uczucia do nas wrócą. Nigdy dobrym rozwiązaniem nie jest zamiatanie bólu pod dywan, a teraz, w ekstremalnie trudnych warunkach, nie jest to dobry pomysł tym bardziej!

Powiedział pan, że jesteśmy w pierwszej fazie żałoby, co dalej, co teraz musimy znieść?
Z żałobą jest tak, że aby było lepiej, najpierw musi być gorzej. To tak jak z raną, jak nie polejemy jej czymś, co sprawi, że się będzie pienić i szczypać, to się nie zagoi. Po szoku trzeba pozwolić sobie na żal i tęsknotę za tym, co było. I tu kolejna trudność – nie umiemy tego. Żyliśmy, to określiło już kilku mądrych terapeutów – powtarzam, a nie wymyślam – w czasach ultramaniakalnych.

Co to znaczy?
Ma być dobrze, mamy być zadowoleni, jak jest depresja, to trzeba pokonać ją natychmiast. Wszystko na już, na zawołanie, na pstryknięcie palcem. No to teraz przed nami odwyk. Nic nie będzie na już, na zawołanie. Potrzebujemy czasu. Czasu na przeżycie żałoby. Żałoby po świecie sprzed koronawirusa. I, proszę, dajmy sobie ten czas.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze