Moc jest z nami: jak odnaleźć w sobie siłę? – wyjaśnia psycholog Iwona Majewska-Opiełka

Moc jest z nami: jak odnaleźć w sobie siłę? - wyjaśnia psycholog Iwona Majewska-Opiełka
fot.123rrf

Można nie mieć poczucia własnej wartości, pozytywnych wzorów, wsparcia rodziny, ale nikt nie może powiedzieć, że jest pozbawiony mocy, bo tego, z czym przychodzimy na świat, nikt nam nie odbierze – mówi psycholog Iwona Majewska-Opiełka.
Organizuje pani Dni Siły. Przyznam, że to słowo kojarzy mi się stereotypowo – z przymusem, siłą fizyczną. Ulubiony kulturysta mojego syna kończy swoje filmiki na YouTube zawołaniem: „siła!”, prezentując przerośnięte muskuły. Pani jest kobietą, która mówi i pisze o sile. Czyli o czym tak naprawdę?

Moją intencją było odwołanie się do znanych w fizyce pojęć i pokazanie pewnej analogii, czym jest w istocie nasza moc i siła oraz jaka jest między nimi relacja. Moc w fizyce to skalar. Zatem pojęcie to mówi o naszym potencjale, który może zamienić się w siłę. Siła z kolei jest wartością wektorową – ma punkt przyłożenia i kierunek. Mówi o działaniu w świecie, realizowaniu tego potencjału. Możemy dysponować wielką mocą osobistą, ale nie umieć zamienić jej w siłę, czyli wykorzystać do realizacji marzeń.

Ciekawi mnie, czym dla pani jest ta moc. Ludzie często mówią o mocy jako o czymś tajemniczym, niemal magicznym.

Dla mnie to coś realnego. Logodydaktyka, którą stworzyłam, tym różni się od innych systemów próbujących opisać zachowanie człowieka, że mówi konkretnie i o konkretach. Nie odwołuję się do sfer ezoterycznych wprost, choć to nie znaczy, że są mi obce. Jednak pracuję w biznesie i to często z mężczyznami – istotami w większości mocno lewopółkulowymi – używam zatem języka dla nich zrozumiałego i poruszam się w obszarach opisywanych przez współczesną psychologię i fizykę kwantową.

Czym jest więc ta moc?

Część mocy każdy człowiek dostaje na wyposażeniu, rodzimy się z nią. Jej elementami są wyobraźnia, wola, samoświadomość i sumienie – ale rozumiane jako bazowa zdolność rozróżniania, czy coś jest w zgodzie z nami, a nie jako konkretne wartości typu dekalog, bo te nakłada na nasz potencjał sumienia społeczeństwo. Można nie mieć poczucia własnej wartości, pozytywnych wzorów, wsparcia od rodziny – tak często bywa. Ale nikt nie może powiedzieć, że jest pozbawiony mocy, bo tego, z czym przychodzimy na świat, nikt nam nie może odebrać. Do tych czterech elementów ja dokładam jeszcze piąty – instynkt samorealizacji. Przyznam, że nie wierzę w istnienie innych instynktów u człowieka. Całe szczęście nie jestem w tym odosobniona, ale nie jest to pogląd powszechny. Proszę pomyśleć, jaki my mamy instynkt samozachowawczy, jeśli popełniamy samobójstwa albo jesteśmy w stanie głodować w imię sprawy? Jaki instynkt rozrodczy, jeśli są białe małżeństwa, celibaty? Jedynym instynktem, jaki człowiek według mnie posiada, jest właśnie instynkt samorealizacji. Każdy chciałby coś po sobie zostawić. Jedni realizują się na planie materialnym, inni na duchowym. Jedni mają dzieci, inni realizują się w obszarze emocjonalnym – pod postacią twórczości artystycznej, jeszcze inni najlepiej czują aspekt intelektualny. Ja realizuję się właśnie w tym obszarze. Ten składnik naszej mocy pcha nas do przodu, w stronę działania. Oczywiście, oprócz uniwersalnych elementów, z którymi przychodzimy na świat wszyscy, mamy też indywidualne talenty, pozytywne skłonności. Wrodzone albo wypracowane.

W jaki sposób przekuć tę moc w siłę? Czyli jak zacząć działać w zgodzie ze sobą?

Zapoznać się z instrukcją. Logodydaktyka ma dziesięć punktów, które są ogólną instrukcją człowieka pokazującą, w jaki sposób dojść do samorealizacji. Nie uda nam się tu omówić wszystkiego – odsyłam do książki. Ale możemy się zająć punktem dotyczącym siły. Przede wszystkim, jeśli działanie ma być skuteczne, musimy mieć konkretny cel. Ale teraz: jaki cel, czyj? Właśnie po to, by go wyznaczyć, musimy najpierw rozpoznać swoją moc. Musimy wiedzieć, co mamy w sobie i co w związku z tym ma być tym naszym obszarem samorealizacji. Tak długo, jak będziemy realizować cudze cele, nie będziemy mieć stabilnej motywacji do działania i nie uznamy naszego życia za sukces, choćbyśmy nie wiem co osiągnęli. Żeby się czegoś o sobie dowiedzieć, trzeba zajrzeć w siebie, zadać sobie te pytania. To się samo nie wydarzy. Ktoś, kto cały czas pędzi, pracuje, a w domu ogląda telewizję, niczego się o sobie nie dowie. Dlatego ludzie idą na łatwiznę – z żalem to stwierdzam – i wybierają sobie stereotypowe cele.

Dom, rodzina, pies – istnieje taki obraz spełnionego człowieka.

A nie każdy jest do tego stworzony. Najprościej pójść ścieżką posiadania. Gadżetów, domu, samochodu. Albo zyskać siłę w potocznym rozumieniu: władza, przypadkowa kariera. To się dzieje dlatego, że nie zadajemy sobie trudu, by znaleźć własny cel, taki, który pozwoli nam poczuć życiowe spełnienie, głębokie szczęście. Człowiek spełniony życiowo nie ma wielkiej presji posiadania, wojowania, nawet rywalizowania. Najpiękniejsza definicja celu, jaką znam, jest taka: cel to marzenie z datą realizacji. Marzenie uruchamia proces, ustala wektor naszej siły. Emocje z tym związane napędzają nas do działania. Pragniemy czegoś, więc sięgamy po to. Ale to nie wystarczy. Trzeba to urealnić, ustalić datę realizacji naszego celu. Przerzucić w wyobraźni most między teraźniejszością a przyszłością. Inaczej marzenie pozostanie w sferze marzeń. A my będziemy sfrustrowani.

Jak zrobić pierwszy krok? Dla mnie to najtrudniejsze.

Na pewno pomaga plan działania, czyli rozpisanie go na kolejne kroki. Ale nawet wtedy potrzeba impulsu, dodatkowej cząstki energii, czegoś, co pomoże przełamać ewentualny lęk czy opór. Nie żyjemy w próżni – można poszukać pomocy. Są mentorzy, książki, coaching, warsztaty i spotkania typu Dni Siły, z których wychodzi się z dodatkową energią. Dla mnie takim impulsem do działania była książka „Discover the Power within You” Erica Butterwortha. Przeczytałam, na fali entuzjazmu zrobiłam pierwszy krok i od tego czasu nie mogę przestać. Bo działanie napędza działanie.

Trochę się tego obawiam, bo często gdy rzucam się w wir działań, wypalam się fizycznie i emocjonalnie.

Najważniejsze w skutecznym działaniu jest zachowanie równowagi ciało – umysł – duch – emocje. Nie może być tak, że realizujemy jakiś cel i wszystko inne leży odłogiem. To się mści. Ciało nam zastrajkuje albo dusza. Trzeba tak to zaplanować, by zadbać o harmonię w życiu. Inna sprawa, że ta harmonia też bywa narzucana odgórnie. Na przykład próby zmuszenia mnie, żebym poszła na imprezę, są bez sensu. Nie muszę się realizować emocjonalnie na grillu. Wystarczy mi taka rozmowa jak teraz, dobry film, książka. Ale słyszę: „Ty nie żyjesz w ogóle, to pracoholizm”. Nieprawda. Niczego mi nie brakuje, jestem zdrowa, czuję się spełniona, pełna mocy i siły do działania. Gdybym tylko mogła, to bym usiadła i pisała „Logodydaktykę w szkole”. Chce mi się po prostu. W tym cały sens szukania celu zgodnego ze sobą. Dlaczego niby harleyowiec, który rusza w Polskę, ma pasję, a ja, pisząc książkę po godzinach, jestem pracoholiczką? By działać, trzeba też rozumieć, czym jest skuteczne działanie. Bo znowu – świat zna różne definicje tego pojęcia. Ludziom się wydaje, że skuteczny jest ten, kto osiąga cel.

A nie jest tak?

No nie. Wystarczy sobie przypomnieć pyrrusowe zwycięstwo. Skuteczność to osiągnięcie zamierzonego celu przy optymalnym nakładzie kosztów. Ani za dużym, ani za małym, bo wtedy nie cenimy tego, co osiągnęliśmy. Optymalizacja kosztów to też czas. Często chcemy coś wymusić, zrobić przedwcześnie. Tymczasem wszystko ma swój rytm, trzeba to uszanować. Jest taka bajka Ezopa o gęsi, która znosiła złote jajka. Pewnego dnia jej właściciel zapragnął więcej złota, więc zabił ją i wyjął z jej brzucha jajko i wszystkie zarodki. Był skuteczny? W żadnym wypadku. Miał więcej złota tego dnia, ale zabił producenta. Tak postępują firmy, tak postępujemy w relacjach. Brak nam cierpliwości, tracimy z oczu założony na początku cel. Skuteczne działanie to wyłącznie to w zgodzie z zasadą win-win, czyli wygrana-wygrana. Przykład, który często podaję. Mąż przychodzi do domu i mówi: „Kupiłem wędki, jedziemy na wakacje na ryby”. A żona na to: „W żadnym wypadku, jedziemy do mamy”. I co teraz? Kiedy pytam, jakie wyjście będzie wygraną-wygraną? Ludzie kombinują: z mamą na ryby? Tydzień tu, tydzień tu? A to nie o to chodzi. Już Einstein powiedział, że trudno rozwiązać problem na tym samym poziomie, na którym powstał. Zwykle trzeba wejść wyżej, spojrzeć z innego miejsca.

Czyli nie ma rozwiązania, póki nie dowiemy się, jakie były motywacje tej pary?

Właśnie. Powinni usiąść i szczerze porozmawiać o potrzebach. On by powiedział np.: „Kochanie, bardzo chcę, abyś odpoczęła, zastanówmy się, jak znaleźć wyjście dobre dla nas obojga”. Wtedy ona może powiedzieć: „W porządku, jedziemy na ryby. Chodziło mi tylko o to, że decydujesz za mnie”. Albo: „Nie lubię z tobą jeździć na ryby, bo jak nic nie złowisz, to się złościsz, a jak złowisz, muszę te ryby skrobać, a tego nie lubię”. Więc znowu nie chodzi o to, że nie na ryby, tylko jak mamy się zachowywać na tych rybach. Wygrana-wygrana to droga, to sposób komunikacji. Uważam, że nie ma innej drogi wspólnego działania, życia czy robienia interesów. Inaczej rośnie jakaś niechęć, aż rozsadzi związek. Ostatni element niezbędny, by skutecznie działać, to moc produkcyjna. I tu wracamy do początku. Znamy już swoje możliwości, wiemy, jakie mamy marzenia, planujemy, zaczynamy iść do celu, ale coś utyka. Okazuje się, że brak nam pewnych cech charakteru albo mamy je słabo wykształcone. Logodydaktyka wyróżnia pięć cech, bez których nie sposób się odnaleźć w dzisiejszym świecie. To poczucie własnej wartości, pozytywne myślenie, spójność wewnętrzna, proaktywność i poczucie obfitości. Nad nimi trzeba pracować.

Która jest najważniejsza?

Zabawa polega na tym, że musimy mieć je wszystkie, bo jeśli któraś nie działa, cały system siada. Moim zdaniem jednak w Polsce wszyscy powinni zacząć od poczucia własnej wartości, bo go nie mamy i dlatego między innymi tak słabo u nas z pozytywnym działaniem, budowaniem czegoś. Ważnym elementem poczucia wartości jest wartościowa tożsamość – akceptowanie tego, kim się jest i gdzie się mieszka. To znaczy szukać pozytywów w tym, że jestem Polką, mieszkam w tym miejscu, mam takich rodziców itp. My tak lubimy narzekać, a z drugiej strony – sztucznie się dowartościowywać, udając kogoś innego. W Kanadzie, gdzie mieszkałam, spotykałam samych Polaków z wielkich miast. Nikt nie był ze wsi. Lubimy sobie dorabiać sztuczną wielkość.

Jak wyrobić w sobie poczucie wartości?

Każdy, kto choć raz był ze mną na spotkaniu, robił ćwiczenie, które polega na wypisywaniu pozytywnych informacji na własny temat w ciągu pięciu minut. Warto to zrobić, uzupełnić przynajmniej do 50, a potem czytać. Za każdym razem, kiedy się to robi, wynik jest lepszy. Ja zaczynałam od zaledwie dziewięciu rzeczy. Trzeba pracować z samooceną. Ludzie często mylą poczucie wartości z wysoką samooceną, tymczasem chodzi o to, by ta samoocena była adekwatna. Człowiek, który ma poczucie własnej wartości, nie boi się informacji zwrotnych, umie weryfikować opinię o sobie. Ja nie powiem na przykład, że jestem śliczna. Ale uważam, że jestem atrakcyjną kobietą. Tyle że moja atrakcyjność na czym innym polega. Warto się nauczyć kochać siebie. Szekspir powiedział: Piękno jest w oczach patrzącego. Jeśli kocham siebie i patrzę w lustro, to widzę w nim piękną kobietę i czuję się dobrze ze sobą. A był czas, kiedy w moim domu nie było
ani jednego lustra.

Jak kochać siebie?

Jak normalna zdrowa matka kocha małe dziecko, które uczy się chodzić. Wspiera je, nie złorzeczy, że się przewróciło. Nie mówi: „Nie nadajesz się do chodzenia, właź do kojca i siedź, niezdaro”. A my tak często siebie traktujemy po pierwszej porażce. Taka miłość to szacunek do siebie, do swojego ciała, poczucie godności, ważności. Wiele lat spędziłam w Kanadzie, tam zrozumiałam, że dzieci wyrastają w poczuciu własnej wartości, kiedy ktoś naprawdę słucha tego, co mają do powiedzenia.

A u nas wciąż dzieci i ryby…

Albo druga skrajność – wychwalamy dziecko, że najlepsze, najpiękniejsze, najmądrzejsze, nie stawiamy granic, wszystko mu podporządkowujemy. A przecież najlepszy może być tylko jeden. I takie biedne dziecko traci kontakt z rzeczywistością. Jeśli ktoś mówi, że jest najlepszy, nie ma poczucia własnej wartości. Jeśli je ma – powie raczej, że jest w czymś dobry. Brak porównywania się i oceniania jest jedną z cech poczucia własnej wartości. Podobnie jak dawanie sobie prawa do inności. Wie pani, ile razy słyszałam: „Pani, taka kobieta sukcesu, i nie ma samochodu?”. A dla mnie kobieta sukcesu jeździ… taksówką. Zna siebie, wie, kim jest, a kim nie jest, w czym jest dobra, w czym potrzebuje wsparcia. Dzięki temu ma motywację i siłę, by robić to, co kocha.

Iwona Majewska-Opiełka – psycholog, trener, coach, mentor liderów i ludzi związanych ze sprzedażą. Napisała 16 książek, w tym „Siłę kobiecości” i „Agenta pozytywnej zmiany”. Autorka koncepcji logodydaktyki wspierającej biznes, edukację i życie osobiste zawartej w najnowszej książce „Logodydaktyka. Droga rozwoju”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze