fbpx

Ochronić siebie

Ochronić siebie
fot.123rf

Jak nauczyć się cierpliwości i wytrwałości, szacunku do siebie i swoich pragnień, miłości do rzeczy prostych, otwartości i spontaniczności? Jak dziś realizować marzenia, znaleźć szczęście? Trudna sztuka. Ale może się udać, jeśli właśnie sztukę potraktujemy poważnie i zrobimy dla niej miejsce w swoim życiu – uważa coach Małgorzata Marczewska.
Łączy pani trzy pozornie odległe światy: coaching biznesowy, rozwój osobisty i sztukę. Dwa pierwsze są dla mnie oczywistymi zasobami pomagającymi w życiu. A sztuka? Co nam daje poza dystansem do rzeczywistości?

Dziś sztuka ma nam do zaoferowania znacznie więcej. Kompletnie zmienił się świat i dotychczasowe definicje już go nie opisują. To bardzo twórczy czas, bo chaos jest żywiołem sztuki. Z jednej strony mamy kryzys, sztuka schodzi więc na daleki plan. Przynajmniej ta wysoka, jak ją zwykliśmy nazywać. Ludzie gonią za pracą, pieniędzmi. Jednocześnie sztuka to rynek, który ma stały wzrost, przez co jest obiektem zainteresowań biznesu. Jednak zupełnie niezależnie, szeroko rozumiana twórczość niepostrzeżenie staje się elementem codziennego życia. Dzięki dostępowi do Internetu praktycznie każdy człowiek ma szansę coś zrobić i podzielić się tym z milionami ludzi. Na skutek tego pojawiają się pytania, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi: Czym jest dziś sztuka? Jaka jest jej rola? Kim jest artysta, twórca?

Ludzie wieszają na YouTube filmiki z własnym udziałem, grają, śpiewają, malują intuicyjnie, robią biżuterię, lepią z gliny, sprzedają w Internecie swoje wyroby, piszą blogi, robią happeningi… Niektórzy mają setki tysięcy fanów. Skąd ten powszechny pęd do tworzenia?

Pojawiła się taka techniczna możliwość. Jest Internet, coraz tańszy profesjonalny sprzęt, programy, warsztaty. A że wyrażanie siebie to jedna z naszych ważnych potrzeb – korzystamy. Wzrost poziomu życia i najnowsza wiedza, choćby z zakresu psychologii, pozwalają patrzeć na człowieka zupełnie inaczej niż do tej pory. Dziś cenimy indywidualność, to, że każdy z nas jest niepowtarzalny. A czym innym jest twórczość, jak nie przejawem tej niepowtarzalności? Sztuka w tym znaczeniu staje się ważnym elementem spełnienia. Dlatego coraz więcej ludzi zaczyna szukać w tej sferze swojego wyrazu. Cechą naszych czasów jest też brak powszechnie uznanych autorytetów, które dawniej stanowiły o być albo nie być artysty, określały, co jest dobre, a co nie. Tak było, gdy kanałów informacji mieliśmy niewiele: dom, środowisko, szkoła, jedno czy dwa media. Teraz są ich tysiące. Informacje docierają do nas na okrągło, zewsząd. Każdy ma szansę znaleźć swoją grupę odbiorców. Z drugiej strony – to zupełnie nieprzewidywalne, bo wszyscy wokół się zachwalają, reklamują. Łatwo się w tym zagubić. Jesteśmy zdani na siebie, jeśli chodzi o ocenę tego, co do nas dociera. A artyści muszą się uczyć, jak się prezentować, by się sprzedać, i jak chronić przy tym swoją wrażliwość. Priorytetem staje się więc dzisiaj kontakt ze sobą. Musimy umieć rozróżnić, co nam samym się podoba, co nam potrzebne, a jakie potrzeby wmawia nam reklama. To wielka zmiana. I wcale niełatwa. Przecież nasza edukacja opiera się nadal na autorytecie, nie zachęca do zadawania pytań, szukania własnych dróg. I w tym właśnie widzę ważną i nową rolę sztuki, a właściwie – tworzenia.

W jakim sensie?

Tworzenie pomaga poznać samego siebie, bo jest świetnym kanałem dla emocji. Działa dwojako: pozwala zarówno dać im wyraz, czyli wypuścić je z siebie w dowolnej formie, jak i nauczyć się je rozróżniać, nazywać. Niewiarygodne, ale ludzie prawie w ogóle nie umieją nazywać swoich uczuć, nie wiedzą, co czują. To jedno z podstawowych zadań na moich kursach. Proszę uczestników, by przez jakiś czas notowali swoje uczucia. I co się okazuje? Bywa, że poziom kontaktu ze sobą to rozróżnienie: czuję się źle i nieźle. Nie przesadzam. Wysyłam im mejlem tak zwane ściągawki, czyli listy słów opisujących uczucia. Pierwsza reakcja to szok: aż tyle ich jest! Oczywiście, my ich wszystkich doświadczamy i tak. Nawet jeśli nie na poziomie świadomym. Szczególnie mocno doświadczamy skutków tego, że ich nie wyrażamy i nie umiemy nazywać. Czujemy jedynie, że jakieś napięcie się w nas pojawia, zbiera od środka, coraz bardziej „źle się czujemy”. Obcując ze sztuką czy tworząc, stopniowo stajemy się własnymi „kiperami emocjonalnymi”, zaczynamy się znać na tym, co się w nas dzieje, uczymy się to przepuszczać.

O konieczności wyrażania uczuć mówi dziś większość terapeutów. A ja zawsze pytam: w jaki sposób? Krzyczeć? Płakać?

Na początek – po prostu wczuwać się i próbować je nazywać. Ale też np. śpiewać albo wziąć kredki i bezpośrednio przenosić to na papier. Znaleźć dla tego, co w nas się dzieje, jakieś ujście. Najważniejsze, by w ogóle zapytać się siebie: Co teraz czuję? Jak mogę to wyrazić? I pozwolić się poprowadzić własnej kreatywności. Umysł znajdzie odpowiedź na każde pytanie. Gdy poproszę samą siebie: narysuj, co czujesz, wyraź to kolorem, kształtem, mój mózg to zrobi, ręka posłucha. Jeśli będę systematycznie „wyjmować” z siebie to, co czuję, jakoś to uzewnętrzniać, stopniowo nauczę się swoich reakcji, przestanę się ich bać czy je oceniać, a zacznę się nimi fascynować, może nawet zobaczę w nich tworzywo dla twórczości? Świat nie jest jednoznaczny. To my go zmieniamy, zadając mu perspektywę. Nasz mózg jest największym twórcą. Jeśli więc zadajemy mu zadanie: wszystko jest beznadziejne i szare, to taki świat będziemy widzieli wokół. A takie mamy myśli przytłoczeni ciężkimi emocjami, których nie rozumiemy.

Patrzymy, jakbyśmy założyli sobie filtr.

W tym sensie sami tworzymy swoją rzeczywistość. Jesteśmy twórcami swojego życia, czy sobie to uświadamiamy, czy nie. Niestety, nasz system edukacji nie uwzględnia kształcenia inteligencji emocjonalnej. Tymczasem dziś to najważniejsza sprawa. Żyjemy pod coraz większą presją czasu, osiągnięć, sukcesu, rozwoju. A to przecież przede wszystkim presja emocjonalna. I zamiast uczyć się siebie i oswajać te emocje, uczymy się wytrzymywać życie i nie czuć. Ze smutkiem obserwuję, jak ludzie, którzy wiele osiągnęli, nie umieją się tym cieszyć. Nie wiedzą, że to efekt tego blokowania trudnych uczuć. Umysł nie wartościuje emocji jak my. Dla niego wszystkie są potrzebne. Więc jeśli staramy się nie przeżywać niektórych, umysł odcina nas od wszystkich. Niby jest OK, nie dajemy się zranić, spływa po nas, jak to mówią. Ale też nie dajemy się wesprzeć. Nawet jeśli ktoś nam okazuje emocje, wsparcie, my tego nie czujemy. Nie umiemy. Bo się znieczuliliśmy emocjonalnie. Zabawa w tworzenie, sztuka może nas więc na nowo nauczyć czuć, a dla mnie czuć to znaczy żyć.

Dla mnie fascynujące jest to, że mogę coś stworzyć. Na przykład zrobić bransoletkę czy wydziergać coś na szydełku.

Tak też może działać sztuka. Jako pasja. Niektórym ludziom niezbędne jest poczucie, że coś tworzą. Wracają z pracy do swojego świata. Coś namalują, porobią zdjęcia, coś napiszą, tak dla siebie – to ich spełnia, sprawia im radość, relaksuje.

Szkoda, że często sami blokujemy sobie ten dostęp: to głupie, nie umiem, nie mam czasu, po co to.

W nasz system edukacji również wpisane jest to, że wszystko musi być po coś. Takie podejście wzmacniane jest przez biznesową część naszego świata, dla której liczą się wyłącznie wyniki. Sztuka jest inną formą. Artysta nie zakłada wyniku, tylko tworzy i patrzy, co się pojawi. Nie musi niczego rozumieć, biorąc do ręki pędzel. Często robi coś właśnie po to, by lepiej zrozumieć albo poczuć. Może mieć przebłyski, jakąś wizję, ale ostateczny efekt często zaskakuje. Twórczość pielęgnuje w nas ciekawość i ćwiczy jakość niemal zapomnianą: podążania za procesem, reagowania na to, co przynosi chwila, spontanicznie i bez oczekiwań. Ta umiejętność pomaga się nie wypalić. Twórcze życie to umiejętne korzystanie z obu obszarów: wyznaczania sobie celów i dążenia do nich oraz umiejętności odpuszczania, reagowania na to, co się pojawi.

Widzę to jako improwizację, taniec pomiędzy tymi dwoma skrajnymi podejściami.

To wiąże się z jeszcze jedną rzeczą: twórczość oswaja nas z uczuciem dyskomfortu. Warto ten stan polubić, bo nie da się go uniknąć. Rozwój to zmiana, a zmiana możliwa jest wyłącznie wtedy, kiedy wychodzimy poza strefę komfortu, czyli miejsce, w którym czujemy się bezpiecznie i kontrolujemy sytuację. Powiedzmy, że chcę rysować, ale uważam, że nie umiem albo nawet tak jest. Będę niezręcznie rysowała ten kwiatek i pewnie będę też niezadowolona z efektu. Wiąże się z tym wiele nieprzyjemnych doznań. Ale artystów uczy się przede wszystkim tego, że to nie ma znaczenia. Mają po prostu ruszać ręką, rysować tak długo, aż ręka nauczy się ruszać niemal sama. Dopiero wtedy myśli się o efekcie. Tak oswaja się ten stan. Rozmawiałam kiedyś o tym z pewnym człowiekiem, bo miałam ochotę nauczyć się rysować. Wziął do ręki długopis i zaczął mazać, mazać, mazać, aż wyszła z tego róża. Artystów się uczy innego toku spraw, wychodzenia od procesu twórczego, nie myślowego. Nas uczy się wychodzenia z procesu myślowego i wykonywania zadania. Możemy się od siebie wzajemnie uczyć.

W dodatku każdy to, co zrobimy, może odebrać inaczej. Dla jednego to będzie róża, a dla innego kłębek wełny albo bohomaz.

Sztuka to forma zabawy – jeśli umiemy się otworzyć na ten poziom. Można ją traktować jak narzędzie poznawcze, które pozwala na eksplorację nowych obszarów, uczy nas siebie, np. tego, że rzeczy są względne i nie ma jednej prawdy: my mamy swoją, a ktoś obok może mieć zupełnie inną i one współistnieją. Jest taka książka „Myśleć jak Leonardo da Vinci…”, która proponuje sporo fajnych ćwiczeń. Na przykład przerysowywanie skomplikowanych obrazów do góry nogami. Jest tam słynny portret Leonarda da Vinci. Ciekawa rzecz: kiedy ludzie stawiają go do góry nogami i w ten sposób przerysowują, zwykle wychodzi dobry rysunek. Ale kiedy postawią go normalnie, większość jest niezadowolona z efektu. Okazuje się, że nie trzeba specjalnie umieć rysować, wystarczy widzieć linie i punkty, żeby dobrze coś odwzorować. Ale jeśli chcemy coś narysować tak, żeby to było coś konkretnego, budzą się nasze przekonania na ten temat, które realnie wpływają na efekt.

Czyli kiedy nie myślę, że rysuję, to rysowanie wychodzi mi lepiej?

To też pokazuje, jak jesteśmy przywiązani do tego, by było zrobione „ładnie”. Ma wyjść identycznie, a jeśli nie wychodzi, to źle. Bo od małego uczy się dzieci rysować takie same drzewka, a nie uczy się je rysować i patrzeć, jakie drzewko im dzisiaj wyjdzie.

Często pytam ludzi w akademiach, z czym im się kojarzy uprawianie sztuki. Z rolą, harówą, ale zawsze z jakąś powtarzalnością, wysiłkiem i rytmem. Warunkiem uprawiania sztuki jest dyscyplina. To dopiero budzi sprzeciw. Bo sztuka to przecież wolność, lekkość, robię, co chcę. A tymczasem sztuka uczy nas dyscypliny. Kto wie, może to największa nauka z niej płynąca. Dyscyplina się ludziom kojarzy z karą, więc jej nie lubią. A to przecież wyraz szacunku, dotrzymanie słowa danego samej sobie, że będę poświęcała czas temu, co mnie fascynuje, co jest dla mnie ważne. Nie odpuszczę, bo mi nie idzie, bo jestem zmęczona. I jeszcze zauważę, co mnie dzisiaj zaskoczyło, co mi wyszło, jak mi było. Chyba największym ryzykiem dzisiejszego świata jest iluzja łatwości dostępu. Wydaje nam się, że wszystko jest w zasięgu ręki i natychmiast, wystarczy kliknąć – tak wychowane jest nowe pokolenie. Tymczasem rzeczy naprawdę cenne wymagają wysiłku i dyscypliny. Pielęgnowanie roślin, przyjaźń, związki, marzenia. Szczęście wymaga dyscypliny. Żeby w ogóle dojść do poziomu sztuki, trzeba się nauczyć robić rzeczy proste. I umieć cieszyć się samym procesem. Żeby coś wyrzeźbić, trzeba nauczyć się trzymać dłuto i młotek, trzeba się pobrudzić, potłuc sobie paluchy. Każde marzenie składa się z wielu czynności pozornie z nim niezwiązanych. Ta świadomość jest bezcenna. To podstawa sukcesu. Jeśli chcemy się czymś zająć na serio, dyscyplina i akceptacja, trwanie w dyskomforcie, ciekawość procesu, szacunek do siebie i swoich emocji są niezbędne. Samo zapatrzenie w cel nie wystarczy.

Nie pomaga czuć się szczęśliwym.

Świat zewnętrzny może zaspokoić nasze potrzeby emocjonalne jedynie w pięciu procentach. Pozostałe 95 procent musimy zaspokoić sami. Dlatego ci, którzy czekają, aż im się zdarzą pewne fakty albo pojawią się jacyś „oni”, którzy dadzą im szczęście – spędzają życie na czekaniu. Bardziej świadomi ludzie sami tworzą dla siebie szczęśliwe życie.

Małgorzata Marczewska certyfikowany coach i trener. Pracuje z biznesmenami, ale też twórcami i projektantami. Wykłada artcoaching w Warszawskiej Szkole Filmowej. Realizuje autorski projekt LifeDesigner, portal i aplikacje mobilne przeznaczone do projektowania własnej przyszłości, rozwijające kształtowanie życiowej przestrzeni wewnętrznej i zewnętrznej.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze