fbpx

Retromiłość. Dlaczego wracamy do przeszłości?

Retromiłość. Dlaczego wracamy do przeszłości?
Zawieszenie w przeszłości bywa rodzajem tarczy, ochrony przed jutrem, które może przynieść wiele złego. (Fot. Getty Images)

Chęć zaopiekowania się swoimi nieuświadomionymi potrzebami, ukryta rodzinna historia, a może iluzja, że kiedyś to było lepiej? Co może stać za naszymi snami o tym, co minęło – pytamy psychoterapeutę POP Mateusza Ostrowskiego.

Czego ludzie najczęściej szukają w przeszłości?
Myślę, że może za tym stać – często nieuświadomiona – próba załatwienia czegoś z samym sobą, zaopiekowania się swoimi nierozpoznanymi potrzebami. Jedni zaczytują się w książkach historycznych o narodowych sukcesach, drudzy tworzą drzewo genealogiczne swoich przodków, jeszcze inni zanurzają się w traumę. Te wątki można mnożyć. Spojrzałbym na to wręcz jak na sny, które śnimy na jawie.

Co to dokładnie znaczy?
To oznacza, że jeśli ktoś ma na coś tak zwaną zajawkę, to w tym zamiłowaniu ukryta jest jakaś treść. Na przykład w tym, że ktoś zaczytuje się w literaturze dotyczącej zwycięskich szarż polskiej husarii, upatrywałbym się przekazu mówiącego, że szuka on w sobie siły i mocy, zdolności do wygrywania, do przeciwstawiania się komuś czy czemuś.

Czy to może oznaczać, że taka osoba czuje się słaba?
Jeśli nie mamy do końca zintegrowanej siły, będziemy jej szukać, czasem właśnie nie wprost. Ten sen na jawie to rodzaj kompensacji, czyli w tym przypadku zaczytywanie się w historiach o zwycięstwach ma przynieść coś, czego mi brakuje – moc czy wiarę we własne siły. Wiele osób zainteresowanych jest na przykład wszystkim, co związane z Holokaustem. I tu szukałbym dwóch wątków. Po pierwsze, zajmowanie się traumą ludzi w przeszłości może oznaczać, że sam mam na swoim koncie traumatyczne przeżycie, którego nie przepracowałem.

Tylko pan to wyparł…
I wciąż wypieram. W niezrozumiały dla mnie sposób „przyciąga” mnie trauma innych ludzi, bo sam noszę w sobie coś trudnego. Zajmuję się więc swoim bólem, ale nie wprost. Kiedy ktoś zapyta, dlaczego tak interesuje mnie Holokaust, odpowiem na przykład, że „ważne jest mówienie o trudnych sprawach, bo jeśli się milczy, one potem wracają do nas, a nawet do kolejnych pokoleń, ze zdwojoną siłą”.

Czyli: rozpoznaję mechanizm, ale nie umiem odnieść go do siebie i do swoich przeżyć?
Tak, więc warto w takiej sytuacji zadać sobie pytanie, o jakich trudnych sprawach milczę – zamiast „uciekać” w przeszłość i w trudne historie innych ludzi. Zainteresowanie tym, co było, w tym wypadku należałoby zinterpretować w ten sposób, że to moja własna trauma, która może pochodzić z zupełnie innej dziedziny, próbuje „dobić się” do świadomości.

A drugi wątek?
Może być związany z tak zwanym szóstym zmysłem. Sam doświadczyłem takiej historii. Moje zainteresowania przez lata krążyły wokół kultury żydowskiej, w tym również wokół Holokaustu. Czytałem, szperałem. Dwa lata temu wygrzebałem informację, że moja praprababka była Żydówką i zginęła w Auschwitz. Nikt w naszej rodzinie o tym nie wiedział.

A pan jakby coś przeczuwał…
Dokładnie tak. I znam wiele osób, które właśnie w taki sposób, poprzez niezrozumiałą ciągotę do przeszłości, odkryły nieznaną historię swojej rodziny.

Rozumiem, że takie silne przywiązanie do przeszłości rzadko jest jedynie zwyczajną pasją?
Zwykle jednak coś się za tym kryje. Anne Ancelin Schützenberger w książce „Tajemnice przodków” używa pojęcia „krypty”. Coś z przeszłości, co siedzi w tej krypcie i nie jest do końca pogrzebane, wraca w nieuświadomiony sposób. I człowiek odczuwa przymus interesowania się czymś czy zachowywania się w określony sposób, ale nie wie, dlaczego tak się dzieje. Na przykład podczas terapii albo w jakichś innych − czasem przypadkowych okolicznościach − okazuje się, że jest w przeszłości historia, która próbuje się odkryć, dopełnić właśnie przez tę osobę. Tak było ze mną. Już w liceum pasjonowałem się kulturą żydowską, chciałem koniecznie studiować judaistykę, ale akurat w moim roczniku nie było naboru. Nie wiedziałem, o co chodzi. I ta tajemnica wyjaśniła się dopiero po kilkudziesięciu latach.

Są też osoby, które noszą w sobie poczucie jakiegoś długu wobec przeszłości.
Tak, to coś w rodzaju potrzeby upamiętniania. I nie musi wcale chodzić o kontekst rodzinny, to może mieć szerszy zasięg lokalny bądź narodowy. Są fascynaci przedwojennych pocztówek, rekonstruktorzy bitew, jeszcze inni walczą o stare budynki czy cmentarze. I to rzeczywiście jest jak jakiś dług wobec przeszłości, która chce być uhonorowana. Ktoś więc „musi” się tym zająć. Trudno zignorować fakt, że Wrocław nazywał się kiedyś Breslau, a znaczna część polskich miasteczek była sztetlami. I to się dzieje tym silniej, im wcześniej o czymś nie można było mówić albo można było mówić w określony sposób – Armia Krajowa była w PRL-u na czarnej liście, a poniemieckie ziemie dostały piastowską łatkę Ziem Odzyskanych. Przeszłość dopomina się uwzględnienia i szuka „swoich” ludzi.

Jest też cała rzesza osób, którzy promują przeszłość, w zasadzie bez żadnego konkretnego uzasadnienia, mówiąc tylko pobieżnie, że: „Kiedyś to było lepiej”.
Takie zawieszenie w przeszłości także pełni psychologiczną funkcję. Bywa rodzajem tarczy, ochrony przed jutrem, które może przynieść wiele złego – bo tak będzie widziała przyszłość osoba, która zanurza się w stare albumy czy zdjęcia z przekonaniem, że wtedy świat był lepszy. Oddawanie się przeszłości z jednej strony wpływa na nas kojąco, daje poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji, ale z drugiej – odciąga od przyszłości, sprawia, że mamy alibi, by unikać nowych zadań, wyzwań, no bo: „Po co będę próbować nowego, skoro fajne jest to, co było?”. Nadawanie minionym czasom tak silnej pozytywnej oceny może się wiązać z tym, że przyszłość stawiamy w opozycji i nadajemy jej ocenę jednoznacznie negatywną. Tego zabiegu dokonują często osoby, które boją się zmian, nowych wyzwań, nowych wzorców.

Czy to rodzaj ucieczki?
W takim wymiarze – raczej tak. Robimy unik. Oczywiście nie ma nic złego w interesowaniu się przeszłością. Jeśli jest ono zdrowe, czyli jeśli zachowane są proporcje. Posłużę się porównaniem do drzewa: ma i korzenie i gałęzie. Bez korzeni, czyli naszej przeszłości, drzewo się przewróci, ale bez przyszłości, nowych wyzwań i perspektyw, czyli gałęzi, które pną się ku słońcu – nie urośnie. Potrzebujemy jednego i drugiego. Przeszłości, która daje wsparcie, ale i przyszłości, która pozwala się rozwijać, po prostu żyć. Czasem mówię, że człowiek potrafi narkotyzować się dosłownie wszystkim, nie tylko alkoholem, seksem, kupowaniem nowych rzeczy czy siedzeniem przed komputerem. Niektórzy narkotyzują się właśnie przeszłością, by nie doświadczać nowego. Co nie oznacza, że należy odciąć przeszłość zupełnie – można być genealogiem, a można – nałogowym genealogiem… Mam wrażenie, że nawet jeśli ludzie niczym się solidnie nie narkotyzują, potrzebują jednak pobyć choć przez chwilę poza twardą, czasem bezlitosną rzeczywistością.

By złapać oddech?
Właśnie, każdy człowiek, nawet ten mocno stąpający po ziemi realista, potrzebuje czasem w coś odpłynąć, pośnić. Jedni śnią podczas snu, inni robią to na jawie, na przykład właśnie poprzez zanurzanie się w przeszłości: oglądają przedwojenne filmy, czytają książki sprzed wieku, kolekcjonują stare filiżanki czy dokumenty. W tym jest jakiś rodzaj magii, jakiś odlot w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

I to wentyl dla emocji?
Myślę, że dla niektórych tak. Jako dzieci się bawimy, jesteśmy wróżką czy Batmanem, często przebywamy w tej „innej” przestrzeni. A potem dorastamy, ale nadal potrzebujemy tych epizodów bycia „gdzieś indziej”. Zamiłowanie do przeszłości genialnie się tu sprawdza.

A wtedy tę przeszłość przy okazji też idealizujemy. Mówimy o dawnym, dobrym porządku świata, na przykład jasnym podziale społecznych ról, choćby podziale ze względu na płeć: kobieta była kobietą, mężczyzna – mężczyzną, o sile tych „właściwych” wartości i tak dalej…
To oczywiście iluzja. Bo tam też był chaos, tam też ścierały się ze sobą różne siły. Sądzę, że ten rodzaj zamiłowania do przeszłości jest raczej tęsknotą za jasnym podziałem spraw, za zero-jedynkowym światem, w którym jest tylko czarne i białe. Przeszłość umożliwia taki podział, bo tam wszystko już się dokonało. Jest bezpiecznie, jest stabilnie. Nie ma szarości, która dla wielu osób jest męcząca, niuanse uniemożliwiają łatwe postrzeganie świata, łatwe podejmowanie decyzji. Nie ma też obciążającego poczucia odpowiedzialności.

Rozumiem, ale nie ma też poczucia sprawstwa, a przecież jest ono dla człowieka bardzo ważne. Skoro wszystko już się dokonało, to na co ja mam wpływ?
W wyobraźni można być geniuszem, który dokonywał odkryć, a to wystarczy, żeby nakarmić potrzebę sprawstwa! Nigdy nie próbowałbym przekonywać ludzi, by nie zajmowali się przeszłością, bo tam – co jasno wynika z naszej rozmowy – kryje się wartość, ale trzeba umieć ocenić, czy akurat teraz w moim życiu faktycznie jest czas na zajmowanie się nią, czy może chowam się w niej przed wyzwaniami przyszłości. Namawiałbym zatem do bycia dobrym ogrodnikiem, który potrafi rozpoznać, czy teraz jest czas wzrostu korzeni, czy może jednak gałęzi.

Mateusz Ostrowski, psychoterapeuta, członek Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu. Prowadzi terapię indywidualną, terapię par oraz warsztaty rozwoju osobistego.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze