fbpx

Sekret sukcesu tkwi w tym, aby stworzyć swoją rutynę i się jej trzymać

Sekret powodzenia tkwi w tym, by stworzyć swoją rutynę, i się jej trzymać
„Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem” – stwierdził filozoficznie Arystoteles. (Fot. iStock)

Podobno ludzie sukcesu wstają o szóstej rano, niektórzy nawet jeszcze wcześniej. Wiadomo, kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Ale na szczęście daje też tym, którzy lubią się zwyczajnie wyspać – uspokaja psycholożka Hanna Samson na przykładzie trzech przyjaciółek i swoim własnym. Bo sekret powodzenia tkwi w tym, by stworzyć swoją rutynę, złapać własny rytm – i się go trzymać.

Moja przyjaciółka jest znaną pisarką, więc nie będę wymieniać jej nazwiska, skoro chcę opowiedzieć o jej sprawach osobistych, a zaszyła się w takiej głuszy, że nie mam jak nawiązać z nią kontaktu, żeby zapytać o zgodę. Ale nawet gdy przyjeżdża do w Warszawie, ten kontakt nie jest łatwy, chyba że zna się reguły gry. Bo przyjaciółka do szesnastej nie odbiera telefonów, nie czyta SMS-sów ani nawet najbardziej rozpaczliwych wiadomości na Messengerze, jest odłączona od świata i możesz dzwonić i dzwonić, aby się dowiedzieć, że osoba, do której dzwonisz, znajduje się poza zasięgiem. Możesz się złościć i obrażać, ale nie ma o co, bo po południu do ciebie zadzwoni, żeby opowiedzieć, jak jej poszło. Co? Oczywiście pisanie, które traktuje poważnie jak pracę w korporacji, tyle że zdalną, co dziś już nie dziwi.

Pisze codziennie od rana do wspomnianej czwartej po południu, ale rano nie jest tak jasno określone jak koniec, bo budzi się, o której się budzi, zwykle między ósmą a dziewiątą, a czasem później. Nie zaczyna od ćwiczeń fizycznych ani nawet od posłania łóżka, nie kąpie się, tylko robi kawę i siada do pisania, potem w jakiejś przerwie na myślenie zje śniadanie, umyje zęby, ale to wszystko jest jej czas na pisanie, choć nie zawsze od razu ma efekty. Czasem siedzi przed ekranem laptopa i nic nie przychodzi jej do głowy. Albo przychodzi coś, co za godzinę lub dwie bez żalu kasuje, bo popłynęła nie tam, gdzie chciała lub nie takim stylem. No czasem po prostu jej nie idzie, brak natchnienia, opór materii, niejasność tego, dokąd chce dojść, ale i tak siedzi przez oznaczony czas i rozpracowuje, o co chodzi. Niekiedy po kilku tygodniach wszystko, co napisała, trafia do kosza, czasem z trzydziestu stron zostają dwie, ale to tylko zagrzewa ją do pracy, a nie zniechęca. W końcu zawsze pisze coś dobrego i może celebrować sukces, ale szybko wraca do codziennej rutyny i do szesnastej zapomnij, że masz przyjaciółkę.

Wszyscy jesteśmy nawykami

„Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem”

…stwierdził filozoficznie Arystoteles, a moja przyjaciółka to świetny dowód na to. Jest pisarką, która dzień po dniu dąży do doskonałości i zawsze ją osiąga. Jest nastawiona na sukces, ale już samo dążenie do niego ją bawi. Lubi pisać, walczyć z oporem słów, budować zdania, które zaskakują. Kocha tę swoją rutynę, oddaje jej się ciągle z entuzjazmem, złości się, gdy pojawiają się jakieś przeszkody i nie może pracować. Cieszy się samym procesem pisania, to pewnie dzięki temu jest konsekwentna, cierpliwa, wytrwała, a właśnie takie cechy zwiększają szanse na sukces. Ale nie myślcie sobie, że nie zajmuje jej nic poza pisaniem! Po pracy włącza się zachłannie do świata, nadrabia zaległości w newsach i kontaktach społecznych, bywa, ogląda, spotyka się.

A skoro już zaczęłam od przyjaciółki i lubię być sprawiedliwa, to opowiem wam jeszcze o drugiej, która dla odmiany jest malarką, po latach pracy w korporacji wyprowadziła się ze swoim partnerem z miasta i prowadzi życie, jakie chce. Ale nie musi sobie codziennie odpowiadać na pytanie, co dziś chciałaby robić, bo już dawno wypracowała rutynę, która strukturalizuje jej życie i którą kocha. Ona, tak jak inni ludzie sukcesu, wstaje o szóstej rano i wychodzi na spacer z psem, a że mieszka w cudownych okolicznościach przyrody i na odludziu, to ten spacer jest wielką przyjemnością i trwa zwykle godzinę, nawet jesienią czy w zimie, bo rzecz rozgrywa się na Suwalszczyźnie i tam zawsze jest pięknie.

W czasach pracy w korporacji również wstawała o tej porze i przez godzinę malowała, dopiero potem wpadała w wir. A teraz jest na emeryturze i może sobie iść na długi spacer. Po powrocie pies je, a ona robi sobie śniadanie i czyta newsy, i wie wszystko, co dzieje się na świecie, choć mieszka poza. Gdy po śniadaniu pije kawę, z góry schodzi jej partner z drugim psem, który śpi dłużej od swojego brata, bo razem z panem mają inną rutynę. Chwilę rozmawiają, a gdy on wraca ze spaceru, ona jest już na górze w swojej pracowni. Włącza muzykę i dwie godziny maluje. Więcej nie daje rady, bo to ciężka praca i po tych dwóch godzinach jest wykończona, maluje duże obrazy i piękne, więc tylko przez dwie godziny, ale codziennie. Ma poczucie, że dzień bez malowania, który czasem musi się zdarzyć, to duża strata, bo wyrywa ją z rytmu i od nowa musi wchodzić w proces, który kocha i jest dla niej ważniejszy od sukcesu.

Osobowa nie pośpieszna

„Sukces to suma niewielkiego wysiłku powtarzanego z dnia na dzień”

…przekonywał pisarz Robert Collier i rutyna mojej przyjaciółki to potwierdza. Bo choć nie skupia się ona na sukcesie i maluje gdzieś na końcu świata, to jednak ludzie znają jej obrazy, co jakiś czas organizowane są wystawy jej prac i nie brakuje chętnych, żeby je kupić, choć jej kariera nie jest taka, na jaką zasługuje. Może dopiero po śmierci zyska sławę, co uchroni ją przed zmianą stylu życia. Sama mam w domu jej dwa obrazy i codziennie się nimi zachwycam, bo te obrazy są inne niż wszystkie. Chętnie bym wam opowiedziała, co moja przyjaciółka robi po malowaniu, bo cały jej dzień ma jasną strukturę i wiadomo, co po czym nastąpi, ale mam jeszcze jedną przyjaciółkę, więc sprawiedliwie też o niej opowiem.

Moja trzecia przyjaciółka nie jest artystką, lecz właścicielką firmy wydawniczej, więc wprowadzi nam trochę różnorodności. Jej firma odniosła wielki sukces, który można przeliczyć na wielkie pieniądze, więc jest kobietą sukcesu w powszechnym rozumieniu, ale nie tylko o pieniądze tu chodzi. Moja przyjaciółka mogłaby już nie pracować, bo osiągnęła wiek emerytalny, ale nadal pracuje, bo kocha to, co robi, a w jej nawykach niewiele się zmieniło od czasu założenia firmy. Nawet w burzliwych początkach własnej działalności miała tę samą rutynę co dzisiaj, nigdy nie znosiła pośpiechu i przez całe życie udawało jej się przed nim uchronić.

Czy to możliwe? Przecież wszyscy mamy tyle samo czasu, a jak się ma firmę i dwoje dzieci, to wiadomo, że trzeba się spieszyć. A moja przyjaciółka nie dała się wkręcić w pęd świata i funkcjonuje po swojemu. Wstaje zwykle o siódmej, bo tak się budzi i najpierw w łóżku wykonuje ćwiczenia na kręgosłup, a potem ćwiczy dalej przez pół godziny. Prysznic, śniadanie, kawa, no wiadomo, ale potem zaskoczenie, bo przez godzinę czyta książkę. Inni miotają się między łazienką a kuchnią, w końcu w panice wybiegają z domu, a ona siedzi i czyta i jest najbardziej oczytaną osobą, jaką znam. Dzieci są już dorosłe, więc nie musi ich wyprawiać do szkoły, ale gdy były małe, też czytała, bo lubi to robić i dzięki temu chce lepiej rozumieć świat. Po lekturze idzie spacerem do pracy – 15 minut. W pracy zaczyna od kawy i przeglądu wiadomości, wszyscy wiedzą, że nie należy jej przeszkadzać, od jedenastej zajmuje się sprawami firmy.

Czy pracownicy nie złoszczą się, że jest niedostępna, jeśli mają do niej sprawy? Może się kiedyś złościli, ale wszyscy już wiedzą, że moja przyjaciółka „jest osobowa, a nie pośpieszna”, jak sama mówi o sobie i żadna siła nie zmusi jej do zmiany przyzwyczajeń, które jej służą. Wokół wszyscy gonią, a ona jest spokojna, wyluzowana i robi wszystko, co zrobić warto, o czym dobitnie świadczy sukces firmy. Aha, i ma jeszcze jedno drobne dziwactwo. Uwielbia kontakt z ludźmi, ale każdego dnia przynajmniej przez godzinę chce pobyć sama: zebrać myśli, zrobić plany. Przez tę godzinę resetuje się, a potem znów jest gotowa do kontaktu.

Miara sukcesu

„Najpierw tworzymy sami swoje nawyki, potem nawyki tworzą nas”

…napisał XVII-wieczny poeta John Dryden i miał rację. Nasze życie i to, kim jesteśmy, zależy w dużym stopniu od nawyków. Od tych, które nas wzmacniają i zbliżają do naszych celów, ale i od tych, które nas osłabiają i utrudniają nam stanie się tym, kim chcemy być. Dlatego warto rozpoznawać złe nawyki i zmieniać je na takie, które nam służą. Zwykle rozpoznanie jest proste, ale trzeba uważać, żeby nie wylać dziecka z kąpielą.

Kiedyś martwiłam się, że marnuję poranki. Co prawda wstawałam wcześnie, ale nic z tego nie wynikało. Wiedziałam, że inni w tym czasie ćwiczą, medytują, czytają, piszą, gotują obiad na dwa dni, planują, sprzątają, robią makijaż, obmyślają strategię działania, a ja… bawiłam się z psami, jakby ten cały wyścig szczurów mnie nie dotyczył. W końcu zapytałam znajomą psychoterapeutkę, co ze mną jest nie tak. Czemu marnuję godzinę na zabawę, zamiast zabrać się energicznie za życie? A ona spytała, czy lubię te swoje poranki.

– Jasne, to najprzyjemniejsza część dnia – odpowiedziałam. – To czemu byś miała sobie to odbierać? – zauważyła. I odtąd już nie myślę, że marnuję czas, ale że bez stresu zaczynam dzień i zbieram siły, a psy także mają z tego radość.

Mam też oczywiście złe nawyki, którymi nie zamierzam się chwalić, ale niektóre udało mi się zmienić. Z powodu pandemii przestałam chodzić na zajęcia sportowe, w ogóle mało wychodziłam z domu, stawałam się coraz bardziej zasiedziała i czułam się jak purchawka. I długo nad tym bolałam, aż w końcu zaczęłam ćwiczyć. Sama. Powoli. Stopniowo, bo tak naprawdę mi się nie chciało. Najpierw tylko witałam słońce, potem wprowadzałam nowe ćwiczenia, aż zaczęłam to lubić i dziś jest to moja rutyna. Czy zbliża mnie do sukcesu? Zależy, jak go rozumieć, ale na pewno jestem bardziej zadowolona z siebie i lepiej się czuję.

Moje przyjaciółki mają na koncie realne sukcesy. Ale gdyby nie miały, to też chciałabym o nich napisać, bo tym, co mnie w nich zachwyca, jest zadowolenie z siebie i z życia. To nie są jakieś szczęściary. Mają różne problemy, ale żyją tak, jak chcą, dzięki wypracowanej rutynie. A czy zadowolenie z każdego dnia nie jest wystarczającą miarą sukcesu?

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze