fbpx

Toksyczna kurtyna. Dlaczego tkwimy w nieudanych związkach?

Toksyczna kurtyna. Dlaczego tkwimy w nieudanych związkach
Toksyczna kurtyna to jedna z przyczyn nieudanego związku. (Fot. iStock)

Dlaczego niektóre pary, mimo kłótni i nieporozumień, nie mogą się rozstać? Dlaczego równie mocno, jak kochać, potrafią się ranić? Przyczyną jest to, co psychologowie nazywają toksyczną kurtyną, czyli obszar zepchniętych do podświadomości deficytów z dzieciństwa.

W pomieszczeniu znajduje się grupa 20 ludzi, wszyscy są terapeutami i nigdy wcześniej się nie widzieli. Przez najbliższe dni będą uczestnikami grupy rozwojowej. Na samym początku, kiedy nie znają nawet swoich imion, zostają zaproszeni do tego, by wybrać spośród pozostałych uczestników kogoś, kto przypomina im osobę z ich rodziny, kto do niej by pasował, kto mógłby wypełnić puste miejsce, psychologiczną „lukę”. Gdy wszyscy dobiorą się w takie pary, jest czas na porozmawianie o motywach, które skłoniły ich do tego wyboru, a następnie o swoim środowisku rodzinnym. W dalszej części pary łączą się w czwórki, które staną się rodziną, a każda z osób ma przyjąć w niej konkretną rolę.

To ćwiczenie, nazywane „ćwiczeniem układów rodzinnych”, pokazuje, że w grupy dobierają się osoby pochodzące z rodzin, które funkcjonowały w bardzo zbliżony sposób. „Na przykład cała czwórka stwierdza, że pochodzi z rodziny, w której były trudności z okazywaniem uczuć; albo na przykład z wyrażaniem złości czy zazdrości, albo gdzie oczekiwano od każdego, że będzie stale wesoły i pełen optymizmu” – pisze w książce „Żyć w rodzinie i przetrwać” Robin Skynner, psychiatra, specjalista w zakresie terapii rodzinnej.

Czasami w trakcie ćwiczenia okazuje się, że cała czwórka straciła na ważnym etapie życia mamę, ich ojciec był przez jakiś czas nieobecny lub każde z nich przeżyło w dzieciństwie dużą stratę. Oczywiście, można by zanegować wyniki ćwiczenia, twierdząc, że osoby te miały za zadanie szukać podobieństw. Ale przeczą tej tezie ci wszyscy, którzy niechętnie brali udział w ćwiczeniu, nie wybrali nikogo, po prostu zostali sami na środku sali. Gdy Robin Skynner po raz pierwszy przeprowadził ten eksperyment, napisał: „nagle zacząłem się martwić, że osoby, które znalazły się razem jako ostatnie, będą miały poczucie, że są z odrzutu”. Okazało się, że ci wszyscy „z odrzutu” wychowali się w rodzinach zastępczych, domach dziecka albo byli adoptowani.

Kryterium doboru

W latach 50. Henry Dicks, pionier terapii małżeńskiej, opisał trzy powody, dla których ludzie dobierają się w pary. Pierwsze są motywy społeczne, takie jak pieniądze, pochodzenie, religia, status. Drugą kategorię stanowią indywidualne względy, takie jak wspólne zainteresowania, cechy charakteru, atrakcyjność fizyczna. Ostatnią – nieświadomy pociąg prowadzący do tzw. ślepego zakochania, powodowany silnym przekonaniem, że odnaleźliśmy właśnie tę osobę. Tak naprawdę, na nieświadomym poziomie, rozpoznaliśmy w tej osobie kogoś ze swojej rodziny. A ponieważ swoją rodzinę nosimy wszędzie ze sobą, wszyscy o podobnej psychologicznej historii także mogą nas rozpoznać.

To żadna magia, tylko logiczny, psychologiczny mechanizm. Podobnie każdy z nas bez trudu jest w stanie rozpoznać atmosferę panującą w pokoju, do którego właśnie weszliśmy, a w którym przed chwilą pokłóciła się dwójka osób. Im bliżej jesteśmy danej osoby, im bezpieczniej się przy niej czujemy, tym szybciej jesteśmy w stanie rozpoznać jej nastrój przez samo spojrzenie w oczy, na twarz. A sygnały wysyłamy cały czas, również sposobem chodzenia, siadania, tonem głosu, tym, jak budujemy zdania, jak sięgamy po kubek z herbatą.

Zakochujemy się i tworzymy nową rodzinę na zasadzie ukrytych podobieństw, które rozpoznaje nasza nieświadomość. Wszystko przez kurtyny, czyli bariery, jakie dla pozornego bezpieczeństwa tworzy nasza psychika. Za nimi instynktownie chowamy wstydliwe uczucia, spychamy traumy i przykre doświadczenia. W nadziei, że – schowane – nie będą miały na nas wpływu. Paradoks polega na tym, że mają, i to większy, niż gdybyśmy przyjęli je do wiadomości.

Para z defektem

Są małżeństwem od 19 lat, z czego 18 spędzili na kłótniach. Poznali się w pracy, na wyjeździe integracyjnym. Podczas tzw. rundek rozpoczynających i kończących dzień jako jedyni odmawiali dzielenia się swoimi emocjami. Po trzech miesiącach od poznania, wypełnionych szczęściem, seksem i poczuciem zupełnego zjednoczenia, pobrali się. On podziwiał jej elokwencję, to, jak stawiała granice swoim koleżankom i jak gardziła serialami, telewizją i damskimi fatałaszkami. Ona uwielbiała jego błyskotliwość, poczucie humoru, cynizm, którym wygrywał każdą dyskusję, oraz niezwykłą zaradność. Jednak już kilka tygodni po ślubie rozpoczęły się ciche dni, poprzedzone gwałtownymi wybuchami, często krzykiem, słowami pełnymi ocen i wyzwisk. I jego, i ją łatwo zranić, nie tylko słowem, również spojrzeniem. W każdym z nich tkwi bowiem pragnienie miłości, czułości, którym nie zostali nakarmieni w dzieciństwie. Ona pochodzi z rodziny alkoholowej, a on był ofiarą przemocy.

Zakochali się w tym, co znajduje się przed kurtyną, a co Robin Skynner nazywa „towarami w oknie wystawowym”. Dostrzegli w sobie nawzajem intrygującą, silną osobę i musieli przeczuwać, że za kurtyną mieszka przerażone, zrozpaczone i nigdy niekochane dziecko. Połączenie tych dwóch obszarów stanowi dziwnie kuszący, podniecający i znajomy przebłysk tego, że trafiło się na osobę ze swojego świata. I oto przed nim staje ona, a przed nią on, noszą w sobie tę samą pustkę, tę samą ranę, to samo pragnienie, a w końcu tę samą nadzieję na ratunek, a ratunku może udzielić tylko ktoś posiadający tę samą tajemnicę. Za ich kurtyną mieszka rozwścieczone dziecko, które nie potrafi poprosić wprost o miłość, które – aby przetrwać – wypracowało różne strategie, takie jak cynizm, elokwencja czy błyskotliwość. A to uwodzi. W takim związku prawie nigdy nie dochodzi do zawieszenia broni, podobnie jak w domu rodzinnym, partnerzy muszą być stale czujni, ponieważ w każdej chwili może spaść na głowę cios. „I dlatego ta ich część, która jest dzieckiem, jest zawsze sfrustrowana, rozgniewana i zawzięta. Ta złość narasta, dopóki nie osiągnie punktu, gdy rozwścieczone dziecko eksploduje zza kurtyny. Toteż muszą spędzić połowę życia na dziecinnej wściekłości na siebie nawzajem” – pisze Robin Skynner.

Nie potrafią dostrzec, że nie są wściekli na partnera, politykę, spóźniony autobus, tylko na to, że nigdy nie dostali miłości, której pragną coraz bardziej zaborczo. Naiwnie liczą na ratunek, na to, że druga strona odgadnie i zaspokoi ich potrzeby. A ponieważ do tego skłonni są jedynie zakochani w pierwszym okresie ślepego uczucia, w późniejszym narasta spirala wściekłości. Łatwiej zmierzyć się z demonem swojego partnera niż z własnym.

Raz w górę, raz w dół

Takim parom ciężko się rozejść. Dopóki są razem, mogą udawać, że jest z nimi wszystko w porządku, przez to czują się bardziej zaradni, mądrzejsi, dostrzegają wyraźnie chłód i braki emocjonalne drugiej strony, które ochoczo i skrupulatnie piętnują, ale nie potrafią dostrzec tego samego w sobie. Każde twierdzi, że tylko reaguje, że przecież jest cierpliwe, że to druga strona zaczęła.

Rozpoczyna się walka, po której może dojść do cichych dni, czasami krótkotrwałego rozstania, i znów wracają „anielskie” dni pełne bliskości, zrozumienia, łagodności. „Kiedy to się zdarza jednocześnie, obydwoje czują się i wydają innym nawet bliżsi i bardziej zajęci sobą nawzajem niż normalne pary, którym życie układa się całkiem dobrze. W takim okresie starają się wynagrodzić drugiej stronie wszystkie krzywdy, mówią, że nie zrobią tego nigdy więcej i naprawdę w to wierzą. Wczorajsza walka wydaje się złym snem. Nie potrafią zrozumieć, dlaczego do niej doszło i naprawdę są przekonani, że nic takiego się nie powtórzy” – wyjaśnia Skynner.

A dzieje się tak dlatego, że autentyczny problem trafił ponownie za kurtynę. Zarówno jedno, jak i drugie nigdy nie zajęło się swoimi lękami, zakaz okazywania i brania miłości z dzieciństwa pozostał w nich wciąż żywy. Panicznie potrzebują związku, miłości, ale potrafią dawać i brać tylko taką miłość, jaką znają.

Co tam chowasz, miły?

Za kurtyną może mieścić się wszystko, a jeśli ona istnieje, to nie jest możliwe, abyśmy w tym momencie wiedzieli, co za nią się znajduje, bo – co logiczne – kurtyna nie byłaby wtedy potrzebna. Może być tam zakaz przeżywania złości albo smutku, przyzwolenie na odpoczynek i spokój, lęk albo okrucieństwo. „Towary w oknach wystawowych” są atrakcyjne dlatego, że intuicyjnie czujemy, że na tyłach sklepu, za kurtyną, znajdują się pewne wstydliwe obszary, które świetnie znamy z własnego życia. Ale kurtyna nie może być cały czas szczelnie zasunięta, bo kosztuje to zbyt wiele energii.

Czasami, gdy jesteśmy zmęczeni albo pijani lub wyjątkowo radośni, zapominamy o tym, co za kurtyną, i pozwalamy temu wypłynąć. Jeśli jakimś trafem zdarza się to obok innej osoby z podobną do naszej historią rodzinną, zakochanie jest prawie murowane. Trochę tak jak bliskość pojawiająca się pomiędzy uczestnikami eksperymentu opisanego na początku artykułu. Nasze kurtyny nie są szczelne, wymykają się świadomości. W tym, że dwie strony mają podobne słabości, tkwi wielki potencjał, by być zrozumianym i wyrozumiałym. Z drugiej strony osoba obok otrzymuje „klucz” do naszej psychiki, co wywołuje i lęk, i zaufanie, bo nie wiemy, jak go użyje.

Pocieszające jest to, że jeżeli potrafimy rozpoznać u siebie powyższy schemat, to problem nie znajduje się całkowicie za kurtyną, a to oznacza możliwość pracy nad sobą, np. w formie terapii. Opisana para stanowi tylko pewien procent związków, część osób pozostających w przeciętnie szczęśliwych układach nigdy nie zagląda za kurtynę, tkwiąc w dosyć bezpiecznej relacji. Cena, jaką za to płacą, to rutyna. Ale życie to zawsze kwestia wyboru.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze