fbpx

Od jutra będzie inaczej

Getty Images / Flash Press Media

Chcę schudnąć, zmienić pracę, być bardziej asertywna… Od tego roku, tego miesiąca, tej godziny. Tylko dlaczego wiecznie mi się to nie udaje?
Marta ma apetyt na życie. Śmieje się perliście i otwarcie, dużo mówi. Ma urocze dołeczki w policzkach i blond loki. Ciągle się śpieszy. Szybko mówi, szybko też je. Dwa razy w roku wyjeżdża do Włoch, głównie z powodu makaronów. Z rozmarzeniem opowiada o tortellini ze szpinakiem i ricottą.

Jest kobietą przed czterdziestką i ma kilkanaście kilogramów nadwagi. Je jeden posiłek dziennie – trwający od rana do wieczora. Ciągle coś przekąsza, podjada, smakuje. Je całą sobą. Oczywiście wtedy, kiedy się nie odchudza. Gdy przystępuje do akcji zrzucania zbędnych kilogramów, z dużą dawką humoru opowiada znajomym i przyjaciołom o kolejnych dietach cud, które testuje, o zestawach ćwiczeń, którymi się torturuje, i medytacjach oddechowych, które śmiertelnie ją nudzą. Rozpoczyna to wszystko z każdym Nowym Rokiem, wiosną, jesienią i od niektórych poniedziałków. Bo Marta jest świetna w robieniu postanowień. Ekscytuje się, wręcz unosi się ze szczęścia, gdy czyta poradniki, serfuje po internecie, śledząc fora, przeszukuje sklepy ze zdrową żywnością. Szykuje się na nowe.

„Mam energię do zmiany”

– Za każdym razem naprawdę wierzę, że mi się uda – mówi Marta. – Zmiana, której chcę, wydaje się naprawdę możliwa do wprowadzenia w życie.

Opowiada, że wyobraża sobie siebie szczupłą, najchętniej w dżinsach. Widzi się na zakupach, na których wybiera obcisłe bluzeczki w rozmiarze 38. Uśmiecha się do tych wizji, piekąc w foliowym rękawie mały kawałek schabu na obiad. Aż następuje moment, w którym robi się zbyt ciężko.

– Boję się tego charakterystycznego ścisku żołądka, mdlącego uczucia głodu – mówi Marta.
I zaczyna dojadać, najpierw po dzieciach. Przecież nie wolno wyrzucać jedzenia. Impreza u przyjaciółki? Czemu nie! Idzie, bawi się i nie odmawia sobie dodatkowej porcji risotta czy ciasta. Czy po takiej przyjemności można wrócić do szpinaku, jedynie lekko posolonego, niedoprawionego śmietaną?
– To dla mnie zbyt okrutne i niesprawiedliwe. Bo co ja mam z tego życia? – tłumaczy Marta.
Zaczyna kulinarne szaleństwo. Zaprasza gości na wykwintne kolacje, wraca do niedzielnego pieczenia ciasteczek, wydaje okrągłe sumy w delikatesach. Znowu podjada i przekąsza od rana do nocy.
– Czuję, że żyję, że jestem wolna – wyznaje. – Przekonuję siebie, że zasługuję na przyjemności. Że jeśli ja nie będę dla siebie dobra, to kto będzie? Z czasem jednak moje świetne samopoczucie się pogarsza. Dopadają mnie potworne wyrzuty sumienia. Krytykuję siebie za słabość, brak silnej woli, nazywam się tłustym potworem.

„Jestem beznadziejna”

Właściwie chodzi nie tylko o odchudzanie. Marta chętnie zmieniłaby też pracę. Od lat siedzi w tej samej firmie, w administracji. Fakt, dobrze zarabia, ale marzą się jej podróże, praca z ludźmi, a nie papierami. Co jakiś czas postanawia więc doszlifować angielski.

– Nie wiem dlaczego, ale nie mogę w tym wytrwać. Na kursie pojawia się opór przed wypowiadaniem się na forum, a indywidualne konwersacje zawsze w końcu mnie nudzą – opowiada.
Stwierdza więc, że jest już za stara na naukę, rzuca lekcje i, podobnie jak po przerwaniu diety, czuje się wolna. Do czasu aż zacznie nazywać się leniwym potworem, bez talentu i ambicji.
– Wstydzę się, że jestem taka beznadziejna – mówi Marta.
– Wpadam w czarną dziurę. Dopada mnie smutek, rozdrażnienie, złość. Ludzie mówią, że się nagle zmieniłam, bo najczęściej jestem rozgadana i uśmiechnięta.

Marta jest lubiana. Wysłucha, doradzi, pocieszy. Choć sama nie uważa, że dołeczki w jej policzkach są urocze ani że ma wyjątkowe poczucie humoru – inni sobie to cenią. Jej samopoczucie pogarsza się, gdy gwar ludzki wokół niej milknie. Czuje się otyła, niekochana, nieszczęśliwa.

„Męża też bym zmieniła”

Wojtek nie jest czuły jak kiedyś. On nawet nie jest nią zainteresowany. Ma swoje sprawy, czasu dla żony zostaje niewiele. Marta czasem postanawia z nim szczerze porozmawiać. Umie nawet zrobić awanturę. To jednak nie daje efektu, nie przywraca zaangażowania Wojtka sprzed lat. Są chwile, gdy Marta myśli, że to, jak się czuje w małżeństwie, ma jakiś związek z tym, że w dzieciństwie jej ojciec odszedł do innej kobiety.

– Czasem chce mi się wyć z bólu i samotności – mówi Marta. – Mąż jest tak odległy, obcy, a ja nie mam odwagi się do niego zbliżyć. Powiedzieć, co czuję, wyznać, czym mnie rani. Ale chyba pogodziłam się już z tym. Jest jak jest. Nie mam szans, by zacząć życie od nowa.

Komentarz psychologa

Dyskusja Dziecka z Rodzicem

Według analizy transakcyjnej, stworzonej przez amerykańskiego psychiatrę Erica Berne’a, w każdym z nas mieszkają trzy subpostacie: Rodzic, Dziecko i Dorosły. Sterują naszymi schematami zachowania i odczuwania.
Dziecko pod wpływem impulsu, wiedzione piękną wizją końca, podejmuje się szalonych zadań, których nie potrafi zrealizować. Dla niego liczy się tylko tu i teraz, czyli doraźna przyjemność. I pewnie gdyby nie Rodzic, nasze postanowienia noworoczne i wszelkie inne byłby zarzucane w chwili pierwszego dyskomfortu, wynikającego z ograniczeń. Wspaniały cel na zawsze pozostałby odległy. Rodzic przypomina nam o nim. Stoi za plecami i surowo ocenia wszystkie wpadki, każde ciastko zjedzone na diecie, każdy przerwany kurs angielskiego, każde niezrealizowane zadanie. I wtedy Dziecko czuje się jeszcze gorzej. Nie dość, że coś mu się nie udało, staje się podmiotem bezwzględnej krytyki.

Bo Rodzic jest tyranem, który nie uwzględnia okoliczności łagodzących. Nie ma litości dla potknięć Dziecka. On pragnie wychować człowieka ze stali, bo tylko taki, jego zdaniem, poradzi sobie w świecie. Kontakt między Dzieckiem a Rodzicem może odzwierciedlać najgorszy model relacji z dzieciństwa. Ponieważ jednak mechanizm ten odtwarza się na poziomie nieświadomym, nie jest łatwy do zauważenia.

Dlaczego Marta nie umie dotrzymywać postanowień?

Kiedy Marta planuje odchudzanie, widząc siebie szczupłą i atrakcyjną, przemawia przez nią Dziecko, które potrafi marzyć. To Ono wyobraża sobie, że kupuje obcisłe ubrania, podpowiada, że męża najlepiej zmienić, skoro jest taki nieczuły.

Rodzica w bohaterce poznajemy natomiast po klasycznych dobrych radach, które pojawiają się w jej relacji. „Nie wolno wyrzucać jedzenia”, „nie wypada odmawiać” – to typowe hasła Rodzica, suma ogólnych społecznych prawd i przekonań, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Najczęściej zbędnych, bo ograniczających. Rodzic Marty odzywa się również krytycznym, wręcz bezwzględnym głosem, kiedy Marta nazywa się tłustym, leniwym potworem, gani za brak ambicji, urody. W efekcie nie potrafi zawalczyć o szczęśliwy związek, satysfakcjonującą pracę czy szczupłą sylwetkę.

Na scenę wkracza Dorosły

Gdybyśmy mieli w sobie tylko Dziecko i Rodzica, pewnie nigdy nie wyszlibyśmy poza fazę ścierania się sprzecznych głosów. Szczęśliwie jest jeszcze Dorosły. To część nas, która jest mądra, doświadczona, zna możliwości i ograniczenia swojego „właściciela”.

Dorosły przygotowuje plan działania, który jest ambitny, ale realny do wykonania. Stara się dookreślić cel. Dorosły jest elementem wnoszącym świadomość. Może ocenić zapał Dziecka, a jednocześnie utemperować nieco oczekiwania Rodzica. I zamiast postanowień, że za pół roku będę szczupła, pojawia się obietnica, że do końca roku zgubię 7 kilogramów.

Dorosły jest na tyle rozsądny, że stosuje metodę małych kroków, czyli opracowuje cele pośrednie, za których realizację zawsze się nagradza. Nagroda to istotny aspekt pracy z celami. Przy osiągnięciu każdego etapu (np. strata pierwszego kilograma czy wytrwanie na zajęciach z angielskiego przez trzy miesiące) obdarowuje się. To może być drobiazg, ale taki, który ucieszy Dziecko. Bo to ono jest odpowiedzialne za aktywność, ruch, siłę działania. Dorosły jest bardziej wyrozumiały niż Rodzic. Kiedy zdarzy się wpadka, podchodzi do tego spokojnie. Nie uogólnia, nie krytykuje, nie załamuje się, tylko przechodzi nad tym do porządku dziennego i idzie dalej. Jest także na tyle zapobiegliwy, że potrafi stworzyć plan awaryjny. Czyli potrafi wymyślić sposób postępowania na wypadek kłótni z mężem, problemów w pracy, gorszego samopoczucia, kiedy to odkładamy na bok wszystkie postanowienia i sięgamy po czekoladę lub w inny sposób zapadamy się w siebie.

Wbrew pozorom Dziecko z Rodzicem stanowią dobraną parę. Rodzic poucza, a Dziecko wysłuchuje. W tym trójkącie outsiderem jest Dorosły, który odważa się na polemikę zarówno z Rodzicem, jak i z Dzieckiem. Widzi słomianą schematyczność pierwszego i słomiany zapał drugiego. Wygląda na to, że najlepiej byłoby się pozbyć obojga i zostawić tylko Dorosłego. Ale byłoby to błędem.

Każda z trzech postaci jest nam bowiem w jakiś sposób potrzebna. Jeśli ją wykorzystać we właściwym celu, zaprząc do pracy – sukces murowany. Dorosły, choć jest taki mądry, przewidujący i świadomy, sam nie da rady ruszyć bryły z posad.

Wskazówka dla Marty

Żeby Marta mogła zacząć dietę, lekcje angielskiego, rozmowy z mężem… – potrzebuje zgodnej współpracy trzech subpostaci. Plan jest taki: Od Dziecka niech weźmie wizję i odwagę. Rodzic będzie odpowiadał za konsekwencję, a Dorosły zadba, by Rodzic z Dzieckiem mogli razem działać, zamiast się na siebie obrażać.

Ale żeby ten scenariusz mógł być realizowany, Dorosły musi być aktywny. I tu jest sedno problemu, bo zapadł w letarg. Stało się to najprawdopodobniej jeszcze w dzieciństwie. W momencie, kiedy ojciec Marty odszedł do innej kobiety. Pozbawiona wsparcia w tak trudnym momencie Marta zatrzymała się na etapie Dziecka. Zabrakło wyjaśnień, przedstawienia argumentów obu stron, zrozumienia. Zabrakło w jej otoczeniu prawdziwego Dorosłego. I tak często jest, że dzieci są wychowywane przez inne Dzieci.

Osoba z syndromem Dziecka postrzega świat monochromatycznie. Ludzie są źli albo dobrzy, głupi albo mądrzy. Nie ma cieni, szarości, normalności. Dlatego też w przypadku Marty, jedno odstępstwo od diety przesądzało o tym, że rzucała w kąt całe odchudzanie. Podobnie było z innymi projektami. Tak zachowuje się Dziecko i ma do tego prawo. Chyba, że ma więcej niż trzydzieści lat. Wtedy warto się zastanowić, czy to Dziecko nie przejęło nad nami kontroli.

Według analizy transakcyjnej, stworzonej przez psychiatrę Erica Berne’a, w każdym z nas mieszkają trzy subpostacie: Rodzic, Dziecko i Dorosły. Sterują naszymi zachowaniami.

Historia Marty jest bardziej skomplikowana, dlatego trzeba czegoś więcej niż tylko ustawienia odpowiednich proporcji pomiędzy jej wewnętrznymi bohaterami.

Dość wcześnie zostawała pozbawiona poczucia bezpieczeństwa, jakie daje bliskość z rodzicami. Zamiast pierwszogatunkowej miłości otrzymała produkt miłościopodobny – jedzenie. Prosty i jakże uroczy sposób, żeby wyrazić uczucie. Jeśli jednak jedzenie jest jedynym sposobem okazywania miłości – obdarowany zostaje zamieniony w ofiarę. Żeby zająć się tymi problemami, przydałby się ktoś do pomocy. Może terapeuta?

Jak jednak sprawić, żeby Marta odważyła się dać sobie jeszcze jedną szansę? Pierwszym krokiem ku temu będzie wniesienie świadomości – zrozumienie, co się z nią dzieje, co nią powoduje i dlaczego podejmuje takie decyzje. Wiedza na temat mechanizmów, które rządzą jej wyborami, może pomóc uratować wewnętrzne Dziecko
– kiedyś porzucone. I to nie raz, bo najpierw przez ojca, a teraz przez męża. Wtedy jednocześnie bezwzględny Rodzic przestanie obrzucać obraźliwymi epitetami, a Dorosły wydorośleje.

Żeby dać sobie wsparcie w odnajdywaniu drogi do własnej tożsamości, może skorzystać ze wsparcia zewnętrznego: warsztatów, psychoterapii, coachingu, kręgów kobiet, ale też mądrych czasopism, książek oraz ludzi.