fbpx

Zrób miejsce na miłość

Zrób miejsce na miłość
123rf.com

Kochać można się nauczyć. To podstawowy zasób,
jaki mamy. Najlepsze, co możemy sobie dać, to miłość do siebie.
Tylko co to naprawdę znaczy – wyjaśnia duńska terapeutka
Anette Kannegaard.

Jest sformułowanie, które mnie niezmiernie irytuje: kochaj siebie. Ma to być lek na całe zło. Tylko co to właściwie znaczy? Można się nakłonić do miłości? To tak, jakby ktoś powiedział: „pokochaj tamtego blondyna…”.

Gdy tak na to spojrzymy, oczywiście, nie można. Ale przecież nie o taką miłość chodzi. Jednak ma pani rację, nadużywamy tego określenia. A mało kto zadaje sobie trud wytłumaczenia, o co chodzi. Co nie zmienia faktu, że pracując nad sobą, dążymy właśnie do tego, by siebie pokochać.

Nie o taką miłość chodzi, czyli o jaką?

Nie o romantyczne porywy, namiętność, uwielbienie. Ta mieszanka zarezerwowana jest dla partnera. Dlatego osobiście wolę zamiast „miłość” używać słowa „samoakceptacja”. Jest zdecydowanie bliższe temu, o co chodzi, i nie budzi takiego oporu. Poza tym samoakceptację można w sobie wypracować.

W jaki sposób?

Trzeba przede wszystkim uświadomić sobie, czym owa samoakceptacja jest. To życzliwa uważność, przyjmowanie siebie takim, jakim jestem. Mam takie, a nie inne talenty, lubię to, a nie znoszę czegoś innego, nie potrafię tego czy tamtego, reaguję tak, a nie inaczej. Podstawowym ćwiczeniem budującym samoakceptację jest obserwacja siebie, wykształcenie w sobie postawy świadka, który widzi, jak jest, jak reaguję, co czuję w danej chwili, bez oceniania. Tak rozumiana miłość do siebie jest największym zasobem, jaki mamy.

Miłość kojarzy mi się z dodatnią temperaturą, nie z chłodnym oglądem.

To właśnie sedno nieporozumienia. Ludzie często mówią mi: „Staram się pokochać swoje wady”. Co to znaczy? Uwielbiać to, że ciągle się spóźniam? To mogę jedynie zaakceptować, wraz z faktem, że chwilowo nie umiem lub nie chcę tego zmienić. Samoakceptacja to postawa pogodzenia się z życiem i ze sobą: znamy siebie, wiemy, na co nas stać, a na co nie. To wielka ulga! Najwięcej energii tracimy na udawanie kogoś innego, lepszego. Robimy to wszystko właśnie dlatego, że siebie nie akceptujemy. Mamy oczekiwania, jacy powinniśmy być, i próbujemy im sprostać. To nas usztywnia, boimy się, że inni nas odrzucą, gdy zobaczą naszą prawdziwą twarz. Samoakceptacja pozwala przestać się tym zajmować i zacząć wreszcie żyć. Sama przez to przeszłam. Kiedyś byłam wobec siebie bardzo surowa, wymagająca. Dunki w ogóle tak mają. Wychowują nas na perfekcjonistki. Staramy się być zawsze uprzejme, opanowane, nie okazujemy uczuć, radzimy sobie, nikogo sobą nie absorbujemy. Bardzo wysoko postawiona poprzeczka. Stąd moim zdaniem tyle przypadków depresji. W Danii to dziś prawdziwa epidemia. Większość moich klientów to ludzie z depresją.

Czy depresja bierze się z tego, że nie możemy sprostać wyma-ganiom?

Często bierze się z braku miłości do siebie, z narzucania sobie wyśrubowanych norm i wypierania, duszenia w sobie uczuć, szczególnie złości. Sama pracuję z tym wzorem już wiele lat, ale dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że chyba wreszcie mi się udało. Łapię się na tym, że np. siedzę w samochodzie i czuję się ABSOLUTNIE szczęśliwa. Choć nic się nie dzieje. Doświadczam pogodzenia ze sobą. To daje poczucie wielkiej wolności. Nic nie muszę, mogę robić, co tylko zapragnę. Bo cokolwiek się wydarzy, mam siebie. Cieszę się, bo takie chwile świadomości zdarzają mi się coraz częściej. Są bardzo karmiące.

Ile zajęła pani praca nad tym?

Wiele lat. Musiałam kompletnie zmienić swoje myślenie, wzorce zachowań. Ale wierzę, że każdy może to osiągnąć. Proponuję zacząć od prostego ćwiczenia: raz dziennie proszę zatrzymać się na chwilę i zadać sobie pytania: „Co teraz czuję? Co się ze mną dzieje?”. I po prostu stwierdzić fakt: „Jadę właśnie do pracy i jestem zadowolona. OK”. Albo: „Jestem teraz smutna. OK. Jestem zirytowana i podenerwowana. OK”.

Dobrze?

Niedobrze? Widzę, że w Polsce również, nie tylko w Danii, niektóre uczucia są trudne do zaakceptowania. Powiedzmy, że czuje się pani smutna. Zauważa to pani. Jaka jest pani pierwsza reakcja?

Niepokój. Dlaczego mi smutno? Czy coś ze mną nie tak?

Idealny przykład braku samoakceptacji. Smutek jest naturalną częścią życia. Zdarza się tak samo jak pochmurny dzień. Pani się go boi, więc pewnie go pani chowa, udaje zadowoloną, żeby nikt się nie domyślił, że pani jest smutna. Ale on nie znika. Nie można bezkarnie nie akceptować własnych uczuć, bo wówczas zatrzymujemy je w ciele. Dlatego praca nad samoakceptacją zwykle polega też na stopniowym uwalnianiu nagromadzonych uczuć. Kiedy ludzie zaczynają to robić, na przykład podczas sesji terapeutycznej, są zdumieni, ile tego w nich tkwi. Całe pokłady smutku, odrzucenia, złości, pogardy, zazdrości… Ciało przypomina naszą kronikę wypadków miłosnych. Wszystko jest w nim zapisane.

Gdy zaczynałam pracę ze sobą, myślałam: „O jakie uczucia w ciele chodzi? Przecież nic nie czuję…”.

To typowe. Wiele osób żyje w stanie permanentnego zblokowania. Nic nie czują. To jest mechanizm obronny, wieloletnia ochrona przed bólem. Niedawno na warsztacie pewien mężczyzna zaczął płakać i nie mógł przestać. A potem powiedział: „Tak okropnie się czuję, czy to kara za to, że pracuję ze sobą? Myślałem, że jak tu przyjdę, poczuję się lepiej. Przecież przedtem nie było mi tak smutno, dawałem sobie radę”.

To, co mu się przytrafiło, jest normalne. Gdy się „zamrażamy”, nie docierają do nas bodźce z ciała ani uczucia. Spływa po nas. Łatwiej wtedy pozornie się żyje, bo nie ma tak wiele bólu, choć nie ma też radości. Umiera nam ktoś bliski, a my zaledwie kilka łez uronimy. Jesteśmy jak skała. Tylko potem nagle padamy na zawał. Gdy zaczynamy z tym pracować, powoli odkopujemy te uczucia. I czasem te wybuchy po latach bywają spektakularne. Ale przecież to, co z nas wychodzi, jest nasze własne. To nie kara za pracę nad sobą, tylko konsekwencja tych wszystkich lat zaniedbań. Zaczynamy czuć, co naprawdę się w nas dzieje. To trudny moment, warto mieć kogoś, kto nas w tym wesprze, bo wiele osób na tym etapie się zniechęca. Gdy już pozbędziemy się złogów emocjonalnych, pojawia się w nas przestrzeń na miłość, radość, szczęście. Dlatego uczyć się kochać w ogóle i kochać siebie w szczególności to znaczy świadomie budzić siebie i swoje ciało do czucia. Można to zrobić na wiele sposobów. Tańczyć, chodzić na masaże, ćwiczyć jogę, pracować z oddechem, z głosem…

Gdy myślę o bezwarunkowej akceptacji, przychodzi mi na myśl matka. Taka, której można wszystko opowiedzieć, a ona nie oceni, tylko wysłucha, przytuli.

Dokładnie taką „matką” mamy się stać dla siebie.

Skąd wtedy brać impuls do zmiany? Boję się, że w takich akceptujących objęciach zalegnę i będę trwać w biernej akceptacji na przykład tego, że mi się nic nie chce.

Po pierwsze, samoakceptacja nie jest samouwielbieniem. To częsty błąd. Po drugie, to umysł podpowiada nam taki czarny scenariusz. Jeśli pozwolę sobie być taka, jaka jestem, do niczego nie będę się zmuszała, to niczego nie osiągnę. Przeszłam przez to, więc wiem, że to nieprawda. Kiedy czujemy się bezgranicznie akceptowani, naturalnie zaczynamy chcieć ruszać do przodu. Mamy inną motywację: pragniemy robić to, co sprawia nam radość, chce nam się żyć.

Co może oznaczać, że mniej osiągniemy.

W stanie akceptacji zwykle odkrywamy, jak wiele rzeczy robimy niepotrzebnie. Nadużywamy się, by coś komuś albo sobie udowodnić, by się przypodobać. Nie robimy tego z miłością, tylko z przymusu. Więc jeśli te rzeczy znikną z naszego życia, nie ma czego żałować. I tak nam nie służyły. Karmiły jedynie nasze ego. Nie warto się bać takiej sytuacji, bo ona często otwiera przed nami zasoby, talenty, których nawet nie byliśmy świadomi. Samoakceptacja daje nam dostęp do naszej energii twórczej, kreatywności. Otwiera drogę do tego, by zmienić podejście do pracy jako działania, które możemy dać światu, a nie harówki, w której zużywamy wszystkie siły w walce o przetrwanie. Taki poziom świadomości osiąga wciąż niewiele osób – całe szczęście coraz więcej. To wybór, który polega na tym, że decydujemy się akceptować siebie. Przestajemy chcieć być kimś innym. Wtedy otwiera się przed nami bogactwo tego, kim naprawdę jesteśmy. Kiedy ta świadomość zacznie do nas docierać, dzieje się cud: piękniejemy, stajemy na własnych nogach, zaczynamy się uśmiechać, czuć, że żyjemy.

Energia, która pcha nas do działania, to energia dobrego taty. Psychologia mówi, że to ojciec zachęca dziecko do odkrywania świata, pomaga przekraczać strach. Mój przyjaciel opowiadał mi, jak uczył swoje dzieci chodzić po krawędzi wanny. Był blisko, zachęcał, ale nie pomagał. Szły same, choć się bały. Jego dzieci są dziś otwarte, nie cofają się przed trudnościami.

Taka jest właśnie druga twarz miłości do siebie. A więc można powiedzieć, że powinniśmy się stać dla siebie akceptującą matką i jednocześnie uważnym, zachęcającym do działania ojcem.

Niezłe wyzwanie, szczególnie jeśli się nie miało właściwych wzorców…

Można zacząć od czegoś absolutnie podstawowego. Zacząć o siebie dbać, karmić się. W sensie dosłownym – zdrowego jedzenia – i bardziej symbolicznym. Pomyślmy o sobie jak o własnym dziecku: „Czego mi teraz trzeba? Jak mogę się zająć sobą? Może jestem głodna albo zmęczona? Co teraz czuję? Co mi sprawia przyjemność?”. I zacząć sobie to dawać. To w sumie proste. Ale nie zawsze łatwe. Ja na przykład musiałam się uczyć tego, że moje ciało potrzebuje odpoczynku. Zawsze gdzieś mnie gnało, nadużywałam się. Na przykład jestem kilka dni w Warszawie, chciałoby się pozwiedzać, spotkać ze wszystkimi znajomymi. Ale jestem po całym dniu sesji, jeszcze mamy wywiad. Czuję się zmęczona. I stoję przed wyborem: czy wyjść, czy po prostu wziąć kąpiel i iść spać. Coraz częściej daję sobie prawo, żeby nigdzie nie chodzić.

Ale coś w ten sposób pani traci.

To iluzja. Nie sposób być wszędzie, robić wszystkiego naraz. Sztuką jest takie skontaktowanie się ze sobą, by wiedzieć, co jest najlepsze dla nas w danym momencie. I zaakceptowanie tego. Wówczas nie żałujemy tego, co nam niby przeszło koło nosa. Bo jesteśmy w zgodzie ze sobą. Kiedy przyjrzymy się szczerze własnym motywacjom, może się okazać, że biegamy jak oszalałe po mieście, bo znowu jakiejś części siebie nie akceptujemy. Na przykład takiej, która nie jest na bieżąco ze światem kultury, w centrum wydarzeń… Miłość do siebie to też kwestia szacunku. Jeśli czuję, że moje ciało jest zmęczone, nie będę się zmuszała do dalszego wysiłku, chyba że jest to absolutnie niezbędne. Wynikiem samoakceptacji jest właściwie rozumiana asertywność. Kocham siebie, więc słucham swoich potrzeb i je spełniam.

Czy to oznacza, że mamy zawsze stawiać siebie ponad innych? Na przykład ktoś prosi mnie o pomoc, a ja mu mówię, że nie, bo jestem zmęczona. To oznaka miłości do siebie czy egoizmu?

Ważne, że w ogóle pytam siebie, czy chcę tej osobie pomóc. Czy mam czas, jakie będą tego koszty dla mnie. Wiele osób tego nie robi. Bo trzeba pomagać innym, jak nie pomożesz, będziesz egoistą albo ta osoba się obrazi. Takie „głosy” słyszymy. Nie twierdzę, że są nieważne. Jednak zachęcam, by do nich dodać te, które mówią o naszych potrzebach: „Jestem zmęczona, jeśli teraz to zrobię, nie zdążę ze swoją pracą itp.”. Dopiero wtedy możemy podjąć świadomą decyzję, co chcemy zrobić. Bez poczucia, że się wiecznie do czegoś zmuszamy. Bo taki stan drenuje nas z energii. Objawem miłości do siebie jest branie siebie pod uwagę na równi z innymi, a nie pobłażanie sobie czy stawianie się zawsze na pierwszym miejscu. Wtedy czujemy się dobrze, bo wiemy, że jest ktoś, kto dba o nasze potrzeby – my jesteśmy tą osobą. Miłość do siebie to w praktyce umiejętność powiedzenia sobie: „Nieważne, co inni o mnie myślą. Ważne, co ja myślę o sobie. To i tak tylko myśl”.

Anette Kanegaard, duńska terapeutka. Mieszka i pracuje niedaleko Kopenhagi.
Jest instruktorką jogi kundalini, uczy medytacji, wizualizacji, channelingu. Od wielu lat prowadzi warsztaty rozwojowe, m.in. uczące, jak podążać ścieżką serca, łączyć się ze źródłem miłości w sobie. Kilkakrotnie była w Polsce. W wolnym czasie maluje i chodzi na długie spacery.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>