1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Incydent pełen rozkoszy

Incydent pełen rozkoszy

Czy przygodny seks zawsze musi być obarczony negatywną konotacją? A może pójście do łóżka z przypadkowym facetem będzie fantastycznym przeżyciem?

Na forach internetowych, w metrze, w pracy temat PRZYGODNEGO SEKSU jest wszechobecny. Zachowujemy kamienną twarzą, ale w głowie kłębią się myśli: a gdyby tak spróbować…

Dlaczego tak?

  1. Obiekt Twoich westchnień strasznie Cię pociąga - Ty go również. I  po prostu masz ochotę pójść do łóżka z osobą, z którą nie planujesz przyszłości. Ani bliskiej, ani dalekiej. Ale pamiętaj – FAIR PLAY – partner musi wiedzieć, że to seks bez zobowiązań.
  2. Jesteś w związku, ale boisz się eksperymentować, bo partner mógłby sobie  pomyśleć, że jesteś e-r-o-t-o-m-a-n-k-ą .  Pewnie, że najlepiej przegadać to we dwoje, ale bywa że dopiero przygodny seks wyzwala z zahamowań. Nastawiacie się na to, co „tu i teraz”, czyli namiętność bez żadnych podtekstów.
  3. Bo już sama nie wiesz, czego chcesz, a typowe, bezpieczne sytuacje nie dają szans na poznanie siebie.  Gdzie leżą Twoje granice? Czego potrzebuje Twoja seksualność?  A może po „zasmakowaniu” przygodnego seksu zrozumiesz, że najbardziej lubisz życie w stałym związku.
  4. Żeby być lepszą kochanką.  Zgodnie ze znanym hasłem: „trening czyni mistrza”. A znajomość kamasutry na pewno ucieszy przyszłego partnera.
A dlaczego nie? To już  zupełnie inna historia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobieta w drodze do… siebie. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. (Fot. Getty Images)
Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. (Fot. Getty Images)
„Jedz, módl się, kochaj” i „Kobiecość w rozwoju” to pozornie różne lektury: powieść i książka psychologiczna. Obie jednak dotykają procesu stawania się sobą, indywidualizacji kobiety, mówią, że jej warunkiem jest podróż dosłowna i symboliczna. Czy rozwój kobiet przebiega tak samo – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

W wielu współczesnych powieściach, takich jak „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert, pojawia się ten sam motyw: kobieta po rozwodzie albo nieudanym związku rusza w drogę. Kobiety czytają, oglądają nakręcone na podstawie tych książek filmy i być może dlatego, gdy znajdą się w trudnej życiowej sytuacji, postępują podobnie. Z takich inspiracji powstają kolejne już autobiograficzne opowieści jak „Dzika droga” Cheryl Strayed. Czyżby więc podróż była dla kobiety sposobem na poznanie siebie?
Nie jestem kobietą i to ryzykowne przedsięwzięcie, żebym wypowiadał się w imieniu kobiet. Skoro jednak pytasz, podzielę się doświadczeniem wyniesionym z towarzyszenia wielu kobietom w podążaniu ku ich prawdziwej – a przynajmniej prawdziwszej – tożsamości. Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. Najczęściej to samotność i klimakterium, bo też szczególna trudność tych sytuacji polega na tym, że nie ma żadnego kulturowego ani obyczajowego przepisu na rolę młodej, atrakcyjnej, niezależnej kobiety, nieposiadającej dzieci i niepozostającej w stałym związku z mężczyzną. Jak i nie ma żadnego kulturowego ani obyczajowego przepisu na rolę czynnej zawodowo, niezależnej, wolnej od zobowiązań wobec dzieci, często rozwiedzionej albo owdowiałej, dobrze wyglądającej kobiety po klimakterium.

W wymiarze kulturowym i socjologicznym nie ma ani dla tych pierwszych, ani dla tych drugich miejsca, nie ma misji, nie ma zasług, nie ma uznania. W wymiarze religijnym zagrożone bywają odmową sakramentów, a nawet zbawienia. I zapewne dlatego kobiety uczęszczają licznie na różne formy psychoterapii, coachingu, warsztatów, seminariów, kręgów, grup wsparcia itp. Szczególnie w okresie klimakterium, gdy dochodzą do siebie po pracowitym i pełnym poświęceń życiu, czują się seksualnie przezroczyste, rodzinnie niepotrzebne, społecznie i zawodowo wykluczone – rodzą się w nich naturalne pytania: Co dalej? Jaki jest powód i sens mojego życia? Jaka jest moja misja? Kim ja właściwie jestem? Podobne pytania stawiają sobie kobiety młode, samotne i bezdzietne, zarówno te samotne z wyboru, jak i przeżywające samotność jako niepowodzenie i stratę. Jeśli podążą za tymi trudnymi pytaniami, mogą wyrwać się z klaustrofobicznej przestrzeni kulturowych i obyczajowych stereotypów i poznać swoje aspiracje i potrzeby.

I w tym celu ruszają w podróż. Pia Skogemann w „Kobiecości w rozwoju” wylicza siedem jej faz. Zaczyna się zwykle nagle, od uświadomienia sobie niezadowolenia z roli, w jakiej się tkwi.
Podróż jako droga do uwalniania się kobiety z ograniczeń kulturowych i obyczajowych staje się popularnym wątkiem także w mediach informacyjnych. Jedna z opowieści mówi o emerytowanej krawcowej z małego polskiego miasteczka, którą pewnego wieczoru coś tknęło. Oderwała zmęczone ręce i piekące oczy od roboty, wstała i tak jak stała, łapiąc po drodze torebkę, wybiegła z domu. Wsiadła w pierwszy samochód, jaki się zatrzymał, i... wróciła odmieniona po kilku latach, po pełnej przygód podróży po Europie. Do niedawna takie odważne zachowanie bywało podziwiane tylko w wykonaniu męskim. W kobiecym – wyśmiewane i tępione. Czasy się jednak zmieniają. Podróżniczka staje się ważnym i popularnym wzorcem dla kobiet, bo pozwala – bez ryzyka ostracyzmu – przekroczyć stereotypowe przywiązanie do domu, dzieci, kuchni i Kościoła, do kilku sklepów i bazarku, i tych dwóch miejsc, gdzie jeździ się na bezpieczne wakacje. Dla coraz większej liczby kobiet to grubo za mało, by poznać siebie i świat.

Coś niezwykłego musi się jednak wydarzyć w tej podróży.
Otwarcie się na świat, poznawanie siebie w trudnych sytuacjach, w relacjach z ludźmi z innych kultur to konieczne, by podróż stała się czasem wewnętrznego dojrzewania, rozbudzania i odkrywania swoich do tej pory nierozpoznanych możliwości. Według Pii Skogemann jakiś napotkany przewodnik lub znak ze świata przyrody pomaga bohaterce przekroczyć już nie tylko próg domu, lecz próg nieświadomości. Takie wydarzenie zapoczątkowuje drugi etap podróży. To jest zadziwiające, jak wiele kobiet przyciąga szamanizm – piękna i wymagająca ścieżka poszukiwania transcendencji w przyrodzie. To potwierdza tezę o naturalnym związku kobiety z naturą. Jest on zazwyczaj dużo silniejszy niż ten odczuwany przez mężczyzn. Dlatego przewodnikiem kobiety w tej podróży może okazać się dowolna manifestacja przyrody, np.: ogród, drzewo, kwiat, kot, pies, fretka albo chomik.

W kolejnej powieści o podróży „Sekrety uczuć” Barbary O’Neal takim przewodnikiem jest czarno-biały pies. Pomaga wkroczyć w etap, który zdaniem Pii Skogemann ma zaowocować konfrontacją z postacią matki, by jej obraz nie był przeszkodą, ale służył pomocą w dalszej wyprawie córki.
Realna matka przekazująca córce spuściznę zsocjalizowanej i zrepresjonowanej kobiecości musi zostać zanegowana. Wtedy ona i jej los stają się dla córki ostrzeżeniem: „Nie naśladuj matki. Zrób coś, by twoje życie było inne. Szukaj siebie prawdziwej”. A wtedy spoza zasłony matki realnej ukazuje się matka archetypowa: zmysłowe, nieustraszone i niezniszczalne źródło życia – pierwotne i ponadgatunkowe. Realna matka jest więc córce potrzebna po to, by stać się drogą prowadzącą do odkrycia pierwotnej „matkości”, a tym samym prawdziwej kobiecości.

Kolejny etap to poznanie kochanka, spotkanie z nim wtajemnicza kobietę w seksualność.
Kobiety odkrywające swoje prawdziwe potrzeby i oblicze potrzebują doświadczyć seksualności wolnej od pragmatycznego i instrumentalnego uzasadnienia. W życiu kobiety dostosowanej do norm i zasad seks jest prawie zawsze po coś: by uwieść i przywiązać partnera, podtrzymać związek, mieć dzieci, wypełnić małżeński obowiązek, by nie poszedł do innej, by uniknąć podejrzenia o oziębłość, dorównać koleżankom. Dla wielu kobiet seks jest także po to, aby się go wyprzeć i tak zapewnić sobie łaskawość – ponoć radującego się takim poświęceniem – Stwórcy. Nic dziwnego, że w drodze ku sobie prawdziwej często budzi się w kobiecie potrzeba kochanka – pragnienie doświadczenia seksu wyzwolonego. Wtedy kobieta nie szuka mężczyzny nadającego się na ojca i partnera, lecz archetypowego, biologicznego kochanka, z którym seks nie służy niczemu innemu prócz seksu.

I po to kobiety po pięćdziesiątce jadą na sekswakacje do Tunezji?
Nie ma w tym nic śmiesznego ani gorszącego – póki stoi za tym świadoma decyzja, a nie rozpacz kobiety spragnionej trwałego związku. Odkrycie w sobie dzikiego, wolnego wymiaru seksualności jest dla kobiety ważniejsze i bardziej konstruktywne niż dla mężczyzny. Mężczyzn przygody seksualne utwierdzają w złudzeniu ich wyjątkowości i władzy, w lekceważącym stosunku do kobiet. Kobiety dzięki takiemu doświadczeniu trafniej, w sposób autonomiczny i godny definiują swoją rolę i miejsce w świecie oraz w relacji z mężczyzną. Ponieważ jednak patriarchat nigdy nie był zainteresowany niczym, co by pozwalało kobietom odzyskiwać ich poczucie wolności i autonomii, więc takie kobiece poszukiwania były i są piętnowane i dewaluowane.

Bohaterka „Jedz…” wyzwala się też z diet i odzyskuje radość jedzenia. Kupuje większe spodnie, zamiast się głodzić.
Oddanie ciału decyzji o optymalnej dla niego diecie i wadze  jest przejawem dojrzałości i synergii z potrzebami organizmu. Ale pofolgowanie sobie w jedzeniu nie może kłócić się z mądrą troską o zdrowie. To trudne, bo kobiety często nie cierpią swoich ciał. Więc zarówno obsesyjne głodzenie się, jak i folgowanie apetytowi bywa przejawem autoagresji.

Dopiero po seksie i jedzeniu bohaterka „Jedz...” jedzie do aśramy: modlić się i medytować.
To bardzo ważne przesłanie tej książki: zanim wejdziemy na duchową ścieżkę, warto w realnym, świeckim życiu poznać siebie i swoje prawdziwe potrzeby, rozwinąć psychiczny i duchowy potencjał. Ważne też, by uprzednio doświadczyć swego cienia. W przeciwnym razie nasza duchowość może przerodzić się w ufundowaną na psychologicznej pustce i niedojrzałości, fundamentalistyczną, duchową egzaltację. Pia o tym także pisze, piąty etap podróży to spotkanie z ze swoją ciemną stroną.

Jej zdaniem dla kobiet spotkanie z cieniem jest mniej ważne niż spotkanie z negatywnym animusem, czyli męskim aspektem.
Cień dla kobiety nie jest mniej ważny niż dla mężczyzny. Może tylko jest trochę lżejszy, mniej złowrogi. Mężczyźni mają silniejsze instynkty agresywne: skłonność do przemocy, nieokiełznaną seksualność, potrzebę władzy i podboju. Natomiast najtrudniejszym wymiarem kobiecego cienia jest syndrom ofiary odziedziczony po tysiącleciach patriarchatu i oparty na iluzji winy (w tej sytuacji animusem ukrytym w kobiecej podświadomości jest mężczyzna prześladowca. I tam, w strefie kobiecego cienia, ofiara kobieta jest przyciągana do animusa prześladowcy, a potem pozwala mu się zniewolić i upokorzyć w przekonaniu, że zasłużyła na karę). Wiele kobiet ma nieświadomą predyspozycję do wchodzenia  w związki z mężczyznami, którzy niosą w sobie demoniczny cień, skłonny do przemocy i gwałtu. Wydobycie z cienia aspektu ofiary jest dla współczesnych kobiet najważniejszym wyzwaniem na drodze odkrywania prawdziwej, naturalnej kobiecości. To tym ważniejsze, że nieuświadomiona ofiara chętnie i niepostrzeżenie zamienia się w prześladowcę, do czego jeszcze trudniej się kobietom przyznać.

Kolejny etap to „zejście do nadiru”, czyli do najgłębszej nieświadomości. Panuje tu chaos symboli i obrazów, które reprezentują śmierć bohaterki, jej dawnego „ja”.
Chodzi o piekło wypartych, nieuświadomionych potrzeb. Musimy je poznać, wyciągnąć na światło dnia i w ten sposób pozbawić złowrogiej mocy. Jeśli tego nie zrobimy, nadal z ukrycia będą kierować naszym życiem. Ten fragment cienia trudno przyjąć i zrozumieć. Bywa, że gdy przekroczy on naszą zdolność asymilacji, doświadczamy nawet psychotycznego epizodu. Dzieje się tak, gdy wewnętrzny obserwator i narrator jest zbyt słaby i całkowicie zaangażuje się w – z pozoru przerażający – spektakl umysłu. Wtedy wydobyte z ukrycia treści i postacie mogą na jakiś czas przejąć władzę nad umysłem. Dlatego dobrze jest po takim epizodzie poddać to, co się wydarzyło, głębokiej refleksji – najlepiej w towarzystwie psychoterapeuty lub duchowego nauczyciela. No i wzmacniać wewnętrznego obserwatora np. medytacją.

Powrót to ostatni etap. Łatwy dla mężczyzn, trudny dla kobiet, bo społeczność nie chce nas przyjąć, gdy jesteśmy silne i wolne. To, co przynosimy, jest odrzucane.
Niestety, tak się dzieje. Pewnie dlatego kobiety z takiej podróży nie wracają do rodzinnej, starej „wioski”. Znajdują jakieś enklawy i tworzą własne przyjazne im społeczności. Gromadzą wokół siebie ludzi, którzy podobnie myślą i mają podobne aspiracje. To dobrze. Gdy za jakiś czas takie wspólnoty obejmą około 10 proc. ludzi, utworzy się masa krytyczna, która może zmienić świadomość całej populacji. Na razie autonomiczna, dojrzała, wolna od wewnętrznych ograniczeń kobieta, a także mężczyzna, to rzadkie zjawisko.

Kto może być partnerem tej nowej kobiety?
Tylko ten, kto przeszedł podobną drogę. Gdy odzyska się prawdziwą świadomość, trudno być z tym, kto jej nawet nie przeczuwa i inaczej patrzy na świat. Jako że podróż do pełnej świadomości prowadzi różnymi drogami, lecz zawsze na ten sam szczyt, więc kobieta i mężczyzna mogą się tam wreszcie prawdziwie spotkać. Wtedy jednak – paradoksalnie – tworzenie związku nie jest już dla nich najważniejsze. Obie strony wiedzą, że drugi człowiek nie jest w stanie ich uszczęśliwić ani unieszczęśliwić. I dzięki temu właśnie związki te są na ogół trwałe, pogodne i szczęśliwe.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Seks

Jak seriale wpływają na nasz seks? Pytamy Katarzynę Miller

"Przyjaciele" to kultowy serial, który nie tylko zmienił oblicze telewizji, ale również ukształtował nasze podejście do seksu. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy seriale takie jak "Seks w wielkim mieście", "Przyjaciele", "Jak poznałem waszą matkę" kształtują nasze kochanie? Jaki mają wpływ na to, jak TO robimy? Czy dyktują, kiedy i z kim mamy iść do łóżka? Co zyskaliśmy, a co straciliśmy na pop-seksualności? Czy część odpowiedzi na te pytania znajdziemy w filmie "Wstyd"?

Co zyskałyśmy dzięki bohaterkom "Seksu w wielkim mieście"?
Czyli czterema damom idącym jak szwadron kobiecej namiętności przez Nowy Jork i rozsiewającym wokół feromony? One przetarły kobietom nowe szklaki. Upowszechniły chodzenie do knajp grupkami i to, że można się przy tym świetnie bawić. Nawet bez podrywania mężczyzn. A im częściej dziewczyny dobrze się bawią we własnym gronie, tym lepiej ma się ich samoocena. Kiedy jednak o tym myślę, przychodzi mi do głowy polska wieś. Warszawa to przecież w większości ludzie ze wsi, ale oni nie przywożą ze sobą frywolnych przyśpiewek o wianku, który trzeba oddać albo zgubić, ani tej radości używania sobie na sianie. Przywożą jakiś rodzaj wstydu, choćby dlatego, że nie wiedzą, jak się w dużym mieście poruszać. Wielu "warszawiaków" pochodzi też z małych miasteczek, a tam to dopiero jest pruderia. No więc te nasze dziewczyny, kiedy tak idą przez Warszawę jak przez Nowy Jork, to często łączą ten swój marsz z piciem alkoholu. Coraz większych ilości. A mnie jest żal. Coraz częściej kobiety mówią mi o tym, że się rozstały z przyjaciółkami, bo te za dużo piją. Dotąd mogły im towarzyszyć, bo wypijały po piweczku i było wesoło: flirty, zabawy, tańce. A teraz jakoś tak się porobiło, że samo napicie stało się celem.

Mówiąc po ludzku: od tego "chodzenia" wpadamy w alkoholizm?
Tak, bo kobiety uzależniają się szybciej niż mężczyźni, a to z powodu mniejszej ilości tłuszczu  we krwi, szybciej się też upijamy. I nie są to mizoginiczne bzdury, ale prawda.

Czy to znaczy, że seks w wielkim mieście po polsku to seks po alkoholu?
Obawiam się, że tak. Oczywiście, kobiety interesuje, czy kogoś poderwą, czy ktoś je poderwie. Ale są coraz mniej przytomne, wiec już coraz mniej ważne, kto to będzie, bo alkohol zamazuje kryteria.

I rozumiem, czemu mężczyźni mówią, że są podrywani - w agresywnym stylu.
No, dotąd tylko im tak było wolno... To zależy, co komu śpiewa w głębi jego jestestwa. Gdy czujemy, że zerwaliśmy się z łańcucha, to nasze dziecko wewnętrzne chce szaleć. Jeśli było niekochane i odrzucane, to gdy straci kontrolę - łomocze innych albo łomocze i płacze na przemian, albo tylko płacze. Tylko ten, kto ma w środku kochane i akceptowane dziecko, potrafi się po prostu bawić, czyli piti-grilić... Agresywne podrywanie po pijaku może mieć też inną przyczynę. Może te młode kobiety, które - by zrobić swój seks w wielkim mieście - muszą się napić, wcale tego seksu nie chcą? Może nie chcą być tak używane przez wszystkich...

Bohaterki 'Seksu w wielkim mieście' przetarły kobietom nowe szklaki. Upowszechniły chodzenie do knajp grupkami i to, że można się przy tym świetnie bawić. Nawet bez podrywania mężczyzn. (Fot. BEW PHOTO) Bohaterki "Seksu w wielkim mieście" przetarły kobietom nowe szklaki. Upowszechniły chodzenie do knajp grupkami i to, że można się przy tym świetnie bawić. Nawet bez podrywania mężczyzn. (Fot. BEW PHOTO)

Jak to używane? To one używają! Wybierają facetów, korzystają z prawa do erotycznej zabawy...
Subiektywny stan rzeczy jest ważny, ale jak używasz facetów do seksu, to sama też jesteś przez nich używana. Tak się traktujesz, bo "co sobie o mnie pomyślą, że ze mną nie warto się kumplować". To jest nieprawdopodobna siła - opinia innych. Pamiętam alkoholika, który mówił: "Nienawidzę wódki! Ale w domu zatykałem nos rękami i ćwiczyłem picie, żeby przy kumplach nie robić min, bo się ze mnie śmieją". Dorosły człowiek powie: "Nie lubię, nie smakuje mi, nie piję!". A gdy słyszy: "Ze mną się nie napijesz?", stwierdzi: "Z tobą się nie napiję, bo z nikim nie piję!". Ale kiedy jest się zależnym od cudzych opinii, to się tego nie umie i robi durne rzeczy. Fajnie jest iść w grupie, śmiać się, bawić, ale trzeba uważać, by nie zbanalizować wszystkiego, a o to w grupie łatwo.

Wiele kobiet tak się wyzwala ze wszystkiego, co ważne?
Oczywiście. Najbardziej taka dziewczyna, która chciała być dorosła, a w domu była niedoceniana i "boleśnie trzymana krótko". Kiedy więc się uniezależniła, zaczęła liczyć kochanków, tak jak mężczyźni liczą, ile mieli kobiet. Udowadniała sobie w ten sposób, że ktoś ją chce, i każdy numerek podnosił jej poczucie wartości. No, ale niestety - tylko doraźnie. Dlatego wciąż musiała dodawać kolejnych kochanków...

No to może lepiej nie puszczać się na polowanie po mieście?
Puszczać się! Jak najbardziej! Tylko w przytomności, na trzeźwo, bo potem trudno bez alkoholu w ogóle żyć. Pamiętać, że ilość ma przeradzać się w jakość. To puszczanie się ma nam pomóc dowiedzieć się, czego szukamy. Mamy prawo do wolności, by poznać siebie i mężczyzn. Siebie - jako najważniejszą istotę, żeby wiedzieć, do czego jestem zdolna, bo mnie cieszy, co buduje, a na co na pewno nie mam ochoty. I żeby poznawać mężczyzn, nie być ofiarą tej ich inności męskiej. Ale to nie działa tak, że jeśli poznamy pięciu mężczyzn, to wybierzemy sobie jednego z nich. Mężczyźni to nie towar, który leży na półce i czeka, aż się zdecyduję po sprawdzeniu innych modeli.

Wybrałam tego uczciwego.
Najważniejsze, by wybrać tego, przy którym czuję się sobą, zachowuję prawdziwie i dobrze mi z tym, niczego nie nadrabiam. Jak jestem zła, to jestem zła. Jak jestem zachwycona, to jestem. I nie oczekuję, że on będzie wciąż mną zajęty, bo i ja mam swoje sprawy. Ale gdy pytam kobiet, jaki ma być facet, to nawet te romantyczne potrafią powiedzieć - bogaty. Zapominają dodać, że też głupi, skoro miałby im oddać to swoje bogactwo.

Jest dziś też moda na seks bez zobowiązań. No i kobiety udają przed mężczyznami, na których im zależy, że to tylko seks.
To głupie, one sobie robią krzywdę. Niestety, zawsze, kiedy udajemy – na przykład że mamy orgazm czy że kochamy albo nie kochamy – udowadniamy, że nie wiemy, co to znaczy się cieszyć. Chcemy i mamy prawo mieć orgazmy nawet wielokrotne z nieznajomym mężczyzną, dlaczego niby nie? I nie pozwalajmy prababci bigotce, która gdzieś tam w nas żyje, wyzywać się: „puszczalska!”. Ale też jeśli nam się to z jakichś powodów nie udaje, nie czujmy się gorsze! Największa zasługa tych seriali tkwi w tym, że kobiety mogą zobaczyć, jak to robią inne, że każda ma swój sposób zakochiwania się, traktowania mężczyzn i siebie, że ten sposób zależy od tego, jakim jest człowiekiem. Samantha Jones to damski ogier. Ale jej wolno tak żyć, bo ona to umie. Świetnie sobie radzi z „samym seksem”. Ale już jej koleżanki tak naprawdę latają po tym wielkim mieście za miłością. Z moich spotkań z kobietami wynika, że niezwykle rzadko oddzielamy seks od miłości. I nawet jak dziewczyny uprawiają go bez miłości, wmawiają sobie, że się zakochały.

Skąd się to przekonanie bierze?
Sama się nad tym zastanawiam. Myślę, że przede wszystkim z marzenia. I z potrzeby uśpienia bólu, niepewności, lęku. Jak on jej będzie szeptał do ucha te „kocobuły”, jak ona usłyszy: „Takiej jak ty nigdy nie spotkałem”, to zaraz zapyta: „A co we mnie jest takiego niezwykłego, czego inne nie mają?”. I wszystko jedno, co on powie, uwierzy i od razu pomyśli: „jaki on mądry, jaki czuły”. Byłoby to zabawne, gdyby nie dawało takich złych skutków. Śpiewam kobietom w czasie spotkań w grupach starą piosenkę: „O czym marzy dziewczyna, gdy dorastać zaczyna/Odrobina szczęścia w miłości, odrobina serca czyjegoś, jedna mała chwilka radości przy boku ukochanego/Stanąć z nim na ślubnym kobiercu, nawet łzami zalać się i usłyszeć kocham cię”.

Piękna piosenka, moja mama często ją śpiewała, a dlaczego ty śpiewasz ją na grupie?
Po pierwsze: „odrobina”, po drugie tylko słowo: „kocham” – byle w księżycową piękną noc i przy muzyce! I jak to możliwe, że tylko tyle miało nam wystarczyć!? Kobiety mogą już realizować się w wielu dziedzinach, w których do niedawna nie mogły, i to może zrównoważy ten koszmarny mit, że odrobina serca to wszystko, czego należy chcieć.

Dla bohaterów serialu 'Jak poznałem waszą matkę' przygodny seks był rozrywką na porządku dziennym. (Fot. BEW PHOTO) Dla bohaterów serialu "Jak poznałem waszą matkę" przygodny seks był rozrywką na porządku dziennym. (Fot. BEW PHOTO)

Przeciwwagą są poradniki o orgazmie i kursy tańca na rurze.
Wyobraźmy sobie dom, w którym każdy pokój jest w innym stylu: minimalizm, ludowy, prowansalski, orientalny. Wszystkie fajne, ale kiedy krążysz między tymi pokojami, nie wiesz, gdzie i kim jesteś. I to jest metafora dzisiejszych czasów. Teraz kobiety chcą być jednocześnie singielkami, które butnie zasuwają przez życie, wrażliwymi i twórczymi fotografkami, mądrymi matkami licznej grupki dzieci, modelkami, kochankami, poetkami. Tylko jak to zgrać? Co to znaczy być dziewczyną w wielkim mieście? Czuć się kropelką zagubioną w oceanie… Oczywiście, ona sobie poradzi, jest niezwykle zdolna i wytrwała. Odniesie sukces, przebije się. Będzie bardzo dużo pracować, codziennie do 21 lub dłużej. Po pracy ze zmęczenia będzie nieżywa. Co więc zrobi? Napije się albo poszuka przypadkowego seksu – tylko dla relaksu…

Seks dla relaksu to nowinka. Co jeszcze zmieniło się w naszym ars amandi?
Kiedyś dziewczyny nie chodziły do sex-shopów, teraz chodzą razem. Co więcej, dają sobie nawzajem erotyczne prezenty, na przykład wibratory. I dobrze. Dzięki temu część z nich doświadczy w seksie znacznie więcej zmysłowych przeżyć, niż mogły ich babki czy nawet matki.

Miranda Hobbes w szufladzie koło łóżka miała wibrator, a Charlotte York tak się to, co można z nim zrobić, spodobało, że koleżanki musiały ją wziąć na odwyk!
Wzrasta akceptacja masturbacji, co ma znaczenie dla kobiet, które są samotne lub niespełnione przy partnerze. Jak wiemy, kobiety doświadczające orgazmów dużo rzadziej zapadają na m.in. raka, a w wypadku choroby łatwiej z niej wychodzą. Ale masturbację warto uprawiać, jeśli się dobrze o sobie myśli, a, niestety, dużo kobiet mówi: „OK, rozumiem, wolno się masturbować, ale dlaczego ja to muszę robić sama?”. Może dlatego, że sama wiesz najlepiej, jak siebie dotykać.

Czy seriale to zapowiedź naszej erotycznej przyszłości?
W społecznościach, w których jest coraz więcej serdeczności, czułości, zrozumienia, wspierania się, otwartości mówienia o uczuciach, jest coraz mniej seksu. Bo jest mniej potrzebny. W naszej – niedotykowej, nieprzytulastej i niemówiącej wprost o emocjach – seks jest namiastką czułości i bliskości. I w wielkim mieście, po którym pędzimy z wywalonymi językami, wpadając na różne spotkania, zawsze spóźnieni, seks daje nam możliwość pobyć z kimś blisko. Ale numerek między jedną konferencją a drugą nie da tego, czego nam brak – bliskości i czułości. Taki seks jako sposób na relaks to jest nic innego jak prosta droga do seksoholizmu.

Czym jest seksoholizm, pokazuje smutny film „Wstyd”.
Mówi o tym, co będzie coraz większym problemem. Widzimy w nim współczesny świat wielkich miast pełen klubów, gdzie można zaspokoić potrzeby seksualne. Wędruje po nich bohater, szukając seksu: kluby gejowskie, hetero, wszystko mu jedno, bo „obcierka” to „obcierka”. Wszystkie są słabo oświetlone, wszędzie pełno ciał, które się o siebie obcierają. Do takich nocnych „barów mlecznych” idzie się z czysto fizjologiczną potrzebą – bierze byle co i wychodzi. No i z jednej strony wreszcie seksualność jest jedną z ludzkich potrzeb. Ale z drugiej – załatwianie jej fastfoodowo nie jest zdrowe. Seksoholizm podobnie jak każde inne uzależnienie powoduje, że odsuwamy inne potrzeby, żeby spełnić tę, która redukuje napięcia. A przeżywamy ich coraz więcej. Możemy nawet mówić o napięcioholizmie. Kobiety pokazują w kamerce na czatach tylko swoje waginy. Nie chcą być rozpoznane. Ale to sprawia, że jeszcze bardziej instrumentalizują swoje ciało. Coraz bardziej oddalają się od bliskości i czułości z drugim człowiekiem. A ja radziłabym postawić właśnie na poszukiwanie tej bliskości i czułość, bo to właśnie jest towar luksusowy…

Więcej w książce "Seksownik, czyli mądrze i pikantnie" Katarzyny Miller i Beaty Pawłowicz (Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Seks

Seksualne pragnienia i zabawy – jakie są granice?

Czym są dla nas seksualne normy? (fot. iStock)
Czym są dla nas seksualne normy? (fot. iStock)
Gdy w życiu seksualnym pojawia się potrzeba zmiany, przygody, to ważny sygnał o naszym związku. Nie można go ignorować. Bo nawołuje do przyjrzenia się swoim najgłębszym pragnieniom i potrzebom – mówi terapeutka Olga Haller.

Co to jest norma w seksie? To chyba zależy od czasu, miejsca na ziemi, w końcu od naszej osobowości. Co kiedyś było uznawane za zboczenie, np. seks oralny, pozycje inne niż klasyczna, dzisiaj stało się powszechne, jest więc normą.
Mówi się, że w seksie dopuszczalne jest wszystko, na co zgadzają się odpowiedzialni partnerzy. Nie musimy na szczęście wyznaczać norm i zasad. Popatrzmy na seks z indywidualnej perspektywy właśnie pod kątem rozwiązywania dylematu komfort – ryzyko. Zgadzam się, że to, jak zapatrujemy się na nowe doświadczenia w sferze erotyki, zależy od dotychczasowych doświadczeń i od naszych potrzeb. Literatura, kino i zwyczajne życie pełne są przykładów, jak ludzie zagospodarowują ten teren. Dla jednego nowym doświadczeniem, budzącym obawy i wymagającym dyscypliny, będzie budowanie jednej relacji z deklaracją wierności. Dla innej osoby nowe będzie wypowiedzenie w łóżku swoich pragnień lub niezgoda na coś, co stało się rutyną. Znam pary, które świadomie uczą się wstrzemięźliwości, dawkują sobie intymność seksualną, starają się szanować swoje granice. A to dla nich nowe doświadczenie. I pary, które podejmując zabawy seksualne z inną parą w celu urozmaicenia życia, prowokują ostry kryzys. Znam też sytuacje, kiedy dla jednego z partnerów seks poza związkiem jest wyzwalającym doświadczeniem, prowadzącym do dojrzałości, a także – paradoksalnie – katalizującym przemianę i rozwój związku.

Mimo zwiększenia swobody seksualnej zdrada nadal jest eksperymentem i ryzykiem?
Jest ryzykownym eksperymentem dla wszystkich zaangażowanych pośrednio i bezpośrednio. Jeśli jednak w życiu seksualnym pojawia się potrzeba zmiany, przygody, tęsknota za odmiennością, to ważny sygnał o naszym związku. Nie można go ignorować. Bo nawołuje do skontaktowania się ze swoimi najgłębszymi pragnieniami i potrzebami oraz podjęcia świadomych, odpowiedzialnych decyzji. Wtedy łatwiej nam znaleźć odwagę, by zrobić coś inaczej, albo powstrzymać się i docenić to, co jest. Łatwiej oszacować sytuację, w tym ewentualne ryzyko.

Zanika pojęcie grzechu, ale na szczęście nie zanika pojęcie smaku. Moralność była kiedyś pilnowana przez religie, teraz dla wielu zostają tylko wolna wola i sumienie, jak się okazuje – dosyć słabe. I są potrzeby seksualne, a w tej sferze kultura nie zawsze harmonijnie łączy się z naszą naturą, na którą składają się też demony, marzenia, czasami fantastyczne i perwersyjne...
Zakazy, restrykcje i strach przed karą na dłuższą metę nie uregulują skutecznie ludzkiego życia, a tym bardziej nie okiełznają seksualności. Mądra pomoc rodziców, wychowawców, autorytetów moralnych, duchowych itd. jest potrzebna, abyśmy mogli wziąć odpowiedzialność za swoje działania w tej sferze. Kiedy pomocy nie ma, a popędowość napiera, wielu z nas spycha do podziemi seksualne uczucia, potrzeby i zaczyna żyć podwójnym życiem. Na pokaz jedno, a w ukryciu drugie. Kiedy strażnik moralności jest na zewnątrz, jesteśmy w stanie zrobić wiele, by go oszukać.

Na ile powinniśmy realizować marzenia seksualne? Czy mówią prawdę o nas, o naszych potrzebach?
Głównym celem fantazji erotycznych nie jest przeniesienie ich do życia. One pozwalają nam ominąć lęki, zahamowania i przeżyć „zakazane” uczucia. Np. częsta fantazja kobiet o gwałcie pozwala doświadczyć rozkoszy bez winy, a o seksie z nieznajomym – rozkoszy bez zobowiązań. Mapa erotycznego reagowania tworzy się w nas od początku życia, odbijając się w treści i fabułach fantazji, choć oczywiście nie wprost. Często oddajemy się im na pograniczu świadomości, co pozwala uniknąć poczucia winy, ale też refleksji.

Współczesny świat zachęca i kusi: spróbuj, zanim będzie za późno.
No właśnie, popkultura i komercja zrobiły z seksu towar eksploatowany bez umiaru. Seksualny wizerunek i zachowania stają się sposobem na dobre samopoczucie, na atrakcyjność, zabicie nudy, oderwanie od problemów, popularność. Na dodatek dostęp do tego wspaniałego środka ma teoretycznie każdy. Wystarczy trochę wydatków i zabiegów – wyzywające ciuchy, fryzura, makijaż, kolczyk, tatuaż tu i tam, gadżety i używki. Z tym wszystkim w odpowiednim miejscu – na dyskotece, w pubie, klubie, na skwerze czy imprezie integracyjnej albo w galerii handlowej – można poczuć się gwiazdą, aktorem w blasku świateł, kimś pożądanym, jeśli nie dziś, to jutro. W tym czy innym łóżku. Świat seksualnych kontaktów wygląda ekscytująco, obiecuje szybką nagrodę i co więcej, na poziomie fizjologicznym na ogół ją daje. Działa to w prosty sposób – narastanie podniecenia, rozładowanie i ulga. Trudno się dziwić, że młodzi, dorastający ludzie rzucają się na seks jak na łatwo dostępny, upragniony deser. Nie tylko oni. W życiu człowieka są dwa krytyczne okresy, kiedy jest bardziej prawdopodobne, że bez opamiętania odda się on seksualnym ekscesom. Pierwszy to czas dorastania i wczesnej młodości, kiedy nagle dostajemy „nowe zabawki”. A potem jest ten okres przejściowy, kiedy się starzejemy i zaczynamy czuć, że zabawki zaraz nam odbiorą.

U niektórych ten krytyczny okres trwa przez cały czas. Ale jest też w życiu przypadek, nagłe okazje, impulsy i pokusy...
Bywają okoliczności życiowe, w których możemy rzucać się na seksualne eksperymenty, jakby były ostatnią deską ratunku. Powodem jest dojmujący niedobór w jakiejś dziedzinie życia w związkach, który dotyczy poczucia własnej wartości, ale też kontaktu ze sobą. Uprawiamy wtedy seks z wielu powodów, czasami zupełnie nieseksualnych. Używamy siebie i innych jak przedmiotów dla swoich celów, nieświadomi prawdziwych uczuć i potrzeb, dorabiając do tego jakąś ideologię: poświęcenia, wolnej miłości, nowoczesności, nihilizmu itd. Zarówno świętoszkowatość, jak i rozwiązłość to dwie strony tego samego problemu – braku kontaktu ze swoją seksualnością.

Jakoś nie żałuję swoich szaleństw, no, może czasami. Częściej zmarnowanych okazji, przeoczeń, zagapień...
Ja też nie żałuję niczego, nawet traumatycznych doświadczeń, bo wszystko to mnie budowało. Przez lata dzięki pracy przetransformowałam doświadczenia na zasoby, choć jasne, że poniosłam też koszty. Ożywczą moc miało odkrycie na nowo sytuacji z przeszłości, którym przypięłam etykietki „ekscesów”. Zrobiłam z nimi, co mogłam – zrozumiałam mechanizmy, odżałowałam i spisałam na straty. Aż nagle po latach pod tym wszystkim znalazłam, naprawdę jak diament w popiele, moją żywą kobiecą seksualność! I wyrastające z niej uczucia, potrzeby w samej swojej istocie niewinne i uprawnione!

Na ile więc powinniśmy realizować swoje seksualne fantazje? Seks grupowy, uwiedzenie listonosza, seks w windzie. Ach, można sobie pohulać...
Znane mi są przypadki, kiedy zrealizowane fantazje nie przyniosły niczego dobrego, tylko niesmak i poczucie winy. Fantazje mogą nam pokazać drogę do rozkoszy, pomóc poznać meandry naszych upodobań, zahamowań, lęków. To intymna sfera, więc jeśli mamy ją z kimś dzielić, odkrywać nasze tajemnice, odważyć się wyrazić pragnienia, to tylko wtedy, kiedy naprawdę chcemy podjąć to ryzyko. I znowu – dzielenie się tą intymnością może budować relacje, przekraczanie granic może służyć miłosnemu związkowi. Z drugiej strony to paradoks – w bliskiej relacji partnerskiej z kochaną osobą na ogół trudniej wyjść z roli. Często fascynacja seksualna inną osobą czy podniecające marzenia o seksie z nowym partnerem tak naprawdę wyrażają nasze pragnienie bycia kimś innym w łóżku. Marzymy o uwolnieniu się ze zbyt ciasnych ram – o puszczeniu, rozluźnieniu, lataniu i lekkości w łóżku. Brzmi to kusząco, ale i groźnie. Nie przypadkiem określenia „puszczać się”, „rozwiązłość”, „osoba lekkich obyczajów”, „latawica” nadają pejoratywne znaczenie swobod-nym zachowaniom seksualnym, szczególnie w odniesieniu do kobiet.

Na razie skupiliśmy się bardziej na niebezpieczeństwach eksperymentowania w seksie, na zagrożeniach i przestrogach. A bywa, że nowość to jest coś!
Czasami jest to sięganie po nowe możliwości. W związku tworzenie relacji seksualnej to jak wyprawa w świat i poznawanie nowych lądów, oswajanie przestrzeni. Opanowujemy terytorium, poznajemy je, eksploatujemy, a kiedy się już nim nacieszymy albo gdy czegoś nie wystarcza, pojawia się impuls, by szukać dalej. Częsty kłopot to rozbieżność – jedno chce zmiany i nowości, a drugie nie.

Bo w tym cały jest ambaras, aby dwoje chciało naraz. Unikać więc ekscesów seksualnych czy nie?
Na szczęście nie wszystko da się w życiu zaplanować, skontrolować, przewidzieć. Takie ekscesy, które nam się przydarzają i które nas zaskakują, mogą nam uświadomić, czego chcemy, a czego nie. Eksperymentować, poszukiwać nowego czy zadowolić się tym, co jest? Zmiana jest częścią życia, a więc balansowanie pomiędzy jednym a drugim to rozwój. Na jednym krańcu stałość, pewność i bezpieczeństwo, wszystko wiadome, przewidywalne i ze mną, i z partnerem. Na drugim – zmienność, nowe możliwości, nowi partnerzy, nowe doznania, ekscytująca niepewność, podniecające niebezpieczeństwo. A pomiędzy tyle możliwości. Jeśli odważymy się je zobaczyć!

I oto my, ludzie liberalni, niechętni konserwatyzmowi, zamieniamy się nagle w moralizatorów. Problem w tym, że bez norm i zasad rozpadnie się nasza cywilizacja.
Z jednej strony jako humanistce „nic, co ludzkie, nie jest mi obce”. Wszystko może się zdarzyć w naszym ludzkim doświadczeniu. Mamy prawo przeżywać, odczuwać, eksperymentować i błądzić, mieć potrzeby, pragnienia, fantazje. I różne doświadczenia, nawet związane z ekscesami. Ważne, co z tym zrobimy, jak skorzystamy z tego majątku. Nic nie zwolni nas z konsekwencji naszych wyborów. Warto więc wziąć odpowiedzialność za własny seks. I zacząć go „uprawiać” jak prawdziwy, własny, cenny ogród, z miłością.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Poplotkujmy o seksie

Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość. (Fot. iStock)
Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość. (Fot. iStock)
W babskim gronie plotkuje się cudownie. O znajomych, dzieciach, pracy, modzie… O seksie? A jakże! Aby czerpać z tych zwierzeń jak najwięcej radości, dobrze jednak nie mówić za dużo.

Psychologowie nie mogą się nachwalić kobiecego upodobania do zwierzeń. Podkreślają, że dzięki intymnym rozmowom z przyjaciółkami kobiety rzadziej lądują na kozetce u terapeuty. Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość.

– Przegadując różne problemy, przekonujemy się, że na wszystko można spojrzeć z odmiennej perspektywy – potwierdza Anna Gawkowska, psycholog i terapeutka. – A to wzbogaca nas, nasz świat i poszerza spektrum jego przeżywania.

A jeśli tematem pogaduszek staje się rzecz tak intymna jak seks? Koleżanka płynnie przechodzi od problemów w pracy do narzekania na oziębłość partnera albo opowiada z detalami o wczorajszej szalonej nocy… Jak zareagować? Odwzajemnić jej otwartość? A może skierować rozmowę na inne tory?

Pięć razy „tak”

– Na pytanie, czy rozmawiać o seksie w gronie przyjaciółek, odpowiadam: oczywiście, że tak! – mówi psycholog. – Ale radzę, by opowiadać tylko o sobie. Co lubisz, czego nie lubisz; jakie masz fantazje, jakie doświadczenia; czego się boisz, co cię pociąga, a co niepokoi. Wtedy pozostaniesz lojalna wobec swojego partnera, a jednocześnie będziesz mogła skorzystać z wszystkich profitów, jakie płyną z takich pogaduszek.

A jest ich sporo…

1. Przełamują tabu

Większość z nas pochodzi z rodzin, w których się o seksie nie rozmawiało. W niektórych nawet rodzice się nie przytulali na oczach dzieci. Jeśli zostałaś wychowana w atmosferze seksualnego tabu, prawdopodobnie masz ogromne problemy z odkrywaniem, nazywaniem i ujawnianiem swoich cielesnych potrzeb. Rozmawiając z przyjaciółkami o seksie, oswajasz ten temat, uczysz się otwartości, przełamujesz opór przed rozmowami na łóżkowe tematy.

– Plotkując o seksie, nabierasz swobody w tym temacie oraz ćwiczysz słownictwo. Pozwoli ci to później lepiej komunikować się z partnerem – uważa Anna Gawkowska. – Wiele kobiet zwykle nie wie, jak ubrać w słowa swoje sugestie czy uwagi, tym bardziej że właśnie z partnerem rozmawiać jest najtrudniej – boisz się odrzucenia albo tego, że on poczuje się zraniony. Im większy ładunek emocjonalny, tym gorzej dla takich rozmów. Z przyjaciółką jest prościej: ona wysłucha, zrozumie, przytuli. I – co chyba najważniejsze – pomoże nazwać problem.

2. Dostarczają wiedzy

Opowieści przyjaciółek są nieocenionym źródłem wiedzy o seksie. Bo skąd masz ją czerpać? Filmy? Literatura? Przedstawiają zbyt wyidealizowany obraz erotyki. Pornografia? Jednowymiarowa, bo nakierowana głównie na mężczyzn. W dodatku pokazuje fizjologiczną i psychologiczną nieprawdę. Poradniki? Czemu nie, tyle że to nadal martwy przekaz, nie możesz o nic dopytać. – Poza tym poradniki opowiadają o anonimowych osobach, a przyjaciółki o sobie, czyli o kimś realnym, kogo znasz i do kogo możesz odnieść swoje zachowania czy uczucia – dodaje Gawkowska. Relacja innej kobiety bywa na wagę złota.

3. Oswajają lęki

Twój partner ma wybujałe libido. Zaczynasz się więc obawiać, czy nie jesteś oziębła. Ale kiedy usłyszysz od przyjaciółek, że w ich związkach jest podobnie – poczujesz ulgę, pomyślisz: „nie jestem sama”.

– Nie ma nic gorszego, niż żywić jakąś obawę czy lęk i dźwigać je w samotności – mówi psycholog. – Tym bardziej że seks to dziedzina, która w dużym stopniu wpływa na naszą samoocenę. Gdy przeżywasz wątpliwości tylko wewnątrz siebie, one ogromnieją. Skonfrontowane z życiem innych, nabierają właściwych proporcji.

4. Podsuwają rozwiązania

Przyjaciółki mogą podpowiedzieć, jak one sobie z czymś radzą, na przykład jak tłumaczą partnerowi, co je najbardziej kręci, a co nie, nie raniąc przy tym jego dumy i nie zrywając bliskości. Albo co dodają do sypialnianego repertuaru, żeby znów się zrobiło ciekawie. I często podrzucają rozwiązania, na które sama byś nie wpadła.

5. Otwierają na nowe

Rozmowy to także krok w kierunku większej swobody w łóżku: pomagają przesuwać granice. Na przykład mąż namawia na seks oralny, a żona uważa, że to nie mieści się w pojęciu „normalny seks”. Jeśli podzieli się swoim oporem z koleżanką, może od niej usłyszeć: „Ja to uwielbiam, ale musiałam się przekonać”. I jeśli nawet nasza bohaterka nie zgodzi się od razu ochoczo na propozycję męża, to na pewno zacznie myśleć: „A więc to nie jest zboczenie, ludzie się tym cieszą”.

– Pod wpływem zwierzeń innych kobiet zaczynasz patrzeć na nowe pełna ciekawości, a nie obaw. Zastanawiać się nad nowymi sposobami dostarczania sobie nawzajem rozkoszy – tłumaczy Anna Gawkowska. – W sytuacjach, w których kiedyś automatycznie mówiłaś „nie!”, myślisz: „a może?”. Zaczynasz inny etap: najpierw próbujesz. Nie odmawiasz już dla zasady, ale wtedy, gdy coś ci się rzeczywiście nie spodoba.

Ostrożnie z radami

W intymnych zwierzeniach kryją się jednak i pułapki. Pierwszą z nich jest groźba, że seks z partnerem – w zestawieniu z opowieściami koleżanek – niesłusznie zacznie ci się wydawać nudny.

– Powszechnie wiadomo, że jednym z powodów niezadowolenia z życia jest skłonność do porównywania się z innymi – ostrzega psycholog. – Mam coś, co wydaje mi się fajne. Ale cóż to? Koleżanka ma fajniejsze! I już moje wydaje mi się mniej atrakcyjne, przestaje cieszyć. To dotyczy także seksu. Nie dość, że media kreują nierealne wzorce idealnego kochanka i kochanki, to presja dorównania lub nawet przebicia doświadczeń przyjaciółek może popsuć całą przyjemność uprawiania seksu.

Uważaj też, kogo obsadzasz w roli punktu odniesienia. Bo jeśli swoje obawy powierzasz dość pruderyjnej koleżance, prędzej dodatkowo cię w nich utwierdzi, niż je rozwieje, a nawet wepchnie w irracjonalne poczucie winy czy wstydu. Z drugiej strony zbyt wyzwolona powierniczka może zacząć cię przekonywać do eksperymentu, na który w ogóle nie będziesz miała ochoty, no ale jak tu dyskutować z „ekspertem”?! Zresztą, z radami bywa tak, że najtrafniejsze są w stosunku do osoby, która ich udziela. – To, co sprawdziło się w innych związkach, nie musi zadziałać w twoim – ostrzega Gawkowska. – Każdą radę warto przefiltrować przez to, jaka jesteś, jaki jest twój związek, twój partner oraz czego chcesz w łóżku.

Wszyscy mamy swoje upodobania i wszystkie są jednakowo dobre, musisz tylko zastanowić się, które są odpowiednie dla ciebie.

Bohater drugoplanowy

Nie przesadzaj z uskarżaniem się na partnera w gronie koleżanek. Zwłaszcza takich, które go znają! Może się bowiem okazać, że twoje opowieści wpłyną na sposób, w jaki będą go postrzegać.

– Jeśli zbyt często opowiadasz, że jest kiepski w łóżku, za mało czuły, nieudolny lub, co gorsza, relacjonujesz ze szczegółami jego niepowodzenia – znajome zaczną widzieć twojego męża czy chłopaka jako skończonego fajtłapę i darzyć mniejszym szacunkiem także w innych dziedzinach życia – mówi Anna Gawkowska.

„Może zamiast negatywów skupić się na pozytywach” – myślisz. – „Cóż złego w tym, że pochwalę się wirtuozerią mojego kochanka w gronie wspólnych przyjaciółek?”. Bądź ostrożna, bo zbyt częste opowiadanie o waszych łóżkowych wyczynach niepotrzebnie zbuduje wokół twojego ukochanego erotyczną atmosferę. W konsekwencji niejedna przyjaciółka może spojrzeć na niego innym, łaskawszym okiem.

I nie ufaj bezgranicznie kobiecej dyskrecji. Zwłaszcza jeśli twoje przyjaciółki to jednocześnie żony kumpli twojego partnera! Nawet proszone o dyskrecję, mogą nie oprzeć się pokusie powtórzenia twoich rewelacji swoim mężom albo nawet palnąć jakieś głupstwo w obecności twojego ukochanego. Jak pewna kobieta, która po kilku drinkach żartem powiedziała do męża znajomej „o, samochód też masz malutki…”. Towarzystwo wybuchło śmiechem, a mąż obraził się śmiertelnie. Na żonę na długo, na jej przyjaciółkę na zawsze.

– Ujawnianie intymnych szczegółów na temat twojego związku i partnera bywa ryzykowne – mówi Anna Gawkowska. – W końcu jest to coś, co powinno być waszą prywatną sprawą i nie wykraczać poza próg sypialni. Zwłaszcza zdradzanie łóżkowych wpadek kochanka świadczy o nielojalności wobec niego. Dlatego zawsze z dużym wyczuciem opowiadaj o problemach, które nie dotyczą tylko ciebie samej.

W męskiej szatni

Kobiety, rozmawiając o seksie, zwykle mówią prawdę, bo w takich rozmowach poszukują bliskości. Są też przeważnie na tyle wstydliwe, że poruszają temat, kiedy naprawdę potrzebują pogadać. Mężczyźni odwrotnie: o seksie rozmawiają z łatwością. I jest to ich ulubione pole do głoszenia własnej chwały. Szczycą się ilością, różnorodnością i częstotliwością kontaktów seksualnych. Lubią być podziwiani i by im zazdroszczono. Często, by nie stracić w oczach kolegów, chcą się wykazywać osiągnięciami, nawet jeśli nie są prawdziwe. Trudniej też przychodzi im rozmawianie o problemach w łóżku. Mężczyzna prędzej pójdzie po leki do specjalisty, niż przyzna się kumplowi do swojej niemocy.

  1. Seks

Pierwszy seks po traumie. Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Czapczyńską

Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Rana po doświadczeniu przemocy seksualnej boli długo. Gdy uda się ją względnie opatrzyć, pojawia się potrzeba zbudowania bezpiecznego związku. O tym, jak (i czy w ogóle) rozmawiać o dawnej traumie z nowym partnerem, mówi psychoterapeutka Agnieszka Czapczyńska.

Gwałt potrafi na bardzo długo zamknąć nas na jakąkolwiek bliskość z drugim człowiekiem. Po czym poznać, że jest się już gotową?
U osób, które przeżyły traumę gwałtu, pojawia się pewien rodzaj ambiwalencji: z jednej strony jest potrzeba bliskości, chęć posiadania związku, z drugiej strony występuje lęk. Jeśli reakcja awersyjna jest bardzo silna, to poziom lęku związany ze zbudowaniem nowej relacji jest bardzo wysoki.

Od wielu lat pracuję w grupie wsparcia kobiet doświadczających różnych form przemocy, nie tylko seksualnej, ale to właśnie w tej grupie jest najwięcej singielek. Kiedy lęk wygrywa, wybieramy bycie samą.

Samotność wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem, bo daje poczucie bezpieczeństwa. Jakie sygnały oprócz lęku i awersji mogą świadczyć o tym, że to wciąż otwarta rana?
Jeżeli po doświadczeniu przemocy seksualnej rozwinął się zespół stresu pourazowego, to rana zawsze jest otwarta i sama się nie zagoi. O PTSD możemy mówić jako o stałym rozregulowaniu układu nerwowego. Symptomami są: wspomniana reakcja awersyjna, stała reakcja czujności, autoagresywne myśli, których nie można zatrzymać, flashbacki, czyli wracające obrazy traumy, którym towarzyszą odczucia w ciele, jakby działo się to tu i teraz. Poza tym pojawia się dysregulacja cyklu snu, dysregulacja emocji – albo odcięcie od nich, albo zalewanie się nimi, oraz silnie obniżone poczucie własnej wartości. Kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, często nawet nie wiedzą, że mają PTSD. Ich stan jest diagnozowany jako depresja czy zaburzenia osobowości. Tymczasem źródłem wszystkiego jest trauma i właśnie zespół stresu pourazowego.

Statystyki mówią, że przy przemocy fizycznej, zwłaszcza tak drastycznej jak gwałt, PTSD rozwija się u 70–90 proc. kobiet. Dla porównania, w wyniku wypadków samochodowych – u 30 proc.

Rozumiem, że przy odpowiednim wsparciu rana może się zagoić?
Wierzę, że można się wyleczyć. Po doświadczeniu traumatycznym przez kilka tygodni występuje reakcja adaptacyjna. Układ nerwowy usiłuje dojść do równowagi po drastycznym przeciążeniu. To jest normalne i należy dać mu szansę. U części osób te symptomy z każdym tygodniem zaczynają słabnąć i w miarę upływu czasu powraca równowaga psychiczna. Natomiast jeśli symptomy utrzymują się dłużej, to oznacza, że układ autoregulacji nie dał rady i potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Nowoczesne metody terapii, takie jak EMDR, Somatic Experiencing, Brainspotting czy TRE rozładowują napięcie na poziomie układu nerwowego, czyli tam, gdzie nastąpiło główne zaburzenie. Stosuje się też pracę w nurcie behawioralno-poznawczym dopasowanym do pracy z traumą. Wszystkie te podejścia są skuteczne. To znaczy doprowadzają osobę do momentu, w którym zostaje pamięć doświadczenia, ale nie towarzyszy jej pobudzenie ani dyskomfort. Pozostaje wspomnienie, które nie wyrzuca z „tu i teraz”, nie powoduje silnych emocji i nie wpływa negatywnie na poczucie własnej wartości.

Warto pamiętać, że przy traumie na poziomie poznawczym budują się przekonania, które są bardzo negatywne i destrukcyjne, typu: „To moja wina”, „Mogłam się obronić”, „Jestem słaba”, „Świat nie jest bezpieczny”. Te przekonania były sposobem rozumienia sytuacji w momencie gwałtu, ale są w większości irracjonalne. Przez skuteczną terapię traumy rozumiem taką, która sprawia, że doświadczenie przestaje niszczyć i buduje potraumatyczną siłę. Kobieta wychodzi z poczuciem mocy i przekonaniem: „Przetrwałam, dałam radę”, „Zrobiłam wszystko, co mogłam, „Jestem OK taka, jaka jestem”.

Droga od „Mogłam się obronić” do „Zrobiłam wszystko, co mogłam” jest długa. Sam czas nigdy nie uleczy rany?
W przypadku traumy powiedzenie, że czas goi rany, jest mitem. Możemy się od niej odciąć, omijać szerokim łukiem, włączać różnego rodzaju mechanizmy obronne, które nas dysocjują, dzięki którym nie będziemy czuły jakiejś części siebie, ale prędzej czy później to się ujawni. Życie w zamrożeniu, odcięciu od swojego ciała jest dewastujące, ponieważ żyjemy kawałkiem siebie. Reszta jest odcięta. Nie mamy dostępu do emocji, czucia na głębokim poziomie, żyjemy jakby za szybą.

Czy w budowaniu nowej relacji ma znaczenie, kim dla ofiary był sprawca i kiedy doszło do przemocy seksualnej?
W mojej wieloletniej pracy tylko raz spotkałam się z przypadkiem gwałtu na ulicy. 99,9 procent przypadków przemocy seksualnej odbywa się w relacjach pozornie bezpiecznych. Sprawcami są znane ofiarom osoby, zaprzyjaźnione z nimi, które nawet jeśli znały je tylko kilka godzin, to zdążyły wzbudzić sympatię i zaufanie. Traumy seksualne, do których doszło w dzieciństwie, kiedy kształtowała się nasza tożsamość, mocniej wkraczają w całą strukturę osobowości, stają się bardziej wrośniętą, integralną częścią poczucia, kim jesteśmy. Jeżeli doświadczyłyśmy traumy w szóstym roku życia i od tego czasu lęk towarzyszy nam codziennie, to mając 35 lat, myślimy o sobie: „Jestem lękowa, taka się urodziłam”. Mamy taki obraz siebie, choć on nie jest prawdą.

Jak fałszywy obraz siebie wpływa na późniejsze budowanie relacji?
Jeśli dziewczynka wyrasta na kobietę, która ma poczucie bycia niewartościową, bo trauma zaniża poczucie własnej wartości – ma wysoki poziom lęku, silną reakcję unikania, nie jest w stanie być niezależna i samodzielna w różnych obszarach życia. Kobieta niewierząca w swoje siły łatwo znajdzie sobie opiekę partnera dominującego. Czasem to dobry wybór, czasem zwiększa ryzyko, że odtworzy sytuację przemocy w kolejnym związku. Może budować różne relacje zależnościowe i trudniej jej będzie się bronić.

Traumy różnią się nie tylko czasem powstania, ale też częstotliwością – czy były jednorazowe, czy wielorazowe. Z jednorazowym doświadczeniem traumatycznym, czyli na przykład gwałtem na randce, można uporać się szybciej. Terapie metodami, o których wspomniałam, polegają na rozładowaniu energetycznym w ciele trudnego doświadczenia i przynoszą bardzo szybko pożądane efekty na poziomie fizycznym i w sferze poznawczej, czyli w budowaniu pozytywnych przekonań na swój temat. Transformacja przez ciało jest dużo szybsza niż przez umysł i terapię narracyjną, może zamknąć się w 10–15 sesjach. Natomiast gwałt w małżeństwie nigdy nie jest jednorazowym doświadczeniem. To jest trauma złożona, proces leczenia jest długi, ponieważ doświadczenie miało czas wrosnąć w strukturę osobowości, myślenie o sobie, sposób funkcjonowania. Wzorzec utrwalał się przez lata.

Załóżmy, że kobieta po traumatycznych doświadczeniach jest gotowa na nowy związek. Czy powinna poinformować o nich nowego partnera?
Na pewno do niczego nie należy się zmuszać. Warto wyznać partnerowi prawdę z jednego powodu: jeśli nie będzie rozumiał pewnych naszych reakcji, może pomyśleć, że są one skierowane przeciwko niemu, co nie będzie służyło budowaniu więzi. Przypuśćmy, że w trakcie intymnego zbliżenia nagle wróci mi pamięć trudnego doświadczenia i zacznę płakać, stanę się agresywna albo cała zesztywnieję – dobrze by było, by partner, z którym jestem, rozumiał, co się ze mną dzieje. W przeciwnym razie może się przestraszyć i zachowywać obronnie. Z drugiej strony dzielenie się tak intymną i bardzo delikatną częścią siebie wymaga zaufania. Powinnyśmy mieć poczucie, że osoba, której to mówimy, nie wyśmieje nas, nie odwróci się na pięcie, nie przestraszy się, nie zminimalizuje problemu. W relacji potrzebujemy czuć się bezpiecznie, musimy wiedzieć, czy ta osoba jest godna zaufania i czy to jest właściwy moment. Uważam, że warto mówić o trudnej przeszłości, tylko trzeba to robić w bezpieczny dla siebie sposób.

Bezpieczny, czyli jaki? Jakich użyć słów? Jak rozpocząć rozmowę?
Każdy trudny temat w relacji warto jest poruszać w spokojnej atmosferze. Gdy jesteśmy w silnych emocjach, nie panujemy nad słowami, więc łatwo o zranienie. Poważne rozmowy wymagają maksymalnie bezpiecznej przestrzeni, warunków i czasu. Nie oczekiwałabym, że w trakcie jednej rozmowy powie się wszystko. Można dać znać, że miało się trudne doświadczenie i ono wpływa teraz na relację z partnerem. Można zacząć od ogólników. Jeśli poczujemy się bezpiecznie, zobaczymy, że to jest przyjęte we właściwy sposób, to możemy otworzyć się bardziej.

Co znaczy właściwy? Jakiej reakcji można się spodziewać?
Właściwa reakcja partnera to reakcja empatyczna. Może on doświadczyć mnóstwa emocji: smutku, żalu, poczucia winy, chociażby dlatego, że przynależy do gatunku sprawców. Może pojawić się poczucie wściekłości na sprawcę. Te reakcje są bardzo OK.

Niepokojącym sygnałem są oskarżenia typu: „To była twoja wina, po co tam szłaś”, deprecjonowanie: „Daj spokój, co tam będziesz wspominać, skoro to było lata temu”, wyśmiewanie: „Jesteś histeryczna, chodź, przytulimy się, to wszystko minie, ja cię uleczę”. Te reakcje nie są empatyczne. Ale nie oznaczają, że mężczyzna jest złym człowiekiem, możliwe, że nie ma pojęcia, jak wspierać partnerkę. Uważam, że partnerzy, którzy tworzą lub chcą stworzyć związek z kobietą, która przeżyła przemoc seksualną, mogliby o tym trochę poczytać. Polecam zwłaszcza książki „Obudźcie tygrysa” Petera Levine'a oraz „Strach ucieleśniony” Bessela van der Kolka. Albo jednorazową konsultację, żeby dowiedzieć się, jak mają wspierać swoją partnerkę.

Może pani w kilku zdaniach wypunktować, jak wspierać kogoś po takim wyznaniu?
Po pierwsze, empatycznie słuchać, nie komentować, nie podważać. Po drugie, spytać, w jaki sposób można jej towarzyszyć, czego od nas potrzebuje, zapewnić ją, że jesteśmy po jej stronie, mówiąc na przykład: „To nie była twoja wina”. Po trzecie, motywować ją do terapii.

Ile czasu partner może potrzebować na oswojenie się z informacją o takim kalibrze?
Nie wiem. Nie wiem, czy w ogóle jest w stanie pogodzić się do końca z tym doświadczeniem. Nie spodziewam się, że partnerowi będzie łatwo z tym żyć. Nieuleczona trauma ma taką właściwość, że przypomina nierozbrojoną bombę. Jest w nas, ciągle tyka i co jakiś czas wybucha w postaci intruzywnych myśli, przerażających wspomnień, zalewających uczuć lęku, smutku, złości. Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Więc nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, przyjmie do wiadomości i zrozumie, nie sądzę, by był w stanie stać się neutralny, ponieważ te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać.

A jeśli ucieknie po samym wyznaniu – warto walczyć o taki związek?
Zarówno zamrożenie i brak emocji, jak i silna reakcja emocjonalna na taką wiadomość są całkowicie normalne. Może zdarzyć się, że partner nie potrafi tego udźwignąć, pomieścić w sobie tej ilości bólu. Jeśli obie strony widzą, co się z nimi dzieje, i mają wolę rozmowy, walki o związek, to zawsze jest szansa na przetrwanie tego kryzysu. Gwałt to doświadczenie, w którym mężczyzna niszczy życie kobiety, ale też życie innych mężczyzn – brata, ojca, partnera, syna. Przechodzimy przez to razem, niezależnie od płci.

Jednak lęk przed tym, że on odejdzie, zwłaszcza na początku relacji, może być większy niż chęć wyznania…
Ale on może odejść także dlatego, że mu nie powiesz. Trudno jest wytrzymać z osobą, która przeszła traumę i utrzymuje to w tajemnicy. To doświadczenie niszczy relację. Gdy rozumiemy to, co się z nami dzieje, i zostaje to nazwane, przynajmniej jesteśmy świadomi przyczyny takiego zachowania i wiemy, co z tym możemy zrobić.

Pierwszy seks po takim wyznaniu może być pełen obaw z obu stron.
Terapia służy odklejeniu doświadczenia seksu od poczucia zagrożenia i ponownemu połączeniu go w naszym umyśle z przyjemnością, bliskością i radością. Na pewno kolejne zbliżenie będzie wymagać uważności, delikatności i uczenia się siebie na nowo. W miejscu, w jakim byłyśmy zranione, zawsze będziemy bardziej delikatne, ostrożne.

Po traumie mamy skłonność do dysocjacji, więc wszystkie praktyki, które ściągają uwagę do bycia w teraźniejszości i czucia w ciele, są dobre. Zachęcam do terapii i różnego rodzaju praktyk budujących obecność w ciele, połączenia body-mind, czyli medytacji mindfulness, dowolnych technik medytacyjnych, jogi czy tai-chi.

Może zdarzyć się tak, że opowiedzenie o traumie nie chce przejść przez gardło. Czy ktoś może nas w tym wyręczyć?
Jeśli trudno jest powiedzieć to wprost, szukajmy sposobów, żeby to stało się możliwe. Miałam takie przypadki, że partnerzy albo członkowie rodziny przychodzili na sesję wspólnie z moją pacjentką, żeby w obecności osoby neutralnej porozmawiać o doświadczeniu gwałtu. W moim odczuciu przynosiło to dobre efekty. Sama terapia traumy jest terapią indywidualną, nie zabieramy na nią towarzysza.

A czy mówić o gwałcie innym? Matka – córce, córka – matce?
Nie mówiłabym nastoletniej córce, ale dorosłej – być może tak. Po to, by zrozumiała, co się ze mną dzieje, albo żeby sama lepiej rozumiała swoje odczucia, bo czasem trauma jest raną transgeneracyjną, poczucie zagrożenia może się przenosić z pokolenia na pokolenie. Jeśli trauma dotyczy dziecka, zawsze trzeba powiedzieć bezpiecznemu dla siebie dorosłemu, na przykład mamie. Bo ktoś musi udzielić pomocy. U moich pacjentek, które były ofiarami gwałtu, a po stronie których stawała matka czy ojciec, często następowała spektakularna poprawa.

Czy taka rozmowa może być formą terapii dla kobiety? Czy przeciwnie, niechcący otworzy drzwi do nieprzepracowanych emocji?
Ujawnienie tajemnicy, o ile zostanie właściwie przyjęte przez otoczenie, zwykle daje dużo ulgi. Oczywiście może otworzyć pamięć starych doświadczeń i być równocześnie bolesne. Z drugiej strony potrzebujemy uwolnić swój ból, może nawet szczególnie ten, który nosimy latami. Stara rana otwiera się, płyną łzy - jest to nieprzyjemne, ale tak działają mechanizmy samoregulacji. Ciało jest mądre i próbuje pozbyć się wewnętrznego napięcia. Warto pamiętać, że emocje wracają nie dlatego, że jesteśmy „uszkodzone”, ale dlatego, że ciało chce uzdrowić się z traumy. Ona jest stałą częścią ludzkiego życia, była obecna zawsze i nasze ciało jest w pełni wyposażone w mechanizmy powrotu do zdrowia.

Agnieszka Czapczyńska, psychoterapeutka, superwizorka w obszarze przeciwdziałania przemocy IPZ PTP, prowadzi Ośrodek Rozwoju Osobistego i Psychoterapii „Radość Bycia”, www.radoscbycia.com.