fbpx

Na ratunek miłości: Mono czy poli? Ty decydujesz

Na ratunek miłości: Mono czy poli? Ty decydujesz

Wbrew modom i pozorom stara i dobra wierność wraca do łask. Mniejsza jest tolerancja dla skoku w bok. Takie są wyniki badań z książki „Dlaczego zdradzamy”. Coraz częściej mówi się jednak też o poliamorii, próbie wyjścia poza monogamię. Poliamoria ma swój kodeks: jawność, równość wszystkich. I idee: wyższy stopień ewolucji serca, bo miłością darzy się tu wiele osób. Na co więc postawić by być szczęśliwym w miłości i czy być szczęśliwym tylko we dwoje? – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.
Zdziwiłam się, czytając statystyki, wydawało mi się, że w czasach, gdy seks przestał być tabu, a media nim wprost ociekają, wierność straciła na wartości. Jest odwrotnie. Może to dobrze wróży trwałości związków i temu, czego szukamy: wiecznemu szczęściu we dwoje? A więc: niech nam znów żyje monogamia?

Monogamia to wzorzec w naszej części świata przez większość odbierany jako rodzaj szlachetnego przymusu i okazja do praktykowania cnoty seksualnej wstrzemięźliwości. Oznacza dożywotni związek z wybraną osobą i zobowiązuje do wierności, ale nie uznaje zdrady za wystarczający powód do rozstania. W tym sensie toleruje niewierność. Można więc być monogamicznym, ale nie być wiernym. I być wiernym, nie będąc monogamicznym. W moim odczuciu wierność jest osobistą decyzją podejmowaną z różnych powodów, ale cnotą staje się tylko wtedy, gdy mamy rzeczywistą możliwość, a nawet niestosowną ochotę na bliskość z kimś trzecim, lecz – najlepiej pogodnie – rezygnujemy z niej. Nie chcemy ranić partnera, partnerki ani własnego sumienia, chcemy też dotrzymać danego słowa. Tak praktykowana wierność jest ważna i przyczynić się może do utrwalania związku. Ale i ona nie jest niezawodną receptą.

A więc co jest tą dobrą receptą dla pary?

Wiele zależy od tego, czy znaleźliśmy tę najwłaściwszą osobę. Jeśli spotkają się dwie tzw. idealne połówki – co za pierwszym razem zdarza się rzadko – to wierność nie jest żadną sprawą. Jest biologiczną, psychologiczną i duchową oczywistością. Nie wymaga żadnej rozmowy, umowy ani strażnika. Nie wiąże się z poczuciem ograniczenia ani utraty wolności. W takim związku nikomu nie przychodzi do głowy, by wiązać się intymnie z kimś trzecim. A więc znacząca część epizodów niewierności wynika z tego, że nie potrafimy wybrać odpowiednich partnerów. Brakuje nam samowiedzy i dojrzałości, które przychodzą z wiekiem. Pewnie dlatego związki zawierane przez dojrzałych ludzi są trwalsze.

Ale w tym, co mówisz, tkwi łatwe usprawiedliwienie: skoro jesteśmy niedobrani, to hulaj dusza. Zły wybór wszystko tłumaczy?

To nie tak. Także wtedy, gdy nasz związek przeżywamy i oceniamy jako źle dobrany, decyzja o wierności jest ważna i dobra, bo pozwala nam się sprawdzić i dojrzewać. Wielu młodych lub niedojrzałych nie jest zdolnych do wierności. I ich niewierność może nie mieć nic wspólnego z doborem partnera czy partnerki. Wtedy zobowiązanie do wierności przeżywamy jako okupione wysiłkiem ćwiczenie wewnętrznej dyscypliny. To dobrze. Jeśli wytrwamy dostatecznie długo, dojrzejemy my i ta druga osoba oraz nasz związek, może się to okazać tym, czego potrzebujemy i co chcemy chronić. A jeśli nie, to kolejna relacja z pewnością będzie lepsza.

A więc nawet ćwiczenie się w wierności, rozwój wewnętrzny i osiągnięcie dojrzałości nie uczyni związku trwałym i szczęśliwym?

No tak, bo też szanse na dotrzymanie przysięgi dozgonnej wierności w niedobranym związku są nikłe. Nagły kaprys losu może sprawić, że spotkamy kogoś, kto okaże się objawieniem, kogoś, o kim w głębi duszy marzyliśmy. Wtedy pojawia się taka energia i determinacja, że żadna cena i żadne trudności nas nie powstrzymają. I nie ma jednej odpowiedzi ani podpowiedzi dla wszystkich, co jest wtedy lepsze. Wielu próbuje heroicznym wysiłkiem dotrzymać wierności normie monogamii. Często się to udaje i pierwotny związek zyskuje dzięki kryzysowi nowe oblicze i nową jakość. Pod warunkiem że oboje partnerzy solidarnie wezmą odpowiedzialność za zdradę jednego z nich i zreformują siebie i swój związek. Ale równie często zdarza się, że po jakimś czasie związek, który wprawdzie przetrwał kryzys, zapłacił jednak za to stagnacją, smutkiem, nudą i ledwie skrywaną wzajemną niechęcią. To sygnał, że w imię ślepego podporządkowania monogamii zamietliśmy kryzys pod dywan. Nie wzięliśmy wspólnie odpowiedzialności za zdradę, więc jedna osoba utknęła w pozie winowajcy i pokutnika, a druga szlachetnej ofiary i surowego sędziego. Wtedy w sercu grzesznika dojrzewa gorycz, że nie zaryzykował być może lepszego losu i że już nigdy się nie dowie, czy zrobił dobrze, czy źle. A w końcu – gdy jest już za późno, brakuje sił i odwagi, by coś zmienić – przelewa się czara goryczy i zalewa tę parę żal, pretensja i frustracja.

Można też ukradkiem prowadzić równoległe ukryte życie z kochankiem, kochanką.

Ta droga odwleka katastrofę związku pierwotnego. Chyba że dla obu stron bycie razem okaże się ważniejsza od zdrady i po cichu uznają, że równoległe związki lub skoki w bok pozwalają przetrwać ich związkowi i uniknąć bezmiaru komplikacji i cierpień związanych z rozwodem. I jak tu rozstrzygać, co jest mniejszym złem, a co większym dobrem?

My szukamy recepty na wieczną miłość. Rozwodzić się, sądząc po statystykach, potrafimy.

Warto jednak wiedzieć, że gdy w wypalonym małżeństwie zapada decyzja o rozstaniu, to wszystkie strony zyskują. Dzieci cierpią, patrząc na rodziców, którzy się z trudem tolerują, poświęcają się i angażują nieustannie w zastępcze konflikty. Ludzie po wyjściu z nieudanych, ograniczających związków z reguły odkrywają nowe, fascynujące wymiary wolności i samorealizacji.

Ale nie wszyscy tego pragną. Wielu wystarcza ten niedoskonały związek: spokój, bezpieczeństwo, wzajemna cierpliwość i obecność.

Związki, które potrafią przeżyć przy tak skromnie zastawionym stole, są godne najwyższego szacunku. Pod warunkiem że obie strony się na to dobrowolnie zgadzają. Prawdziwa jest obserwacja, że najszczęśliwsi są ci, którzy mało potrzebują. Może także o takich ludziach mówimy. Bo mądrym ludziom szczęście daje nie tylko brak potrzeby posiadania rzeczy, ale także brak zachłanności na uczucia i inne korzyści czerpane ze związków z ludźmi. Najgroźniejsze dla naszych trwałych i ważnych związków jest oczekiwanie od partnera, że nas uszczęśliwi. Dorośli ludzie sami biorą odpowiedzialność za swoje szczęście. Gdy tacy ludzie się spotkają, to można się nie martwić o ich związek. Ale to ideał. Na razie dbajmy o to, by nasz związek przynajmniej nie generował agresji, upokorzenia, bólu i krzywdy. Wtedy też ma szanse przetrwać do grobowej deski nawet na skromnej diecie.

Może wystarczy być uczciwym. I na przykład zanim, zdradzając, zranimy tę najbliższą, choć może niedoskonale do nas pasującą osobę, przyjść i powiedzieć: „Poznałam kogoś, kto mnie zafascynował. Nie zdradziłam cię jeszcze, ale mało brakuje. To, co czuję, wskazuje na to, że coś z nami jest nie tak. Co robimy?”.

Takie otwarcie byłoby mądrym, odważnym, lojalnym i odpowiedzialnym zachowaniem. Na uznanie zasługuje też ten, kto tak zachowa się po zdradzie. Przeżywając fascynację kimś trzecim, daje jednak w ten sposób świadectwo, że nadal uważa swój pierwotny związek za najważniejszy. Zamiast więc konspirować, z biciem serca kładzie trudne sprawy na stole, dając początek koniecznej transformacji związku. Tak się zadzieje, pod warunkiem że druga połowa jest na tyle dojrzała, że nawiąże tę rozmowę, nie ulegnie pokusie obrażania się, osądzania i zdyscyplinowania. Efektem takiej rozmowy może być decyzja o rozstaniu jak i o byciu razem. Ale korzyść dla dalszych losów obojga będzie niewątpliwa. Jednak gdy obronną ręką wychodzimy z takiego kryzysu, to w imię przyszłości związku warto siebie zapytać: Czy zostaję ze względu na wartości, które wyznaję? Ze strachu? Z lenistwa? Z wygody? Z przekonania? Z miłości? Dla świętego spokoju? Oczywiście dobrze wróżą odpowiedzi nieoparte o lęk czy wygodnictwo.

Co jest istotą zmiany, która pozwala znaleźć jednak szczęście i miłość w takim nawet początkowo niedoskonałym układzie?

Przede wszystkim nazwanie, zakomunikowanie i urealnienie wzajemnych oczekiwań i możliwości, co znakomicie zapobiega dalszym konfliktom i rozczarowaniom. Wtedy możemy od partnera, partnerki usłyszeć: „Dobrze, że mi o tym mówisz. Gdybym wiedziała, wiedział wcześniej, to bym chętnie odpowiedziała, odpowiedział na twoje potrzeby”. Albo: „Twoje potrzeby są niedorzeczne i niezaspokajalne w związku dorosłych ludzi. Nie chcę i nie potrafię ich zaspokoić. Musisz z nich zrezygnować”. My możemy wtedy odpalić: „Moje potrzeby są normalne i uzasadnione. To z tobą jest coś nie tak, skoro nie potrafisz na nie odpowiedzieć”. Niełatwo taki spór rozstrzygnąć. Jeśli po wielu próbach nie uda nam się wypracować twórczego kompromisu, to najlepiej udać się po pomoc do terapeuty lub mediatora. W ten sposób rozpoczniemy obopólny proces dojrzewania. Ktoś będzie musiał zrezygnować z nierealistycznych oczekiwań, ktoś inny – nauczyć się zaspakajać realistyczne oczekiwania drugiej strony. Nauczymy się rozmawiać o trudnych sprawach i adekwatnie nazywać i wyrażać swoje uczucia – zarówno te negatywne, jak i pozytywne. W związku pojawi się więcej zaufania i wolności, więcej miejsca na radość, wzajemną inspirację i współpracę. Niby niewiele, ale jakże wiele.

Są pary, które nie uznają zakazu wierności i żyją choćby w poliamorii. Czy to może mieć jakiś sens w perspektywie budowania wiecznej i szczęśliwej miłości?

Nie ma prostej odpowiedzi. To zależy od tego, w jakim stanie ducha i umysłu znajdują się osoby dokonujące takiego wyboru. Czy są w trwałym i dobrym związku, czy są seksoholikami poszukującymi nowych sposobów realizowania swego uzależnienia lub kimś, kto rozpaczliwie szuka zaspokojenia potrzeby seksu i bliskości. Poliamoria może być ucieczką przed dojrzewaniem, ale i wyrazem dojrzałości i odwagi w eksplorowaniu międzyludzkich miłosnych relacji. Od tysiącleci istnieje przecież duchowa praktyka tantry, która używa dynamiki miłosnych i seksualnych związków jako wehikułu wewnętrznego dojrzewania i rozwoju. Jednym z największych wyzwań tej praktyki jest przekroczenie potrzeby zawłaszczania osoby wybranej jako obiekt naszej miłości. Obudzenie w sobie zdolności do dzielenia się ukochaną osobą. Takie doświadczenie ma wzmacniać, a nie osłabiać pierwotny związek. Nie łatwo to sobie wyobrazić, a co dopiero zrobić. Jest to trudna praktyka, której fundamentem musi być prawdziwy, głęboki związek, niekwestionowana zgoda wszystkich zainteresowanych i wsparcie środowiska, które rozumie, w jak trudną podróż ludzie się wybierają. Najbezpieczniej jest, gdy takie środowisko korzysta z duchowego przewodnictwa nauczyciela tantry.

Nie wiem jak w wypadku tantry, ale w zwyczajnym życiu, kiedy on lub ona proponuje swingowanie itp., często słyszy: „tak”. Ta druga połowa zgadza się, bo kocha, bo się boi porzucenia. Uczciwiej byłoby, gdyby złakniony eksperymentów odszedł i żył sam, jeśli bez poliamorii nie może, a czuje, że jego obecny partner godzi się wbrew sobie.

To prawda. Często tolerujemy to, co nas rani czy obraża, z powodów, którymi nie ma co się chwalić. Ci, którzy nie byli serdecznie kochani – zwłaszcza gdy nie czuli się serdecznie kochani przez rodzica płci przeciwnej – nieświadomie poszukują partnerów niezdolnych do zaangażowania serca. W dodatku wykazują ogromną wytrzymałość w związkach, w których są zdradzani i krzywdzeni. Mają w głębi serca zapisane przekonanie, że na nic lepszego nie zasługują: „Skoro nawet rodzice źle mnie traktowali, to czego mogę się spodziewać po obcym człowieku?”. Na przykład: mężczyzna, który bezradnie toleruje zdrady żony, prawdopodobnie był pierwszy raz zdradzony emocjonalnie przez matkę. W głębi serca jest przekonany, że niczego więcej nie znajdzie. I nawet gdy przypadkiem trafi na szczerze kochającą i troskliwą partnerkę, nieświadomie, acz skutecznie, zniechęci ją do bycia z nim. Na domiar złego pozostanie w przekonaniu, że to on został odepchnięty i porzucony. Ten sam mechanizm może decydować o pozornej zgodzie jednego z partnerów na poliamorię. Taka zgoda z czasem nieuchronnie rozsadzi związek, a partner, który przejawił niekonwencjonalną inicjatywę, usłyszy: „Zmusiłeś mnie, szantażowałeś, zmanipulowałeś!”. Warto wtedy pamiętać, że w związkach między dorosłymi obowiązują twarde zasady: samodzielnie decydujemy o tym, z kim i jak żyjemy. Dlatego przed związkiem, w związku i po związku dobrze jest dbać o to, by rozwiązywać własne problemy, rozwijać wiedzę o sobie, dojrzewać i brać za siebie i swoje życie pełną odpowiedzialność.

Za wszystko? Również za to, że ktoś nas zdradził i porzucił?

Tak. Ale to nie znaczy, że zdradzająca i odchodząca osoba nie bierze odpowiedzialności. Bierze swoją. Każdy musi ją brać, nie zwalać winy na innych, bo to blokuje rozwój. Każde życie jest procesem zmierzającym do pełnej psychologicznej oraz duchowej dojrzałości i autonomii. Każdy związek jest elementem tego procesu. Podejmujemy różne decyzje, popełniamy błędy, staramy się, praktykujemy cnoty i nie wiemy, co by było, gdybyśmy postąpili inaczej. Nikt nie uniknie błędów i cierpienia. Jeśli mamy poczucie, że zwolna i w znoju uczymy się kochać innych i świat, to jest wystarczająca wskazówka, że podążamy w dobrym kierunku.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>