fbpx

Nasza kultura pełna seksu

123RF.com

Malując usta czerwoną szminką, sięgasz po seksualny wabik. Pomyśl: czy robisz to świadomie? Nie? Witaj w świecie seksu, reklamy i konsumpcji.

Wielu z nas zapytanych, która kultura kojarzy się z seksualnością, wskazuje na Wschód – bo stamtąd pochodzi Kamasutra. Pomyłka! Wschód jest pod względem erotyki bardzo zachowawczy: choć na ścianach świątyń można oglądać płaskorzeźby przedstawiające pary w miłosnym uścisku, ludzie na ulicach wyglądają skromnie, nigdzie nie widać golizny. W hinduskim filmie wyprodukowanym na miejscowy użytek nie ma zbliżeń fizycznych. Aktorzy nawet się nie całują, fizyczne kontakty pokazane są za pomocą alegorii, np. tańca. A kiedy podczas zorganizowanej w Indiach uroczystej filmowej gali zachodni aktor (zaproszony ze względu na swoją popularność) objął i pocałował na scenie hinduską dziewczynę, wybuchł skandal obyczajowy wywołujący oburzenie niemal w całym kraju.
Tak naprawdę pełna seksu jest kultura Zachodu. Nasza kultura.

A tak to się wszystko zaczęło

Przed drugą wojną światową rynek był rynkiem producenta – cokolwiek zostało wyprodukowane, zostało także kupione. Okres ten zwany jest okresem fordyzmu – od nazwiska Henry’ego Forda, wielkiego producenta samochodów. W 1914 r. produkowane przez niego pojazdy były funkcjonalne, tanie, niezawodne i… brzydkie. Dostępne były też w jednym tylko kolorze: czarnym, bo zgodnie z powiedzeniem Henry’ego Forda: „Klient może poprosić o samochód w jakimkolwiek kolorze, pod warunkiem że będzie to kolor czarny”. Estetyka czy wychodzenie naprzeciw oczekiwaniom klientów nie było konieczne – dóbr było mniej niż chętnych do ich zakupu.

– Druga wojna światowa wymusiła na gospodarce umasowienie produkcji, skok technologiczny i wiele procesów na dużą skalę – mówi Wojciech Olczyk, socjolog.
– Po wojnie masowa machina pracująca na potrzeby militarne została skierowana na zaspokojenie potrzeb klientów cywilnych i rynek bardzo szybko się nasycił. Rynek producenta został zastąpiony rynkiem konsumenta. W zalewie różnych dóbr klienta trzeba było namówić, by dany towar wybrał. W ten sposób narodził się nowoczesny marketing.

Jedną z cech masowego rynku jest bezosobowość: kiedyś klient kupował towar od rzemieślnika czy sklepikarza i mógł polegać na jego rekomendacji. W czasach masowego rynku, kiedy kupuje się towary produkowane masowo, a zakupy robi się w sklepach samoobsługowych, osobistą rekomendację sklepikarza zastąpiła reklama.
– Zadaniem reklamy było uwieść konsumenta, przekonać go do danego produktu, przywiązać go do niego – mówi Olczyk. – Zaczęły się więc badania i poszukiwanie skutecznych narzędzi, które miały skłonić ludzi do kupowania.
– Jedną z metod było wabienie za pomocą najbardziej podstawowego ludzkiego instynktu: seksu. Jest on zarówno doskonałym towarem, jak i nośnikiem treści reklamowych – dodaje socjolog Joanna Wojtkun. – Marketing i komercja bardzo szybko zareagowały na to, że treści o podtekście seksualnym dobrze się sprzedają.

I czerpią z tego pełnymi garściami. Wystarczy się rozejrzeć. Na każdym skrzyżowaniu reklama bielizny na roznegliżowanej modelce. Reklama biżuterii? Najlepiej, kiedy perły prezentuje piękna kobieta, która nic poza nimi nie nosi. Dochodzi do takich śmiesznostek, że reklama zakładu wulkanizacyjnego przedstawia ponętną dziewczynę w bikini i… maleńki kawałek opony. Pewna firma produkująca okna też postanowiła skorzystać z erotyki: wynajęła i rozebrała do naga kilka modelek, które kupujący mogli zobaczyć, zaglądając w prezentowane okna. Czasem erotyka prezentowana jest nie wprost: głos w nawigacji mówi kierowcy „skręć w prawo” takim tonem, jakby zapraszał do łóżka; reklama perfum prezentuje (przynajmniej częściowo) odzianą kobietę, ale z takim wyrazem twarzy, jakby mówiła: „Przed chwilą miałam wspaniały orgazm”, a reklama dżinsów przedstawia dwoje młodych ludzi, którzy rzucą się na siebie, kiedy tylko przestaniesz patrzeć…

Nagie dziewczyny za oknem

Wykorzystanie erotyki w reklamie zbiegło się z rewolucją obyczajową: hasłami „kochajcie się, zamiast wojować”, występami feministek palących publicznie biustonosze, modą na głębokie dekolty i mini, przyzwoleniem na bikini, a potem na toples. Wynalezienie tabletki antykoncepcyjnej i powiązane z nim okiełznanie ludzkiej płodności sprawiło, że zaczęły się zmieniać standardy dotyczące życia seksualnego. Można było uprawiać seks poza związkiem małżeńskim bez obawy o konsekwencje.

– Spotkanie rewolucji obyczajowej i poszukującego skutecznych przekazów marketingu sprawiło, że nasza rzeczywistość zaczęła się wypełniać przekazami o podtekście seksualnym lub o jawnie erotycznej treści – tłumaczy Joanna Wojtkun. – Doszło do tego, że środki masowego przekazu, czyli telewizja, prasa i reklama, aż kipią od seksu. A mają wielki zasięg, przyczyniły się więc do upowszechnienia modelu swobody seksualnej, docierając także tam, gdzie moralność była bardziej zachowawcza.

Jesteśmy coraz bardziej nastawieni na konsumpcję. W społeczeństwie konsumpcyjnym pojęcie potrzeby zostało zastąpione pojęciem pragnienia, a następnie zachcianki. Nie jesteśmy już zmuszeni, by przystosowywać się do rzeczywistości czy walczyć o podstawowe składowe bytu. Możemy pozwolić sobie na to, by kierować się zasadą przyjemności. Doskonale wpasowuje się tu konsumpcyjne, „przyjemnościowe” podejście także do seksu: brać, cieszyć się, traktować jak rozrywkę.

– Seks dziś jest tak dostępny jak nigdy do tej pory – podsumowuje Wojtkun.
– W większości dużych i średnich miast doskonale prosperują agencje towarzyskie, studentki coraz częściej finansują studia przy pomocy sponsorów, w każdej gazecie są liczne ogłoszenia „towarzyskie”: „Osiemnastka szuka opiekuna”, „Francuski z finałem”, „18, 25, 30 – czekamy”, a z zostawionego na chwilę auta po powrocie trzeba zbierać z ulotki przedstawiające nagie dziewczyny. Dodajmy do tego Internet, który dociera niemal do każdego domu i w którym aż roi się od pornografii czy możliwości nawiązania znajomości o podłożu erotycznym.

 

Seks jako ciastko albo piwo

Konsumpcyjnemu podejściu do seksu sprzyja jeszcze kolejna nowinka ekonomiczna: życie na kredyt. Za czasów naszych rodziców dobra nabywano za oszczędności. Na gratyfikację trzeba było poczekać, co zresztą uznawano za cnotę. Kupowanie na kredyt było społecznie potępiane. Dziś jest inaczej: każdy chce mieć kartę kredytową, chce żyć teraz, a płacić później. Nie chcemy poświęcać teraźniejszości w oczekiwaniu na przyszłość; chcemy gratyfikacji tu i teraz. Nie tylko podczas zakupów, także w seksie: nieliczni czekają ze współżyciem do ślubu, większość nawet nie czeka do drugiej czy trzeciej randki… W sferze seksu przestajemy być ceniącymi cnotę ludźmi, a zamieniamy się w konsumentów.

– Wszechobecność seksu i marketingowe traktowanie erotyki sprawiają, że seks i emocje się od siebie w naszej świadomości oddzielają, idą dwutorowo, choć powinny iść jednym torem – podkreśla Wojtkun. – Emocje, intymność i seks powinny być ze sobą powiązane i powinny być zarezerwowane dla partnera, jeśli mamy być szczęśliwi, mieć poczucie swojego miejsca w świecie i bezpieczeństwa w życiu i relacjach partnerskich.
Zalew seksu jest też jedną z przyczyn kryzysu wartości rodzinnych: choć deklarujemy, że małżeństwo i rodzina stanowią dla nas ważną wartość, nasze wciąż pobudzane, erotyzowane mózgi i dostępność seksu skłaniają ku zboczeniu ze słusznej ścieżki – do zdrady według statystyk przyznaje się połowa mężczyzn i jedna trzecia kobiet w USA.

– Na Zachodzie kryzys wartości rodzinnych jest jeszcze bardziej widoczny – mówi Wojtkun. – W Anglii w święta pije się po prostu więcej piwa w pubie. Konsumpcja seksualna i reklama są w dużej mierze skierowane do singli – to liczne i chłonne środowisko, które wyraźnie na nie reaguje. Choć trafiają też do znudzonych małżonków niewidzących w swoim małżeństwie nadrzędnej wartości. Bo człowiek szczęśliwy, który realizuje się jako mąż czy żona, ojciec czy matka, inaczej patrzy na roznegliżowaną reklamę: spojrzy, bo piękno przyciąga, ale spojrzy w innym kontekście, bez konsekwencji. W najgorszej sytuacji jest młodzież. Niejednokrotnie w dzieciństwie słabo poznaje istotne wartości, pozytywne wzorce. Winę za taką sytuację ponosi pęd życia: jesteśmy wiecznie zabiegani i dopiero ekstremalne sytuacje skłaniają nas do refleksji. Dlatego pozytywne wartości wśród młodych ludzi przegrywają z konsumpcją, wymagają bowiem nieco wysiłku, a więc wydają się mało atrakcyjne w obliczu przyjemności.

Nie umiemy rozmawiać na temat emocji związanych z erotyzmem. Łatwiej opowiada się pieprzne dowcipy, niż
prowadzi na ten temat konstruktywne rozmowy.

Agata Domańska

– Dla młodych ludzi to trudna sytuacja, są bowiem pod wielką presją erotyczną – twierdzi prof. Zbigniew Izdebski, seksuolog. – Mają poczucie, jakby wszyscy dookoła nich uprawiali seks, i to bez przerwy, co jest nieprawdą. Kult „bycia sexy” sprawia, że niekiedy młode dziewczyny negliżują się i są traktowane – często przez rówieśników i starszych mężczyzn – jak obiekty seksualne. Sytuację pogarsza to, że młodzi ludzie nie mają skąd czerpać pozytywnych wzorców, z kim na  temat seksualności  rozmawiać. Uzyskują wiedzę od rówieśników, z mediów czy Internetu i dostają treści często o charakterze zwulgaryzowanym, które nie są poddane żadnemu wartościowaniu moralnemu ani jakiejkolwiek ocenie. Młodzież wchodzi przez to w sferę erotyzmu w sytuacji chaosu informacyjnego. To bardzo niekorzystne.

Jeśli nic się w naszym podejściu do seksu nie zmieni, możemy mieć kłopoty – jako społeczeństwo. Bo oderwanie seksu od jakichkolwiek wartości, jego powszechność i wulgaryzacja prowadzą do brutalnych absurdów. Takich jak rozebranie uczennicy przy całej klasie i udawanie, że się z nią kopuluje. Takich jak traktowanie seksu jako „dobra wymiennego” – gdy wracająca z dyskoteki nastolatka proponuje taksówkarzowi seks, bo nie ma pieniędzy na kurs. Takich jak wulgarny sposób podrywania dziewcząt, np. za pomocą odzywki: „Ruchasz się czy trzeba z tobą chodzić?” (podsłuchane w jednej z olsztyńskich dyskotek). Albo nawet takich masowych zjawisk, jakim okazała się powstała w USA pod koniec lat 70. sekta Rodzina Miłości namawiająca członkinie do flirty fishing, czyli – w swobodnym tłumaczeniu – łowienia przez flirt. Jej założyciel David Berg wysyłał młode dziewczyny na ulicę, by przez prostytuowanie się pozyskiwały nowych członków grupy, przekazując im przesłanie „Jezus cię kocha”. A że drzemie w nas pragnienie połączenia seksu z czymś głębszym, chcemy, by był czymś więcej niż tylko kopulacją, do sekty garnęło się sporo poszukujących w seksie wartości – w 1981 r. Rodzina Miłości liczyła aż
70 tys. członków!

– Jeśli nie postawimy na rozsądną edukację seksualną, kolejne pokolenie młodych ludzi nie będzie wiedzieć, na czym polega antykoncepcja i nie będzie rozumieć jej wagi. Seks będzie uprawiać w całkowitym oderwaniu od systemu wartości, traktować go w kategoriach ludycznych lub czysto biologicznych. Będą uprawiać seks tak, jak się zjada ciastko: dla czystej przyjemności; albo tak, jak się pije piwo: by zagłuszyć niemiłe emocje – przestrzega prof. Izdebski. – Edukacja powinna obejmować nie tylko fizjologię i biologię, ale też sprawy związane z rozwojem naszej osobowości i z procesem komunikowania się i miłości. Trzeba uczyć młodzież, że seks jest obszarem odpowiedzialności za siebie i za drugą osobę. Nie nauczyliśmy się rozmawiać na temat emocji związanych z erotyzmem. Łatwiej się opowiada pieprzne dowcipy, niż prowadzi na ten temat konstruktywne rozmowy. W naszej kulturze nie podkreśla się i nie uczy dzieci, że seks jest związany z emocjami. Nic dziwnego, że wpadamy w pułapkę konsumpcyjnego doń podejścia.

Odwaga mniejszości

Wszechobecność seksu i tolerancja obyczajowa mają jednak i dobrą stronę: przekładają się na większą tolerancję wobec odmienności i są korzystne z punktu widzenia mniejszości.

– Mniejszości seksualne ujawniają się, wychodzą z cienia i zaczynają być akceptowane – mówi Olczyk. – Najpierw zaakceptowane zostały kobiety współżyjące przed ślubem, potem rozwódki i samotne matki. W tej chwili coraz otwarciej zaczynają się przyznawać do swojej orientacji homoseksualiści, m.in. nowa premier Islandii, Tomasz Raczek czy Jacek Poniedziałek. Porusza się tę tematykę w mediach, przykładem jest wielokrotnie nagrodzony film „Tajemnica Brokeback Mountain”.

To dobrze, bo brak akceptacji społecznej dla odmienności bywa powodem tragedii w życiu tych „innych” i tych, którzy ich otaczają. Poza tym – z punktu widzenia socjologii występowanie mniejszości jest zjawiskiem pozytywnym, bo tam, gdzie jest więcej mniejszości, szybszy jest rozwój społeczeństw. Zdaniem Olczyka nie ma się co obawiać, że zaleje nas fala dewiacji – społeczeństwo ma tu swoje własne strategie przetrwania i zbyt mocne dewiacje karze bardzo surowo. To dlatego np. pedofilia budzi powszechną odrazę, a prostytutki są z reguły spychane w jedno „porno zagłębie”, a nie stoją na każdym rogu.

– Musimy nauczyć się żyć w świecie wszechobecnego seksu – podkreśla prof. Izdebski. – Wprawdzie nasze działanie jest w pierwszym rzędzie popędowe, czyli najpierw odzywa się biologia, ale możemy wprowadzić kontrolę związaną z procesem socjalizacji seksualnej, czyli zbiorem zasad, kiedy to robić, jak to robić i czy w ogóle. Musimy nauczyć się rozumieć, czym jest reklama, i umieć ją interpretować, by w zalewie erotyki nie dać się zwariować.

To trochę tak jak z zakupami w supermarkecie: po pierwszym zachłyśnięciu nauczyliśmy się robić je na chłodno, bez zbędnego podniecenia. Albo z alkoholem: towarzyszy nam od tysięcy lat, a jednak większość nie pije na umór.
– Moim zdaniem szczyt epatowania seksem jest raczej za nami, choć w niszowych branżach wciąż zalegają pozostałości, np. w branży elektronicznej czy informatycznej – podsumowuje Olczyk. – Doszło do tzw. habituacji, utraty wrażliwości na zbyt często powtarzany bodziec, więc jako strategia marketingowa sprawdza się gorzej. Zaczęliśmy już szukać jakiejś nowej równowagi. Swoją rolę odegrał tu też straszak w postaci AIDS: stanowiąc zagrożenie, trochę moderuje swobodną miłość.

Poza tym ludzie mają instynkt samozachowawczy i starają się wybierać rzeczy dobre, zdrowe i bezpieczne dla siebie, a eliminować te, które im nie służą. Sam fakt, że coś jest dostępne, nie znaczy, że trzeba z tego korzystać w głupi sposób. Każdy sam musi ocenić stosunek korzyści do ryzyka. Najważniejsze to zachować świadomość. Na szczęście przeładowanie seksem już zaczyna nas powoli męczyć. Zaczynamy tęsknić za niepewnością, tajemniczością, atmosferą intymności. Nadmiar seksu dał nam do myślenia, coraz częściej rozumiemy, że co za dużo, to niezdrowo; że fajnie, gdy na zewnątrz seksu jest mniej.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>