Randkowanie w erze aplikacji potrafi przypominać poszukiwanie igły w stogu siana. Właśnie z tej metafory narodziła się metoda, która zdobywa coraz większą popularność wśród singli. Jej zwolennicy przekonują, że zamiast skupiać się na znalezieniu idealnej osoby, lepiej najpierw pozbyć się tych, które od początku nie rokują dobrze.
Czy kluczem do udanego związku jest nie tyle szukanie właściwej osoby, ile konsekwentne eliminowanie tych niewłaściwych? Coraz więcej singli przekonuje się do strategii, która ma oszczędzać czas i emocje. Specjaliści przyznają, że może być skuteczna, ale ostrzegają też przed pułapką, przez którą łatwo przeoczyć kogoś naprawdę wyjątkowego.
Koncepcję spopularyzowała Jennie Young, autorka książki „Burn the Haystack”. Założenie metody spalonego stogu siana jest proste. Chodzi o to, że łatwiej jest wyeliminować osoby, które z pewnością do nas nie pasują, niż próbować spośród wszystkich kandydatów wyłowić tę jedyną właściwą osobę.
Metoda zachęca do bezkompromisowego odrzucania wszystkich potencjalnych partnerów, u których pojawiają się wyraźne sygnały ostrzegawcze, czyli tzw. czerwone flagi. Chodzi między innymi o kłamstwa, manipulację, okrucieństwo czy ukrywanie faktu pozostawania w innym związku. Zwolennicy tej strategii radzą, aby nie ograniczać się jedynie do przesunięcia profilu w lewo, ale całkowicie blokować takie osoby i nie poświęcać im więcej uwagi.
Zdaniem doktora Bruce’a Y. Lee, lekarza i specjalisty w dziedzinie zdrowia publicznego, metoda może pomóc nie tylko uporządkować życie randkowe, ale także lepiej określić, czego naprawdę oczekujemy od związku.
„Nie należy lekceważyć tego, ile czasu, energii i emocji mogą pochłaniać niewłaściwe osoby” – podkreśla ekspert.
Usunięcie z pola widzenia tych, którzy od początku wzbudzają poważne wątpliwości, pozwala skupić się na bardziej obiecujących relacjach. Co więcej, może też pomóc zrewidować własne priorytety. Jak zwraca uwagę ekspert, często skupiamy się na wyglądzie lub statusie materialnym, nie zauważając innych, znacznie ważniejszych aspektów charakteru. Zdaniem Lee dopiero po oczyszczeniu przestrzeni łatwiej dostrzec, czego naprawdę szukamy w partnerze.
Choć metoda wydaje się kusząca, jej największym zagrożeniem może być odrzucenie osoby, która w rzeczywistości byłaby dla nas dobrym partnerem. Doktor Lee zwraca uwagę, że problem pojawia się wtedy, gdy decyzje opierają się na powierzchownych kryteriach lub pojedynczych wypowiedziach, które nie muszą odzwierciedlać prawdziwego charakteru drugiej osoby.
Ekspert przestrzega przed zbyt szybkim wydawaniem wyroków. Jedna niezręczna uwaga czy nieudany żart nie muszą świadczyć o tym, kim ktoś jest naprawdę. Zamiast natychmiast przekreślać znajomość, warto sprawdzić, czy dane zachowanie się powtarza. W tym celu proponuje zasadę trzech ostrzeżeń. Jeśli ktoś po raz kolejny mówi lub robi coś, co budzi niepokój, dopiero wtedy warto potraktować to jako poważny sygnał alarmowy. Tym bardziej że – jak przypomina – czyny mówią więcej niż słowa.
Zdaniem specjalisty warto zachować realistyczne oczekiwania. Nawet najbardziej rygorystyczna selekcja nie sprawi, że w naszym życiu pozostaną wyłącznie idealni kandydaci. Nie da się spalić całego stogu siana. Część osób, które początkowo wydają się właściwe, z czasem może okazać się nietrafionym wyborem. Mimo to metoda może faktycznie nieco ułatwić poruszanie się po świecie randek i pomóc lepiej zrozumieć własne potrzeby.
Źródło: Bruce Y. Lee, „How to Use the Burned Haystack Dating Method”, psychologytoday.com [dostęp: 16.06.2026]