1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Monika Kuszyńska - Jak we śnie

Monika Kuszyńska - Jak we śnie

Pięć lat temu była wokalistką Varius Manx. Samochód, którym zespół wracał z koncertu, wpadł w poślizg i uderzył w drzewo. Jej życie zmieniło się w jednej chwili. Dzisiaj Monika Kuszyńska wraca na scenę. Silniejsza.

– Nagrywasz teraz swoją nową płytę. O jakiej kobiecie opowiadasz?

– O kobiecie, która nagle wydoroślała. Wypadek, jakiemu uległa, leczenie, rehabilitacja i próba powrotu do zawodu spotęgowały jej rozwój. Piszę o słabości, która jest naturalna, i o walce, aby tę słabość pokonać. Śpiewam, że słabość jest siłą, bo od niej się wszystko zaczyna. Opowiadam o satysfakcji, która pojawia się, kiedy ta kobieta się podnosi i uświadamia sobie, na co ją stać. Opowiadam o miłości, która dla mnie nie jest banałem. I nie myślę tu jedynie o relacji między kobietą a mężczyzną, ale o miłości szeroko pojętej, do ludzi, do Boga. Nagle bardzo wyraźnie zobaczyłam, że w sytuacjach naprawdę dramatycznych prawie zawsze odwołujemy się do Boga, że wiara nas podnosi. Jestem bardzo praktyczna, mocno stąpam po ziemi, sprawy duchowe zawsze były dla mnie trudne do ogarnięcia i nigdy nie umiałam powiedzieć w stu procentach, że wierzę. Raczej poszukiwałam dowodów. Ale kiedy nic już nie zostaje, nie ma się na czym oprzeć, droga wiary staje się wyraźniejsza.

– Dojrzewałaś do wiary?

– Wciąż dojrzewam. Wierzę w Boga, ale nie umiem się odnaleźć w żadnym kontekście religijnym, zbyt wiele widzę niespójności. Spotkałam ludzi prawdziwie wierzących oraz takich, którzy mówili dużo o wierze, ale nic za tym nie szło. Przekonali mnie ludzie żywej wiary. Pokazali, że muszę walczyć o każdy dzień, o to, by wreszcie móc się swobodnie uśmiechać, mieć przyjemność z tego, że żyję. W końcu zaczęłam mieć przekonanie, że muszę żyć, bo dokoła jest tyle osób, którym na tym zależy. Dzięki nim jestem w tej chwili tym, kim jestem.

– Pewnie nie tylko takich spotykałaś?

– Na tym pierwszym etapie najważniejszą dla mnie rzeczą było wyzdrowienie, innej opcji nie brałam pod uwagę. Kiedy ktoś mówił, że się przyzwyczaję albo że mam się nauczyć być na wózku, odrzucałam to, byłam wściekła. Rozumiem, że lekarze czy rehabilitanci chcieli mi uświadomić stan, w jakim jestem. Miałam pretensje, że odbierają nadzieję. Inna sprawa to różne artykuły, które do mnie trafiały przypadkiem, bo rodzina chciała mnie przed tym chronić. Ktoś przyszedł do mojego łóżka i poprosił o autograf na brukowcu, na artykule o tym, że już nigdy nie będę chodzić. Zderzenie popularności z życiową tragedią jest straszne. W szpitalu stałam się ciekawostką pozbawioną intymności. Bo przecież w szpitalu się ani nie wygląda, ani nie czuje. Okropna jest świadomość, że nie mogę zaufać pielęgniarce, której tabloidy zapłaciły i wygadała, co się ze mną dzieje. Nie mówiąc już o przejściu z karetki do helikoptera – ktoś mi zrobił takie zdjęcie. Być może z powodu tych wszystkich zdarzeń długo nie mogłam się przełamać i wyjść z domu.

– Jak więc sobie radziłaś?

– Byłam pogubiona. Rano czułam zawód, że się obudziłam. W snach było dużo fajniej. Komfort życia każdego dnia był dla mnie słabo odczuwalny. Dużo czasu zajęło mi usamodzielnienie się. Musiałam nauczyć się sobie radzić w sprawach codziennych, najprostszych. Długo potrzebowałam mieć kogoś non stop przy sobie. Nie mogłam się sama ubrać, umyć, nie mogłam się sama przesiąść. To ograniczało niezależność, powodowało poczucie dyskomfortu.

– Co śniło ci się w tamtym czasie?

– Że chodzę. Sny były realistyczne, jakbym w nich miała alternatywne życie. Moja podświadomość podsuwała obrazy, które sprawiały mi przyjemność. Spanie było ucieczką. W snach miałam koncerty. Po przebudzeniu wciąż silnie czułam tę senną rzeczywistość, więc powrót do siebie był raczej bolesny. Lubiłam jak najdłużej spać.

 
– Co sprawiło, że również w dzień, nie tylko we śnie, zaczęło być fajnie?

– Był to długi proces. Miałam potrzebę zbudowania swojej samodzielności, wiedziałam, że blisko rodziny raczej mi się nie uda, a nie lubię, jak ktoś się mną zajmuje. Pomoc innych odsłaniała moją słabość. Przeprowadziłam się do Bielska-Białej. Znalazłam tam świetnego rehabilitanta. Nie odbierał mi nadziei, ale nalegał na walkę. Zresztą dużo rozmawialiśmy i przy nim przeszłam w jakimś sensie psychoterapię. Poza tym ten wyjazd pozwolił mi rozpocząć wszystko od nowa w obcym miejscu. Wynajęłam mieszkanie. Uwielbiam to miasto – góry, inna energia. Przez rok mieszkała ze mną Marta, moja siostra, wzięła urlop dziekański na studiach. Namówiła mnie na wyjazd do Indii. Znajomi znaleźli klinikę, która prowadziła badania nad przeszczepami komórek macierzystych. Parę razy próbowałam tego, również w słynnej klinice w Moskwie, bez większego efektu, ale na tym etapie wciąż były rokowania. Wcześniej nie byłam w Indiach, poza tym byłam jeszcze totalnie niesamodzielna. Nawet tego nie przeanalizowałam, nie wiedziałam, w co się pakuję.

– Z jakimi uczuciami tam leciałaś?

– Podróż – długa i mozolna, pierwszy raz leciałam, będąc na wózku, ale wiara, że tam pojadę i wyzdrowieję, dała mi siłę. Nic innego mnie nie obchodziło. Moja siostra w ogóle pierwszy raz leciała samolotem. A tu kilkanaście godzin, przesiadki. W końcu wylądowałyśmy w Madrasie… Wysiadłyśmy z samolotu. Marta z blond włosami, ja na wózku, jedyne białe kobiety w okolicy, Hindusi patrzyli na nas jak na kosmitki. Z lotniska zabrała nas karetka – totalny złom, ruch na ulicy potworny, klaksony, kierowcy się przekrzykują. Dojechałyśmy do szpitala, nikt nie umiał nam nic powiedzieć, nie było lekarzy, bo to niedziela. Obie się rozpłakałyśmy – nie wiedziałyśmy co dalej. To były głębokie Indie, jakie trudno sobie wyobrazić. Miasto, którego nie odwiedzają turyści.

– To dlaczego Indie są dla ciebie przełomowe?

– Hindusi okazali się bardzo przyjaźni, musiałyśmy się szybko zaaklimatyzować, poznać ich zwyczaje. Wciąż nie umiałam reagować na ich bliskość fizyczną. Czułam się osaczona, kiedy mnie dotykali. Kiedy miałam zabieg, Marta zapytała lekarza, czy wszystko dobrze, a on kiwał głową, że nie. Żadna z nas jeszcze nie wiedziała, że to potakiwanie, a nie przeczenie. Szpitalne standardy znacznie odbiegały od europejskich, ale poznałam niesamowitych ludzi. Odwiedzały mnie osoby, które od kogoś usłyszały, że taka dziewczyna z Europy jest w szpitalu. Obcy przynosili kwiaty, uśmiechali się do mnie i wychodzili. Ponieważ wyżywienie było dramatyczne, poprosiłam, żeby mi znaleziono kuchnię poza szpitalem. Ktoś znalazł małą knajpkę, z której dostawałam pyszne hinduskie jedzenie. W końcu pojawił się u mnie kucharz, który ją prowadził. Okazał się facetem, który zjechał cały świat, zna kilka języków, jest intelektualistą. Opowiedział, że podróżując, nagle znalazł się w tym miejscu i postanowił zostać. Przyszedł do mnie, bo chciał poznać osobę, dla której przygotowuje jedzenie. Oczywiście, zdrowotnie ten wyjazd mi nie pomógł, ale wróciłam do Polski odmieniona psychicznie. Postanowiłam zrobić wszystko, żeby się usamodzielnić, zacząć żyć. Wiedziałam, że już nie będę tylko czekać na uzdrowienie, że chcę walczyć o jakość mojego życia. Jeżeli zdobyłam się na tę podróż, to znaczy, że naprawdę mogę dużo więcej.

– O, masz ładny tatuaż na dłoni. Hinduski?

– Nie, ale ma podobny motyw. Zawsze byłam zafascynowana Hinduskami, ich eteryczną kobiecością. Podobało mi się, jak malują ciało. Ten tatuaż zrobiłam już po wypadku. Chciałam, żeby był w miejscu, które jest widoczne, a jednocześnie dyskretne. Pojawia się i znika. Coś o mnie. Ale wiesz, mam tatuaż na plecach, który zrobiłam wcześniej. Blizna kończy się dokładnie tam, gdzie on się zaczyna. Kręgosłup pękł do tego miejsca. Dziwne.

– Lubisz się chować?

– Nie występuję dla siebie. Ale kiedy schodzę ze sceny, chciałabym, żeby już nikt mnie nie znał. Uważam, żeby za bardzo się nie obnażać ze swoją prawdą, bo nie każdy wart jest tego, żeby mu ją przekazać. Lubię mieć barwy ochronne.

– Wózek czyni, że stajesz się widoczna?

– O moim wypadku było głośno i czuję na sobie wzrok innych, może też współczucie. A może to jest tylko w mojej głowie? Na wózku jestem o poziom niżej, więc gdy chcę spojrzeć komuś w oczy, muszę zadrzeć głowę. Wózek odbiera pewność siebie. Przed wypadkiem zdarzało się, że ktoś mi się przyglądał, wtedy mogłam po prostu pewniej iść, przyspieszyć kroku. Przez wózek musiałam wiele w sobie zmienić. Bo psychologicznie: jestem niżej, siedzę, więc jestem traktowana z góry, więc czuję się mniejsza, trochę jak dziecko, no i niektórzy tak się do mnie odnoszą. Osoba na wózku nie jest traktowana od razu jak partner. Dlatego czuję się słabsza. W dodatku nie mogę uciec, bo na przykład są schody.

– Pamiętasz pierwsze chwile po wypadku?

– Bardzo dokładnie. Wiedziałam, że nie należy się ruszać, mniej więcej zbadałam, co mi jest, to znaczy nie wiedziałam, że nie czuję nóg, bo mam złamany kręgosłup, ale sprawdziłam, które części ciała czuję. Potem precyzyjnie mówiłam lekarzom, co mi dolega, chociaż miałam problem z mówieniem i oddychaniem, bo cierpiałam na odmę płuc i dusiło mnie. Nie czułam ciała, tylko potworny ból. To taki moment, kiedy budzi się instynkt przetrwania. Wiedziałam, że nie wolno mi panikować, bo stracę energię i mogę tego nie przetrwać. Z jednej strony był we mnie racjonalizm, a z drugiej – noc przed wypadkiem była irracjonalna.

– Jak to?

– Powiedziałam do menedżerki, że jest we mnie taki stres, jakby to był mój ostatni koncert albo co najmniej koncert w Opolu. Po nim całą noc nie spałam. Męczyłam się, coś dziwnego się ze mną działo.

– Ciało czuło wcześniej?

– Może, ale mój mózg zawsze podaje w wątpliwość takie sygnały.

 
– Tamten koncert, wbrew przeczuciu, na szczęście nie był ostatni. Po latach przerwy zaśpiewałaś recital, a potem następne.

– Wybrałam środowisko, które wydawało się przyjazne – to był festiwal integracyjny w Koszalinie. Organizatorka napisała piękny list. Poczułam, że jestem tam potrzebna. Coś się we mnie przełamało. Zadbano, żebym się czuła komfortowo, żebym tylko się nie przemęczyła. Nie śpiewałam kilka lat, bałam się. Nie byłam ze swojego występu zadowolona, zabrakło mi pewności, ale będąc na scenie, czułam, że znowu chcę. Po tym i po kolejnych koncertach publiczność przychodziła, żeby porozmawiać, dodać mi otuchy, ludzie zaczęli pisać wzruszające mejle. Poczułam się potrzebna. Wcześniej tego nie doświadczyłam. Pewnie nie odważyłabym się pojechać do Koszalina, gdybym wcześniej nie nagrała piosenki z Beatą Bednarz. Najpierw poprosiła mnie o tekst, a potem stwierdziła, że to będzie fajny duet. Wiedziała, że sama nie będę chciała zaśpiewać.

– Zasiała coś w tobie?

– Wiedziałam już, że chcę wrócić do śpiewania, nie byłam jednak gotowa, by wyjść na scenę. Przekonywał mnie do tego też Piotrek Kominek, który skomponował ten utwór. No a potem Kuba, teraz szef mojego zespołu. Zbudował go dla mnie, graliśmy wcześniej w Varius Manx, gdzie był saksofonistą. Najpierw kolegowaliśmy się, potem nie mieliśmy kontaktu przez jakiś czas, bo przestał grać w zespole, po moim wypadku nasz kontakt się odnowił. Zaprzyjaźniliśmy się, zaczęłam mu ufać, stał się bardzo bliski, pomagał mi. Zaczęliśmy jakieś próby. I po prostu stało się. Gdyby nie jego wsparcie, pewnie nigdy bym się nie odważyła.

– Zakochałaś się?

– Naprawdę jestem bardzo szczęśliwa, to wielka radość być z kimś takim, ale nasza relacja nie jest na sprzedaż. Kuba dobrze mnie zna, wie, czego potrzebuję, a ja mam do niego pełne zaufanie. Podobno nie powinno się być razem i ze sobą pracować, ale nasza praca jest specyficzna, nie oddzielamy od niej życia, bo muzyka jest jego ogromną częścią.

– Jacy artyści cię kształtowali? Jaka muzyka?

– Jak większość nastolatek naprawdę lubiłam Varius Manx, kiedy zespół zaczynał karierę z Anitą Lipnicką. Do tej pory podziwiam teksty Anity. Słuchałam Kayah, Edyty Bartosiewicz, obie poznałam w ostatnim czasie. Odezwały się, żeby pogadać, to było wielkie przeżycie. Słuchałam Bajmu, fascynowała mnie Beata Kozidrak, która jest genialnym samoukiem, lubiłam takie wysokie wokale i bardzo chciałam tak śpiewać. Wśród moich idolek była też Edyta Górniak.

– Jaka muzyka ratowała cię po wypadku?

– Przeżywałam momenty uniesienia, kiedy słuchałam gospel, na przykład Kirk Franklin robi na mnie ogromne wrażenie. Kiedy go słucham, ryczę. Albo Fred Hammond, który jest basistą i ma piękny głos. Lubię wokalistki Sarah Mclachlan, Indię Arie. Może znalazłam w ich muzyce głębszy wymiar? Ostatnio usłyszałam Evę Cassidy i mnie zachwyciła. Jest tylko dziewczyna i gitara, a emocje niezwykłe. Dziś szukam w muzyce wzruszenia. – Jak wyobrażałaś sobie życie, gdy chodziłaś do liceum?

– Oczywiście na scenie. Dużo czasu spędzałam na śpiewaniu dla przyjemności. Ale nie brałam profesjonalnych lekcji śpiewu, nie miał mną kto pokierować. Po prostu instynktownie „odkręcałam” Kozidrak, Górniak, te inne dziewczyny, i śpiewałam. Przeżywałam koncertowe emocje, wywoływałam je w sobie i naprawdę czułam, że stoję na scenie. Dzieliłam pokój z siostrą, bo pochodzę z typowej łódzkiej rodziny. Rodzice związani są z branżą odzieżową. Mama jest świetną krawcową i do dzisiaj szyje mi sukienki. Marta studiuje na ASP projektowanie mody i współpracuje z mamą. Mieszkaliśmy w klitce, w bloku, cztery osoby na 37 metrach. Dzisiaj jestem w szoku, że udało się nam zmieścić. Ale mnie się zdawało, że to jest nasz duży, szczęśliwy świat, w którym zmieściła się nawet moja „wielka estrada”.

– Czego się boisz?

– Tego, czego nie znam.

– A na co czekasz najbardziej?

– Chcę chodzić, ale im więcej czasu mija, tym bardziej to marzenie się oddala. Skupiłam się na powrocie na scenę. Nie chcę marnować czasu na myślenie o czymś, na co nie mam wpływu. Nie zbzikowałam, bo nauczyłam się skupiać na tym, co jest. Jestem szczęśliwa z tym, co mam.

– Jakie miejsca są przed tobą?

– Los przynosi różne sytuacje, a ja po prostu wyciągam dłonie. O niewiele już proszę, częściej dziękuję.

– Lubisz być z Moniką Kuszyńską?

– Lubię, zresztą dopiero po wypadku poznałam siebie i dzisiaj mogę powiedzieć, że zaimponowałam samej sobie, nagle odkryłam cechy, o których nie miałam pojęcia, bo byłam skupiona głównie na swoich kompleksach. Stwierdziłam, że fajna ze mnie dziewczyna. Naprawdę fajna.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).