Brigitte Bardot walczy o prawa zwierząt. „Teraz wiodę życie wojowniczki”

Brigitte Bardot od lat walczy o prawa zwierząt (1998), fot. BEW PHOTO

Kiedy zagrała w filmie „I Bóg stworzył kobietę”, wywołała skandal. Kiedy porzuciła karierę aktorki i życie gwiazdy, wszyscy osłupieli. A ona zajęła się tym, co było dla niej naprawdę ważne: walką o prawa zwierząt. I trwa w tym od 46 lat. – Kiedyś uważano słowa, które wypowiadałam w ich obronie, za błahe, głupie i płytkie. Dziś los zwierząt i nasz do nich stosunek stały się w końcu przedmiotem debaty publicznej – pisze Brigitte Bardot w swojej książce „Łzy walki”.

– Bonjour, Ania! – w słuchawce słyszę miły głos. – Tu Bernard d’Omale, mąż Brigitte (czwarty i z najdłuższym stażem, bo od 27 lat). Miło cię słyszeć. Dostałem twój mejl. Więc chcesz zrobić wywiad z Brigitte? Strasznie przerywa, kiepsko cię słyszę, jakaś burza przewala się nad Saint-Tropez. Może zdzwońmy się wieczorem?

– Ania? O, teraz lepiej. No, więc wywiad na razie się nie odbędzie. Brigitte jest wstrząśnięta aferą z mięsem chorych polskich krów importowanym do Francji. Tyle lat jej walki o prawa zwierząt i wszystko na nic. Przykro mi, Aniu.

Przekonuję, że poczekam, że zadzwonię pod koniec miesiąca, może emocje opadną. W końcu to Brigitte Bardot. Warto czekać.

– Bonjour, Ania! Tak, tak, pamiętam. A co powiesz na to, żeby wysłać pytania mejlem? Nie? Ale Brigitte ma niezwykle żywe pióro, zresztą wiesz, bo czytałaś książkę. Poza tym kiedy pisze, łatwiej jej zebrać myśli. Wyjdzie ciekawiej. Że bez rytmu rozmowy i nienaturalnie? Nic się nie martw. Poza tym mieszkamy w takim miejscu, że telefoniczne połączenia się co chwilę urywają. Nawet teraz, jak z tobą rozmawiam, muszę łapać zasięg, co chwilę chodzić a to trzy metry w prawo, a to w lewo. Brigitte ma chore nogi, nie może tak wędrować. Przez Skype’a? No nie, my już jesteśmy na to za starzy. Brigitte wszystko pisze ręcznie. Komórkę owszem, ma, ale tylko po to, żeby jej nigdy nie używać. Z mojej? Ale przecież przerywa (choć nie przerywa nic a nic). Najlepiej będzie mejlem. No, chyba że tu przyjedziesz.

Od razu widzę, jak otwiera się przede mną niebieska brama prowadząca do willi La Madrague, przez którą wciąż wyglądają wielbiciele Bardot, mimo że karierę aktorską gwiazda zakończyła w 1973 roku. Paparazzi nieraz starali się prześwietlić obiektywami osłaniające posiadłość od strony morza pinie. Szłam zresztą kiedyś, dawno temu, ścieżką biegnącą przy jej willi. Płot jak płot. Ale brama kultowa. A przed nią zawsze miska wody dla spragnionych psów.

– Mogę przyjechać, z wielką chęcią. Jutro? Pojutrze? – odpowiadam, starając się nie myśleć o cenie biletu do Nicei na ostatnią chwilę. Liczę na to, że Bernard zmięknie, gdy zobaczy, że zależy mi na rozmowie tak bardzo, że jestem w stanie stawić się z notesem w ręku pod bramą chociażby i jutro. On zamiast tego stara się elegancko wykaraskać z propozycji, którą rzucił, by mnie przekonać do wywiadu mejlowego, a która zadziałała wręcz przeciwnie. Broni dostępu do Brigitte jak lew. – Jutro to na pewno nie, musielibyśmy pomyśleć kiedy, to nie takie proste, Brigitte ma zajęty kalendarz, poza tym już żadne z nas młodzieniaszki. Ale zapytam i dam znać.

Dwa dni później dostaję SMS. Miła wiadomość jest kolejną odmową. Ułańska fantazja nie zadziałała. Nie otworzyła drzwi. Jest mu bardzo przykro, ale Brigitte nie jest w formie, umarła jej przyjaciółka, więc, niestety, wywiad jak już, to za jakiś czas i tylko mejlowo. Na pocieszenie dodaje: – Merci, charmante Ania, może jednak trochę mu zaimponowałam swoim uporem. No, ale co z tego.

– Bonjour, Bernard. Czy Brigitte czuje się już lepiej? – Tak, chere Ania, lepiej. Bo wiesz, bardzo przeżyła śmierć swojej kochanej suczki. Przez kilka dni zupełnie nie mogła dojść do siebie. Tylko na rozmowę wciąż nie ma sił.

–To wyślij pytania mejlem – poddaję się i skoro nic innego mi już nie pozostaje, obiecuję poprosić redaktor naczelną, by zrobiła wyjątek i zgodziła się na wywiad mejlowy. W końcu to Brigitte Bardot. – Przekonaj ją i udanego weekendu – rzuca, a ja czuję, jak szlag mnie trafia, bo przecież już od ponad dwóch miesięcy zabiegam o tę rozmowę.

Mogłam się spodziewać takiego obrotu sprawy. Niejeden dziennikarz, nawet taki, który zaszedł aż pod bramę jej domu i wrzucał prośby o spotkanie do skrzynki na listy, obszedł się smakiem. Pytania i tak musiał wysłać faksem, a Brigitte Bardot odpowiedziała tylko na te, na które miała ochotę. Ja, o dziwo, dostaję odpowiedź na niemal wszystkie. A pod nimi – niczym nagroda za cierpliwość – pełen zawijasów autograf. Brigitte Bardot myśli układa w zdania zdecydowane i ostre jak jej bezkompromisowy charakter. No i krótkie, więc za uzupełnienie opowieści musi posłużyć jej ostatnia, wydana właśnie w Polsce książka „Łzy walki”.

***

Jak to jest być żywą legendą?
Nie jestem żadną żywą legendą! Jestem kobietą.

Jak dziś, z dystansu, patrzy pani na czasy brigittomanii?
A czymże jest ta brigittomania? To jakaś choroba?

Czy jako młoda dziewczyna zdawała sobie pani sprawę z wyjątkowości swojej urody?
Nigdy nie czułam się piękna ani tym bardziej piękniejsza od innych.

Czuje się pani czasem ofiarą własnego wizerunku?
Więcej, czuję się więźniem samej siebie.

Marzy pani o anonimowości?
Czasami chciałabym być niewidzialna.

W książce „Łzy walki” dodaje: Kiedy udaję się z La Madrague do mojej małej farmy w La Garrigue, natykam się niekiedy na przechodniów czy kierowców, którzy przystają na mój widok. Bernard chciałby czasem pójść ze mną na kolację do jakiejś knajpki w okolicach Saint-Tropez, ale na ogół mu odmawiam, ponieważ wiem, że zaraz ktoś do mnie podejdzie, ktoś inny będzie przypatrywał się, co jem, jak trzymam widelec, poprosi o wspólne zdjęcie czy o wpis do księgi gości, a ja nie będę umiała odmówić”.

Zwykła pani mówić, że ma dwa życia. To drugie zaczęło się, gdy u szczytu kariery, w 1973 roku, niespodziewanie rozstała się pani z kinem?
Życie gwiazdy to zamknięty rozdział. Teraz wiodę życie wojowniczki.

„Film z początku mnie bawił. Ale nigdy tej pracy nie lubiłam” – pisze pani w „Łzach walki”.
Kino było o tyle ważne, że zyskana dzięki niemu rozpoznawalność pomaga mi w walce o prawa zwierząt.

By sfinansować swoją fundację, sprzedała pani w 1987 roku na aukcji w Paryżu oraz siedząc na rynku w Staint-Tropez pamiątki z czasów kariery aktorskiej: gitarę, biżuterię, meble, suknię ze ślubu z Rogerem Vadimem. Później przekazała pani fundacji większość swoich nieruchomości. Trudno się było rozstać z pamiątkami z „poprzedniego życia”?
By stworzyć fundację, sprzedałam wszystko, co miało wartość. Nie żałuję tych pamiątek, bo pieniądze, jakie za nie dostałam, sprawiły, że ocaliliśmy życie wielu zwierząt. Zresztą ja niczego nie żałuję.

W książce opisała to tak: „Należące do mnie dotąd przedmioty, stanowiące część mojej duszy, przechodziły w cudze ręce. Moje pierwsze życie ustępowało miejsca drugiemu”.

Nazwisko Bardot otwiera wszystkie drzwi?
Nie, moje nazwisko nie otwiera wszystkich drzwi. Ale potrafi je uchylić.

„Ofiarowałam młodość i urodę mężczyznom, dziś ofiaruję swoją mądrość i doświadczenie zwierzętom” – dziś ma pani 85 lat. Skąd czerpie pani siłę?
Cierpienie zwierząt pcha mnie do walki. Nie mogę siedzieć bezczynnie, gdy dzieją im się te wszystkie okropieństwa. Społeczeństwo, owszem, ewoluowało. Ale ewoluowały też okrucieństwa, jakie serwujemy zwierzętom. Niestety!

„Nie należę do ludzkiego gatunku i nie chcę do niego należeć. Czuję się inna, trochę nieprzystająca do tego świata” – pisze pani w książce. Dlaczego?
Ludzkości daleko do ludzkiego traktowania świata wokół. To dlatego zdecydowanie bliżej mi do zwierząt niż do ludzi, od których uciekam jak od zarazy.

W książce dodaje: „Dopóki będzie się traktować zwierzęta jak jakąś niższą formę życia, dopóki wyrządzane im będą krzywdy i zadawane cierpienia, dopóki będzie się je zabijać, by zaspokajać własne potrzeby, dla rozrywki i uciechy, dopóty nie będę uważać się za przedstawicielkę tej butnej i krwiożerczej rasy”.

Jakie ma pani największe marzenie?
Żeby zwierzęta i ludzie żyli w harmonii.

Co dają pani zwierzęta?
Równowagę, swoją całkowitą miłość, zaufanie, bezinteresowność, spokój.

W domu ma pani sześć psów i trzy razy więcej kotów. Jak to jest mieszkać z tak wieloma zwierzętami? Podobno czasem się pani śmieje, że we własnym łóżku nie może rozprostować nóg, bo miejsce zajmują psy?
Moje zwierzęta to moi najukochańsi przyjaciele i nie umiałabym bez nich żyć.

A gdyby mogła się pani odrodzić jako zwierzę, to…?
Byłabym dzikim mustangiem.

Jak wygląda pani życie w Saint-Tropez?
Nie mieszkam w Saint-Tropez. Mieszkam w La Madrague!

W książce napisze: La Madrague stanowi część mojego ja, tak jak ja stanowię część jego. Kupiłam tę rybacką chatę w 1958 roku. […] La Madrague jest nieduża i skromna. Ludzie, którzy mnie tu odwiedzają, są tym zaskoczeni, spodziewając się zapewne pełnego blichtru domu nad wodą, jak na rezydencję gwiazdy przystało. A tu nic z tych rzeczy. Prawdę mówiąc, nie znoszę dużych pomieszczeń, lubię małe, przytulne domy z nisko opadającym dachem.

Co sprawia pani radość?
Zachód słońca, śpiew ptaków, cisza przerywana tylko szumem fal, oczy moich psów, mruczenie kotów.

Żyje pani na uboczu. Lubi pani samotność?
Ja nie tylko lubię samotność. Ja jej potrzebuję.

Utrzymuje pani jakieś przyjaźnie i znajomości z czasów, gdy była aktorką?
Żadnych.

Nadal pamiętają o pani ludzie na całym świecie, dostaje pani masę korespondencji, podobno nawet kilkadziesiąt listów dziennie. O czym ludzie do pani piszą?
To ważne, poruszające i wspaniałe listy. Czuję w nich miłość i cierpienie. Na te, które poruszają mnie najbardziej, zawsze odpisuję.

Jakie jest pani przesłanie? Co najważniejszego chciałaby pani powiedzieć ludziom?
Przestańcie jeść zwierzęta! I kochajcie je tak, jak ja je kocham!

***

– Bonjour, Ania! Dostałaś mejl z odpowiedziami? – dopytuje się Bernard. – Byłabyś tak miła i wysłała mi numer magazynu, gdy już się ukaże wywiad? Znasz adres? Zresztą czasem wydaje mi się, że wcale nie jest on potrzebny, bo przychodzą do nas listy „zaadresowane” po prostu: Brigitte Bardot. Nie przestaje mnie to zadziwiać. Ale, proszę, zanotuj sobie. Właściwie nie trzeba wiele dodawać. Tylko dopisek „Francja”, kod pocztowy, Saint-Tropez, La Madrague. Z Polski Brigitte też dostaje listy. Daj znać, jak będziesz w okolicy. Zapraszamy. A jak pogoda w Warszawie? Nad Saint-Tropez znów się zerwała burza. Istne wariactwo z tą pogodą.