fbpx

Reni Jusis: BANG bang

Reni Jusis: BANG bang
fot. SONY MUSIC.

Długo jej nie było. Ale wraca do muzyki, właśnie wydała nową płytę. Po drodze sporo się w jej życiu wydarzyło. Czy to ta sama Reni Jusis, jaką znacie?

Pożegnałaś się przebojem „A mogło być tak pięknie”, po czym zupełnie zniknęłaś. Jak dzisiaj brzmią dla ciebie tamte słowa?

Już nie lubię rozczulać się nad sobą. Ważne jest to, co teraz i co stanie się za chwilę. Z wiekiem przyszła też pewna odpowiedzialność. Nie wiem, czy teraz miałabym odwagę tak szczerze mówić o tak osobistych rzeczach.

Bardzo się zmieniłaś przez te lata?

Dopiero niedawno nauczyłam się komunikacji z ludźmi, szacunku dla drugiej strony.

I jak wykorzystujesz tę umiejętność?

Jestem w stanie tworzyć związek. Żałuję tak skomplikowanych relacji z byłymi partnerami. Bardzo dużo winy leży po mojej stronie, mimo że kiedyś wydawało mi się, że to ja byłam tą pokrzywdzoną. Zrozumiałam, jaka byłam konfliktowa i zaborcza, i pomyślałam, że chcę przeprosić moich byłych chłopaków. Odezwałam się do nich, zakopałam topór wojenny. I wiesz co? Niedługo zobaczę się z jednym z nich na koncercie i jestem z siebie strasznie dumna. Super, że się znowu kolegujemy. Dopiero dzisiaj jesteśmy gotowi się zaprzyjaźnić i bardzo mi zależy na tej relacji. Wcześniej nie było na to szans, byłam zbyt niedojrzała.

Który przełom był dla ciebie ważniejszy? Przekroczenie 30. czy 40. roku życia?

Po trzydziestce ułożyłam na nowo relacje z rodzicami. Mam wrażenie, że zadziałał tu taki schemat: wraz z wyprowadzką, chwilę po maturze, ucina się kontakt, a później, kiedy pojawiają się dzieci, wszystko buduje się na nowo. Po raz pierwszy przyznałam też przed samą sobą, kim jestem. Bo ile można żyć, mając w sobie taką dezaprobatę dla siebie? Trzydziestka to był dobry czas na refleksję. I na ważne życiowe zmiany. Z kolei 40. urodziny obchodziłam ze spokojem. I myślę sobie, że byłam jednak straszną szczęściarą. Zjeździłam Polskę wzdłuż i wszerz, zwiedziłam kawał świata, zarabiałam jeszcze na tym pieniądze na rachunki. Jestem wdzięczna za to, że jestem swoim szefem i że mówię sobie czasem „gratuluję”, „dziękuję”. Że miałam odwagę wybrać taki zawód i odnieść w nim sukces.

Miałaś też odwagę postawić w pewnym momencie na rodzinę, dzieci. Zostawiając scenę i karierę.

Kiedyś się mówiło, że aby wychować dziecko, potrzeba całej wioski. Dzisiaj młode matki są zamknięte w czterech ścianach w bloku, radzą sobie z tym wszystkim same, pozostawione z płaczem niemowlęcia, z całą logistyką. Oczywiście, mogą mieć do pomocy nianię, teściów, rodziców i tak dalej, ale mam wrażenie, że współczesne czasy zrzucają na ich barki jeszcze więcej. Kiedy parę lat temu brałam udział w spotkaniu mam w metrze, gdzie ostentacyjnie karmiłyśmy piersią dzieci, żeby pokazać, że to nie jest obrazoburcze, że nie godzi w niczyje uczucia, spotkałam wiele matek gdzieś w macierzyństwie zagubionych. Bo każdy dzień to jest walka o przetrwanie. Musimy się popisywać niezwykłą kreatywnością i mam wrażenie, że każda matka robi magisterkę, jeśli nie doktorat, z codzienności.

Masz więc trzy tytuły magistra. Dwa z macierzyństwa i jeden z dyrygentury. Spodziewałaś się, że tak się to potoczy?

Pamiętam, że bardzo długo wstydziłam się przyznać rodzicom, co chcę robić – a chciałam po prostu śpiewać. Dlatego wybrałam dyrygenturę chóralną, żeby zamydlić im oczy, że celuję poważnie i ambitnie. Muzyka była wtedy całym moim życiem. W szczytowym momencie kariery grałam ponad 20 koncertów w miesiącu. Krzyczałam ze sceny: „Cześć, Poznań!”, a saksofonista nachylał się i mówił mi, że dziś jesteśmy przecież we Wrocławiu. Czułam się wtedy jak koń wyścigowy. Może powoli docierało do mnie, że prawdziwe życie jest gdzie indziej? Może doszłam do takiego momentu, że przestałam mieć z tego frajdę. Poznałam swoje granice, zaczęłam ścigać się ze sobą. To wtedy poznałam Tomka [Makowieckiego, dziś partnera artystki i ojca dwójki ich dzieci – przyp. red.]. Teraz mam wrażenie, że gdyby nie dzieci, byłabym dzisiaj zombi. Funkcjonowałabym na antydepresantach.

Śpiewasz o tych zombi na nowej płycie.

Bardzo przeżyłam film o Amy Winehouse. Oczywiście, to jest ekstremalny przypadek ekstremalnie utalentowanej osoby, ocierającej się o geniusz. Bardzo trudno być w tym świecie ascetą i świętym. Bardzo to wszystko kusi, trzeba być asertywnym. Tylko kto z nas jest superpewny siebie, gdy wchodzi w ten zawód? Każdy leczy jakieś kompleksy, wychodząc na scenę i wybierając sobie taką drogę. I myślę, że rodzina była dla mnie takim wentylem bezpieczeństwa. Żeby jeszcze w porę przypomnieć sobie o innych wartościach.

Stąd pomysł na wyprowadzkę ze stolicy?

W Warszawie nie znaliśmy swoich sąsiadów, nie wiedzieliśmy, jak mają na imię. Moje dzieci nauczyły mnie tego, że kontakt z drugim człowiekiem to jest coś nieocenionego. Kiedyś byłam zdeklarowaną introwertyczką. Po koncercie miałam ochotę iść do domu, nie chciało mi się imprezować ani z zespołem, ani z publicznością. Dozowałam sobie kontakt z ludźmi. Mało mówiłam, obserwowałam. I uciekałam myślami. Zresztą myślę, że kto wspomina mnie z okresu studiów czy liceum, pamięta mnie zawsze nieobecną, zamyśloną, skupioną na sobie, nieufną. Długo dojrzewaliśmy do decyzji o przeprowadzce. Najpierw chcieliśmy uciec z tych betonowych osiedli, gdzie twoje życie polega na tym, że wsiadasz do auta, wracasz na parking, jedziesz windą, nikogo nie widzisz, wchodzisz do domu. Nawet nie chodzisz po ziemi, tylko poruszasz się ruchomymi schodami. I wszystko, o czym marzy twoje dziecko, to wyjść do piaskownicy wśród betonu. Najpierw jeździliśmy do teściów na wakacje, na święta. Później na miesiąc, na całe wakacje. Jak mieliśmy tutaj wracać, pojawiał się taki ból brzucha jak wtedy, gdy wakacje się kończą, gdy czujesz zapach sierpnia. Ja nie lubię zapachu sierpnia, bo wtedy wraca wspomnienie szkoły. I zaczęliśmy podskórnie czuć, że może to jednak nie musi być Warszawa. Zaczęliśmy szukać miejsca gdzieś w Trójmieście. Dom znaleźliśmy przypadkowo, na spacerze. Zakochaliśmy się w nim od razu. Mimo że to była totalna ruina, remont trwał bardzo długo, ale dziś, gdy o tym myślę, wspominam to z uśmiechem.

No dobrze, ale dlaczego aż siedem lat? Dlaczego tak długo wracałaś do muzyki?

W czasie kiedy milczałam, naprawdę miałam wrażenie, że bycie jednocześnie artystką i matką jest niemożliwe. Że – przynajmniej w moim przypadku – to jest nie do pogodzenia. Dzisiaj dochodzę do wniosku, że na wszystko jest czas i być może właśnie to był ten czas, kiedy dzieci mnie najbardziej potrzebowały i kiedy ja czułam, że jestem im potrzebna. Po czym one zaczęły wyfruwać spod moich skrzydeł i poczułam, że powoli wraca do mnie moja przestrzeń. Oczywiście, czułam też presję. Kiedy wreszcie wrócisz do pracy? Wszyscy dziwili się, że mam ochotę celebrować życie rodzinne. Nie miałam niani, nie chciałam, by omijało mnie to, co najlepsze. Nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności, tak do tego podchodziłam.

„Przyjemność”, „to, co najlepsze” – brzmi sielankowo.

Jasne, że czasem potrzebowałam tygodni, by usłyszeć własne myśli. Najczęściej wtedy wyjeżdżałam, zostawiałam mojego partnera i mówiłam: „Przepraszam cię, ale ja muszę gdzieś wyjechać”. Pozwalam też na to Tomkowi, który regularnie jedzie na Kaszuby, wynajmuje tam chatę i po prostu siedzi tydzień w ciszy. Bardzo tej ciszy potrzebujemy, a jeśli ma się dzieci, trudno o spokój. Nawet jeśli oddasz je już do przedszkola, trudno na siłę wyciszyć się na osiem godzin. Dzisiaj sama się temu dziwię, że w pierwszych latach, gdy dzieci kładły się spać, pisałam w nocy bloga, napisałam też książkę z koleżanką, więc kreatywność we mnie ciągle była, ale inaczej ukierunkowana.

Nie boisz się tego powrotu? Koncertów, recenzji, oceniania.

Nie muszę się już przeglądać w niczyich oczach. Recenzje mnie dziś nie ranią. Swoim dzieciom najbardziej na świecie dziękuję właśnie za to, że dzięki nim przestałam być przewrażliwiona na swoim punkcie. Wstaję rano po nocy, kiedy coś im się śniło. Padam na twarz, po czym widzę ich uśmiech i zmęczenie przestaje być ważne. Tak zmieniła mi się perspektywa. Życie, które wcześniej prowadziłam, zmierzało donikąd. Co mogłam jeszcze zrobić? Jeszcze lepszą płytę, z jeszcze fajniejszymi pomysłami? Pamiętam taką rozmowę z moim menedżerem, rozważał koncert w Szczecinie. Powiedziałam mu wtedy: „To za daleko, jestem już zmęczona”. A dziś? Czekam, kiedy Szczecin do mnie zadzwoni!

Czujesz przepaść pokoleniową? Widzisz, jak inni są dziś młodzi ludzie?

Urodziłam się w takich czasach, kiedy wszystkiego brakowało. Wszystko wyrywaliśmy innym z gardeł. Moi rodzice stali w kolejce po pianino wiele miesięcy, podpisywali listy. I dzisiaj widzę dzieciaki, które mają niesamowite możliwości. Mają niesamowity komfort, dla nich naprawdę „limitem jest tylko niebo”. Dużo mnie ominęło, ale za to nie narzekałam na deficyt czasu spędzonego z rodzicami. Wracali do domu o 15.00, więc popołudnia spędzałam z nimi: nudząc się, rozmawiając, oglądając telewizję.

W tej mądrości przychodzącej z wiekiem wciąż jest miejsce na szaleństwo?

Jasne. Zawsze, jak słyszę, że czegoś nie wypada, można być pewnym, że za chwilę właśnie to zrobię. Może i w domu lubię posiedzieć w kapciach, ale na koncertach budzi się we mnie zwierzę. Scenicznej adrenaliny nie sposób opisać. Można, ale i tak nikt do końca w to nie uwierzy. Mam taki plan, że wedrę się kiedyś na koncert Tame Impala, zdejmę stanik i założę go na głowę perkusiście.

No co ty? Aż tak ich lubisz?

Jestem ich psychofanką. Mogłabym im nawet przygotowywać catering.

 

Reni Jusis rocznik 1974; polska wokalistka, autorka tekstów, muzyki i producentka nagrań. Zadebiutowała w 1998 roku płytą „Zakręcona”. Dziś ma na koncie siedem studyjnych albumów. Najnowszy „Bang” ukazał się w połowie kwietnia.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>