fbpx

Co zdarzyć się nie powinno

Jesienią przychodzą dni, podczas których potrzebuję pomyśleć o tym, co nie powinno się zdarzyć. Bez lęku: niezuchwale, nietchórzliwie. Nie ma to związku z jesienną depresją, która tak często rozdrażnia zawodzeniem, „że lato nie powinno się skończyć”.

Sama nierzadko otwieram oczy ze zdziwienia i szukam wykoszonej, pachnącej trawy na podwórku, kołysanek świerszczy, a nawet upartej piosenki komara. Jednak potrzeba rozważania zdarzeń nie ma źródła w tym corocznym – jakże prostodusznym – zdziwieniu. Spekuluję na ich temat po to, aby się nie bać. Dodam, że chodzi o to, co zdarzyć się nie powinno. A jednak się zdarzyło.

Siadam na kanapie i szczerze patrzę w oczy wszystkim tym: „gdybym wiedziała, to nie…”, „mogłam przewidzieć, że…” itd. Nie zadręczam się, nie przeżywam pokuty, nie uderzam zmęczoną głową w niepomalowaną futrynę, „którą mogłam przecież”… Nie. Oswajam. Oczyszczam niechciane zdarzenia i przesiewam je przez sito pamięci po to, by od tej chwili były po prostu doświadczeniem.
 
Bywa, że takie rozgrzeszające momenty towarzyszą mi w przedziałach kolejowych. Jakiś czas temu wybrałam się odwiedzić przyjaciółkę. Dzieli nas od siebie pięć godzin podróży pociągiem. Zazwyczaj kupuję bilet dwa–trzy tygodnie przed planowanym wyjazdem. Udaje mi się wówczas zapłacić niewiele (a cena jest istotna, bo przyjaciółka mieszka w Wiedniu) i zarezerwować miejsce przy oknie (co wyjątkowo sprzyja oswajaniu niewygodnych zdarzeń). Poza tym usadowienie się pod oknem daje (podobnie jak książka czy jeszcze pewniej odtwarzacz MP3) gwarancję, że jakiś współpasażer natręt nie zniweczy podróży-rozgrzeszania.

Tym razem współpasażerem okazał się student dyrygentury. Nigdy wcześniej nie rozmawiałam z dyrygentem! Na początku rozmowy skuliłam się nieco w sobie, bo jestem – niestety – muzycznie ułomna. Nie potrafię grać na żadnym instrumencie, nie odróżniam nut, więcej – nie jestem w stanie poprawnie zaśpiewać najprostszej piosenki. A jednak ośmielam się kochać muzykę. Towarzyszy mi, dopada mnie w różnych okolicznościach – nie tylko drogą dźwięku. Pamiętam, jak przy okazji likwidacji jednej z bibliotek zdobyłam książkę „Dzieje muzyki polskiej” i jak zachłannie biegłam drogą od początków polifonii do „Muzyki żałobnej” Witolda Lutosławskiego, a potem jeszcze dalej. Niewiele z tego, o czym czytałam, miałam szczęście wysłuchać. Ale te momenty, kiedy już udawało mi się ubrać rozdziały w dźwięki, pozwalały mi budować się wewnętrznie od nowa.

Są utwory, podczas słuchania których za każdym razem dostrzegam inne obrazy. Jest taka pieśń – „Siostra moja noc”– na niezwykłej płycie „Winter in Moscow” zaczarowana przez Innę Żelannają. Nie umiem sobie wyobrazić, że może istnieć ktoś, kto choć przez moment nie zadrży albo nie zastygnie pod wpływem dźwięku i głosu.

 W drodze do Wiednia przyszłemu dyrygentowi udało się wygrzebać mnie z zawstydzenia i opowiedzieć – prosto i ciekawie –  o tym, jak np. kształt utworu rysują metrum, dynamika, artykulacja czy tempo… I jeszcze o tym, jakim nieszczęściem (często nieodwracalnym) dla dyrygenta może być uraz rąk i stawów, o temperamencie, wyobraźni muzycznej, pasji itp.

I tak podczas pięciogodzinnej podróży dowiedziałam się czegoś, o czym być może w jakiś zimowy wieczór przeczytałabym w książce. A może nie. W każdym razie rozmowa o nieznanym dodała mi pewności, że to, co nie powinno się zdarzyć, zdarzało się po to, abym teraz mogła więcej zrozumieć. A Michał, prawie dyrygent, pomógł – pewnie nie mając o tym pojęcia – rozgrzeszyć potknięcia. Ułatwił mi kosmetykę zdarzeń.