fbpx

W małżu małżeństwa

Mój znajomy pisze o kolejnym, jak twierdzi, już ostatnim swoim małżeństwie: „szybko człowiek orientuje się, że się znalazł w złym towarzystwie i męczy się z tym do końca życia”. Nieprawda, to my sami dla siebie bywamy najgorszym towarzystwem. I rzeczywiście bywa to dożywocie. A uparcie chcemy zmienić partnera, nie zmieniając siebie. Ten sam błąd popełnia nasz partner. Z tego błędnego koła powstają trójkąty, też wiele innych bolesnych figur.

Myślę o tym, leżąc na łóżku w małym hotelowym pokoiku nr 59. Wiatrak zdaje się obierać wielkie białe jabłko pod sufitem. Za okienkiem La Valletta, stolica Malty, i twierdza św. Anioła, panorama niezmieniona od stuleci. Z wieży pobliskiego kościoła płynie ku niebu śpiew, gdy na ławce obok gwar prostytutek, które błyskają światłami komórek. Synek śpi obok nas. Oddycha miarowo i pewnie, jakby liczył gwiazdy.

Jak to się stało, że jest, jak jest? Toczy się długa, odwieczna gra, abyśmy mogli się spotkać i rozmnożyć. W niej liczne przypadkowe i nieprzypadkowe zdarzenia. W małżu małżeństwa rodzi się perła, która łatwo zmienia się w bolesny okruszek. Pracował na nasze spotkanie cały wszechświat od chwili swego wybuchu. Konieczna była epoka lodowcowa, wojna trojańska i nawet ta ostatnia światowa – wszystko musiało się stać, by mogło nastąpić nasze spotkanie. Dla mnie, upartego bezbożnika, jedynym bogiem jest ta zdumiewająca i niepojęta gra konieczności i przypadku.

Jak ocalić związek w jego codzienności? Kiedyś nigdy się nie kłóciliśmy. Przełom nastąpił, gdy urodziło się dziecko. Nie tylko mniej jest czasu, a więcej stresów – kobieta po cudzie narodzin nagle nabiera pewności siebie. I już nie udaje, że jest tylko ładna, łagodna i miła. Zaczynają się ścierać odmienne interesy, pragnienia, a przede wszystkim oczekiwania.
 
Wiążemy się ze sobą najczęściej z jakiegoś „bardzo ważnego powodu”. Jeśli po latach spojrzymy prawdzie w oczy, ten powód okazuje się złudzeniem. Wynosimy z dzieciństwa liczne braki i wiele blizn, potem przez całe życie próbujemy braki uzupełnić, a bolesne blizny zaleczyć. Uparcie i wytrwale, jak głodny pragnie się najeść. Nasz partner jednak nie ma dosyć mocy, ochoty i możliwości, by nas nakarmić. Ów głód czy brak zwykle jest bez dna, więc cokolwiek tam się wrzuci, to przeleci. Rozwodzimy się, gdyż partner okazał się w naszym mniemaniu oszustem. Miał tyle dać, a dał tak mało, prawie nic. Czy jednak mógł? A więc ten niezwykle ważny powód, dla którego związaliśmy się, nagle może stać się naszą zgubą. Wybranek miał być silny, opiekuńczy, zastąpić nieczułego ojca. On myślał z kolei, że ona będzie zawsze łagodna, przytulna, obdarzona kształtną pupą – takie też bywają powody, dla których przylegamy do siebie na wieczność. Wieczność jednak w ludzkim świecie trwa czasami doprawdy krótko. A niemal wszyscy jakby malejemy w przybliżeniu.

Wedle psychologów badających związki zdecydowana większość rozwodów nie jest potrzebna. Mamy wpisany w siebie ten sam scenariusz. Następny związek będzie podobną katastrofą. Jedyne lekarstwo i prawdziwa szansa to spojrzeć krytycznie na samego siebie w relacji. Problem, że muszą dokonać tego naraz i na trzeźwo dwie osoby. Nie wczepiać się z pazurami w wady partnera, a obejrzeć uważnie własne. Jak jednak zrobić to trzeźwo, gdy jesteśmy pijani od emocji?

Patrzę przez okno na nocną panoramę renesansowego miasta. Wszystko już było i wszystko się powtarza na tym najlepszym ze światów.