Nie deptać obrazów – rozmowa z Olgą Wolniak

Olga Wolniak w swojej pracowni. Najlepiej lubi malować w samotności. (Fot. Celestyna Król)
Olga Wolniak w swojej pracowni. Najlepiej lubi malować w samotności. (Fot. Celestyna Król)

Przeniesione na płótna barwne dywany to najsłynniejszy cykl Olgi Wolniak: – W mojej sztuce zawsze były dla mnie istotne wątki kobiece, a w tym wypadku to wątek szczególnie ważny. Sama kończyłam studia w czasach, kiedy pracami kobiet się nie interesowano. My byłyśmy od podawania herbaty.

Ile tu jest twoich prac?
O, bardzo dużo. Piętrzą się w tamtej wąskiej przestrzeni za ścianą. Trochę brakuje mi osobnego magazynu, zajęty jest każdy wolny kąt.

Dobrze ci się z nimi mieszka?
Tak, chociaż jak się ma pracownię poza domem, można cały ten bałagan zatrzasnąć, zapomnieć, a potem do tego wrócić. Tu jest otwarta przestrzeń, wszystko jest na widoku, plamy na podłodze, papiery, pędzle. Lubię malować w całkowitej samotności, przeszkadza mi, jak ktoś chodzi mi za plecami. Musimy się z rodziną mądrze wymijać.

A co z „własnym pokojem”, o którym pisała Virginia Woolf? Czujesz, że ta przestrzeń, jednocześnie do pracy i do mieszkania, jest jakimś kompromisem?
Jeśli w środku nocy mam jakiś pomysł, po prostu wstaję i maluję. Zdarzyło się, że szykowałam się do wystawy i miesiąc przed nią przyszły klientki i wszystko wykupiły. Fantastycznie, spełnienie marzeń każdego artysty, gdyby nie ta zbliżająca się wystawa. Był maj, wstawałam o piątej rano, bo już było jasno, i malowałam non stop. I wymalowałam tę wystawę. Gdybym miała jeździć na drugi koniec miasta, toby się nie udało.
Albo kiedy moja dziewięćdziesięcioparoletnia mama wywróciła się i połamała. W pewnym momencie była na pograniczu życia i śmierci, w tragicznej formie. Genialnie, że mogłam wtedy do niej regularnie schodzić. Ja, która uwielbiam wielkie formaty, malowałam wtedy tylko malutkie obrazy, nie byłam w stanie na nic większego się zdobyć.
Przed laty miałam pracownię na Pradze. Świetne pomieszczenie, ale jak wszystkie dobre rzeczy, i to się skończyło. Syn czy wnuk właściciela odzyskał kamienicę i nas wszystkich, artystów, powyrzucał. Stwierdziłam wtedy, że muszę sobie zorganizować jakieś inne miejsce do pracy. Moja mama miała tutaj parterowy domek. Domek w takim zielonym miejscu, na Żoliborzu, to nie lada gratka, postanowiłam więc, że sprzedamy mieszkanie i zrobimy tutaj nadbudowę. Z początku powstała taka koncepcja, żeby to była przede wszystkim pracownia, a mieszkanie trochę kątem. Ale jak zaczęły powstawać mury, okazało się, że ta przestrzeń jest kapitalna, kiedy jest taka otwarta, więc zdecydowałyśmy z architektką, moją dobrą koleżanką, że tak to zostawimy. Przez chwilę był pomysł, żeby tu jednak wstawić jakąś przegrodę, zasłonę, ale już chyba nic takiego się nie stanie.

W pracowni poza domem można cały ten bałagan zatrzasnąć. Tu jest wszystko na widoku, plamy na podłodze, papiery, pędzle. (Fot. Celestyna Król)
W pracowni poza domem można cały ten bałagan zatrzasnąć. Tu jest wszystko na widoku, plamy na podłodze, papiery, pędzle. (Fot. Celestyna Król)

Artystyczny klan – tak o was piszą. Twój nieżyjący już teść, słynny kolorysta Tadeusz Dominik, ty, twój mąż Tomasz Dominik i syn Rafał – cała niemal rodzina zajmująca się sztuką. Jestem ciekawa, jak to wpływa na codzienne życie, na relacje.
To nie takie proste… Ludziom się wydaje, że jak się należy do takiego „klanu”, wszystko idzie jak z płatka – kariera i sukcesy. Tymczasem, widzę to po swoich najbliższych, trzeba się zmierzyć i sprostać „magii” nazwiska Dominik. Może dlatego syn Tadeusza Tomasz uprawia grafikę, a wnuk Rafał woli wypowiadać się artystycznie w technice nowych mediów. Ja używam swojego nazwiska – od początku nie chciałam być posądzana o „podłączanie się”. A życie codzienne? Siłą rzeczy rozmawiamy o wystawach, co nam się podoba, a co nie, przyjaźnimy się głównie z artystami, ale z tym klanem bym jednak nie przesadzała. Muszę się bez bicia przyznać, że jak Rafał był młodszy, to my z Tomkiem czuliśmy się w obowiązku dawać mu dobre rady, jak ma malować, jak poprowadzić swoją karierę. I on zawsze robił odwrotnie [śmiech], więc się po prostu w pewnym momencie wycofaliśmy.
Ale, oczywiście, pamiętam, jak był mały i raczkował w śpioszkach, które bez przerwy były ubrudzone farbą. Był taki moment, że malowaliśmy wspólnie z cztero-, pięcioletnim Rafałem obrazy. Stawiałam płótno, przyklejaliśmy do niego zabawki, jakieś zdekompletowane, zniszczone, potem Rafał coś malował, a potem ja domalowywałam, wypełniałam kolorem. Tak powstało kilkanaście wspólnych kompozycji. To były nasze zabawy.
Nie wiem, czy już wtedy myślałam, czy miałam cichą nadzieję, że pójdzie w tym kierunku. Wszystkie dzieci są zdolne, wszystkie mają dar plastyczny, ale potem w szkole dzieje się coś złego. Trudno powiedzieć, czy to specyfika naszego systemu edukacji, ale zwykle odbywa się to według podobnego schematu. Nauczyciel mówi: „Ale to nie jest podobne do samochodu. Samochód wygląda tak”. I dziecko przestaje polegać na sile swojej wyobraźni.

Podobno pierwszy dywan namalowałaś dla żartu?
Może ktoś sobie wyobraża, że na artystę spływa natchnienie, na które on cierpliwie czeka, ale moja praca to w dużej mierze ciężka praca fizyczna. Na siłownię nie chodzę, bo dźwiganie płócien co najmniej dwa na półtora metra czy gimnastyka przy sztaludze to coś, co sprawia, że ciało jest w miarę sprawne. Pracuję systematycznie, codziennie, inaczej nie jestem w stanie funkcjonować. Wtedy też tak było. Nie miałam chwilowo żadnego pomysłu, jakiś motyw mi się znudził, ale ponieważ mam w sobie przymus pracy, złapałam za pędzel. Znalazłam akurat pocztówkę z anatolijskim dywanem. Pomyślałam sobie: „Cóż, namaluję jego portret”. A potem okazało się, że temat wzbudził zainteresowanie, więc namalowałam kolejny dywan i kolejny. Mnie się wydawało zabawne, że maluję coś, co jest w rzeczywistości tkane. Miałam wtedy podejście popartowskie. Tak jak Warhol malował puszkę zupy pomidorowej Campbell’s, tak ja maluję dywan.

Od lewej: obraz "Konya-Ladik", który można oglądać na wystawie "Sztuka to wartość"; Na sztaludze "Jedwabny szklak" (Fot. Celestyna Król)
Od lewej: obraz „Konya-Ladik”, który można oglądać na wystawie „Sztuka to wartość”; Na sztaludze „Jedwabny szklak” (Fot. Celestyna Król)

Co się zmieniło?
Pierwsze obrazy były bardzo realistyczne, jeden do jednego. Chciałam, żeby ludzie ulegli złudzeniu. I rzeczywiście ulegali, podchodzili, dotykali, upewniali się, że to jednak obraz. We wspomnianej pracowni na Pradze postanowiłam namalować dywan na podłodze, na linoleum. Trzy na cztery metry, jakby niedbale, trochę nierówno rzucony, z lekko podniszczonymi frędzlami. Ludzie dawali się nabrać, niektórzy go nawet obchodzili, nie chcąc pobrudzić butami. W pracowni urządzaliśmy też szalone przyjęcia i wszystkie tańce odbywały się zawsze na tym dywanie, miał w sobie jakąś magiczną siłę przyciągania. A w wyniku tych szalonych harców farba się ścierała, więc dywan wyglądał, jakby był patynowany, wiekowy. Co jakiś czas go odnawiałam.
Tak więc na samym początku to było ćwiczenie dla ręki i oka. Ale malarstwo to zawsze jest jakiś rodzaj emocjonalnej komunikacji ze światem. Coś w dużej mierze intuicyjnego. W miarę malowania zaczęłam wnikać w symbolikę dywanów, w ich bogaty kulturowy kontekst. Moje obrazy stały się hołdem dla niedocenianej pracy anonimowych tkaczek. Zaczęłam nazywać moje obrazy imionami kobiet Wschodu – Aysha, Leyla, Fatima.
Od zawsze tkały przede wszystkim kobiety. Często swój posag, wplatając w dywan wszystko, co najważniejsze – uczucia, zaklęcia, historię. Ten rytuał łączył to, co praktyczne, codzienne, z tym, co natchnione, medytacyjne i magiczne. W mojej sztuce zawsze były dla mnie istotne wątki kobiece, a w przypadku dywanów i tkanin to wątek szczególnie ważny. Tkanina – tkanka – to dla mnie coś żywego, biologicznego. Przez swoją miękkość i zmysłowość kojarzy mi się z kobietą. To kobiety przetwarzają pradawne wzory, przechowują i przekazują dziedzictwo kulturowe.
Jakiś czas po tym, jak zaczęłam serię „egzotyczną”, zmarła moja babcia Pelagia. Musieliśmy przejrzeć i posegregować odziedziczone po niej obrusy, koronki, pościele z ozdobnymi haftami, wiele z nich podniszczonych, pożółkłych, z dna szafy. Tkaniny, które przez dziesiątki lat swojego życia były świadkami niezliczonej ilości wydarzeń. Są w nich zapisane chwile uroczyste lub codzienne, smutne, radosne. Tak powstał nowy cykl zainspirowany haftami i serwetami, ale też wpłynęło to na cykl „dywanowy”.
Ostatnie moje obrazy są coraz bardziej abstrakcyjne. Zaczęłam w nie wplatać swoje znaki i symbole, czasem kolor był ważniejszy, czasem wzór. Niektóre obrazy są żywiołowe i barwne, a potem mam po nasyceniu kolorami przesyt i robię delikatniejsze rzeczy, ładując akumulatory.

Urodziłaś się w Birmie?
Moi rodzice byli tam po prostu na placówce. Kiedy wróciliśmy, miałam tylko półtora roku, więc naprawdę nic stamtąd nie pamiętam.
Znam tylko przekazy rodzinne. Na przykład taki, że mama wzięła mnie do świątyni w Rangunie. Podobno jak człowiek, wychodząc stamtąd, się odwróci, to tam jeszcze wróci. Mama mnie odwróciła, ale ja nadal, tak się jakoś składa, omijam Birmę, chociaż dużo podróżuję. Mam też birmańskie imię: Nuhcein, „łagodny brylant”. Mamie powiedziano, że dziewczynka, która urodziła się tego dnia i o tej godzinie co ja, musi nosić takie imię.
Prawdę mówiąc, kiedyś strasznie się zżymałam na sugestie, że miejsce urodzenia pewnie miało wpływ na sztukę, którą robię. Odpowiadałam, że absolutnie nie. A w pewnym momencie pomyślałam: „O co mi chodzi z tym zaprzeczaniem? Wychowałam się w domu, gdzie było mnóstwo egzotycznych przedmiotów, także dywanów, zdjęć, obcowałam z tym na co dzień, jako nastolatka pochłaniałam książki z półek rodziców, zgłębiając filozofię Wschodu, i mówię, że to nie miało na mnie wpływu? Oczywiście, że miało!”.

Jedną z twoich pierwszych wystaw była „Aby dostać dobrego męża”. Obrazy inspirowane ilustracjami z poradników dla młodych matek. Dwa lata później nakręciłyście z Bogną Gniazdowską wideo „Od tego nie uciekniesz” i pokazałyście je w galerii Dziekanka.
Trzy pomieszczenia i trzy filmy poświęcone zajęciom domowym – kąpiel dziecka, pranie, gotowanie, sprzątanie, dbanie o siebie. Zmywałyśmy, obierałyśmy ziemniaki.

Jaki był odbiór?
Nie potraktowano nas poważnie. Nikomu się to nie podobało. Obśmiano nas. Tylko Tomek Sikorski, który prowadził Dziekankę, nas docenił.

Dekadę później Julita Wójcik, obierając ziemniaki w Zachęcie, wywołała falę oburzenia, że w Narodowej Galerii Sztuki pokazuje tak prozaiczną czynność, podnosząc ją do rangi sztuki. A o co wam chodziło wtedy, na początku lat 90.?
Pokazywałyśmy, w krytycznym i autoironicznym tonie, prozaiczne, przynależne kobiecie zajęcia. Ostatnio z okazji jubileuszu Dziekanki zrobiłyśmy z Bogną wybór, wyciąg z najważniejszych momentów tamtego filmu. Byłam przerażona, że byłyśmy takie młode, śliczne, zgrabne i byłyśmy tak przytłoczone codziennością. Nie zobaczyłam w nas żadnej radości, beztroski. Teoretycznie było równouprawnienie, a praktycznie…
Kiedyś koleżanka zapytała mnie: „Czy ty wiesz, że na Akademii ruguje się dziewczynki na egzaminach?”. Sama miałam podobne doświadczenie, kiedy po raz pierwszy konsultowałam teczkę, a jednak nie wierzyłam. Zwróciłam się do mojego teścia, czy to możliwe. A on: „Oczywiście, że tak. Dziewczyny rodzą dzieci, a to są drogie studia, szkoda pieniędzy”. Tadeusz miał drugą żonę, Amerykankę, i pamiętam, że ona, słysząc to, była chyba jeszcze bardziej oburzona niż ja.
Nie chcę wyjść na osobę wojującą z mężczyznami, uwielbiam ich, ale taka była nasza rzeczywistość. Ja, moje koleżanki kończyłyśmy studia artystyczne, miałyśmy dzieci, robiłyśmy ciekawe rzeczy, ale krytycy chcieli oglądać prace naszych mężów. Jak odwiedzali nas w domu, nikt nie pytał: „A ty? Co robisz?”. Po prostu nie padały takie pytania. Nawet jeśli przychodziły kobiety krytyczki, to i tak ciekawa była tylko sztuka mężczyzn. Jedyną krytyczką i kuratorką, która, jak zapamiętałam, interesowała się tym, czym się zajmują kobiety, była Anda Rottenberg. W pozostałych przypadkach byłyśmy od podawania herbaty i ciasteczek.

I podawałyście je bez słowa sprzeciwu?
Tak. Pokutował mit matki Polki. Podam te ciasteczka i wypiorę, i wypucuję, i namaluję świetny obraz. To znaczyło być dzielną, radzić sobie.

Rottenberg jest bohaterką jednego z wielkoformatowych portretów. Dwa na trzy metry, specjalnie preparowany papier, połyskujące tło. Robią niesamowite wrażenie.
W latach 90. malowałam wielkoformatowe, przeskalowane portrety przyjaciół. Na dłuższy czas rozstałam się z tym tematem, ale niedawno odczułam chęć powrotu. Szukałam tylko odpowiedniej formuły. I tu do akcji wkroczył przypadek. Poszłam zrobić zakupy w sklepie z zaopatrzeniem dla plastyków. Patrzę – leży pudełeczko z czymś absolutnie przepięknym. Metaliczne płatki, brokatowe confetti. Zapytałam, co to jest. „Płatki do decoupage’u”. Wahałam się: „Drogie, po co mi to?”. Ale kupiłam. Najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy nad ranem, jak się już trochę obudzę, ale jeszcze nie całkiem. I wymyśliłam. Ikony naszych czasów. Niech to będą portrety ludzi, których postawa i dzieła ukształtowały mnie i całe moje pokolenie. Namalowane twarze, zestawione z metalicznym tłem nawiązują do tradycyjnych ikon. Do tej pory sportretowałam w ten sposób m.in.: Andrzeja Wajdę, Korę, Krzysztofa Komedę, Marka Edelmana, Tadeusza Mazowieckiego, Marię Callas, wspomnianą Andę Rottenberg i prezydenta Lecha Wałęsę, któremu miałam zaszczyt osobiście portret przekazać.

Mam na sobie jedwabną apaszkę z nadrukiem jednego z „twoich dywanów”. Bardzo ładny gadżet promujący wystawę „Sztuka to wartość…” w Muzeum Narodowym w Warszawie. To, że obraz zamienia się w gadżet, nie odbiera sztuce powagi?

Absolutnie nie. Uważam, że sztuka powinna być dla ludzi.

Dlatego zostałaś kuratorką Żoliborza Artystycznego?
Żoliborz to dzielnica, w której mieszkamy, chciałam się zaangażować w lokalne działania. Deweloper budował nowe osiedle i zgodził się, żeby nowo powstałe ulice wzięły nazwy od mieszkających na Żoliborzu ważnych postaci. Powstał też pomysł, żeby współcześni artyści stworzyli dzieła sztuki inspirowane tymi postaciami. Robiłam dyplom także z malarstwa w architekturze, czyli z tego, co teraz nazywa się „sztuką w przestrzeni publicznej”. Przez lata nie miałam z tym nic wspólnego, mało tego, nie przypuszczałam, że to mi się do czegoś jeszcze przyda. Traf chciał, że się przydało. Wymyśliliśmy z architektami i artystami kupę fajnych rzeczy: Piotr Młodożeniec zrobił mural Ficowskiego, Jan Bajtlik pracę – hołd złożony Niemenowi, Maurycy Gomulicki abstrakcyjną rzeźbę „Kalina” poświęconą Kalinie Jędrusik, ja malowałam kadry z filmów Kawalerowicza. Powstawało to wszystko cztery lata, mieszkańcy są dumni, można przyjść i te dzieła w przestrzeni publicznej oglądać, powstaje kolejne podobne osiedle. To wspaniałe, że brałam udział w czymś, co zostanie na lata.

Uważasz, że my, Polacy, coraz ufniej podchodzimy do sztuki współczesnej?
Oj, nie wiem. Kiedyś kolega zaprosił mnie do takiej akcji: na spotkaniu integracyjnym banku z filiami na świecie pracownicy, rozluźnieni, po paru drinkach, mieli malować. Prowadziłam to, zaproponowałam cztery proste tematy, m.in. wzory geometryczne i organiczne. Proste, ale efektowne. Ci, którzy przyjechali z zagranicy, z wielką radością włożyli fartuchy, chwycili pędzle, traktowali to jak zabawę, upaprani radośnie mazali po płótnach. „Ci nasi” bali się, wstydzili, dopiero po dobrej godzinie, jak zobaczyli, że koledzy tak się dobrze bawią, nieśmiało zaczęli coś malować. Nadal jest w nas sporo lęku i nieufności.

Masz na to receptę?
Domyślam się, że przydałaby się lepsza edukacja.

Od lewej: Obrazy "Ornament" i Botah z papryczką"; Paleta malarska Olgi Wolniak (Fot. Celestyna Król)
Od lewej: Obrazy „Ornament” i Botah z papryczką”; Paleta malarska Olgi Wolniak (Fot. Celestyna Król)

A czego chcesz od życia?
Na nowy rok robię sobie zawsze postanowienia. W tym – pośród wielu innych – postanowiłam trochę wyluzować, mniej tworzyć, bo zalewa mnie ilość obrazów. No więc próbuję. I tak chodzę po domu i nie umiem się odnaleźć. Posprzątałam, pomalowałam paznokcie… Trochę, oczywiście, żartuję. Uwielbiam swój zawód – robię to, co chcę i lubię, jestem wolna. Pozornie to zajęcie lekkie, łatwe i przyjemne, w rzeczywistości wymaga ogromnej dyscypliny, pracowitości i samozaparcia. Moment, kiedy obraz jest gotowy i to on patrzy na mnie – nie umiałabym z tego zrezygnować. Tak że z tym postanowieniem raczej się nie uda.

Olga Wolniak, rocznik 1957. Jest absolwentką Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Brała udział w wielu wystawach w Polsce i za granicą, ostatnio otwierała swoją przekrojową ekspozycję „Orient & Ornament” w Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie. Do 30 czerwca w warszawskim Muzeum Narodowym można oglądać zbiorową wystawę „Sztuka to wartość. Z kolekcji PKO Banku Polskiego”, w której artystka wzięła udział.