Wywiad z Ałbeną Grabowską

O życiowych wyborach, przewrotności losu i zwrotach akcji w powieści i w życiu – rozmowa z Ałbeną Grabowską, autorką książki wydanej właśnie przez Zwierciadło – LOT NISKO NAD ZIEMIĄ.

Ałbena Grabowska

reklama

Ostatnia, czyli „Lot nisko nad ziemią”, będzie już dziewiątą pozycją. Czwarta książka z serii przygód o Julku i Mai „Julek i Maja. Misja w czasie” dla dzieci właśnie miała swoją premierę w Poznaniu. Pierwszą moją książkę dla dzieci, czyli bajkę terapeutyczną „O małpce, która spadła z drzewa”, napisałam w 2010 roku. A pierwszą w ogóle – debiut „dla dorosłych” – była książka o smakach i potrawach Bułgarii „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. No i trzy powieści – „Coraz mniej olśnień”, „Lady M”, która wyszła niedawno i „Lot nisko nad ziemią” – teraz właśnie ma premierę. Obecnie piszę dziesiątą książkę – sagę. Praca ani dzieci w niczym nie przeszkadzają. Trzeba tylko dobrze zorganizować sobie czas.

I trzeba zaznaczyć, że to jest literatura dobra! Bardzo mi się podoba styl i lekkość, z jaką pani pisze.

Dziękuję.

No więc jak to się robi?!

Wciąż pracuję jako lekarz, ale już nie tak aktywnie jak wcześniej, i to pomaga mi teraz bardziej skupić się na pisaniu. Nie pracuję już na oddziale, nie dyżuruję, więc zaczęłam mieć czas na pisanie, które przyszło do mnie jakoś tak naturalnie. Ja nigdy nie planowałam, że zostanę pisarką, nie snułam cichych marzeń, że kiedy będę miała czas, to będę pisać. Nie zrezygnowałam też z czynnej pracy po to, aby pisać, ale dlatego, że dwójka moich dzieci wymagała, żebym poświęcała im więcej czasu. Potem pojawiło się moje trzecie dziecko.

Ale pewnie zawsze miała pani piątki z polskiego?

Miałam, wygrałam olimpiadę polonistyczną w szkole podstawowej, potem na studiach dorabiałam pisaniem do rubryk poradniczych w czasopismach – zapewne ta chęć pisania zawsze gdzieś we mnie tkwiła, ale – jak już mówiłam – nie planowałam zostać pisarką. Może dlatego, że bardzo dużo czytałam i nawet mi się nie śniło, że i ja mogłabym zająć miejsce u boku któregoś z moich ulubionych pisarzy.

A kim chciała pani być?

Chciałam być aktorką. Ale jeśli już, to wybitną, dramatyczną, teatralną – jak, nie przymierzając, Sarah Bernhardt.

Dlaczego w takim razie została pani lekarzem?

Bo mój ukochany szedł na medycynę, a ja nie wyobrażałam sobie, że będziemy studiować na różnych uczelniach. Ale to marzenie o aktorstwie we mnie pozostało. Nie wyrzucam sobie codziennie, że szkoda, że jednak do tych aktorskich egzaminów nie podeszłam, bo wtedy zdawało 30 osób na jedno miejsce, w większości ludzie obyci ze sceną, po szkole u państwa Machulskich, i ja „z ulicy”, bez żadnego doświadczenia. Czasami tęsknię za tym niespełnieniem. Ale to chyba każdy powinien mieć – taką małą tęsknotę. To się przerodziło w miłość do teatru, do filmu.

Niektóre marzenia nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. Gdyby się teraz okazało, że może pani zagrać w telewizji, teatrze lub filmie – poszłaby pani za tym?

Trudno mi powiedzieć… Później już nie dążyłam do spełnienia dziecięcych wyobrażeń, ale dziś wykorzystuję je w pracy, np. podczas wykładów z neurologii dla lekarzy (specjalizuję się w neurologii epileptologii). Wykład jest dla mnie jakąś formą występu.

Trzeba się dobrze przygotować, modulować głosem, by utrzymać zainteresowanie słuchacza-widza… Rzeczywiście, widzę podobieństwa. Ale widzę je też w pani powieści „Lot nisko nad ziemią” – potrafi pani stopniować napięcie i pisze pani scenami, obrazami.

To prawda, jest trochę jak w filmie – u mnie zawsze w powieściach jest jakiś punkt kulminacyjny, akcja się uspokaja, żeby na końcu znów zaskoczyć.

Aż dziwne, że nie poszła pani na studia filologiczne…

Moja polonistka – choć nie mam o to do niej żalu – była bardzo surową nauczycielką, z ogromną renomą – jej uczniowie wygrywali olimpiady oraz konkursy na najlepszą pracę maturalną. I ona powiedziała nam w maturalnej klasie, że z nas nikt nie nadaje się na polonistykę. Zatem wzięłam sobie to do serca na wypadek, gdybym o polonistyce pomyślała, i złożyłam papiery na Akademię Medyczną, bo to wydawało mi się równie humanistyczne. Egzamin był bardzo trudny, ale go zdałam.

Została pani jednak przy tej „czystej” medycynie, specjalizując się w neurologii, a więc zajmując się tym, jak człowiek funkcjonuje psychicznie, co się dzieje w jego mózgu, układzie nerwowym…

Mam w życiu szczęście do ludzi, a czasem spotykają mnie ludzie – anioły, dzięki którym podejmuję później życiowe decyzje dobre dla mnie. Przez przypadek trafiłam na staż pielęgniarski na oddział, na którym pracowałam potem przez 12 lat. Po pierwszym roku wykonywaliśmy tylko proste prace pielęgniarskie, ale pozwolono nam, studentom, podpatrywać prace prawdziwych lekarzy. Zobaczyłam, że właśnie to mnie interesuje i to jest fascynujące – jak działa mózg. Jedyny przypadek, że bada się tym, co się bada. Zawsze chciałam zobaczyć, gdzie uczucia są w mózgu, gdzie jest świadomość, osobowość, gdzie jesteśmy my. Zaczęłam się w tym realizować. A ponieważ niczego, w co się angażuję, nie robię połowicznie, to byłam prawdziwym lekarzem – pracowałam w przychodni, zrobiłam dwa stopnie specjalizacji, a także doktorat, który dał mi dużo satysfakcji, nagród i dużo dobrego. Wszystko do czasu, kiedy to najważniejsze stały się dzieci i zwłaszcza opieka nad najmłodszym, dziś 4,5-letnim Frankiem, który ma całościowe zaburzenia rozwojowe z kręgu autyzmu, aczkolwiek nie jest dzieckiem autystycznym w potocznym rozumieniu tego słowa.

Ironia losu… dość okrutny egzamin dla rodzica, a zwłaszcza neurologa…

I muszę powiedzieć, że ja tego u Franka nie rozpoznałam, gdy to się zaczęło ujawniać, bo tak nietypowe i niejednoznaczne są te zaburzenia. Ale walczymy i myślę, że z każdym rokiem będą widoczne postępy.

Tytuł pani książki, która właśnie ukazuje się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło – „Lot nisko nad ziemią”, sugeruje, że tak za wysoko odfrunąć od tego co realne się nie da, że prędzej czy później to lądowanie na ziemi nastąpi. Wierzy pani w to, że człowiek ma taką siłę, że nawet roztrzaskany, jest w stanie się pozbierać?

To kwestia wrażliwości, ale i wychowania, jakie się wyniosło z domu – jedni radzą sobie z największymi problemami, inni – za co ich też nie winię – nie radzą sobie z najprostszymi sprawami. Przypisuję w swoich książkach dużą rolę rodzicom – to oni wyposażają nas w walizkę na życie. Ale można się pozbierać, nawet nie mając wsparcia w rodzinie. Wyznaję zasadę, że do wyroków losu trzeba podchodzić z łagodną rezygnacją – bo jak człowiek walczy, szarpie się, to bardzo się umęczy, ale niczego nie uzyska. Nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkiego, a trudności wpisane są w życie każdego z nas. Każdy sobie radzi tak, jak potrafi.

Utożsamia się pani ze swoimi bohaterkami?

Zupełnie nie. Są tworem wyobraźni, przemyślaną kreacją. Aczkolwiek miałam taką pokusę, jak jedna z bohaterek mojej książki „Coraz mniej olśnień”, by zmienić na jakiś czas własną tożsamość, stać się zupełnie kimś innym, np. swingować własną śmierć, przyjść na pogrzeb i sprawdzić, kto po mnie rozpacza, a kto nie, a potem żyć przez jakiś czas zupełnie innym życiem, jako inna osoba, nie Ałbena.

A coś łączy te stworzone przez panią postacie? Oprócz tego, że są – jak ja to widzę – kadrowane dość filmowo (i tu się przydaje pani aktorski talent!).

Staram się, by pomimo nie zawsze pozytywnych charakterów czytelnik obdarzał je jednak sympatią, a przynajmniej starał się zrozumieć.

Te bohaterki nie są dobre, bo pani zawsze była grzeczna?

Mnie fascynuje, że one są takie niedobre, raczej krzywdzą niż są krzywdzone, że nie chcą płacić swoich rachunków, krzywd. I mam dużą satysfakcję, gdy „przeciągnę” tak czytelnika przez akcję, by tę bohaterkę jednak polubił. Żeby nie mógł się od niej oderwać, albo zaczął ją podziwiać.

A jaka jest Weronika, bohaterka „Lotu nisko nad ziemią”?

Ona leciała nisko przez życie, niewykrywalna przez radary. Bała się ziemi. Wzleciała wyżej, gdy była z mężem, który idealnie do niej pasował. Gdy mieli miłość, która praktycznie się nie zdarza. A potem, po tragedii, Weronika rozsypuje się kompletnie. Ale postanawia dalej żyć – i w książce poznajemy jej dalsze wybory…

Ałbena Grabowska – lekarz neurolog epileptolog (pracuje w Szpitalu Dziecięcym w Dziekanowie Leśnym, pełni także funkcję sekretarza Polskiego Towarzystwa Epileptologii). Imię Ałbena, oznaczające Kwitnącą Jabłoń, zawdzięcza swoim bułgarskim korzeniom. Matka trójki dzieci, która nie wyobraża sobie życia bez pisania – dotychczas wydała m.in. cykl powieści dla dzieci, który ukazuje się nakładem Wydawnictwa Akapit Press oraz książkę o Bułgarii „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”, a także powieść „Coraz mniej olśnień”.

O KSIĄŻCE:

Powieść, od której nie sposób się oderwać. „Dla świata najlepiej być niewidzialnym” – tak brzmiało credo ojca Weroniki Przybyszewskiej. Mimo że rodzice nie nauczyli jej marzyć i o spełnienie marzeń walczyć, Weronice udaje się zrealizować pragnienia – pracuje w wymarzonym zawodzie i spotyka prawdziwą, wielką miłość – taką, o której śnią wszystkie kobiety. Pierwsza rysa na szczęśliwym małżeństwie Weroniki i Sławka pojawia się, kiedy zaczynają starania o dziecko. Początkowo wydaje się, że to kwestia czasu, ale mijają lata, a Weronika i Sławek nie zostają rodzicami. Kiedy małżonkowie pozornie godzą się z tym faktem, na Weronikę spada kolejny cios – Sławek ginie w wypadku spowodowanym przez pijanego kierowcę. W jednej chwili świat Weroniki rozsypuje się w proch. Czy uda się jej stworzyć nowy? Jakim kosztem?

„Lot nisko nad ziemią”, Ałbena Grabowska, Wydawnictwo Zwierciadło 2014, s. 336. „Lot nisko nad ziemią” do kupienia w naszej księgarni.

„Lot nisko nad ziemią” to doskonale napisane studium życia współczesnej kobiety – jej marzeń, szczęścia i smutków. Książka trzyma czytelnika w napięciu od pierwszych stron, aż do zaskakującego zakończenia.

Przeczytaj fragment książki

Więcej o sile marzeń przeczytasz w artykule „Po prostu idź za tym” w majowym numerze SENSu