Bartłomiej Topa: Ściema

fot. Rafał Masłow

Nie wierzy w dobro i zło. Jest przekonany, że żyjemy w matriksie, a nasze życie zostało dawno temu zaprogramowane i ma na to dowody. Bartłomiej Topa opowiada o tym, jakie jest jego ulubione słowo, dlaczego nie je mięsa, sam przygotowuje sobie wodę i co myśli o Bogu.

reklama

„Nie jestem fanem szczerych rozmów” – mówi grany przez pana komisarz Warski. A pan?

Lubię rozmawiać, może nawet jestem fanem rozmów, ale mam w sobie obawę, że słowa się wymykają.

Wymykają się czemu?

Intencji. Wie pan, to nawet nie jest obawa, ale świadomość, że słowa zawodzą. Próba zdefiniowania intencji słowami zazwyczaj skazana jest na porażkę. I wtedy w trakcie rozmowy używamy coraz więcej i więcej słów, które znaczą coraz mniej i mniej. Słowa są hakami do spotkania, w tym sensie są użyteczne. Pomagają się rozpoznać, czasami poznać, rozpocząć wspólnie jakieś przedsięwzięcie albo relację, a w końcu się rozstać. Warski, o którym pan wspomniał, główny bohater filmu „Sługi boże”, korzysta ze słów jak każdy z nas, dzięki temu może rozwiązywać zagadki kryminalne.

Poza tym biega, skacze, strzela – jak się pan przygotowywał do tej roli?

Oczywiście, przy skomplikowanych scenach korzystam z pomocy kaskaderów, ale już przed udziałem w filmie wojennym „Karbala” sporo czasu poświęciłem na fizyczne przygotowania, i to zaprocentowało. Przeszedłem zawodowe szkolenie dotyczące poruszania się, posługiwania bronią. Traktuję swoje ciało jak narzędzie i staram się je utrzymywać w dobrym stanie.

Choćby biegając w triatlonach.

Ta przygoda zaczęła się w 2012 roku, kiedy razem z Piotrkiem Adamczykiem, Łukaszem Grassem i Tomkiem Karolakiem rozkręcaliśmy w Polsce triatlon. Dlatego Warski, który skacze i biega, nie był aż tak wielkim fizycznym wyzwaniem.

„Sługi boże” to film o tym, co złe, o śmierci, również samobójczej, ściganiu zbrodni. Jaką cenę trzeba zapłacić, zanurzając się w taki świat na wiele tygodni?

Chciałbym umieć sobie powiedzieć, że to tylko spotkanie z fikcją, ale przecież zanurzam się w nią cały. Doświadczenie obcowania ze złem wraca w snach, obrazach. Od czasu do czasu potrzebuję się oczyszczać, brać symboliczny prysznic po tym prawdziwym kłamstwie, którym jest aktorstwo.

Jak się pan oczyszcza?

Bieganie pomaga, dbałość o to, co jem, co piję, jak żyję. Pomaga również świadomość tego, po co przyjmuję określoną rolę, co chcę przekazać widzom. Ale czasami ponoszę klęskę, bo poddaję się nurtowi, który płynie i gdzieś mnie porywa. Pomaga również odmawianie. Niedawno dostałem propozycję użyczenia głosu do gier wojennych. Zdaję sobie sprawę, że ci, którzy grają w wirtualne gry, mogą rozwijać logiczne myślenie, komunikację, ale zwyciężyła we mnie wątpliwość – oto świat, w którym chodzi o zabijanie, szkolenie się w zabijaniu. Odmówiłem. Może zabrzmi to banalnie, ale zachwyca mnie ludzkie ciało, doskonałe narzędzie, które mamy, zachwyca mnie cała paleta emocji. Myślę, że warto to wykorzystywać do tego, by ten świat był piękniejszy, bardziej świadomy swojej unikalności.

Dlatego angażuje się pan w pomoc cierpiącym na autyzm, w różne społeczne inicjatywy?

Pewnie tak, ale również dlatego, że jestem niecierpliwy. Gdybym miał potraktować pana i czytelników uczciwie, to musiałbym powiedzieć, że nie mam nic do powiedzenia. Gram w filmach, czasami komuś pomogę, a czasami ktoś pomoże mi, mam rodzinę, żyję, to wszystko.

Adam Wajrak powiedział mi jakiś czas temu, że popularność trzeba utylizować, że popularność to nie tylko przywileje, ale i obowiązki.

Zgadzam się, rozpoznawalność trzeba wykorzystywać, to słuszna idea, wokół nas morze potrzeb.

Porozmawiajmy o pana ideach.

Słowa, słowa, słowa.

Haki!

Czasami najwłaściwszym rozwiązaniem wydaje mi się powyjmować z siebie te wszystkie haki, usiąść w ciszy i posłuchać swojego oddechu.

Medytuje pan?

Potrzebuję dla siebie zatrzymania. Nie chcę tych momentów nazywać. One są tylko moje, nieprzypisane do żadnej religii i duchowych praktyk. Moim zdaniem dobro i zło są konceptami, skomplikowaną mentalną konstrukcją, która została zaszczepiona tutaj na ziemi. A my w niej, w niezrozumiałym dla nas świecie, życiu po życiu rzeczywistości.

To co jest realne?

Świadomość, że pojawiamy się tu na chwilę, że po śmierci – również na chwilę – zmieniamy stan i znów zjawiamy się bez wspomnień, oddzieleni i zagubieni. Mam wrażenie, że idee dobra i zła są niczym więcej niż fikcją. Co z tego, że jesteśmy genialnymi biologicznymi komputerami z przekraczającym nasze wyobrażenia potencjałem, skoro nie radzimy sobie sami ze sobą? Gdy tylko zatrzymujemy się na chwilę, rozglądamy dookoła, to rozumiemy, że coś jest nie tak, że nasz ludzki świat toczony jest przez wirus zła, nienawiści i nieustającej manipulacji.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »