Coraz głośniej mówi się o tym, że rewolucja AI podzieli ludzi na dwie grupy: tych, którzy zostaną przez nią zastąpieni i tych, którzy będą umieli wykorzystać sztuczną inteligencję dla własnej korzyści. Nie będzie to zmiana nagła, lecz stopniowa i dokonująca się „po cichu”. Jak doradzają specjaliści od AI – lepiej nie przespać tego newralgicznego momentu, bo może on być decydujący dla przyszłości naszych dzieci. Czy zasilą szeregi biernych konsumentów AI slopu, czy też będą aktywnie współpracować z tą technologią jako jej krytycy i nadzorcy?
To dziś bardzo zasadne pytanie, zwłaszcza w świetle tego, co ostatnio publicznie mówią prezesi globalnych big techów. Coraz śmielej snują oni scenariusze, które jeszcze do niedawna wydawały się należeć do sfery science fiction. Szef wielkiej korporacji technologicznej Palantir, Alex Karp, stwierdził bez ogródek, że AI „wywróci do góry nogami każdy aspekt naszego społeczeństwa”. Co miał na myśli? Przede wszystkim rewolucję, która czeka pracowników umysłowych. Jego kolega z branży, Dario Modei, który jest szefem Anthropic, mówi całkiem wprost: sztuczna inteligencja może zlikwidować połowę stanowisk niższego szczebla, które obsadzają osoby wykształcone. I to często wykształcone w kierunkach, które jeszcze 5-10 lat temu postrzegano jako przyszłościowe – mowa tu o analityce danych, matematyce, programowaniu. Trudno nie ulec wrażeniu, że snując takie wizje bossowie korporacji z Doliny Krzemowej powoli przygotowują nas na nadejście czasów, w którym duża część ludzi nie będzie w stanie znaleźć pracy. Pierwsze zwiastuny tego zjawiska widać już teraz. W USA obserwuje się dziś 50-procentowy spadek ofert pracy dla juniorów w firmach technologicznych (niektóre raporty mówią nawet o spadkach rzędu 67%).
Czy jako społeczeństwo powinniśmy się godzić na taką perspektywę? To zupełnie oddzielna kwestia, którą warto przemyśleć. Świat, w którym o dystrybucji pracy i dóbr materialnych decyduje garstka technologicznych miliarderów, z pewnością nie będzie dobrym miejscem dla nas i naszych dzieci. Trzeba jednak być przygotowanym na to, że wizja ludzkości podzielonej na dwie klasy – nadzorców AI i jej bezrobotnych konsumentów żyjących tylko dzięki dochodowi podstawowemu – może stać się rzeczywistością. Co wtedy?
To pytanie przez wiele lat zadawała sobie neurobiolożka i przedsiębiorczyni Vivienne Ming. Jakie umiejętności będą miały znaczenie, gdy sztuczna inteligencja będzie w stanie generować odpowiedzi i zautomatyzować znaczną część pracy umysłowej? Ming twierdzi, że przestanie mieć znaczenie to, ile fakultetów ktoś ukończył. W takim świecie będzie liczyć się to, na ile ktoś będzie w stanie zachować samodzielne, krytyczne myślenie.
Vivienne Ming wymienia trzy podstawowe umiejętności, które jako dorośli powinniśmy wzmacniać u naszych dzieci, aby nie dały się zdominować przez AI i zachowały trzeźwe, samodzielne myślenie umożliwiające im sprawowanie kontroli nad tą technologią – zamiast bezkrytycznego ulegania jej.
Ming, która zajmuje się uczeniem maszynowym od 30 lat, radzi rodzicom, aby nie dopuścili do tego, żeby dzieci posługiwały się narzędziami AI ślepo i bezkrytycznie. W każdym z nas jest pokusa, by sztuczna inteligencja wykonała najtrudniejszą część pracy za nas. Ale to właśnie zmuszanie się do wysiłku umysłowego poprzez krytyczną analizę danych dostarczanych przez AI jest najważniejsze dla rozwoju intelektualnego dziecka. To nie jest tak, że naszym pociechom w ogóle powinniśmy zabronić korzystania ze sztucznej inteligencji. Mogą to robić, ale mając wdrukowany jeden przekaz: AI potrafi być doskonałym kompanem ułatwiającym pracę, jednak nadal jest to tylko naiwna maszyna, która może się mylić. Claude czy Chat GPT może pomagać nam w researchu, ale nie powinien wyręczać człowieka w formułowaniu ostatecznych sądów. Dlatego Vivienne Ming poleca, aby dziecko najpierw wykonało samodzielnie zadanie, które zostało mu zlecone – np. napisanie wypracowania – i dopiero potem wrzuciło go do AI z poleceniem, aby zrecenzowało powstały tekst. To jednak nie koniec – w kolejnym etapie dziecko powinno krytycznie ocenić rady sztucznej inteligencji, bo część z nich może być zupełnie pozbawiona sensu i nie pasować do kontekstu. W ten sposób uczymy naszą pociechę, że narzędzia AI są zawodne i to my powinniśmy decydować o ostatecznym kształcie naszej pracy.
Inteligencja człowieka rozwinęła się dzięki temu, że każde kolejne pokolenie umiało coraz lepiej funkcjonować w trudnych warunkach i uczyło się coraz skuteczniej rozwikływać problemy życia codziennego. Nieprzewidywalne sytuacje i przeszkody, na które natrafiamy w życiu, są jak siłownia dla mózgu. Są dla niego naturalną stymulacją i zwiększają odporność psychiczną – bo świadomość, że potrafiliśmy sobie poradzić z jakąś trudną sytuacją, oswaja nas z wyzwaniami, rozwija spryt i daje wiarę we własne siły. Dlatego ogromnym błędem popełnianym przez rodziców jest ułatwianie dzieciom życia w każdym aspekcie. Jeśli trzymasz dziecko pod kloszem, a na dodatek pozwalasz, by Chat GPT wykonywał za nie każdą trudniejszą pracę umysłową – to wychowujesz osobę, której niezwykle trudno będzie w przyszłości wykazać się jakąkolwiek inicjatywą. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że będzie to człowiek zalękniony, z syndromem wyuczonej bezradności, który będzie jedynie dostosowywać się do otaczającego go świata – a nie aktywnie go kształtować. Wniosek? Nie wyręczaj dziecka we wszystkim, co nastręcza mu problemów. Nie usuwaj mu z drogi przeszkód. W ten sposób uczysz go bierności i zależności od innych ludzi oraz od nowych technologii. Zamiast tego zachęcaj go do tego, by samo (lub z twoją delikatną kontrolą) mierzyło się z codziennymi problemami.
Wiesz, jak wygląda najprostsza metoda szkolenia AI? Modelowi językowemu pozwala się robić błędy. Miliardy błędów. Jeśli model poda złą odpowiedź – od razu się ją koryguje albo daje feedback, czy jest dobra, czy zła. I tak aż do skutku. Niestety, ludzie panicznie boją się popełniać błędy utożsamiając je z porażką i to samo zgubne myślenie przekazują swoim dzieciom. Sytuacji nie poprawia współczesny system edukacji nastawiony na testy, w których jedna zła odpowiedź potrafi przekreślić czyjąś przyszłość. To niezwykle szkodliwy wzorzec myślenia, który wielu dorosłych ludzi blokuje przed próbowaniem swoich sił w nowych obszarach i otwartym wyrażaniem swoich opinii – właśnie ze strachu przed błędem. A człowiek, który boi się przejąć inicjatywę, jest zależny od tych, którzy nie mają takich rozterek i śmiało sięgają po swoje. Vivienne Ming doradza więc, abyś swojemu dziecku od najmłodszych lat zaszczepiał przekonanie, że popełnianie błędów nie jest porażką i nie świadczy o wartości człowieka. Neurobiolożka proponuje w tym celu praktyczne ćwiczenie: raz w tygodniu podczas wspólnego posiłku wszyscy z rodziny po kolei dzielą się jakąś rzeczą, która im nie wyszła. Na przykład przegrany mecz, oblany sprawdzian, źle poprowadzona prezentacja, projekt w pracy, który nie wypalił. Następnie każdy mówi, czego go ta sytuacja nauczyła. W ten sposób pokazujesz dziecku, że błędy nie są od tego, aby się ich bać – lecz po to, by dzięki nim się uczyć. Dzięki takiemu podejściu mały człowiek zyskuje odwagę do zabierania głosu, proponowania własnych pomysłów i rozwiązań, które wymykają się powszechnym schematom. Właśnie takie myślenie – odważne, nieszablonowe, ryzykowne – będzie dawać ogromną przewagę w świecie zdominowanym przez modele językowe proponujące przewidywalne, schematyczne odpowiedzi.
Artykuł opracowany na podstawie: V. Ming, „I’m a neuroscientist who studies AI: Stop teaching kids skills they won’t need in 10 years—how I’m raising robot-proof children”, cnbc.com [dostęp: 03.04.2026].