1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Symulowane rozkosze

Symulowane rozkosze

Polacy są europejskimi rekordzistami w liczbie wysyłanych SMS ów. Dzięki Internetowi wiele osób pracuje w domu. Coraz częściej też zamiast się spotykać, czatujemy, rozmawiamy przez komputer – kwitną wirtualne znajomości. W grze internetowej „Second Life” swoje awatary, czyli wirtualne wcielenia, ma już kilka milionów osób. Czy wirtualny świat ma szansę na dobre wyprzeć ten prawdziwy? – odpowiadają Katarzynę Miller i Wojciecha Eichelbergera pyta Tatiana Cichocka.

 

Polacy są europejskimi rekordzistami w liczbie wysyłanych SMS ów. Dzięki Internetowi wiele osób pracuje w domu. Coraz częściej też zamiast się spotykać, czatujemy, rozmawiamy przez komputer – kwitną wirtualne znajomości. W grze internetowej „Second Life” swoje awatary, czyli wirtualne wcielenia, ma już kilka milionów osób. Czy wirtualny świat ma szansę na dobre wyprzeć ten prawdziwy? – odpowiadają Katarzynę Miller i Wojciecha Eichelbergera pyta Tatiana Cichocka.

 

 

– Isaac Asimow, amerykański pisarz science fiction, w jednej ze swoich książek nakreślił obraz przyszłości, w którym ludzie w ogóle nie wychodzą z domu, kontaktują się ze światem zewnętrznym tylko za pomocą zaawansowanych komunikatorów. To prawdopodobna wizja? K.M.:
Mam rzeczywiście wrażenie, że ludzkość, a przynajmniej znaczna jej część, wybierze kiedyś wariant życia w wirtualnie sterowanej, technologicznie zaawansowanej trumience. W okularach sensorycznych, z panelem sterowania reagującym na fale mózgowe i symulatorem wrażeń zmysłowych. Ci ludzie będą przeżywać wirtualne podróże, przygody, seks. Albo łechtać sobie ego, choćby tym, że się dowodzi wielką armią czy wygrywa konkurs piękności.

W.E.:
Taki obywatel może być też wygodny dla rządu. Będzie sobie leżał karmiony przez kroplówkę, widząc w okularach smakołyki, nie będzie się sprzeciwiał, byleby go nie odłączać od aparatury...

– Katastroficzna wizja. W.E.:
Badania pokazują, że mózg praktycznie nie rozróżnia stymulacji rzeczywistymi bodźcami zmysłowymi i bezpośredniego drażnienia ośrodków mózgowych odpowiedzialnych za odczuwanie określonych doznań. Przeprowadzono doświadczenie: szczurom zamontowano w klatce przycisk, którego naciśnięcie powodowało bezpośrednią stymulację ich ośrodka przyjemności seksualnej. Kiedy szczur naciskał klapkę, odczuwał przyjemność. Okazało się, że w krótkim czasie szczury zaprzestały kontaktów z innymi szczurami, tylko naciskały ową klapkę.

K.M.:
Przestawały jeść. Zdychały z rozkoszy. Wyniki tego eksperymentu nie napawają optymizmem.

– Ale człowiek ma jeszcze duszę i parę zwojów więcej niż szczur... W.E.:
Jednak z drugiej strony ludzie mają też obawy i lęki, które muszą pokonywać, by wyjść naprzeciw drugiej osobie. Poszukiwanie przyjemności w bezpośrednim kontakcie sprawiało do tej pory, że im się chciało te bariery przekraczać. Niestety, wielu ludziom nie za bardzo się dziś chce.

K.M.:
Często stoją za tym ogromne zranienia, niemożność przekraczania siebie, pracy nad sobą.

– Spotkanie z drugim człowiekiem jest nieprzewidywalne, nie da się kontrolować. Nie macie wrażenia, że ludzie mają dziś obsesję na punkcie kontroli? K.M.:
Bo daje złudne poczucie panowania nad życiem. Dlatego możemy czuć chęć ucieczki do wirtualnego świata, który sami tworzymy i nad którym jako twórcy panujemy.

W.E.:
Rozwój technologii idzie w tę stronę, by wirtualna symulacja była na wyciągnięcie ręki, w dodatku dokładnie taka, jakiej zapragniemy. Co innego kochać się z wirtualną partnerką, która zrobi i powie dokładnie to, co się nam zamarzy, a co innego spotkać się z żywą kobietą. Tu w grę wchodzą prawdziwe emocje i trudności – np. z erekcją. W dodatku trzeba ponosić emocjonalne, społeczne, moralne i zdrowotne konsekwencje własnych działa . Można np. siebie albo kogoś zarazić HIV, spłodzić dziecko, zakochać się, trzeba się liczyć z odrzuceniem, brakiem satysfakcji. Seks w realu wymaga czasu, stara , odpowiedzialności... To wielki sprawdzian. Teraz pojawia się alternatywa nieobarczona takimi kosztami i ryzykiem. Pozostaje nadzieja, że nie przestaniemy tęsknić za spotkaniem z prawdziwym człowiekiem.

– Gra „Second Life” to dowód, że światy realny i wirtualny już dziś się przenikają, granica się zaciera. W wirtualnym świecie można zarobić prawdziwe pieniądze, ktoś, komu życie w realu nie idzie, tam dostaje drugą szansę i odnosi sukces. Czym to grozi? K.M.:
Wszystko dobrze do momentu, gdy traktujemy grę jako grę. Ma wtedy plusy, bo daje szansę na odgrywanie ról, przećwiczenie czegoś, co do tej pory było dla nas trudne. Jeśli te umiejętności przeniesiemy do realu, może to pozytywnie wpłynąć na nasze życie. Jednak taka gra wciąga, doświadczenie podpowiada, że istnieje niebezpieczeństwo, że to drugie życie możeństać się tym ważniejszym. Szczególnie gdy prawdziwe życie nie jest zbyt satysfakcjonujące. Bo jeśli tutaj jestem samotny, a tam mam przyjaciół i jestem Mister Universum, to jaką mam motywację, by wracać tutaj i próbować coś robić z tym życiem, które mam dane tu i teraz?

W.E.:
Poza tym ludzie jako gatunek lubią się bawić. Zabawa to jedna z naszych podstawowych potrzeb.

– Według historyka Johana Huizingi zabawa i gra oraz związane z nimi współzawodnictwo leżą u podstaw ludzkiej natury i działania w ogóle. W.E.:
Dziś jednak widać wyraźnie, jak ta potrzeba ulega degeneracji. Ludzkość infantylizuje się w zastraszającym tempie. Ludzie fizycznie dorastają, ale psychicznie nie dojrzewają, wręcz cofają się w rozwoju. Charakterystyczną cechą psychicznego niedorozwoju jest niechęć do brania na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności. Pewnie dlatego nasza cywilizacja coraz wyraźniej przejawia tendencję do ucieczki w zabawę. Bo zabawa jest na niby, bez prawdziwych konsekwencji.

K.M.:
To inne zabawy niż te, które pomagają dzieciom w procesie dorastania. Dzieci się bawią w to, co robią dorośli (w dom, w sklep...), i ćwiczą to w bezpiecznych warunkach. Zabawy infantylnego dorosłego zwykle do niczego takiego nie prowadzą. On będzie tak długo naciskał tę klapkę przyjemności, aż jego ośrodek rozkoszy się znieczuli.

W.E.:
Można to nazwać powszechną infantylną fiksacją, która może przerodzić się w obsesję. Mamy coraz więcej  dorosłych dzieci, które interesuje jedynie rozrywka,  tymczasem poziom rozrywki oferowanej przez media i tzw. kulturę popularną staje się coraz niższy. Bo zabieganie o oglądalność każe tę rozrywkę dostosowywać do poziomu przeciętnego odbiorcy. W rezultacie intelektualna, emocjonalna i estetyczna wrażliwość przeciętnego odbiorcy spada na łeb na szyję. A człowiek, który nie podejmuje w tych dziedzi-nach wyzwań, cofa się w rozwoju. Jeśli ten proces będzie postępował, za jakiś czas część ludzi da się sprowadzić do poziomu egzystencji odpowiednio stymulowanego mózgu. Można to było oglądać w wizjonerskim filmie „Matrix”.

K.M.:
Tworzymy cywilizację uzależnień. Niedojrzały człowiek wybiera to, co mu natychmiast przynosi ulgę, zaspokojenie. Bo że-by uzyskać podobny efekt, czyli spowodować wzrost poziomu endorfin, w sposób naturalny, trzeba by się nieźle namęczyć: ćwiczenia, bieganie, taniec... Nie mówiąc o tym, że niektóre używki produkują stany nieosiągalne dla przeciętnego człowieka. Komputerowe wizje też to zapewniają. Kto się temu oprze?

– A ludzie są dziś sfrustrowani, zestresowani i rozczarowani rzeczywistością. K.M.:
I właśnie dlatego uciekają w marzenia. To są marzenia kompensacyjne, nikt w realu nie jest w stanie ich spełnić. Życie nie daje żadnej gwarancji, a ludzie się tego strasznie boją. Niektórzy mają dobrze zbudowaną strukturę psychiczną i lubią lub chociaż akceptują tę niespodziankę życia, wiedzą, że istotą egzystencji jest właśnie owo płynięcie, przemijanie. Dlatego nie wszyscy pewnie dadzą się zamknąć w kapsułach symulacyjnych. Nasza kultura nie daje takich wzorów. Mamy za to spektakularne wyjątki, na przykład społeczność amiszów.

W.E.:
To dobry przykład, bo ekstremalny, z drugiego końca skali. Amisze świadomie uciekają od zabawy polegającej na elektronicznej stymulacji. Nie mają elektryczności, pracują, żyją bogobojnie, skrupulatnie przestrzegają praw i obyczajów swojej społeczności. Z punktu widzenia cywilizacji to bardzo dobrze, że istnieją. Oni mają szansę przetrwać, gdyby np. zabrakło energii albo gdybyśmy wszyscy wylądowali w symulatorach. Można powiedzieć, że amisze i inni im podobni, dla których wartością jest stałość, prowadzą nieocenioną szkołę przetrwania na wypadek, gdyby nam się popsuły nasze ukochane zabawki.

– Co jest wartością dla nas? W.E.:
W naszej kulturze? Zmienność, różnorodność, nowość, szybkość, ekstremalna stymulacja. Wszystko to z lęku przed refleksją i zatrzymaniem się, które kojarzą się z nudą. Zapomnieliśmy, że z nudy rodzi się intuicja, inspiracja i refleksja, że nuda jest ważnym elementem procesu dochodzenia do ważnych rozwiązań. Dlatego inteligentny człowiek nie drży na myśl, że zostanie odłączony od elektronicznych stymulatorów. Wspaniały potencjał nudy został w naszej kulturze zdewaluowany. Nuda kojarzy się teraz z nieudanym życiem, jest w opozycji do sukcesu.

K.M.:
I twórczości.

W.E.:
Dziecko mówi, że się nudzi, w domu alarm. Stajemy na głowie, żeby mu zapewnić rozrywki, fundujemy jeszcze jeden film czy grę komputerową. Nie widzimy, że w ten sposób marnujemy jego twórczy potencjał. Nuda stała się współczesnym demonem, zagrożeniem. Nic dziwnego, że ludzie tak wychowani nie są w stanie wytrzymać bezcennych chwil ciszy, które są niezbędną częścią życia, okazją, by przetrawić dotychczasowe doświadczenia i wygenerować nowe pomysły, zobaczyć jasno kierunek, w którym chcemy dalej zmierzać. Zagłuszając te chwile elektroniczną stymulacją, stopniowo tracimy kontakt z własną duszą.

K.M.:
Wyrabiamy w sobie nawyk włączania telewizora i nie zauważamy, że kolejny wieczór spędzamy w cudzym świecie. Ale jest jeszcze inny aspekt nudy. Często dziecko słyszy: „nie nudź”. W ten sposób dostaje informację, że ono samo i to, co może zaproponować, jest nudne. W takim razie coś interesującego może pochodzić jedynie z zewnątrz. Stąd prosta droga do zachłyśnięcia się gadżetami, które zabijają nudę. Choćby nowymi komórkami...

– Które służą jednak komunikacji. K.M.:
Ale też zniewalają, uzależniają i tworzą iluzję bliskości. Napiszę sto SMS ów i pstryk, dostanę na nie sto odpowiedzi, jestem w kontakcie. Ale co to za kontakt?

W.E.:
W komórkowym szaleństwie ujawnia się zrodzona z niskiego poczucia własnej wartości narcystyczna potrzeba popularności. Chcemy zainteresować sobą jak najwięcej ludzi. Im więcej, tym lepiej. Udowadniamy sobie, że jesteśmy popularni. Ale popularność to tylko pozór istnienia w sercach innych.

K.M.:
Kiedyś możliwy był jedynie kontakt osobisty, z natury głębszy. Więc człowiek chciał wykonać ten ruch, włożyć nieco czasu i wysiłku w to, by ten kontakt podtrzymywać. Ale tak można się kontaktować zaledwie z kilkoma osobami. Na więcej nie starcza czasu i czegoś, co nazywam wolnymi mocami przerobowymi.

W.E.:
Potrzeba pisania olbrzymiej liczby SMS ów czy maili, którą odczuwa dzisiaj znaczna część młodzieży, jest często rozpaczliwym wołaniem o pomoc: pamiętaj o mnie, jestem, jestem!, wyrazem głębokiej niepewności i samotności.

K.M.:
A oni sobie przypuszczalnie wyobrażają, że są w niezwykłej przyjaźni z ludźmi. Bo reklamy tak to pokazują. Esemesuj, a będziesz zaprzyjaźniony z całym światem.

– W tej rozmowie pomijamy dotąd aspekt oczywisty. Czy można żyć bez fizycznego kontaktu z innymi? Eksperyment Harry’ego Har-lowa („Natura miłości”, 1958) pokazał, że małpki karmione przez drucianą matkę zastępczą, wychowywane bez dotyku marniały... W.E.:
Głaskanie ego nie zastąpi głaskania ciała. Póki więc nie ma takich możliwości, ludzie nie zrezygnują z kontaktów osobistych. Ale niebezpieczne jest to, co nasza kultura robi z dotykiem. Może się okazać, że będziemy wręcz zmuszeni do zamykania się w symulatorach dotykowych... Dotyk stał się podejrzany jako wyraz ukrytych, niewłaściwych emocji i motywacji. Coraz mniej dla niego miejsca w przestrzeni publicznej, a nawet prywatnej. Mężczyźni nie chcą się dotykać, bo boją się posądzenia o homoseksualizm, ojcowie i matki boją się dotykać dzieci, by nie być posądzeni o molestowanie, ba... mężczyźni boją się z tych samych powodów dotykać kobiet. Na szczęście rośnie kontrkultura wobec dominującej antydotykowej kultury. Ludzie chcą doświadczać kontaktu i bliskości, chcą żyć życiem odpowiedzialnym, doniosłym i brzemiennym w konsekwencje. Wierzę, że tej tęsknoty się nie da z ludzkich serc ani wyplenić, ani zastąpić nawet najdoskonalszym, elektronicznym symulatorem.

K.M.:
Życie się nie da zabić.

W.E.:
Ani zabawić na śmierć.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze