1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Filmoterapia: „The Square”. Ufam, ale…

Filmoterapia: „The Square”. Ufam, ale…

Fot. materiały prasowe
Fot. materiały prasowe
Podobno szlachectwo zobowiązuje, ale czy dzisiejsze „wyższe klasy” są skłonne do empatii i pomocy innym?

„The Square”, najnowszy film Rubena Östlunda, tegorocznego zwycięzcy z Cannes, nie pozostawia złudzeń. O sporze między naturą a kulturą – z Grażyną Torbicką rozmawia Martyna Harland.

Dawno tak dobrze nie bawiłam się na filmie. A ty?

Ja też bawiłam się znakomicie! Rzadko kiedy zdarza się, żeby w konkursie takiego festiwalu jak Cannes znalazł się film, który z jednej strony zapewnia ci rozrywkę, a z drugiej – dotyka tak głębokich i ważnych spraw społeczno-obyczajowych. A nawet z pogranicza filozofii. O to przecież chodzi w kinie. Co prawda z tego filmu nie wychodzi się pokrzepionym, ale w trakcie oglądania dostarcza on wiele przyjemności.

Bardzo trudno jest zrobić inteligentną komedię, tak żeby żart trafiał do widza...

No właśnie, ale czy zamierzeniem reżysera, Rubena Östlunda, było zrobienie gatunkowej komedii? On po prostu przedstawił historię, która pokazuje nas samych, współczesny świat i współczesnych ludzi. Najzabawniejsi okazali się ci pochodzący z tzw. wyższych sfer. Właśnie ich reżyser poddał głębokiej analizie. Ostatecznie okazało się, że my wszyscy jesteśmy bardzo śmieszni. Niczym z Mikołaja Gogola.

Czym jest tytułowy kwadrat, „the square”?

Tytuł filmu – „The Square” – pochodzi od artystycznego projektu, który został zrealizowany w Vandalorum Museum na południu Szwecji. Główny bohater filmu Christian, kurator Muzeum Sztuki Nowoczesnej, wiąże z tą instalacją wielkie nadzieje. Tytułowy kwadrat jest miejscem, w obrębie którego każdy z nas sprawdza swoją zdolność do zaufania drugiemu człowiekowi. Na tym polega istota tego pomysłu i właściwie na tym też opiera się cała historia w filmie. Testujemy to, w jakim stopniu jesteśmy zdolni do empatii, na ile jesteśmy w stanie wyjść poza ramy otaczającej nas rzeczywistości – w zależności od tego, do jakiej klasy społecznej się zaliczamy. Wydawałoby się, że przynależność do „klasy wyższej” wiąże się z byciem kulturalnym, zdolnością do empatii, do pomocy drugiemu człowiekowi. Reżyser robi nam sprawdzian z tego, czy rzeczywiście tak jest. Odwieczny spór na linii natura kontra kultura.

(…)

Więcej w październikowym numerze magazynu SENS.

Wydanie 10/2017 dostępne jest także w wersji elektronicznej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Lekcja miłości" - film o sile, która rodzi się z szacunku do swoich potrzeb

Dokument „Lekcja miłości” (reż. Małgorzata Goliszewska, Katarzyna Mateja) dostępny jest na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)
Dokument „Lekcja miłości” (reż. Małgorzata Goliszewska, Katarzyna Mateja) dostępny jest na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Film „Lekcja miłości” pokazuje, że hasło „w każdym wieku można zmienić swoje życie” nie jest tylko sloganem z wykładów motywacyjnych. Ale wcześniej trzeba umieć zadbać o siebie. O sile, która rodzi się z szacunku do swoich potrzeb – rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. 

Martyna Harland: Po obejrzeniu „Lekcji miłości” zakochałam się w głównej bohaterce, pani Joli. Grażyna Torbicka:
Bo pani Jola jest fascynująca! Ten film ogląda się ze względu na nią. Myślę, że jest urodzoną aktorką, kamera ją kocha i ona kocha kamerę. Ileż ma w sobie wdzięku, ile uroku osobistego, to coś niesamowitego! Przyglądasz się tej kobiecie i nie jesteś w stanie zrozumieć, jak to możliwe, że spędziła wiele lat życia z mężem alkoholikiem. Widzimy go w filmie gdzieś z daleka, jak leży w barłogu – bo inaczej tego nazwać nie można, i ubliża bohaterce w każdym zdaniu. To pozostaje dla mnie niezrozumiałe, bo film nie analizuje tego, do czego dochodziło w jej przeszłości. Chyba celowo. Najważniejsze jest to, że dzisiaj pani Jola ma na twarzy cudowny uśmiech. A młode reżyserki Małgorzata Goliszewska i Katarzyna Mateja uwieczniły go w filmie. Odnoszę wrażenie, jakby pani Jola całe życie czekała na to, aż coś podobnego się wydarzy.

Dla mnie jest kolorowym ptakiem, który nie stracił nic ze swojej natury, mimo tego, co go w życiu spotkało.
Myślę, że jej wygląd i zamiłowanie do pięknych sukienek to po części efekt długiego pobytu we Włoszech, gdzie ludzie mają w genach przywiązanie do detalu i dbania o wygląd. To prawda, że pani Jola ma radość w oczach, mimo tego wszystkiego, czego doświadczyła. Ma potrzebę zadbania o siebie. Mąż mówi o niej, że jest trochę „łobuziarą”, i coś w tym jest.

Zachwycam się tym filmem, bo pokazuje, że nigdy nie jest za późno na to, żeby zadbać o swoje szczęście.
Dzisiaj żyjemy w czasach, w których powtarzamy jak mantrę, że w każdym wieku można zmienić swoje życie. Tak, to prawda. Jednak dla mnie ważny jest jeszcze inny aspekt dbania o siebie, bo uważam, że kiedy nie zwracamy uwagi na to, co zewnętrzne, lekceważymy także nasze wnętrze. Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie – najpierw warto porozmawiać z samym sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Dopiero wtedy zyskujemy siłę potrzebną do tego, żeby wpływać na świat. Uważam, że bohaterka tego dokumentu jest niezwykle silną postacią i na swój sposób zawsze walczyła o siebie.

A mnie się wydaje, że w zadbaniu o siebie przeszkadzały jej niektóre przekonania, którymi długo karmiono kobiety. „Wszyscy mi mówili: trzeba być dla innych. Na dobre i na złe. Tyle lat się męczyłam przez te słowa” – stwierdza w pewnym momencie.
Siłę tych przekonań dobrze pokazuje scena rozmowy z księdzem, który nie znajduje odpowiedzi, kiedy bohaterka pyta go: „A jeśli człowiek, z którym jestem przez całe życie, krzywdzi mnie, to muszę dalej go kochać?”. Ona sama zastanawia się pewnie nad tym już od lat... Dlatego uważam, że ten filmowy portret jej się należy, podobnie jak innym kobietom, które tkwią w życiowym marazmie, nie wiedząc, co zrobić. Być może nie mają w sobie tyle wewnętrznej siły co pani Jola. Zauważ też, że po wielu latach bycia krzywdzoną przez męża ona nie zamyka się na miłość. W wieku 70 lat wiąże się z innym mężczyzną. To dla mnie ciekawe i zaskakujące, bo przecież mogłaby tylko przyjmować adorację mężczyzn, której wyraźnie potrzebuje. Pani Jola nie jest pewna, czy pragnie tego związku, mimo że jej nowy partner chciałby, żeby jak najszybciej zamieszkali razem. Dlatego upewnia się, czy będzie dla niej dobry i nie będzie jej krzywdzić. Obawia się, że gdy powie „tak”, stanie się w pewnym sensie jego własnością. Czuje, że ta nowo zdobyta wolność jest niezwykle cenna. Dla niej ważne jest towarzystwo, świetnie czuje się na potańcówce czy w kawiarni, zaproszona na kawę.

Pani Jola ma w sobie coś z hollywoodzkich aktorek lat 50. Jest mieszanką ikonicznych postaci kobiet, takich jak Rita Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. (Fot. materiały prasowe) Pani Jola ma w sobie coś z hollywoodzkich aktorek lat 50. Jest mieszanką ikonicznych postaci kobiet, takich jak Rita Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. (Fot. materiały prasowe)

Po obejrzeniu filmu powiedziałaś mi nawet, że pani Jola jest „rodem z Hollywood”. Dlaczego tak myślisz?
Bo przypomina mi wszystkie aktorki amerykańskie lat 50., gdy w kinie europejskim panował neorealizm włoski, liczyły się naturalizm i twarze bez makijażu. Tymczasem kino hollywoodzkie proponowało nam pięknie ufryzowane, wymalowane kobiety z czerwoną szminką na ustach. Nawet na czarno-białych filmach wiedzieliśmy, że te usta są czerwone! Pani Jola ma w sobie coś z Rity Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. Jest mieszanką różnych ikonicznych postaci kobiet.

Mam nadzieję, że nas teraz czyta! A czy pamiętasz dokument „Optymistki” Gunhild Magnor, w którym kobiety 80+ zakładają drużynę siatkarską? W jednym z odcinków programu „Kocham Kino” prof. Jerzy Vetulani powiedział, że według niego te kobiety nie są szczęśliwe, bo nie mają kontaktu międzypokoleniowego z rodziną. W „Lekcji miłości” też nie ma rodziny pani Joli.
I moim zdaniem pani Jola jest z tym szczęśliwa. Co prawda niewiele o niej wiemy, jednak możemy ją w tym filmowym portrecie podziwiać. A co dzieje z jej dziećmi? Tego film nie ujawnia. Poznajemy jedną z córek, która jest daleka od wizerunku, jakiemu jest wierna jej matka, są jakby z innego świata, ale to wszystko.

A czemu właściwie pytamy o dzieci? Czy naprawdę kobietę trzeba zawsze oceniać przez pryzmat rodziny i tego, jaką była matką?
No właśnie, zobacz, jak mocno jesteśmy tym obciążeni. Od razu pojawia się wątek, czy dbała o dzieci... A przecież nie wiemy, jak było. Dlatego ja staram się nie analizować, tylko się przyglądam.

Zdziwiły mnie niektóre reakcje na ten film, szczególnie starszych mężczyzn, których główna bohaterka irytowała. Jak myślisz, dlaczego?
Pewnie dlatego, że jest niezależna w myśleniu. Stać ją na to, żeby powiedzieć: „Teraz to ja jestem ważna”. A to w naszej kulturze rzadkość. Bo dlaczego jej nie lubić?

Bo kocha siebie, a to nie wypada?
Może chcielibyśmy widzieć, jaką udrękę przechodziła, wychowując dzieci, kiedy była znieważana przez męża. Tymczasem pani Jola pyta: „A dlaczego nie można mieć dwóch mężów?”. I to jest bardzo ciekawe pytanie. Cieszę się, że miała okazję powiedzieć to do kamery, prawdopodobnie wiele kobiet ma podobne zdanie. Mam ogromny szacunek do tej bohaterki, dlatego że to wcale niełatwe pamiętać o tym, że trzeba o siebie w życiu dbać. I nie chodzi mi o to, żeby wyglądać jak dziewczyny na plakatach reklamowych, ale o szacunek do samej siebie. Harmonię zewnętrzności z naszym wnętrzem, które jest widoczne również poprzez nasz wygląd. Jednak utrzymanie takiej spójności i równowagi wymaga dużo wysiłku, bo kobiety są bardziej niż mężczyźni uzależnione od biologii, a do tego dochodzą różne obciążenia kulturowe i rodzinne. Mówimy o kobietach, ale dbanie o siebie dotyczy również mężczyzn. I oni powinni starać się podobać swoim partnerkom. Cieszę się, że pani Jola wreszcie spotyka mężczyznę, który jest kulturalny i docenia jej starania.

Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie, najpierw warto porozmawiać ze sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. (Fot. materiały prasowe) Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie, najpierw warto porozmawiać ze sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. (Fot. materiały prasowe)

Historia pani Joli może być filmoterapeutyczna dla kobiet, które chciałyby zawalczyć o siebie, swoje życie i szczęście. Ale dla kogo jeszcze według ciebie?
Ja bym chciała, żeby ten film obejrzeli mężczyźni. Po to, żeby dostrzegli, jak cudowne kobiety mają obok siebie!

Dla mnie ten film to także lekcja najważniejszej miłości – do siebie.
Przyznam, że jakoś nie do końca wygodnie mi z tym pojęciem „samomiłości”. Lepiej się czuję, kiedy wiem, że komuś pomogłam i byłam dla kogoś, a nie dla siebie. Muszę się jeszcze nad tą lekcją miłości zastanowić...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

  1. Kultura

"Pojedynek na głosy" - o filmie rozmawiają Martyna Harland i Grażyna Torbicka

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pojedynek na głosy", reż. Peter Cattaneo. (Fot. materiały prasowe)
Przekonanie, że wojna to męska rzecz, dobrze się trzyma. Może dlatego niewiele wiemy o tym, jak wygląda codzienność żon czynnych żołnierzy. Ich sposobom na zniesienie samotności i lęku o nieobecnych w komediodramacie „Pojedynek na głosy” przyglądają się filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: Przyznam się, że zapowiedź „Pojedynku na głosy” trochę mnie zniechęciła. Opowieść o żonach wojskowych, które wiecznie czekają na swojego mężczyznę, niczym współczesne Penelopy... Nigdy nie potrafiłam zrozumieć takiej postawy, jednak po tym filmie nie jest to już dla mnie takie jednoznaczne. Grażyna Torbicka: A mnie właśnie to przy tym filmie przytrzymało. Nie wiedziałam, że dziś koszary nadal funkcjonują w taki sposób, że żołnierze zawodowi mieszkają w nich z całymi rodzinami, tworzą odrębną społeczność. I kiedy mężczyźni jadą na misję, ich żony − jak mówisz, współczesne Penelopy − muszą odnaleźć się w tej sytuacji. Co więcej, wśród nich również funkcjonuje hierarchia, w zależności od pozycji ich mężów w armii. Dlatego żona szeregowca nie bardzo ma prawo zabierać głos... Ten archetypiczny podział na wojownika i jego kobietę, która nieustannie czeka na jego powrót, był dla mnie intrygujący, bo co jeszcze w takiej historii może się wydarzyć?

Wyobrażasz sobie, że też mogłabyś być żoną wojskowego?
W pewnym sensie moja sytuacja jest podobna, bo mój mąż jest lekarzem i kiedy idzie do pracy, ta walka o czyjeś życie jest czasem nawet groźniejszym frontem niż wojna, szczególnie dzisiaj. Ciężko chory pacjent wzywa, i to jest najważniejsze; nie ma znaczenia, że mieliście zrobić razem coś, na czym ci zależało. Nie powiesz przecież: „To ja już dziękuję”, tylko robisz na chwilę krok w tył.

Czyli pewnie nie miałaś do tych bohaterek takiego nastawienia jak ja na początku?
Raczej widziałam, że one przyjmują określone zasady, bo nie mają innego wyjścia. A potem każda z nich wraca do siebie i przeżywa silne frustracje, bo ten model związku i życia jest dla nich bardzo ciężki. To film, który trochę z innej strony – bo z perspektywy kobiet i żon wojskowych – pokazuje nam, jak beznadziejnym zjawiskiem jest wojna, bo rani nie tylko będących na froncie, ale także ich bliskich, pozornie bezpiecznych. Bohaterki są szczęśliwe tylko wtedy, gdy są razem z partnerami, przy czym cały czas mają świadomość, że wkrótce zostaną oni wysłani na kolejną misję.

Jedna z kobiet mówi: „nie możemy protestować przeciwko wojnie, my ją poślubiłyśmy”...
I tak jest, one z jednej strony są przecież przeciwne wojnie, a z drugiej – pokochały akurat żołnierza. Ten film pokazał mi także bezsensowność podziału na to, co męskie i kobiece, w kontekście wojny.

Przypomniał mi się film „53 wojny” Ewy Bukowskiej, w którym główna bohaterka nieustannie ogląda wiadomości, zastanawiając się, czy jej mąż, korespondent wojenny, jeszcze żyje. Tutaj jest podobnie, kobiety czekają na telefon z drżącym sercem, nie potrafiąc przekierować uwagi na swoje życie. Przynajmniej do czasu, gdy zaczynają śpiewać w chórze.
Ten chór staje się dla nich próbą solidarności, znalezienia czegoś, co spowoduje, że poczują wzajemną więź i wsparcie. Jednak tak dzieje się dopiero od pewnego momentu, bo na początku bohaterki spotykają się na próbach tylko po to, żeby zabić czas. A gdy wracają do domu, każda z nich cierpi i szuka sposobu, żeby zabić swój niepokój, wiele z nich sięga po alkohol.

To ciekawe, co powiedziałaś, że kobieca solidarność nie rodzi się od razu. To proces powolnego zgrywania się nawzajem.
Który rozpoczyna się od momentu, gdy zauważają rywalizację dwóch głównych bohaterek, Kate i Lisy, z których każda ma silne cechy przywódcze. Ten konflikt scala resztę kobiet, bo czują, że tak nie powinno być, że potrzeba im wzajemnego wspierania się. Wszystkie są przecież w tej samej sytuacji. Każda z nich dobrze wie, co to znaczy czekać na wiadomość i że dzwonek do drzwi może zwiastować informację o śmierci męża. I kiedy rozumieją, że jeśli się połączą, to mogą być naprawdę silne – chór staje się dla nich terapią.

Od momentu, gdy zrodziła się wspólnota tych kobiet, zaczęłam śpiewać razem z nimi utwór „Time after time”. Nie mogłam się powstrzymać. We mnie także obudziło się poczucie wspólnoty.
I o to chodzi w tej filmowej terapii kobiet poprzez śpiew!

Kadr z filmu 'Pojedynek na głosy', reż. Peter Cattaneo. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Pojedynek na głosy", reż. Peter Cattaneo. (Fot. materiały prasowe)

Poruszyła mnie scena, gdy jedna z bohaterek mówi, że Rocky z filmu pod tym samym tytułem też się nie poddał i dopiero za trzecim razem wygrał. Ten film daje dużo motywacji. A co ciebie najmocniej poruszyło? Pamiętasz scenę, kiedy bohaterki wchodzą do autobusu i wyjeżdżają na występ do Royal Albert Hall? Czułam, że główna bohaterka, Kate, musi w pewnym momencie okazać jakąś słabość, że musi dojść do jakiegoś wybuchu, inaczej nie będzie w stanie wyzwolić się z tego, co ją zabija od środka każdego dnia. I kiedy dowiedziała się, że Lisa napisała piosenkę, w której wykorzystała słowa jej syna bez spytania jej o zgodę, wyrzuciła z siebie złość w kompletnie niekontrolowany sposób. To bardzo dobra scena. Przypomniała mi, że warto być w grupie, dostrzegać potrzeby, radości i słabości innych osób. One pozwalają nam zauważyć nasze własne, a jeśli zamykamy się w swoim świecie – jak zrobiła to Kate – to nie jesteśmy w stanie sobie pomóc.

Naszą siłą jest także okazywanie słabości.
Dokładnie tak, tylko trzeba to potrafić zrobić. Odważyć się.

Ja nie bardzo lubię mówić o swoich problemach w szerszym gronie, dlatego średnio odnalazłabym się w takiej grupie kobiet...
Ja też nie. Ale nawet jeśli nie potrzebuję się uzewnętrzniać przed innymi kobietami, to już samo bycie z nimi i obserwowanie ich sposobu myślenia pomaga mi rozwiązać problem, bo daje mi samoświadomość.

Dla kogo ten film mógłby być terapeutyczny? Może dla nas wszystkich, bo siła tkwi w byciu razem. Tylko jak się zgrać z drugą osobą pomimo różnic. A może właśnie zacząć wspólnie śpiewać?
Kobiety na wsiach robiły to od zarania dziejów... Jest tylko jedno „ale”. Warto śpiewać po to, żeby złapać oddech i otworzyć się przed innymi albo przed samą sobą. Po to, żeby problemy wyszły na jaw, a nie po to, by je przykrywać. Rozmawiamy w momencie, kiedy w Polsce parlament zaczyna się zastanawiać nad wycofaniem się z tzw. konwencji stambulskiej, która mówi m.in o zapobieganiu przemocy domowej. Nie chciałabym więc, żeby w naszej rozmowie wybrzmiał przekaz, że jeśli kobiety spotkają się razem i pośpiewają, to od razu zrobi im się lepiej. Nie, jeśli nie zrobią nic więcej, to wszystko zostanie po staremu.

Wydaje mi się, że aby mówić czy śpiewać jednym głosem, potrzebujemy odbudować dzisiaj szacunek do drugiego człowieka. Tylko jak to zrobić, skoro tyle nas dzieli?
To jest rodzaj edukacji społecznej i świadomości, że tolerancja to nie jest tylko ta przez duże „T”. To także drobne rzeczy, jak spojrzenie komuś w oczy w windzie, powiedzenie „dzień dobry”, „przepraszam” osobie, której przez nieuwagę zajechałaś w sklepie drogę koszykiem. Otwartość i codzienna tolerancja budują szacunek do drugiego człowieka. Jednak tego rodzaju postawy obywatelskiej u nas brak i wypracowanie jej jest zadaniem dla nas wszystkich. A biorąc pod uwagę to, jak mocno jesteśmy dzisiaj podzieleni i nie potrafimy ze sobą rozmawiać, jeśli różnimy się w swoich opiniach – będzie to bardzo wyboista droga. „Pojedynek na głosy” mógłby być wspaniałym punktem wyjścia do rozmowy i pojednania dla nas wszystkich. Przecież główne bohaterki – Kate i Lisa również mocno się różnią, a jednak odnajdują drogę do porozumienia.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino TVP2.

  1. Kultura

Zwyczajność w najlepszej odsłonie. O filmie „Babyteeth” rozmawiają Martyna Harland i Grażyna Torbicka

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Babyteeth". Od 7 sierpnia produkcję będzie można oglądać w kinach. (Fot. materiały prasowe)
Dla nastoletniej Milli i jej bliskich „tu i teraz” to nie puste hasło, a niepowtarzalna okazja, by wzajemnie cieszyć się sobą, póki życie jeszcze trwa. O tym, czego uczą nas bohaterowie filmu „Babyteeth”, rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. Od 7 sierpnia "Babyteeth" będzie można oglądać w kinach. 

Milla, główna bohaterka filmu „Babyteeth”, to ciężko chora nastolatka, która mimo wszystko stara się poznawać smak życia i przekraczać granice. Co w takim ukazaniu tematu cię zaskoczyło?
Przyznam, że kiedy przeczytałam opis filmu, nastawiłam się na dość przewidywalną opowieść… Jednak reżyserce Shannon Murphy udało się mnie zaskoczyć! Choćby tym, że nie zabiera widza od razu do sali szpitalnej, nie każe mu oglądać kroplówek, zimnych białych gabinetów czy smutnych ścian. Za to pokazuje bardzo fajną rodzinę i widoczną w niej olbrzymią chęć zachowania pozytywnej energii i myślenia o tym, co dobre. Radzenia sobie z trudną sytuacją przez zachowanie wszystkiego, co cenimy w życiu najbardziej: bycia razem, uśmiechu, wsparcia, zabawy. To opowieść o zwyczajności, ale w najlepszej odsłonie. Mimo trudnej sytuacji bohaterowie prawdziwie doceniają każdą chwilą w życiu, a my, ludzie niedotknięci chorobą, często tego nie potrafimy. I to jest moim zdaniem największa siła „Babyteeth”!

Poza tym podobała mi się plastyczna forma filmu, pastelowe barwy świata, który widzimy z perspektywy Milli. Twórcom udało się uniknąć sentymentalizmu. To ciekawe, ale nie czułam żalu podczas oglądania tego filmu. Po prostu byłam z tą rodziną i chciałam, żeby wszystko dobrze jej się ułożyło.

Przypomniał mi się teraz poruszający dokument „Joanna” Anety Kopacz, który również opowiada o chorobie nowotworowej. Obawiałam się trochę, że „Babyteeth” będzie ciężki w odbiorze, zwłaszcza że oglądałam go w niełatwym dla mnie czasie i nie miałam siły na takie trudne emocje. Okazało się jednak, że w tym filmie najważniejsze jest życie.
W dodatku zobacz, jak niesamowite wzajemne zrozumienie panuje w tej rodzinie. Rodzice akceptują pierwszą młodzieńczą miłości Milli – Mosesa. Dziewczyna poznała go na peronie kolejki miejskiej i gdyby była zdrowa, prawdopodobnie rodzice byliby mniej wyrozumiali, bo chłopak, który jest życiowym outsiderem, to nie wymarzona partia dla jedynaczki... Jednak w tej sytuacji muszą się zastanowić, co właściwie złego jest w tym nastolatku. Dlaczego nie dać mu szansy? Może ta miłość czy przyjaźń go odmieni? Zaufanie może przywrócić Mosesowi wiarę w człowieka, w więzi rodzinne, bo wcześniej ze strony dorosłych spotykały go tylko rozczarowania.

Z pozycji dorosłego rzeczywiście można by powiedzieć, że Milla zakochuje się chyba w najgorszym możliwym chłopaku. A jednak to on w pewnym momencie przywraca radość w jej rodzinie. I może to lekcja dla nas wszystkich: zadbać o szczęście bliskiej osoby,o jej potrzeby, a to szczęście i nas obejmie?
A trzeba powiedzieć, że to jest bardzo ryzykowny pomysł scenariuszowy, który mógł się różnie skończyć na ekranie. Mogliśmy nie uwierzyć w postać Mosesa ani w ten związek... Wiemy przecież, że momentami jest w domu Milli tylko dlatego, że ma tam zapewniony dostęp do środków odurzających, bo tak umawia się z jej ojcem. To oczywiście niemoralne, jednak akceptujemy tę sytuację, bo widzimy, że na naszych oczach chłopak zmienia się i staje się częścią tej rodziny.

Mówisz, że to niemoralne, ale rodzice Milli zrobią wszystko, żeby ich córka była szczęśliwa. Chciałabym być tak otwartym i uważnym na potrzeby mojego dziecka rodzicem.
Tak jak mówisz, rodzice są niesamowicie skupieni na potrzebach Milli. Jednak zarazem nie zapominają o sobie. Każde z nich realizuje swoje małe potrzeby, a nawet grzeszki. Matka ciągle bierze leki uspokajające, żeby w ten sposób ukoić swój ból. Dostaje je od męża psychoterapeuty, który wie, że musi zachować spokój, zwłaszcza gdy jego żona dostaje ataku histerii. Dla niego swego rodzaju oderwaniem od problemów okazuje się obserwowanie sąsiadki z naprzeciwka, która jest w ciąży, co prawdopodobnie przypomina mężczyźnie ten czas, kiedy to oni z żoną oczekiwali dziecka. Oboje byli szczęśliwi, wszystko wydawało się piękne. Teraz nawzajem próbują sobie pomóc i tolerują swoje słabości. Myślę, że to bardzo ważne, żeby w małżeństwie potrafić to zaakceptować.

Interesujące jest też i to, że australijska reżyserka pokazuje mężczyzn, którzy mają w sobie niebywałą wrażliwość, dobrze rozumieją kobiety i są wobec nich czuli.

A czy nie przyszła ci do głowy taka myśl, że Moses mógłby się bardziej „poświęcać” dla Milli, starać się mocniej okazywać jej miłość, skoro ona jest tak ciężko chora?
Nie wiem, czy on w ogóle wiedział, co to znaczy miłość... Jednak zaufałam mu, myślę, że czuł coś do Milli. Nawet jeśli tylko grał w grę, która polegała na dawaniu szczęścia Milli, to ona mu to szczęście „zwracała”. I było im razem dobrze.

Mówię o tym, bo w pewnym momencie rozgrywa się dość dramatyczna scena, którą byłoby mi łatwiej zaakceptować, gdybym wierzyła, że Mosesem kieruje miłość. A tak nie było...
Ale to przecież Milla prosi go, żeby jej pomógł! Zresztą to doskonale przemyślana i wyreżyserowana scena. Wcześniej w wielu momentach śmiejemy się, wzruszamy, ale nie z żalu, tylko dlatego, że czujemy się dobrze, a ta scena mogłaby wszystko zepsuć. Byłaby nieznośnie patetyczna, gdyby nie pewien komiczny element...

Przyznam się, że jedyną rzeczą, która mnie drażniła w pierwszej chwili, była teatralna wręcz rozpacz matki. Jednak pomyślałam, że bez niej mogłabym nie uwierzyć w tę historię, bo przecież nawet jeśli myślimy, że jesteśmy na coś przygotowani, to, doświadczając bólu, wszyscy zachowujemy się tak operowo i dramatycznie żałośnie.

Jakie emocje wywołał w tobie ten film? We mnie wiele trudnych: smutek, wzruszenie, jednak przyniósł mi oczyszczenie także.
Przede wszystkim zobaczyłam w tym filmie światło. Chociaż nigdy nie byłam w Australii, ten kraj wydaje mi się tak daleki od naszej europejskości, naszych problemów i podporządkowania całego życia chorobie, jeśli nas dotknie. Ludzie chyba potrafią tam inaczej spojrzeć na życie i zachować nadzieję.

Dla kogo ta historia mogłaby być terapeutyczna? Ja pokazałabym ludziom w wielkim smutku. Bo nawet jeśli wydaje ci się, że bardzo ciężko chorujesz, to jednak okazuje się, że możesz zawsze doświadczyć czegoś pięknego.
Moim zdaniem ten film niesie bardzo uniwersalne przesłanie. Mówi nam wszystkim, żeby nie marnować żadnej chwili w życiu, bo nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień.

Gdy oglądałam „Babyteeth”, zadawałam sobie pytanie: co powinnam zrobić już teraz, jeśli chciałabym odejść pogodzona z życiem? Myślę, że można nawet zrobić sobie takie ćwiczenie po tym filmie.
A ja zastanawiam się, czy potrafiłabym zachować tyle energii co ta filmowa rodzina w podobnej ekstremalnej sytuacji. I powiem szczerze, że nie wiem...

Grażyna Torbicka
, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu „Kocham Kino” w TVP2.

Martyna Harland, 
autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” w TVP2.

  1. Kultura

O filmie "Nie ma nas w domu" rozmawiają Martyna Harland i Grażyna Torbicka

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Nie ma nas w domu". Od 25 lipca produkcję będzie można oglądać na HBO GO. (fot. materiały prasowe)
Brytyjczyk Ken Loach od lat skupia się na peryferiach społeczeństwa, jednak jego obserwacje są uniwersalne. Czego uczy jego film "Nie ma nas w domu" – zastanawiają się filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. Od 25 lipca produkcję będzie można oglądać na HBO GO.

Martyna Harland: Filmoterapeutyczne rozmowy rozpoczęłyśmy dokładnie trzy lata temu od filmu „Ja, Daniel Blake” Kena Loacha. Wtedy podobało mi się to, że główny bohater walczy o siebie i swoje prawa. Ty zwróciłaś uwagę na ludzi, którzy są bardziej wrażliwi, słabsi lub chorzy i potrzebują pomocy. Dziś wracamy do Loacha, bo w jego najnowszym filmie „Nie ma nas w domu” znów mamy podobną sytuację. Grażyna Torbicka
: I jak zawsze u tego reżysera, trudno winić bohaterów za to, że w takiej sytuacji się znaleźli. Przecież nie można powiedzieć, że to z powodu lenistwa. Oni chcą coś zrobić, tyle że zazwyczaj już na starcie nie mają możliwości ani siły przebicia. Są uzależnieni od systemu społecznego. Para z dwójką dzieci, z którą spotykamy się w tym filmie, jest w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Rodzice ledwo wiążą koniec z końcem. Jednak głównemu bohaterowi wydaje się, że jeśli weźmie sprawy w swoje ręce: zainwestuje w nowy samochód i zostanie kurierem, zyska niezależność i polepszy byt swojej rodziny. Pracodawca przekonuje Ricky’ego, że będzie mógł decydować o czasie pracy i wreszcie stanie się panem swojego losu.

Gdy tylko zobaczyłam tę scenę, zaczęłam się martwić. Czułam, że to nie będzie takie proste.
Ricky nie ma nikogo, kto mógłby go przestrzec. Być może jego żona ma trochę obaw, ale chce wierzyć, że ich życie się odmieni na lepsze. Jednak oboje wpadają w pułapkę niekończącej się pracy. Do ich ciągłej nieobecności nawiązuje właśnie tytuł „Nie ma nas w domu”. Ricky i Abbie pracują od świtu do nocy, nie mają czasu dla dzieci, nie rozmawiają z nimi, a jedynie udzielają instrukcji przez telefon: „odrób lekcje” czy „wyjmij obiad z lodówki”. Chcieli zapewnić córce i synowi lepszą przyszłość, a tracą z nimi kontakt, rodzina rozpada się na naszych oczach.

Mężczyzna zakłada własny biznes i pracuje ponad siły. Jednak syn Seb, który dzięki decyzji ojca ma mieć lepsze życie, nie docenia jego wysiłków, nie szanuje go. Z kolei żona wyrzuca Ricky'emu, że nie było go, gdy rodzina go potrzebowała. Nie da się tego nijak pogodzić...
Bo to niemożliwe do pogodzenia... Czy naprawdę lepiej byłoby, gdyby Ricky stał się bezrobotny, ale przychodził na wszystkie wywiadówki syna?! Nie sądzę, przecież ta rodzina nie ma za co żyć. To sytuacja „być albo nie być”, a nie uciekanie w pracę, co robi dziś wiele osób pod pretekstem troski o rodzinę.

A jaka powinna być twoim zdaniem rola pracy w życiu?
Oboje z mężem mamy to szczęście, że robimy to, co lubimy, co daje nam głównie bodźce pozytywne. Praca jest dla mnie elementem rozwoju, sposobem poznawania świata i bardzo trudno byłoby mi z niej zrezygnować. Nawet kiedy jestem zmęczona, to jednocześnie moja praca daje mi siłę, zyskuję dzięki niej nowe pokłady wewnętrznej energii.

Dla kogo ten film może być najbardziej terapeutyczny: pracodawców, zapracowanych rodziców? Komu byś go pokazała?
Życie we współczesnym świecie wymaga od nas biegu sprintem, a jednocześnie niezwykłej czujności na drugiego człowieka. Jednak nie sposób być bez przerwy empatycznym wobec bliskich: każdy z nas ma przecież gorszy dzień, źle się czuje, ma problemy w pracy. Dlatego powinniśmy zadbać także o siebie, bo tylko dzięki temu jesteśmy w stanie dbać innych. Ricky'emu tego brakuje i w tym sensie ten film może być terapeutyczny dla wszystkich osób, które znalazły się w podobnej sytuacji i nie widzą z niej wyjścia. Może dawać widzom poczucie, że nie są osamotnieni.

A ja znalazłam tu pozytywne przesłanie, jak choćby podczas rozmowy Seba z policjantem, który mówi: „Słuchaj, młody, najważniejsze, co masz, to rodzina, która się tobą interesuje”. Czy takie, że pomimo ciężkiej sytuacji Ricky i Abbie trzymają się razem, nie wylewają na siebie frustracji.
Tak, oni naprawdę chcą, żeby w ich życiu było lepiej. Starają się ze wszystkich sił. Muszą ciężko pracować, jednak potrafią rozmawiać i wspierać się nawzajem. Tego możemy się od nich uczyć. Podobnie jak druga przytoczona przez ciebie scena, która w prosty sposób przypomina nam, jak ważne jest, być żyć świadomie. Przez jedną chwilę nieuwagi można kogoś bardzo skrzywdzić. Podziwiam Kena Loacha za to, z jaką konsekwencją przygląda się ludziom pokrzywdzonym przez los. Bierze ich pod swoje skrzydła, żeby pokazać nam ich problemy.

Grażyna Torbicka
, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu „Kocham Kino” w TVP2.

Martyna Harland, 
autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” w TVP2.

  1. Kultura

O filmie "Nasz czas" rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Nasz czas" (fot. materiały prasowe Gutek Film)
Bohaterowie „Naszego czasu” Carlosa Reygadasa prowadzą wielkie ranczo w Meksyku. Mają dzieci, odnieśli sukces, wydają się spełnieni. A jednak ich związek nie jest tym, na co wygląda. Nad konsekwencjami igrania z miłością zastanawiają się filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. 

Martyna Harland: "Nasz czas" Carlosa Reygadasa opowiada o otwartym związku. Reżyser sam gra w nim główną rolę - męża, który podgląda swoją żonę, gdy ta sypia z innymi mężczyznami. Mam wrażenie, że Reygadas dotyka w nas nieznanych rejonów. Grażyna Torbicka:
Już sam początek filmu jest zaskakujący: widzimy kilkunastominutową sekwencję scen zabawy w błotnistym stawie. I to błoto powoli jakby i nas wciągało i oblepiało. Ale wydaje się ciepłe i przyjemne, więc wcale się nie bronimy... Minuta po minucie odkrywamy kolejnych uczestników gry: kilkulatków, nastolatków, a wreszcie dorosłych. Ta z pozoru do niczego nieprowadząca zabawa wiele mówi o relacjach międzyludzkich. Jest uwerturą do głównego tematu, czyli historii Ester i Juana.

Według mnie to błoto bardzo dobrze oddaje życie w długoletnim związku. Nie sposób się nie oblepić. A do tego dochodzi jeszcze wojna płci, która zaczyna się już kiedy jesteśmy dziećmi. 
Wydaje mi się, że gdy jesteśmy młodsi, błotko daje nam poczucie wolności i beztroski, jednak w dorosłym życiu ma zupełnie inny wymiar – jest cięższe i zaschnięte. Te pierwsze sceny interpretuję również jako próbę poznawania siebie nawzajem, także w kontekście seksualnym. Pokazanie, jak ważny jest moment, w którym zaczynamy odkrywać swoją seksualność. Gdy budzi się pożądanie i pojawia emocja zazdrości, zaczynają się nasze cierpienia.

Czy właśnie w obronie przed cierpieniem i chcąc wyeliminować zazdrość z relacji, Juan tworzy z żoną związek, który opiera się na założeniu, że romans nigdy nie może doprowadzić do rozpadu ich małżeństwa?
Czy otwarty związek ma większe szanse, by przetrwać? A co jeśli w romans wkradnie się prawdziwe uczucie? Czy miłość nie wymaga pewnych poświęceń?... Zanim jednak dojdziemy do odpowiedzi na te pytania, mamy jeszcze scenę, która pokazuje, jak wygląda życie tej pary na ranczu i jaki potencjał i siła tkwią w obojgu. Pamiętasz scenę na wybiegu dla byków, gdy trzeba je po kolei schwytać? Juan kompletnie sobie z tym nie radzi, to Ester ratuje sytuację, jest bardziej sprawna w tej tzw. męskiej czynności. Mimo że to wcale nie jest jej pasja. Ktoś wtedy powiedział, że Juan znów schrzanił sprawę i zobaczyłam, że to mężczyzna pełen kompleksów, który ma problem ze swoim ego i poczuciem męskości. Pomyślałam, że to właśnie dlatego zaproponował żonie ten otwarty układ...

Co więcej, to on podsuwa Ester kochanków. To daje mu poczucie kontroli nad sytuacją. Gdy w pewnym momencie kobieta zaczyna nowy romans, Juan domaga się, żeby relacjonowała mu dokładnie, co się dzieje między nią a kochankiem. Co czułaś w tym momencie? 
Juan wojerysta pragnie podglądać żonę w namiętnym uniesieniu, to rodzaj doznania sadomasochistycznego. Uważam, że otwarty związek jest dla niego formą samoobrony. Boi się, że w którymś momencie się nie sprawdzi, dlatego proponuje rozwiązanie, dzięki któremu będzie mógł sterować Ester. On cały czas traktuje ją przedmiotowo, ostatecznie jednak wpada we własne sidła. Zresztą kapitalne jest połączenie tych scen z kadrami byków wyjących za swoimi partnerkami. To niesamowicie atawistyczna wizja. Odwołanie się do zwierzęcych instynktów pokazuje, jak bliskie są one nam, ludziom. I co czujemy na skutek narzuconych kanonów, stylu bycia, obyczajów, rygorów, którym musimy się podporządkowywać. Gdy wchodzimy w związek, jednocześnie tłumimy nasze instynkty. Czy to ma sens i sprawdza się w życiu?

Dla mnie ten film jest pierwszym westernem dla kobiet, jaki widziałam. Ester jest tu górą, bo odnajduje siebie, odkrywa, kim jest, i w tym sensie dobro zwycięża - jak w westernie.
Ester niewątpliwie staje się na naszych oczach inną kobietą. Dostrzega, że Juan nigdy nie widział w niej partnerki, tylko swoją własność. Uświadamia sobie, że on podejmował decyzje nie w imię szczęścia i wolności ich obojga, tylko by mieć poczucie kontroli.

Poruszyła mnie scena, gdy po nocy, którą Ester spędziła z kochankiem , Juan zauważa na jej twarzy ślady upojenia miłosnego, którego nie widział od lat. Wie, że to nie on jest źródłem tych emocji, i czuje smutek, bo nie wie, czy kiedykolwiek jeszcze mu się uda.
To jest właśnie ten moment, kiedy Juan widzi, że wpadł we własne sidła. To, do czego popychał Ester, spowodowało, że między małżonkami nie ma już pasji ani namiętności, przynajmniej z jej strony. W tej scenie jest mi go żal. Jeszcze mocniej wychodzi tu jego słabość.

W zestawieniu z poprzednim filmem Reygadasa "Post tenebras lux", myślę, że "Nasz czas" zrodził się z kryzysu w jego związku, i uważam, że jest to forma udanej terapii, bo reżyser pokazał wszystko to, co powinno być wypowiedziane i dostrzeżone przez tę parę.
Ja z kolei uważam, że po tym wszystkim, co wydarzyło się w czasie tego filmu w ich życiu − nie będą już tą samą parą. A nawet nie będą już razem.

Ciekawe, że według ciebie czas tej pary własnie minął. Moim zdaniem on dopiero nadszedł. Ester i Juan mają przecież szansę na zupełnie nowy początek. 
Myślę, że miłość, niestety, jest bardzo zaborcza i nie znosi konkurencji. Juan, podglądając, jak Ester uprawia seks z innym mężczyzną, widzi rozkosz i uśmiech na jej twarzy. Nie spodziewał się, że ktoś inny może to dać jego żonie, był pewien swojej siły. Czy będzie mógł się z taką sytuacją pogodzić? Czy to doświadczenie nie zmieni ich świata w sposób nieodwracalny? Pamiętam, że w jednej z naszych rozmów powiedziałaś, że zdaniem wielu psychoterapeutów nie należy przyznawać się do zdrady partnerowi. Czym to uzasadniają?

Tym, że wtedy przerzuca się ciężar na tę drugą osobę, a odpowiedzialność za zdradę trzeba wciąć siebie. Inaczej zdradzona osoba może tego nie unieść.
To ciekawe, czyli Juan sprawdza sam siebie.

Niesamowite, bo mnie "Nasz czas" pokazał, że w związku są możliwe różne układy. A nawet zniósł pewne ograniczenia w mojej głowie. Zobaczyłam, że miłość da się poskładać po różnych doświadczeniach. Ester i Juan są dla mnie jedną drużyną, przetrwali.
Niezależnie od tego, czy ta para umówiła się na związek otwarty, czy nie, to jeśli wewnątrz relacji coś nie gra, a jedna ze stron spotka kogoś, z kim czuje się dobrze − to ta relacja się rozpada. A według mnie Ester zakochuje się w innym mężczyźnie. Z pożądaniem nie można igrać, to źle się kończy. Nawet byki w filmie o tym wiedzą, w walce o samice stają się bardzo agresywne.

Jak myślisz, dla kogo ten film mógłby być terapeutyczny? Dla par w kryzysie, po zdradzie? Żeby mogły zobaczyć, że istnieją różne modele miłości i nie powinniśmy tego oceniać. Ten film może także podsycać pożądanie w parze, podobnie jak erotyk.
To według mnie film bardzo ciekawy dla wszystkich: dla par z krótkim stażem i dla tych, które są już ze sobą kilka dekad. Jednak najchętniej pokazałabym go ludziom, którzy żyją właśnie w otwartych związkach, przekonani, że to da im szczęście. Mogliby zobaczyć, że w miłości granice są ważne nie dlatego, że mają nas limitować, lecz chronić przed strasznym bólem, którego możemy doznać i sprawić go drugiej osobie. Miłości nie można stale wystawiać na próby, ona tego nie znosi.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu „Kocham Kino” w TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” w TVP2.