1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Wydawnictwo Zwierciadło zaprasza na 21. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

Wydawnictwo Zwierciadło zaprasza na 21. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie już w najbliższy weekend! Jak co roku będzie to impreza wielopłaszczyznowa i różnorodna. Wydawnictwo Zwierciadło zaplanowało na tę okazję spotkania z autorami takimi jak: Łukasz Orbitowski, Ałbena Grabowska, Michał Rusinek, Monika Mrozowska, czy Leszek Talko. Serdecznie zapraszamy na spotkania z naszymi autorami.

Od 26 do 29 października odbywać się będą Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Podczas Targów odwiedzający będą mieli szansę zapoznać się z ofertą polskich i zagranicznych wydawnictw, spotkać się z autorami, a także wziąć udział w konkursach i wystawach. Oprócz tego odbędą się warsztaty i panele dyskusyjne dedykowane branży wydawniczo-księgarskiej.

 Międzynarodowe Targi Książki to impreza wielopłaszczyznowa i różnorodna. Wydawnictwo Zwierciadło zaplanowało na tę okazję spotkania z autorami takimi jak: Łukasz Orbitowski, Ałbena Grabowska, Michał Rusinek, Monika Mrozowska, czy Leszek Talko.

Na stoisku naszego Wydawnictwa D60 będzie można znaleźć takie książki jak np. Jedzenie, które leczy autorstwa Karoliny i Macieja Szaciłłów. Autorzy korzystając z mądrości najstarszej znanej ludzkości medycyny – ajurwedy, odbyli najdłuższą podróż, którą każdy z nas pokonuje w swoim życiu: z głowy do serca.  W książce Jedzenie, które leczy podzielili się efektami z tej podróży.

Równie interesująca pozycja wśród prezentowanych przez Wydawnictwo książek to Dieta szczęścia Toma Kerridge’a, w której szef kuchni opowiada o swojej autorskiej diecie, tytułowej „diecie szczęścia”, zwanej także „dietą dopaminową”, dzięki której zrzucił 70 kilogramów nie tracąc przyjemności z jedzenia.

Najnowsza książka Łukasza Orbitowskiego, laureata Paszportów Polityki 2016, Rzeczy utracone to zbiór felietonów zebranych z poczytnego bloga pisarza. Są to historie opowiedziane z charakterystyczną dla autora szczerością, momentami piekielnie dowcipne, momentami krzepiące, zawsze melancholijnie mądre i napisane lekko i ze swadą.

Na stoisku Wydawnictwa Zwierciadło nie zabraknie najnowszego zbioru felietonów Anny Janko Przeglądarka. Annę inspiruje wszystko, a zwłaszcza to, w czym nie zawsze uczestniczy sama, a jedynie zauważa – zwłaszcza w Internecie, bo to z powodu częstego używania tego narzędzia książka i cykl felietonów w magazynie „Zwierciadło” zaczerpnęły tytuł.

Ekonomiczna ekologiczna kuchnia Moniki Mrozowskiej to zbiór 65 przepisów, które udowadniają, że dieta ekologiczna nie musi się wiązać wyłącznie z produktami z wyższej półki, a zdrowy obiad dla całej rodziny można ugotować już za kilkanaście złotych.

Najnowsza książka Ałbeny Grabowskiej Ostatnia chowa klucz przypadnie do gustu fanom kryminałów. Akcja książki rozgrywa się w małym miasteczku, gdzie grupa nastolatek spotyka się na opuszczonym poddaszu. Jedna z nich przechodzi inicjację, która ma być jej przepustką do tego zamkniętego klubu. Dziewczyna nie wraca jednak na noc do domu…

Książką, którą również warto się zainteresować jest najnowsza pozycja pióra Leszka Talko – Niezwykłe przypadki Kunegundy Paciorek. Ten znany felietonista, publicysta i pisarz po swojej ciepło przyjętej książce Nastolatek dla początkujących, tym razem opowiada mocno osadzoną we współczesności historię 13-latki, dla której nagranie filmu na Youtube staje się początkiem serii niesamowitych zdarzeń, o których nie śniło się nawet największym filozofom.

PLAN WYDARZEŃ

Wydawnictwo Zwierciadło zaprasza na spotkania z autorami w sobotę i niedzielę, w godzinach:

Sobota 28.10 11:00 Łukasz Orbitowski - Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego 12:00 Ałbena Grabowska - Ostatnia chowa klucz, Alicja w krainie czasów 13:00 Monika Mrozowska - Ekonomiczna ekologiczna kuchnia, Słodko, zdrowo, świątecznie 14:00 Michał Rusinek - Księga potworów

Niedziela 29.10 12:00 Leszek Talko - Niezwykłe przypadki Kunegundy Paciorek, Nastolatek dla początkujących

TARGI KSIĄŻKI| 26-29.10.2017 | GODZ. 10.00–19.00 | STOISKO NR D 60

EXPO KRAKÓW, UL. GALICYJSKA 9

MONIKA MROZOWSKA – aktorka, propagatorka zdrowego odżywiana. Od wielu lat proponuje zdrowe i smaczne potrawy widzom programu „Dzień Dobry TVN”. Autorka i współautorka książek kulinarnych – m.in. Słodkie i zdrowe, czyli desery, które możesz jeść codziennie oraz Słodko zdrowo świątecznie. Wegetarianka. Z pasją angażuje się w akcje prozdrowotne, przede wszystkim związane z edukacją żywieniową.

ŁUKASZ ORBITOWSKI – absolwent filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Poza wieloma opowiadaniami napisał mnóstwo felietonów (w tym dla „Przekroju” i „Gazety Wyborczej”) i 13 książek. Był nominowany do prestiżowych nagród: Nagrody Literackiej Gdynia oraz Literackiej Nagrody „Nike". Prowadzi program „Dezerterzy" na antenie TVP Kultura.

MICHAŁ RUSINEK –wykładowca teorii literatury i retoryk na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Były sekretarz Wisławy Szymborskiej, której fundację obecnie prowadzi.

AŁBENA GRABOWSKA – pisarka, matka trójki dzieci, która nie wyobraża sobie życia bez pisania. Zawodowo: lekarz neurolog-epileptolog. Nagrodzona przez czytelniczki nagrodą „Pióra” podczas Festiwalu Literatury Kobiet w roku 2015, nominowana do tej nagrody także w roku kolejnym.

LESZEK TALKO – znany felietonista, publicysta i pisarz. Uznanie czytelników przyniosły mu pisane wspólnie z żoną Moniką Piątkowską cykle felietonów ukazujące się w „Gazecie Wyborczej” zebrane następnie w książkach "Talki w wielkim mieście" oraz "Talki z resztą". Ojciec dwójki dzieci, swoje doświadczenia opisał w książkach Dziecko dla początkujących, Dziecko dla średnio zaawansowanych, Dziecko dla profesjonalistówDziecko dla odważnych, serii Pitu i Kudłata oraz książce Nastolatek dla początkujących (Wydawnictwo Zwierciadło).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Dolina niesamowitości" - ważny głos kobiety prosto z serca Doliny Krzemowej

"Dolina niesamowitości" to debiut książkowy Anny Wiener. (Fot. materiały prasowe)
Zagłębie hi-tech, bogactwo, dominacja, elitarni programiści i drinki w godzinach pracy - czy gdzieś pomiędzy tym jest szczęście? Z każdym kolejnym zdaniem książki "Dolina niesamowitości" próbujemy je znaleźć. A prowadzi nas w tym jej główna bohaterka, która z literacką wrażliwością szuka swojego miejsca w świecie technologii. 

Anna Wiener - wiecznie spłukana, pozbawiona perspektyw na rozwój zawodowy, szukająca sensu życia dwudziestokilkulatka - rzuca pracę w branży wydawniczej i skuszona obietnicami cyfrowego raju przeprowadza się z Nowego Jorku do San Francisco. Tam szybko znajduje zatrudnienie w start-upie big data, w samym sercu Doliny Krzemowej: w świecie fantasmagorycznych ekstrawagancji, olśniewających sukcesów oraz młodych, rzutkich przedsiębiorców spragnionych władzy, chwały i wielkich pieniędzy.

To właśnie w tym czasie na Zachodnim Wybrzeżu zachodzi ogromna zmiana kulturowa - ośrodek zaawansowanych technologii, rywalizując z Wall Street, w zawrotnym tempie przeobraża się w centrum bogactwa i dominacji. O pracy w zagłębiu hi-tech marzy prawie każdy. Lecz spomiędzy firmowych wypadów na narty, drinków w godzinach pracy, elitarnych klubów programistów i ścisłych wymogów korporacyjnej lojalności wyłania się też całkiem inny obraz Doliny Krzemowej: bezlitośnie bogacącej się kosztem bezpiecznej przyszłości, którą rzekomo buduje.

"Dolina niesamowitości" to opowieść o żmudnej drodze bohaterki do dojrzałości, a także portret dopiero co minionej epoki. Wnikliwa opowieść ku przestrodze, a przy tym szczere, pełne zwariowanego humoru i emocji świadectwo szumnej i lekkomyślnej kultury start-upów w czasach rozbuchanych ambicji, niekontrolowanego nadzoru, gigantycznych majątków i nabierającej rozmachu władzy politycznej. Wiener po mistrzowsku obnaża transformację branży tech z samozwańczego zbawiciela świata w zagrażające światowej demokracji narzędzie, a pod jej piórem (a raczej klawiaturą Maca) wielki przemysł informatyczny otrzymuje ludzką twarz, często wykrzywioną grymasem przestrachu i poczucia obcości.

Pojęcie "dolina niesamowitości" ("uncanny valley") to określenie używane do opisania stanu nieprzyjemnej dezorientacji towarzyszącej człowiekowi przy kontakcie z obiektem do złudzenia przypominającym osobę, lecz w sposób oczywisty nie będącym człowiekiem. Weiner w swoich przejmujących zapiskach przedstawia najbardziej zaawansowane technologie oraz to, co się dzieje na ich styku z człowiekiem. Choć może jednak bardziej z "ludzkim czynnikiem wykonawczym", bo Anna Weiner nie jest bowiem żadną menadżerką informatycznego imperium, a po prostu szeregową pracownicą start-upu.

"Dolina niesamowitości" to fascynujące i niespotykane dotąd ujęcie tematu - do tej pory Dolinę Krzemową mieliśmy szansę poznać raczej ze wspomnień wszechmocnych szefów oraz podręczników pisanych przez mężczyzn. Tu w końcu słyszymy ważny głos kobiety.

Anna Wiener jest stałą współpracowniczką czasopisma "The New Yorker", na którego łamach publikuje artykuły poświęcone Dolinie Krzemowej, kulturze start-upów i nowym technologiom. Jej felietony ukazywały się także w "The New York Times Magazine" "The Atlantic", "New York", "The New Republic", "Harper’s", "n+1". To właśnie w tym ostatnim piśmie ukazał się jej znakomity artykuł: "Uncanny Valley. I would say more, but I signed an NDA", który spotkał się z olbrzymim oddźwiękiem w sieci i stał się podstawą "Doliny niesamowitości". Mieszka w San Francisco. "Dolina niesamowitości" to jej książkowy debiut.

Anna Wiener, 'Dolina niesamowitości', Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe) Anna Wiener, "Dolina niesamowitości", Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Opowieść o kobietach silnych jak wilczyce. Wywiad z Adrianną Trzepiotą, autorką książki "Zwilczona"

Adrianna Trzepiota. (Fot. Joanna Nicewicz)
Adrianna Trzepiota. (Fot. Joanna Nicewicz)
- Każda forma sztuki jest jak mała autoterapia, chcemy ją uprawiać, bo kontakt z nią wyzwala w nas dobro, daje upust złym emocjom, jest odskocznią od problemów - mówi powieściopisarka Adrianna Trzepiota. 30 września ukaże się wznowiona wersja jej debiutu literackiego "Zwilczona". Autorka zdradziła nam, co kryje się pod "Zwilczoną", jakie są źródła jej literackich i życiowych inspiracji oraz skąd w jej twórczości tyle mistycyzmu. 

W pani twórczości często przewija się motyw kobiet – kobiecości, kobiecej siły i mądrości. Czy to właśnie z nas, kobiet, czerpie pani inspiracje?
Tak. Uważam, że to właśnie kobiety stoją na granicy natury pośredniczącej, są łączniczkami pomiędzy światem bardziej duchowym a zwykłym, ziemskim. Zawsze fascynowało mnie pytanie o to, gdzie dokładnie przechodzi granica pomiędzy tymi światami. Czy przechodzimy ją już w chwilach nagłych olśnień, podejmując kluczowe dla nas decyzje zgodnie z tym, co mówi nam intuicja, a może na szpitalnym łóżku, kiedy wydajemy na świat potomstwo? Z jednej strony stąpamy twardo po ziemi, dbając o życie rodzinnie i zawodowe, z drugiej potrafimy czerpać wiedzę i mądrość z przeszłych pokoleń, prababć, babć, ciotek, matek.

Jakie kobiety ceni pani szczególnie? Kiedy kobiety odkrywają swoją wewnętrzną siłę nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Uwielbiam czytać i zagłębiać się w biografie znanych lub mniej znanych kobiet, które na przekór całemu światu potrafiły odmienić swój los, często za spełnienie swoich pasji musiały zapłacić wysoką cenę. Helena Rubenstein, matka metafory, że nie ma kobiet brzydkich są tylko zaniedbane, która poświęciła życie szukając piękna. Niesamowita Halina Birenbaum, ocalona z Holocaustu. Fanny Mendelson, siostra znanego Feliksa Mendelsona, której wybrane muzyczne dzieła sławny brat wydawał pod swoim nazwiskiem. Kobiety zawsze mnie inspirowały, bo mają ogromną moc, muszą tylko się na nią odważyć.

Dlaczego zaczęła pani pisać?
Zawsze chciałam pisać, ale nigdy nie miałam na to odwagi. Bałam się opinii publicznej, krytyki ze strony rodziny, znajomych. Pisanie wierszy i innych, krótkich form literackich już od małego dziecka było dla mnie ważne, aż pewnego dnia, będąc już dorosłą kobietą, gdzieś przeczytałam, że tak samo jak rodzice nadają nam imiona, my jako dorośli ludzie powinniśmy sami nadać sobie swoje drugie imię, bo któż nas lepiej zna? Imiona mogą być różne: tancerka, śpiewaczka, malarka, fotografka, matka, kucharka… Jest w nas tyle imion, ile naszych potrzeb i jak już znajdziemy odpowiednie to musimy być tym, co ono określa. Ja w wieku 23 lat nadałam sobie nowe imię - Adrianna pisarka - i nie było już innego wyjścia. Gdybym pisała do szuflady i nie przełamała strachu przed krytyką, to imię mogłoby się ode mnie odkleić.

Chyba jakoś tak to się właśnie zaczęło, a nie było łatwo, bo mojej pierwszej książki nie chciało wydać żadne wydawnictwo. Jedno postawiło ultimatum, że jak usunę z powieści wilczycę (która jest głównym trzonem) i przerobię fabułę na zwykły romans, to książka pojawi się na rynku. Oczywiście nie zgodziłam się, ale to była trudna decyzja, straciłam wtedy mocno wiarę w siebie. Jednak nie poddałam się, moje drugie imię do czegoś w końcu zobowiązuje. Jeżeli ja nie będę wierzyła w swoją twórczość dostatecznie mocno, to przecież nikt w nią nie uwierzy.

W książkach subtelnie przemyca pani samą siebie. Czy to celowy zabieg literacki, by zaciekawić czytelników i dać im możliwość odszukiwania w poszczególnych bohaterach Adrianny Trzepioty, czy może po prostu łatwiej pisze się bazując na własnych cechach i doświadczeniach?
Uważam, że każdy pisarz w swoich książkach pisze też trochę o sobie. Bez względu na gatunek literacki, którym się posługuje. Każda forma sztuki jest jak mała autoterapia, chcemy ją uprawiać, bo kontakt z nią wyzwala w nas dobro, daje upust złym emocjom, jest odskocznią od problemów. Dzięki niej możemy wrócić do „domu duszy”, jak mawia nieoceniona Clarissa Pinkola Estés, czyli do miejsca źródła, wewnętrznego świata, który daje harmonię i chwilowe ukojenie. Uprawianie sztuki jest jak wehikuł czasu, który przenosi nas w miejsce dostępne jedynie zmysłom. Miejsce, które przywraca równowagę. Dużo trudniej pisze się bazując na własnych doświadczeniach, bo to jest tak jakby obdzierało się swoje życie z intymności. Dobrze jest więc zostawić czytelnika z pewnym niedosytem informacyjnym. Balansowanie pomiędzy granicą tajemnicy i prawdy jest bardzo przyjemne.

„Zwilczona” to pani debiut literacki, który teraz, po pięciu latach, doczekał się wznowienia. Jaka historia kryje się za tą książką?
Po urodzeniu dziecka zostałam rzucona na głęboką wodę - pracowałam na pół etatu, kończyłam zaocznie studia, zajmowałam się maleńkim dzieckiem i byłam tak wycieńczona tymi wszystkim obowiązkami, że czułam się jakbym miała przeszło sto lat. Jak patrzyłam na swoje odbicie w lustrze nie widziałam w nim młodej kobiety, a zmęczoną życiem staruszkę. Stawałam się całkowicie wyblakła. Teraz wiem, że wtedy byłam bardzo nieszczęśliwa. Chciałam coś w sobie zmienić, jednak zupełnie nie wiedziałam co. Wtedy w ręce wpadła mi książka „Biegnąca z Wilkami”, wyżej już wymienionej C.P. Estés, w której przeczytałam wiele mądrych słów. Autorka porównywała kobiety do wolnych i dzikich wilczyc, które jeśli nie mogą biec przed siebie z powodu zranionej łapy, są w stanie ją sobie odgryźć, byle tylko nie stać w miejscu. Jeśli są zmęczone połogiem, to proszą inne wilczyce ze swojej watahy do opieki nad małymi, a same udają się na samotny odpoczynek, który może trwać nawet pół dnia. Czy to nie piękne? To są przecież dzikie zwierzęta, które zaprogramowała natura, nie człowiek.

Jak pani, jako autorka, zmieniła się przez te pięć lat?
Bardzo. Z kruchej dziewczynki stałam się pewną siebie kobietą. Poruszyłam niebo i ziemię, żeby wydać moje książki, a w tej branży nie miałam żadnych znajomości. Potrafiłam jeździć od wydawnictwa do wydawnictwa z wydrukowaną książką i próbować umawiać się na spotkania. Kiedy miałam chwile kryzysu dobrze wiedziałam, że jeżeli sama nie będę wierzyła w celowość tego co robię, to nikt w to nie uwierzy.

W każdej z moich książek obecne są wilki bądź symbol wilka jako duchowego przewodnika. Tak mocno zaczęłam wierzyć w ich zbawczą misję, że zaczęły być widoczne również w moim życiu. Jak mam jakiś problem do rozwikłania bądź nie wiem jaką podjąć decyzję, to przypadkiem pojawiają się w moim otoczeniu i odbieram je jako znak i już wtedy wiem co robić. Stałam się bardziej ufna, zaczęłam dostrzegać życiowe znaki. Łatwiej się żyje idąc po ich ścieżce.

W pani twórczości kobiecość, tajemniczość i cały wachlarz emocji spotyka się z… mistycyzmem. Skąd wziął się pomysł na takie połączenie?
To nie jest pomysł. To ścisła obserwacja życia. Stąpając twardo po ziemi mówimy czasem, że przydarzyło nam się coś niezwykłego. Przyśniła nam się rozmowa z babcią, która dwa dni później zmarła, pomyśleliśmy o kimś i on nagle do nas zadzwonił, podjęliśmy decyzję zgodnie z wolą intuicji, czyli nagłego niepohamowanego czucia sercem, a nie rozumu. To taki realizm magiczny dnia powszedniego. Każdego z nas dotyka transcendentna i bliżej nieokreślona, ponadrzeczywista siła. Nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć sobie pewnych zjawisk, które wydarzają się dookoła nas. Czasem mówimy, że to zwykły przypadek. Ja uważam, że to nie jest przypadek, kiedy dwoje kochanków po dwudziestu latach rozłąki spotyka się w tym samym samolocie, lecącym do Indii. To los chce dać im drugą szansę i tylko od nich zależy jak ją wykorzystają.

Obecnie pracuje pani nad kolejną, piątą już książką. Jaką opowieść podaruje pani swoim czytelnikom tym razem?
Na pewno będzie magiczna i symboliczna, zanurzona w baśniowy świat trzech sióstr -  czarownic. Każda z kobiet będzie miła inny talent, a jedna z nich będzie musiała wyruszyć w bardzo długą i niebezpieczną podróż, żeby ów talent w sobie odnaleźć. Pomimo tego, że pierwszy raz tak mocno zanurzę się w świat fantasy, to moje bohaterki będą bardzo mocno przypominały ziemskie kobiety. Będą tak samo jak one się starzały, rodziły dzieci, pragnęły spełnienia. Mam nadzieję, że nie zawiodę. A jeżeli znajdzie się wśród moich czytelników choć jeden, który pod wpływem mojej twórczości postanowi odważyć się na to, żeby coś w swoim życiu zmienić, to już będzie dla mnie znak, że moja praca nie jest bezowocna. Każdy z nas ma w sobie ogromne światło mocy. Trzeba się tylko na nie otworzyć.

Wznowiona wersja powieści "Zwilczona" Adrianny Trzepioty będzie dostępna w księgarniach od 30 września. 

Adrianna Trzepiota, 'Zwilczona', Wydawnictwo Świat Książki Adrianna Trzepiota, "Zwilczona", Wydawnictwo Świat Książki

  1. Kultura

Książki na powitanie jesieni

W ciepłe jesienne dni relaks z książką w parku to czysta przyjemność. (Fot. Getty Images)
W ciepłe jesienne dni relaks z książką w parku to czysta przyjemność. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Idzie jesień, najlepsza pora dla miłośników czytania. Oto kilka nowości, które polecamy na pierwsze dni sezonu z książką pod kocem.

Idzie jesień, najlepsza pora dla miłośników czytania. Oto kilka nowości, które polecamy na pierwsze dni sezonu z książką pod kocem.

Poczuć miłość

Michelle Marly „Mademoiselle Coco. Miłość zaklęta w zapachu”, Marginesy.

W tej inspirowanej faktami opowieści Coco Chanel jeśli już kocha, to na zabój, obsesyjnie, z pasją. Chanel No. 5 zna z nazwy chyba każdy. Mało kto wie, że perfum o zbliżonym zapachu używała caryca Katarzyna. Coco Chanel wyczuła tę woń na chustce, którą podarował jej, jako prezent od serca, książę Dymitr Pawłowicz. Wspomniane perfumy od dawna były niedostępne, więc Coco – już wówczas ikona stylu – próbowała je odtworzyć, ale też nadać im własny charakter. To o zapachu, a o niej? W książce poznajemy Gabrielle Bonheur Chanel najpierw jako klasztorną wychowankę, osieroconą przez matkę i porzuconą przez ojca. A potem przez kochanka, który zginął tragicznie, zanim zdecydował, czy zostawi dla niej rodzinę. Ta trauma nadała życiu Coco inny bieg. Niezależnie od tego, kogo i co kochała, jej pasja zawsze nosiła znamiona obsesji. Ale nie próżności. „Za duży nakład pracy i za mały efekt”, mówiła o tym, co robi. Dziś wiemy, jak bardzo się myliła.

materiały prasowe materiały prasowe

 

Śmiertelnie ważne

Caitlin Doughty „Kiedy umrę, zjesz mnie, kocie?”, Otwarte.

Wiecie, czym zajmuje się koroner i co to są katakumby? Świetnie, bo to już więcej niż większość śmiertelników wie na temat umierania – uważa Caitlin Doughty, najsłynniejsza właścicielka domu pogrzebowego, blogerka i youtuberka. Jej książka to… hm… przewodnik po śmierci. Który podsuwa wniosek, że nie ma głupich pytań o śmierć, bo umieranie to naturalna sprawa. Dowiadujemy się więc na przykład, czy wolno nam zachować ciała bliskich i co się dzieje ze zwierzętami pochowanymi w ogródku. Albo czy gdy umieramy z głupią miną, to już nam taka zostanie.

Książki na powitanie jesieni Książki na powitanie jesieni

O ojcach i synach

Salvatore Scibona „Każdy”, Znak.

Siedmioletni chłopiec zostaje sam na lotnisku w Hamburgu. Nie odzywa się. Czytelnik wie, że porzucił go ojciec. Elroy nie poczuwał się do roli taty, a gdy dostał taką szansę – zrezygnował. Dlaczego? By połączyć te niteczki, Scibiona cofa nas z 2010 r. w lata 60., na front wojny w Wietnamie. Czy relacja Elroya z jego własnym ojcem odcisnęła na nim taki ślad? O tym jest ta książka: o ojcach, synach, wojnie, która ciągle gdzieś się toczy. O miłości i jej braku. Gęsta powieść, ważny amerykański autor (zresztą polsko-włoskiego pochodzenia) i zaskakujący finał.

materiały prasowe materiały prasowe

Połączenia

Hanna Krall „Synapsy Marii H.”, Wydawnictwo Literackie.

Nowa książka mistrzyni polskiego reportażu to niezwykły portret dwóch kobiet. Marii Twardokęs-Hrabowskiej, opozycjonistki PRL, matki syna z autyzmem. Oraz jej teściowej Marii Hrabowskiej, pamiętającej drugą wojnę i współczesne akty terroru, jak ten na World Trade Center w Nowym Jorku. Przeszłość miesza się obu Mariom H. z teraźniejszością, dlatego wspomnień nie można być pewnym, a w nowym świecie trudno się odnaleźć. U Krall jak u Carla Rovellego, fizyka, którego jedna z bohaterek czyta: „Jesteśmy historią samych siebie”.

materiały prasowe materiały prasowe

  1. Kultura

Kryminały na końcówkę lata

Polecamy 5 kryminałów na końcówkę lata. (Fot. iStock)
Polecamy 5 kryminałów na końcówkę lata. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Nie ma nic lepszego niż mrożąca krew w żyłach lektura w upalny dzień. Na chłodny i deszczowy też się nadaje, bo podnosi temperaturę otoczenia. Nie wiem, jak wytłumaczyć to zjawisko, kryminał jest po prostu dobry na każdą pogodę!

A że pogoda nam ostatnio dopisuje, zdążyłam przeczytać kilka świetnych, dwa dobre i jeden zupełnie przyzwoity. Oto, co polecam najbardziej:

Jean-François Parot „Tajemnica Białych Płaszczy”, „Człowiek z ołowiem w brzuchu”, wyd. Czarna Owca

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Moje odkrycie tego lata. Cykl książek francuskiego dyplomanty, zajmującego się historią XVIII wieku, doczekał się już serialowej adaptacji. Zanim jednak ją obejrzycie, koniecznie sięgnijcie po dwa pierwsze tomy, które są już dostępne na polskim rynku. Choć początki mogą być trudne, bo przyzwyczajeni do mrocznych skandynawskich klimatów współczesności będziecie zmuszeni przenieść się w dość odległą przeszłość, to gwarantuję, że Paryż pod panowaniem Ludwika XV wciągnie was bez reszty. Wszystko za sprawą młodego i przystojnego (tak, rzuca się to w oczy nawet podczas lektury!) Nicolasa Le Flocha, który opuszcza rodzinną Bretanię, by służyć u pana de Sartine’a, szefa policji, odpowiedzialnego za prowadzenie tajnych misji na zlecenie samego króla. Oczami Le Flocha obserwujemy zarówno wykwintne salony, jak i przybytki rozpusty czy najpodlejsze miejsca na mapie miasta. Przy okazji poznając ciekawe smaczki (dosłownie) i ciekawostki, których nie szczędzi nam autor, ewidentnie rozmiłowany w obyczajowości, ale i kuchni tamtych czasów. Fascynacja nie przesłania mu jednak pełnego obrazu epoki, często podkreśla bowiem nierówności społeczne, ale też uwypukla jawną niesprawiedliwość, jak słynną sprawę Damiensa, żołnierza, który w desperacji uderzył Ludwika XV niegroźnym nożykiem (by przypomnieć mu o jego obowiązkach, jak sam wyznał), za co został skazany na potworne tortury i publiczną egzekucję, której lektura nawet dziś wywołuje dreszcz przerażenia i ból całego ciała.

Na naszych oczach młody Le Floch nie tylko kształtuje swoją tożsamość i dorasta, ale też staje się coraz lepszym śledczym, a pod koniec pierwszego tomu nawet komisarzem w Châtelet, dzielnicy Paryża. Jego dedukcję pochwaliłby sam Sherlock Holmes, a elegancję rozwiązywania zagadek – najpewniej także Herkules Poirot. Ja zaś chciałabym pochwalić Jeana-Françoisa Parota za to, że tak świetnie przywołał klimat ukochanych filmów mojego dzieciństwa – tych spod znaku płaszcza i szpady.

Agatha Christie „A.B.C”, Wydawnictwo Dolnośląskie

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Inne wspomnienie mojego dzieciństwa to książki Agathy Christie. Dowodem na to, że się wcale nie starzeją (no, może odrobinę), jest nie tylko seria ich ponownych adaptacji – na październikową premierę czeka kolejny film w reżyserii Kennetha Branagh – „Śmierć na Nilu” – ale też fakt, że za lekturę jej kryminałów biorą się kolejne pokolenia, jak chociażby pewna znana mi rezolutna 12-latka. Tym bardziej cieszy, że Wydawnictwo Dolnośląskie postanowiło kilka z nich wydać w nowej, bardzo przyjemnej dla oka oprawie.

Zdecydowanie polecam przeczytać je właśnie w tym wydaniu. Ja wybrałam do ponownej lektury „A.B.C.”, czyli jedną z bardziej znanych spraw Herkulesa Poirot, genialnego Belga z wypomadowanymi wąsami i kilkoma innymi dziwactwami. Tym razem mamy przypadek nadzwyczaj ciekawy. Otóż wszystko wskazuje na to, że morderca wybiera swoje ofiary według kolejnych liter alfabetu, bo poza tym nic ich ze sobą nie łączy. Policyjny psycholog wprawdzie podejrzewa u niego tzw. kompleks alfabetyczny (węszę tu lekką kpinę ze strony autorki z nadal kiełkującego wtedy zawodu psychologa), ale Poirot widzi w tym raczej sprytnie zaplanowaną intrygę. Christie jak zwykle zwodzi nas i popycha na fałszywe tropy, serwując całą serię nudnawych scenek, które potem okazują się pełne ważnych wskazówek, a wszystko po to, byśmy sami uruchomili szare komórki, bo jak miała w zwyczaju, zawsze dawała czytelnikom te same wskazówki, jakie miał detektyw. Zresztą, pisząc pierwszy kryminał, założyła się ze znajomym, że uda jej się ta trudna sztuka, że pomimo jasnych tropów, tak skomplikuje fabułę, że odgadnięcie rozwiązania zagadki stanie się prawie niemożliwe. Temu, kto odgadnie prawdziwego zabójce, należą się zatem wielkie brawa.

M. L. Longworth „Morderstwo na Île Sordou”, wyd. Smak Słowa

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Pisałam już kiedyś o serii współczesnych kryminałów z samego serca Prowancji – miasteczka Aix-en-Provence, autorstwa Mary Lou Longworth. Z radością więc sięgnęłam po kolejny, czwarty z kolei i iście wakacyjny tom. Znani już fanom cyklu bohaterowie, czyli snobistyczny prokurator z tajemnicą z przeszłości oraz jego ukochana, seksowna wykładowczyni na uniwersytecie, jadą tym razem na zasłużony letni odpoczynek. Plan jest prosty: od rana dobre jedzenie, wino, lektury, spacery oraz inne rozkosze cielesne. Zero pracy. Jednak życie ma inne plany. W efekcie w trakcie ich turnusu w luksusowym hotelu na rajskiej (acz fikcyjnej) wyspie u wybrzeży Marsylii – Sordou dochodzi do morderstwa. Zostaje zabity popularny, choć już nieco przebrzmiały francuski gwiazdor. Nikt za nim specjalnie nie przepadał, ale też nikt nie wydaje się mieć żadnego powodu, by go zabić. No, może poza żoną i jego pasierbem, bo jak policyjne doświadczenie mówi, zwykle zbrodnie rozgrywają się w najbliższym rodzinnym kręgu. Antione Verlaque nie zadowala się tym rozwiązaniem i – jakżeby inaczej – zaczyna zgłębiać przeszłość aktora. Zaś Marine Bonnet, razem z przyjaciółką Sylwie – poznaje bliżej pozostałych uczestników turnusu. A że policja dla dobra śledztwa uniemożliwia opuszczenie wyspy – wszyscy patrzą na siebie lekko podejrzanie. Ponieważ jedzenie jest tak dobre, a wszyscy tak sympatyczni, nikt specjalnie nie chce psuć tej cudownej atmosfery. W końcu trzeba będzie jednak wskazać winnego… Lektura „Morderstwa…” sprawi, że nawet jeśli właśnie wróciliście z wakacji, zatęsknicie za kolejnymi.

Jørn Lier Horst, Thomas Enger, „Punkt zero”, wyd. Smak Słowa

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Dwaj autorzy poczytnych kryminałów tym razem połączyli siły i stworzyli wspólne dzieło. Co więcej, chyba zanosi się na jego kontynuację... Jeśli wyczekiwaliście na polecenie skandynawskiego kryminału, wreszcie się doczekaliście. „Punkt zero” ma dwoje autorów, ale też dwoje bohaterów. Doświadczonego policjanta Alexandra Blixa oraz początkującą dziennikarkę Emmę Ramm, których – co ważne – nie połączy romans. Oboje będą się starali rozwikłać zagadkę szeregu śmierci wśród norweskich celebrytów. Za co tak nienawidzi ich zabójca, że tak okrutnie karze ich za ich chęć sławy i niskie morale? Kto będzie następny i czy uda im się powstrzymać rozwój wypadków? Oto pytania, jakie zadają sobie Blix i Ramm. Z kolei czytelnik dorzuci do tego jeszcze jedno: Co tak naprawdę łączy tych dwoje? A raczej: z jakiego powodu Blix ma słabość do młodej dziewczyny? Widać w tej książce solidną robotę oraz życiowe i zawodowe doświadczenie autorów: śledcze i dziennikarskie. Ciekawie się rozwija i trzyma w napięciu, zaostrzając apetyt na kolejną część.

Alex Kava, „Złowrogie niebo”, wyd. Harper Collins Polska

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Nie jest to może najlepsza książka Alex Kavy ani najlepszy kryminał, ale z pewnością spodoba się fanom cyklu o Ryderze Creedzie i Maggie O’Dell. Kava sprawnie buduje intrygę, wprowadzając bohaterkę, Francine, która przypadkowo staje się świadkiem zabójstwa swojego kolegi. Właśnie rozmawiał z nią przez kamerkę w swoim smartfonie i rozgorączkowany donosił, że wpadł na trop ogromnego przekrętu w firmie należącej do jednego z klientów ich agencji reklamowej, kiedy podeszło do niego dwóch mężczyzn i… go zastrzeliło. Francine widziała twarz jednego z ich, ale i on ją widział. Tak zaczyna się wielka ucieczka i pościg. Pomóc Francine może tylko agentka FBI – Maggie O’Dell, a miejscem, w którym mają się spotkać, jest pewna restauracja w Alabamie, do której obie muszą dojechać na czas. I w tym miejscu książka zmienia tory, nagle bowiem większym niebezpieczeństwem niż bezwzględni mordercy może okazać się wędrujące właśnie po południowych stanach tornado. Kava przyznaje się w posłowiu, że zawsze chciała napisać książkę, która ukaże ogrom i niebezpieczeństwo żywiołu, jakim jest trąba powietrzna, zjawisko typowe dla klimatu USA i co roku zbierające żniwo wśród dobytków i żyć jego obywateli. Ku swojemu zdziwieniu zauważamy, że zamiast obgryzać paznokcie w oczekiwaniu na to, czy Francine uda się zbiec prześladowcom czy nie, z zapartym tchem przyglądamy się pracy innego bohatera książki, Rydera Creeda, który wraz ze swoją specjalnie przeszkoloną suczką wyszukuje ofiar tornada pod gruzami czy zawalonymi pniami drzew. I okazuje się to nawet ciekawe.

  1. Kultura

"Na rauszu" już w kinach – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Oscarowy film
Oscarowy film "Na rauszu" w kinach od 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe)
Thomas Vinterberg, odbierając tegorocznego Oscara za „Na rauszu”, zadedykował nagrodę córce, która zginęła tragicznie kilka dni po rozpoczęciu zdjęć. Może więc dlatego w jego filmie wszyscy bohaterowie znajdują się na skraju rozpaczy. O tym, co mogłoby ich z tego wyciągnąć, zamiast alkoholu, rozmawiają psycholożka Martyna Harland i filmolożka Grażyna Torbicka.

Martyna Harland: Jako psycholożka uważam, że najnowszy film Thomasa Vinterberga może być niebezpieczny. Szczególnie dla byłych alkoholików, osób uzależnionych czy nastolatków.
Grażyna Torbicka:
A nie uważasz, że bardziej niebezpieczna jest obecność małpek z alkoholem na wszystkich stacjach benzynowych?

Zgadza się, bo mamy kulturowe przyzwolenie na „męskie picie” – to również pokazuje ten film.
Żona głównego bohatera Martina mówi do niego: „Cała Dania pije i ty też w to wszedłeś? Ty, który zawsze chciałeś być indywidualistą?”.

Co ciekawe, Dania wśród krajów nordyckich, gdzie alkohol jest kontrolowany przez państwo i sprzedawany w określonych sklepach na obrzeżach miasta, jest wyjątkiem. Nigdy nie było tam prohibicji, może dlatego że to, co zakazane, jednak bardziej kusi. Statystycznie Polacy piją alkohol podobnie do Duńczyków, ponad 12 litrów na głowę rocznie. Czyli alkohol u nas i u nich jest wszechobecny. Kiedy spotykałam filmowców i ludzi z tego regionu, widziałam, że alkohol jest stałym elementem codziennej diety. Słynny reżyser Aki Kaurismäki, który pochodzi z Finlandii, ostentacyjnie wchodził na czerwony dywan w Cannes ze szklaneczką whisky w ręku.

Ten film jest lustrem dla alkoholików, ale nie takim jeden do jednego, które pokazuje chorobę. Vinterberg przedstawia nam tu pewną zabawę, w którą wchodzą dorośli mężczyźni. Mają świadomość tego, jak łatwo uzależnić się od alkoholu, a pomimo to bawią się w nią.

W filmie 'Na rauszu' widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)W filmie "Na rauszu" widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)

Zainteresował mnie ten kontrowersyjny eksperyment psychologiczny, który jest podstawą zabawy. Zgodnie z teorią norweskiego psychiatry Finna Skårderuda człowiek urodził się z niedostatkiem alkoholu w organizmie, który stale trzeba uzupełniać. Jego zdaniem jesteśmy bardziej otwarci i mamy większą kreatywność w momencie, gdy znajdujemy się pod wpływem poniżej promila alkoholu.
Jednak nasi bohaterowie szybko pokonują tę granicę i tracą kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, jak zawsze, gdy w grę wchodzą używki.

To było przecież do przewidzenia...
Wiedziałam, że to skończy się alkoholizmem, ale właśnie to jest ciekawe – nawet przy pełnej świadomości nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, co się z nami dzieje. W filmie występuje alkohol, ale to może dotyczyć każdej innej używki.

Eksperyment Skårderuda opierał się na badaniu zwierząt – gadów i wodnych stworzeń, które nie oddychają tlenem, a alkohol produkuje ich organizm. Nie uzupełniają tego niedoboru jak my, ludzie, z zewnątrz. Moim zdaniem nie ma żadnych naukowych podstaw, by twierdzić, że niedobór alkoholu dotyczy także człowieka.
Bohaterowie potrzebowali pretekstu, żeby zacząć zabawę. Bo dlaczego oni się na to decydują? Są znudzeni swoim życiem, rutyną, nie widzą dla siebie perspektyw, są nauczycielami z długim stażem, w wieku średnim i właściwie niczego większego w życiu nie osiągnęli... Wciągają w ten eksperyment głównego bohatera Martina, granego przez Madsa Mikkelsena, który ma pewne opory, bo nie pije alkoholu.

Kiedy przychodzą na lekcje na lekkim rauszu, rzeczywiście są bardziej rozluźnieni. Prowadzą wykłady w interesujący sposób, są odważni w formułowaniu tez, interesują się młodzieżą. Widzą, że eksperyment działa, więc brną dalej. Jednak trudno się im w porę zatrzymać, bo używka przejmuje kontrolę nad życiem.

Ten film pokazuje mężczyzn w kryzysie, emocjonalnym i związkowym. A nawet, powiedziałabym, męską depresję.
Masz rację, ważny jest tu także męski bohater zbiorowy. Widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi.

Mam wrażenie, jakby Mads Mikkelsen, który gra nauczyciela historii, był martwy za życia. W przeciwieństwie do bohaterki filmu „Nomadland” Chloé Zhao, o której rozmawiałyśmy ostatnio.
Fern, czyli główna bohaterka filmu „Nomadland”, jest w ciężkiej sytuacji, wiele straciła, do tego jest samotna. A jednak potrafi odnaleźć sens życia w drobnych sprawach, codziennych kontaktach, uśmiechach i relacji z innymi ludźmi.

Bohaterowie filmu „Na rauszu” nie są samotni, mają rodziny. Wchodząc w kryzys wieku średniego, zamykają się w sobie i nie dostrzegają tego, że rodzina przecież to wszystko widzi. Nie zauważają możliwości, jakie daje im codzienne życie. To pokazanie mocno egoistycznej natury mężczyzny, który potrzebuje nieustającego potwierdzania swojej wartości przez innych. Martin ma przecież fantastyczną żonę, fajne dzieciaki i młodzież w szkole…

'Na rauszu' pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)"Na rauszu" pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)

No coś ty! Ten związek jest w ogromnym kryzysie.
Każdy z pokazanych w filmie związków jest w jakimś stopniu w kryzysie. Dlaczego? Myślę, że kluczowy jest fakt, że Duńczycy raczej nie mają wiary w związki i miłość. Tam nie przywiązuje się większej wagi do stałych relacji, uważa się, że to naturalne, że po jakimś czasie miłość się wypala. Rzadko też biorą śluby.

Moje pokolenie trzydziestoparolatków ma podobne podejście do związków.
A w Danii tak jest od dawna. I teraz pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam: „Czego oczekujesz od życia? Co chcesz zrobić ze swoim życiem?”.

Myślę, że główni bohaterowie filmu „Na rauszu” nie zadali sobie tego pytania.
A do tego kompletnie się poddali. Znaleźli najprostsze rozwiązanie na to, żeby zalać alkoholem swoje frustracje. Nie potrafili rozluźnić się w inny sposób. Moim zdaniem mają masę możliwości, nic nie jest w stanie ich usprawiedliwić.

Widzę, że raczej z nimi nie empatyzujesz. Ja wręcz przeciwnie, akurat głęboko rozumiem ich ból codzienności, rutyny i powtarzalności. A nawet kibicuję głównemu bohaterowi w jego finałowym tańcu.
Nie rozumiem ich, bo rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy ją przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w tym filmie, jest pójściem na łatwiznę, bo nic nie jest dane raz na zawsze: ani miłość, ani radość.

Jeżeli po kilkunastu latach zaczyna ci się nudzić i rozwalasz swój związek, bo niby wszystko już wiesz o swoim partnerze czy partnerce, to może jednak warto spojrzeć na to z dystansu, ale wspólnie, żeby zobaczyć, jak możecie się sprawdzić w nowej sytuacji.

To jak według ciebie przełamać tę monotonię i rutynę w życiu?
Może nam pomóc zachłyśnięcie się przepięknym widokiem, cudownym zjawiskiem czy zapachem, które potrafią być tak samo odurzające jak kieliszek alkoholu!

Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie 'Na rauszu', jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie "Na rauszu", jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)

Bohaterom „Na rauszu” tego zabrakło. Mam wrażenie, że psychologicznie kobietom przychodzi to jednak łatwiej niż mężczyznom...
Mój mąż Adam bardzo pięknie mówi o jednym z darów człowieka, jakim jest dar zachwytu. Za rzadko z niego korzystamy.

Mnie w tym filmie najbardziej dotknęło motto z Kierkegaarda: „Czym jest młodość? Snem. Czym miłość? Treścią tego snu”. Apetyt na życie z wiekiem się zmniejsza. Zderzamy się z realem, pojawia się coraz więcej „muszę”, a coraz mniej „chcę”.
Niestety życie wrzuca nas w systemy, które przejmują panowanie nad nami. I to nawet nie chodzi o rutynowe czynności życiowe, tylko schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi.

Poza tym nie zgadzam się, że bycie nauczycielem to monotonna praca. Przecież codziennie spotyka się tam grupę młodych ludzi, którzy są w permanentnym rozwoju, ale też proteście, niezgodzie czy odkrywaniu siebie. W tak młodym człowieku stale się coś dzieje. To fascynujące!

To prawda, z kontaktu z młodością również można czerpać energię.
A skoro mówimy o młodości, to przypomniał mi się teraz portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który w wieku dziewięćdziesięciu paru lat powiedział: „młodość przychodzi z wiekiem”. Bo odkrywasz w sobie możliwości, nad którymi możesz już panować, możesz się nimi bawić i dzielić się z innymi.

Dla kogo ten film jest terapeutyczny? Moim zdaniem, może być ciekawy dla osób w kryzysie wieku średniego, którzy wiodą monotonne życie. Na zasadzie: co może mnie jeszcze dobrego spotkać, skoro wszystko już było? Może niektórym z nas wzrośnie apetyt na życie po tym filmie, bo pomoże nam nie przegapić tego momentu, po którym wpadamy już w dół. Bo nie możemy zapominać o przyjemności w życiu.
Ja nie znoszę rutyny, dlatego często coś w życiu zmieniam, a to czasem wymaga ode mnie również umiejętności kończenia czegoś definitywnie, żegnania się z tym, a nawet niszczenia. Po to, by zacząć wszystko od nowa. Takie zaczynanie od nowa wcale nie jest łatwe, musimy być przygotowani na pewien wysiłek.

Martin finalnie jednak odnajduje sens życia. Bo życie samo w sobie jest już wielkim powodem do szczęścia. I tańca. I jak się okazuje, Mads Mikkelsen to nie tylko świetny aktor, ale też zawodowy tancerz...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

Więcej o filmoterapii na stronie filmoterapia.pl.