1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Brigitte Bardot walczy o prawa zwierząt. "Teraz wiodę życie wojowniczki"

Brigitte Bardot walczy o prawa zwierząt. "Teraz wiodę życie wojowniczki"

Brigitte Bardot od lat walczy o prawa zwierząt (1998), fot. BEW PHOTO
Brigitte Bardot od lat walczy o prawa zwierząt (1998), fot. BEW PHOTO
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Gdy porzuciła karierę aktorki, zajęła się tym, co było dla niej naprawdę ważne: walką o prawa zwierząt. I trwa w tym od 46 lat. – Kiedyś uważano słowa, które wypowiadałam w ich obronie, za błahe, głupie i płytkie. Dziś los zwierząt i nasz do nich stosunek stały się w końcu przedmiotem debaty publicznej – pisze Brigitte Bardot w swojej książce „Łzy walki”.

Kiedy zagrała w filmie „I Bóg stworzył kobietę”, wywołała skandal. Kiedy porzuciła karierę aktorki i życie gwiazdy, wszyscy osłupieli. A ona zajęła się tym, co było dla niej naprawdę ważne: walką o prawa zwierząt. I trwa w tym od 46 lat. – Kiedyś uważano słowa, które wypowiadałam w ich obronie, za błahe, głupie i płytkie. Dziś los zwierząt i nasz do nich stosunek stały się w końcu przedmiotem debaty publicznej – pisze Brigitte Bardot w swojej książce „Łzy walki”.

– Bonjour, Ania! – w słuchawce słyszę miły głos. – Tu Bernard d’Omale, mąż Brigitte (czwarty i z najdłuższym stażem, bo od 27 lat). Miło cię słyszeć. Dostałem twój mejl. Więc chcesz zrobić wywiad z Brigitte? Strasznie przerywa, kiepsko cię słyszę, jakaś burza przewala się nad Saint-Tropez. Może zdzwońmy się wieczorem?

– Ania? O, teraz lepiej. No, więc wywiad na razie się nie odbędzie. Brigitte jest wstrząśnięta aferą z mięsem chorych polskich krów importowanym do Francji. Tyle lat jej walki o prawa zwierząt i wszystko na nic. Przykro mi, Aniu.

Przekonuję, że poczekam, że zadzwonię pod koniec miesiąca, może emocje opadną. W końcu to Brigitte Bardot. Warto czekać.

– Bonjour, Ania! Tak, tak, pamiętam. A co powiesz na to, żeby wysłać pytania mejlem? Nie? Ale Brigitte ma niezwykle żywe pióro, zresztą wiesz, bo czytałaś książkę. Poza tym kiedy pisze, łatwiej jej zebrać myśli. Wyjdzie ciekawiej. Że bez rytmu rozmowy i nienaturalnie? Nic się nie martw. Poza tym mieszkamy w takim miejscu, że telefoniczne połączenia się co chwilę urywają. Nawet teraz, jak z tobą rozmawiam, muszę łapać zasięg, co chwilę chodzić a to trzy metry w prawo, a to w lewo. Brigitte ma chore nogi, nie może tak wędrować. Przez Skype’a? No nie, my już jesteśmy na to za starzy. Brigitte wszystko pisze ręcznie. Komórkę owszem, ma, ale tylko po to, żeby jej nigdy nie używać. Z mojej? Ale przecież przerywa (choć nie przerywa nic a nic). Najlepiej będzie mejlem. No, chyba że tu przyjedziesz.

Od razu widzę, jak otwiera się przede mną niebieska brama prowadząca do willi La Madrague, przez którą wciąż wyglądają wielbiciele Bardot, mimo że karierę aktorską gwiazda zakończyła w 1973 roku. Paparazzi nieraz starali się prześwietlić obiektywami osłaniające posiadłość od strony morza pinie. Szłam zresztą kiedyś, dawno temu, ścieżką biegnącą przy jej willi. Płot jak płot. Ale brama kultowa. A przed nią zawsze miska wody dla spragnionych psów.

– Mogę przyjechać, z wielką chęcią. Jutro? Pojutrze? – odpowiadam, starając się nie myśleć o cenie biletu do Nicei na ostatnią chwilę. Liczę na to, że Bernard zmięknie, gdy zobaczy, że zależy mi na rozmowie tak bardzo, że jestem w stanie stawić się z notesem w ręku pod bramą chociażby i jutro. On zamiast tego stara się elegancko wykaraskać z propozycji, którą rzucił, by mnie przekonać do wywiadu mejlowego, a która zadziałała wręcz przeciwnie. Broni dostępu do Brigitte jak lew. – Jutro to na pewno nie, musielibyśmy pomyśleć kiedy, to nie takie proste, Brigitte ma zajęty kalendarz, poza tym już żadne z nas młodzieniaszki. Ale zapytam i dam znać.

Dwa dni później dostaję SMS. Miła wiadomość jest kolejną odmową. Ułańska fantazja nie zadziałała. Nie otworzyła drzwi. Jest mu bardzo przykro, ale Brigitte nie jest w formie, umarła jej przyjaciółka, więc, niestety, wywiad jak już, to za jakiś czas i tylko mejlowo. Na pocieszenie dodaje: – Merci, charmante Ania, może jednak trochę mu zaimponowałam swoim uporem. No, ale co z tego.

– Bonjour, Bernard. Czy Brigitte czuje się już lepiej? – Tak, chere Ania, lepiej. Bo wiesz, bardzo przeżyła śmierć swojej kochanej suczki. Przez kilka dni zupełnie nie mogła dojść do siebie. Tylko na rozmowę wciąż nie ma sił.

–To wyślij pytania mejlem – poddaję się i skoro nic innego mi już nie pozostaje, obiecuję poprosić redaktor naczelną, by zrobiła wyjątek i zgodziła się na wywiad mejlowy. W końcu to Brigitte Bardot. – Przekonaj ją i udanego weekendu – rzuca, a ja czuję, jak szlag mnie trafia, bo przecież już od ponad dwóch miesięcy zabiegam o tę rozmowę.

Mogłam się spodziewać takiego obrotu sprawy. Niejeden dziennikarz, nawet taki, który zaszedł aż pod bramę jej domu i wrzucał prośby o spotkanie do skrzynki na listy, obszedł się smakiem. Pytania i tak musiał wysłać faksem, a Brigitte Bardot odpowiedziała tylko na te, na które miała ochotę. Ja, o dziwo, dostaję odpowiedź na niemal wszystkie. A pod nimi – niczym nagroda za cierpliwość – pełen zawijasów autograf. Brigitte Bardot myśli układa w zdania zdecydowane i ostre jak jej bezkompromisowy charakter. No i krótkie, więc za uzupełnienie opowieści musi posłużyć jej ostatnia, wydana właśnie w Polsce książka „Łzy walki”.

***

Jak to jest być żywą legendą? Nie jestem żadną żywą legendą! Jestem kobietą.

Jak dziś, z dystansu, patrzy pani na czasy brigittomanii? A czymże jest ta brigittomania? To jakaś choroba?

Czy jako młoda dziewczyna zdawała sobie pani sprawę z wyjątkowości swojej urody? Nigdy nie czułam się piękna ani tym bardziej piękniejsza od innych.

Czuje się pani czasem ofiarą własnego wizerunku? Więcej, czuję się więźniem samej siebie.

Marzy pani o anonimowości? Czasami chciałabym być niewidzialna.

W książce „Łzy walki” dodaje: Kiedy udaję się z La Madrague do mojej małej farmy w La Garrigue, natykam się niekiedy na przechodniów czy kierowców, którzy przystają na mój widok. Bernard chciałby czasem pójść ze mną na kolację do jakiejś knajpki w okolicach Saint-Tropez, ale na ogół mu odmawiam, ponieważ wiem, że zaraz ktoś do mnie podejdzie, ktoś inny będzie przypatrywał się, co jem, jak trzymam widelec, poprosi o wspólne zdjęcie czy o wpis do księgi gości, a ja nie będę umiała odmówić”.

Zwykła pani mówić, że ma dwa życia. To drugie zaczęło się, gdy u szczytu kariery, w 1973 roku, niespodziewanie rozstała się pani z kinem? Życie gwiazdy to zamknięty rozdział. Teraz wiodę życie wojowniczki.

„Film z początku mnie bawił. Ale nigdy tej pracy nie lubiłam” – pisze pani w „Łzach walki”. Kino było o tyle ważne, że zyskana dzięki niemu rozpoznawalność pomaga mi w walce o prawa zwierząt.

By sfinansować swoją fundację, sprzedała pani w 1987 roku na aukcji w Paryżu oraz siedząc na rynku w Staint-Tropez pamiątki z czasów kariery aktorskiej: gitarę, biżuterię, meble, suknię ze ślubu z Rogerem Vadimem. Później przekazała pani fundacji większość swoich nieruchomości. Trudno się było rozstać z pamiątkami z „poprzedniego życia”? By stworzyć fundację, sprzedałam wszystko, co miało wartość. Nie żałuję tych pamiątek, bo pieniądze, jakie za nie dostałam, sprawiły, że ocaliliśmy życie wielu zwierząt. Zresztą ja niczego nie żałuję.

W książce opisała to tak: „Należące do mnie dotąd przedmioty, stanowiące część mojej duszy, przechodziły w cudze ręce. Moje pierwsze życie ustępowało miejsca drugiemu”.

Nazwisko Bardot otwiera wszystkie drzwi? Nie, moje nazwisko nie otwiera wszystkich drzwi. Ale potrafi je uchylić.

„Ofiarowałam młodość i urodę mężczyznom, dziś ofiaruję swoją mądrość i doświadczenie zwierzętom” – dziś ma pani 85 lat. Skąd czerpie pani siłę? Cierpienie zwierząt pcha mnie do walki. Nie mogę siedzieć bezczynnie, gdy dzieją im się te wszystkie okropieństwa. Społeczeństwo, owszem, ewoluowało. Ale ewoluowały też okrucieństwa, jakie serwujemy zwierzętom. Niestety!

„Nie należę do ludzkiego gatunku i nie chcę do niego należeć. Czuję się inna, trochę nieprzystająca do tego świata” – pisze pani w książce. Dlaczego? Ludzkości daleko do ludzkiego traktowania świata wokół. To dlatego zdecydowanie bliżej mi do zwierząt niż do ludzi, od których uciekam jak od zarazy.

W książce dodaje: „Dopóki będzie się traktować zwierzęta jak jakąś niższą formę życia, dopóki wyrządzane im będą krzywdy i zadawane cierpienia, dopóki będzie się je zabijać, by zaspokajać własne potrzeby, dla rozrywki i uciechy, dopóty nie będę uważać się za przedstawicielkę tej butnej i krwiożerczej rasy”.

Jakie ma pani największe marzenie? Żeby zwierzęta i ludzie żyli w harmonii.

Co dają pani zwierzęta? Równowagę, swoją całkowitą miłość, zaufanie, bezinteresowność, spokój.

W domu ma pani sześć psów i trzy razy więcej kotów. Jak to jest mieszkać z tak wieloma zwierzętami? Podobno czasem się pani śmieje, że we własnym łóżku nie może rozprostować nóg, bo miejsce zajmują psy? Moje zwierzęta to moi najukochańsi przyjaciele i nie umiałabym bez nich żyć.

A gdyby mogła się pani odrodzić jako zwierzę, to…? Byłabym dzikim mustangiem.

Jak wygląda pani życie w Saint-Tropez? Nie mieszkam w Saint-Tropez. Mieszkam w La Madrague!

W książce napisze: La Madrague stanowi część mojego ja, tak jak ja stanowię część jego. Kupiłam tę rybacką chatę w 1958 roku. […] La Madrague jest nieduża i skromna. Ludzie, którzy mnie tu odwiedzają, są tym zaskoczeni, spodziewając się zapewne pełnego blichtru domu nad wodą, jak na rezydencję gwiazdy przystało. A tu nic z tych rzeczy. Prawdę mówiąc, nie znoszę dużych pomieszczeń, lubię małe, przytulne domy z nisko opadającym dachem.

Co sprawia pani radość? Zachód słońca, śpiew ptaków, cisza przerywana tylko szumem fal, oczy moich psów, mruczenie kotów.

Żyje pani na uboczu. Lubi pani samotność? Ja nie tylko lubię samotność. Ja jej potrzebuję.

Utrzymuje pani jakieś przyjaźnie i znajomości z czasów, gdy była aktorką? Żadnych.

Nadal pamiętają o pani ludzie na całym świecie, dostaje pani masę korespondencji, podobno nawet kilkadziesiąt listów dziennie. O czym ludzie do pani piszą? To ważne, poruszające i wspaniałe listy. Czuję w nich miłość i cierpienie. Na te, które poruszają mnie najbardziej, zawsze odpisuję.

Jakie jest pani przesłanie? Co najważniejszego chciałaby pani powiedzieć ludziom? Przestańcie jeść zwierzęta! I kochajcie je tak, jak ja je kocham!

***

– Bonjour, Ania! Dostałaś mejl z odpowiedziami? – dopytuje się Bernard. – Byłabyś tak miła i wysłała mi numer magazynu, gdy już się ukaże wywiad? Znasz adres? Zresztą czasem wydaje mi się, że wcale nie jest on potrzebny, bo przychodzą do nas listy „zaadresowane” po prostu: Brigitte Bardot. Nie przestaje mnie to zadziwiać. Ale, proszę, zanotuj sobie. Właściwie nie trzeba wiele dodawać. Tylko dopisek „Francja”, kod pocztowy, Saint-Tropez, La Madrague. Z Polski Brigitte też dostaje listy. Daj znać, jak będziesz w okolicy. Zapraszamy. A jak pogoda w Warszawie? Nad Saint-Tropez znów się zerwała burza. Istne wariactwo z tą pogodą.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Tilda Swinton nagrodzona Złotym Lwem za całokształt twórczości

Tilda Swinton, 77. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji (Fot. Yara Nardi/Forum)
Tilda Swinton, 77. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji (Fot. Yara Nardi/Forum)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
"Kino to moje szczęśliwe miejsce, moja prawdziwa ojczyzna", powiedziała Tilda Swinton odbierając Złotego Lwa za całokształt twórczości podczas uroczystej ceremonii otwarcia tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. 

Trwa 77. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji. Podczas uroczystej ceremonii otwarcia, Złotego Lwa za całokształt twórczości otrzymała aktorka Tilda Swinton. Statuetkę odebrała z rąk Cate Blanchett, przewodniczącej jury, a następnie z dumą uniosła ją w górę wykrzykując "Viva Venezia. Kino, kino, kino... Wakanda Forever. Tylko miłość!". Swoimi słowami uczciła pamięć zmarłego niedawno Chadwicka Bosemana, aktora znanego m.in. z "Czarnej Pantery".

https://www.instagram.com/p/CEq9pupJs1q/

"Zawsze grasz samego siebie. Każdą postać musisz przepuścić przez swoje doświadczenia, a przez pryzmat każdej roli patrzysz też na swoje życie" - tak Tilda Swinton mówi o swoim zawodzie. Dziś przypominamy jej najważniejsze kreacje filmowe i odkrywamy, czego możemy się od nich nauczyć.

Wybór i opracowanie: Joanna Olekszyk

„Orlando”

Dla wielu osób film kultowy. Opowiada o podróży młodego szlachcica Orlando, który na przestrzeni wieków szuka swojej tożsamości, stopniowo zmieniając się w kobietę i ostatecznie odkrywając, że płeć to tylko rola, jaką mamy do odegrania.

Kadr z filmu 'Orlando' (Fot. Image Capital Pictures/Forum) Kadr z filmu "Orlando" (Fot. Image Capital Pictures/Forum)

„Musimy porozmawiać o Kevinie”

Historia nieperfekcyjnej matki, która nie radzi sobie z wychowaniem syna. Film porusza jeden z tematów tabu w naszej kulturze i zadaje odważne pytanie: Czy matka może nie kochać swojego dziecka? Dla Tildy była to próba zmierzenia się z największym lękiem, jaki przeżywa kobieta w ciąży – że nie uda jej się nawiązać kontaktu ze swoim jeszcze nienarodzonym dzieckiem.

Kadr z filmu 'Musimy porozmawiać o Kevinie' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Musimy porozmawiać o Kevinie" (Fot. BEW Photo)

„Michael Clayton”

– Kiedyś zapytano mnie, co było największym wyzwaniem w moim życiu. Odpowiedziałam: zagranie bezwzględnej prawniczki wielkiej korporacji – wyznała Tilda. – Karen to samuraj, którego cesarzem jest firma, jest jak żołnierz gotowy do wykonania każdego rozkazu. Bezwzględna i bezbłędna, a ponieważ zajmuje wysokie stanowisko i jest kobietą, musi przebić „szklany sufit” i udowodnić wszystkim, że zasługuje na duże pieniądze, jakie jej płaci firma. To jedna z najbardziej przerażających i odhumanizowanych kreacji w karierze aktorki, uhonorowana Oscarem.

Kadr z filmu 'Michael Clayton' (Fot. NG Collection/Forum) Kadr z filmu "Michael Clayton" (Fot. NG Collection/Forum)

„Tylko kochankowie przeżyją”

Lekcja na temat tego, jak trwać długo w udanym związku. Eve i Adam, małżeństwo wampirów, są ze sobą całą wieczność, mają różne charaktery, ale też różne przyzwyczajenia i pasje, na dodatek mieszkają osobno, na dwóch przeciwległych krańcach świata. A mimo to łączy ich silna więź, wręcz telepatyczna, tak jakby byli dwoma różnymi kawałkami jednej całości.

Kadr z filmu 'Tylko kochankowie przeżyją' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Tylko kochankowie przeżyją" (Fot. BEW Photo)

„Jestem miłością”

Bohaterka grana przez Tildę jest rosyjską arystokratką, żoną majętnego Włocha, osamotnioną zarówno w Mediolanie, jak i w małżeństwie, tęskniącą za miłością, którą niespodziewanie zaczyna czuć do przyjaciela swojego syna. To opowieść o tym, czy siła uczucia jest w stanie pokonać wszelkie przeszkody.

Kadr z filmu 'Jestem miłością' (Fot. NG Collection/Forum) Kadr z filmu "Jestem miłością" (Fot. NG Collection/Forum)

„Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa”

Biała Czarownica w wydaniu Tildy jest zła w najbardziej przerażający sposób, bo opierający się na emocjonalnej niestabilności. Tworząc tę postać, aktorka opierała się na doświadczeniach z własnego dzieciństwa i tym, czego najbardziej się bała – wcale nie krzyku czy groźby, ale chłodnej grzeczności przechodzącej w okrucieństwo.

Kadr z filmu 'Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa" (Fot. BEW Photo)

„Nienasyceni”

Początkowo Tilda nie chciała zagrać w tym filmie ani w żadnym innym z powodu cierpienia po śmierci matki. Ostatecznie przyjęła tę rolę, ale ponieważ prywatnie ciężko było jej wydobyć z siebie głos, zaproponowała, by jej postać – piosenkarka rockowa - również była (na skutek operacji) bez głosu. Jej milczenie jest tu przeciwieństwem hałasu, jaki robią inni ludzie dookoła niej, i konsekwencją chaosu z jej przeszłości, który czasem ma wpływ na jej teraźniejszość.

Kadr z filmu 'Nienasyceni' (Fot. Image Capital Pictures/Forum) Kadr z filmu "Nienasyceni" (Fot. Image Capital Pictures/Forum)

  1. Kultura

Grzegorz Damięcki - aktor "Belfra" i "Watahy" prywatnie

Grzegorz Damięcki zagrał ostatnio główną rolę w serialu „W głębi lasu”. (Fot. Bartosz Krupa/East News)
Grzegorz Damięcki zagrał ostatnio główną rolę w serialu „W głębi lasu”. (Fot. Bartosz Krupa/East News)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Musiałem poczekać na swój czas. Bo kamera jest bezlitosna, prześlizguje się po twarzach bez doświadczenia, twarzach, które nic nie przeszły, a zatrzymuje się na tych, które już coś w życiu widziały – mówi Grzegorz Damięcki. 

Musiałem poczekać na swój czas. Bo kamera jest bezlitosna, prześlizguje się po twarzach bez doświadczenia, twarzach, które nic nie przeszły, a zatrzymuje się na tych, które już coś w życiu widziały – mówi Grzegorz Damięcki. 

Powiedział pan, że bardzo lubi moment, kiedy może wcielić się w rolę kogoś, kim prywatnie nie chciałby pan być. Czy w przypadku prokuratora Kopińskiego, głównego bohatera serialu „W głębi lasu”, też tak było? Oj, tak! Nie chciałbym przeżywać problemów i dylematów mojego bohatera, kogoś, kto mierzy się ze stratą siostry i czuje się odpowiedzialny za jej śmierć. To, co wydarzyło się w pewnym lesie w jego młodości, nie daje mu spokoju przez całe dorosłe życie. Wciąż próbuje rozwikłać zagadkę sprzed lat i zyskać choćby namiastkę równowagi i spokoju. Wyobrażam sobie, że to musi być straszny ciężar, ale wejście w jego skórę było fascynujące. Zresztą im dłużej uprawiam ten zawód, tym częściej myślę, że jego główną zaletą jest możliwość sprawdzania, co ja bym zrobił w takiej sytuacji. Jeśli ta sytuacja jest skrajna, to podwójnie ciekawe. Uważam, że człowiek z natury nie jest zaprogramowany na bohaterstwo. Więc wcielając się w jakiegoś herosa, przenoszę się do czasów dzieciństwa. Bo w piaskownicy mogłem być, kimkolwiek chciałem.

Czyli zawód aktora daje panu możliwość powiedzenia „sprawdzam” samemu sobie. Kiedy ma się do czynienia z postacią kontrowersyjną, z jakichś względów głoszącą kontrowersyjne tezy, trzeba postarać się bardziej. Paradoksalnie widz musi ją polubić. Trzeba go omotać. Dać postaci krwiobieg. To się da zrobić (przynajmniej ja tak mam) tylko wtedy, kiedy naprawdę się z tym człowiekiem utożsamię, przepuszczę jego myślenie przez siebie, przez swoją wrażliwość. Wtedy może powstać ktoś, kto do widza przemówi. Trzeba solidnie „użyć” całego siebie, fizycznie i emocjonalnie.

A czy zdarzyło się, że za którymś razem, mówiąc sobie rolą „sprawdzam”, zaskoczył pan siebie, bo czegoś się pan po sobie nie spodziewał? Długo grywałem bohaterów tylko pozytywnych, romantycznych lekkoduchów. Ale wersja „romantyk” niczego niespodziewanego we mnie nie wyzwoliła. Kiedy z czasem pojawiły się inne propozycje, jak na przykład: „Belfer”, „Szóstka” czy „Nielegalni”, patrzyłem już na świat i zawód z innej perspektywy. Z zaskoczeniem odkryłem w sobie pokłady zła i agresji. Byłem zszokowany tym, do czego się dogrzebałem. Nawet się tego trochę przestraszyłem. Przenoszenie mroków Grzegorza Molendy [bohatera serialu „Belfer”] utrudniało mi funkcjonowanie w domu. Musiałem nauczyć się czegoś zupełnie nowego – porzucać swojego bohatera przed progiem mieszkania…

A jak się pan siebie przestraszył, to co pan dalej z tym nowym sobą zrobił? Poświęciłem trochę czasu, żeby zrozumieć, co się dzieje. A niełatwo się sobie przyglądać. Nie należę do ludzi patrzących w lustrzane odbicie z zachwytem. Raczej ciągle siebie sabotuję wątpliwościami. I w zasadzie wszystko toczy się w mojej głowie. Przy całym swoim zamknięciu, milczeniu i nieśmiałości jestem dobrym słuchaczem. Z wiekiem coraz lepszym. Widzę też coraz więcej dobrego, ale i złego, w innych i w sobie.

Chyba jest w panu coś z malkontenta... Czy ja wiem? Mimo wszystko wciąż wierzę w człowieka. Teraz też ufam, że po tym dziwnym czasie będziemy lepsi. Nauczyłem się również składać sobie życie z drobiazgów. Zwykle przepuszczamy je, bagatelizujemy. Czekamy na spektakularne wydarzenia, które na ogół nie następują. Jestem taką mieszanką wierzącego i niedowiarka.

Co pana nauczyło, że nie warto czekać w życiu na fajerwerki? Długo żyłem pod kloszem. W PWST słyszałem, że czeka mnie błyskawiczna kariera… Nic takiego nie nastąpiło. Chyba długo dojrzewałem. To dojrzewanie przyspieszyło, kiedy zaczęli odchodzić ważni dla mnie ludzie. Osoby drogowskazy. Wcześniej mogłem do nich uciec, ukryć się za ich plecami. Dojrzewanie w moim przypadku to także wszystkie źle odbyte lub niedokończone rozmowy, błędne wybory. To mnie ukształtowało. I odłożyło się na mojej twarzy. Po nieprzespanych nocach, schrypnięty i wściekły przystąpiłem kiedyś do próbnych zdjęć. Nie powiem, że było mi wszystko jedno, ale zwyczajnie nie miałem siły i wiary w sukces. A jednak dostałem tę rolę. Uprawiam zawód pełen paradoksów. Im dłużej zaklinałem telefon, tym uporczywiej milczał. Kiedy odpuściłem, zaczął dzwonić. Kamera zwykle prześlizguje się po twarzach bez doświadczenia, a sprzyja tym, które coś przeżyły, bo one potrafią więcej opowiedzieć.

Agnieszka Grochowska i Grzegorz Damięcki w serialu „W głębi lasu”, najnowszej produkcji Netflixa bazującej na książce Harlana Cobena. (Fot. materiały prasowe/ Krzysztof Wiktor) Agnieszka Grochowska i Grzegorz Damięcki w serialu „W głębi lasu”, najnowszej produkcji Netflixa bazującej na książce Harlana Cobena. (Fot. materiały prasowe/ Krzysztof Wiktor)

Nie tylko młodość ma sens... W teatrze bez starości młodość pozbawiona jest amunicji. W filmie jest tak samo. Producenci to zrozumieli, bo do polskich ambitnych seriali zaprosili ludzi teatru, filmowców i pisarzy. A ci przynieśli ze sobą nowe spojrzenie, postawili na psychologię postaci, na pracę koncepcyjną, na dialog międzypokoleniowy. Udowodnili, że aktor musi mieć czas. Że nie można stawiać na pośpiech i że mają ambitny, artystyczny cel. Ja się w tym świecie odnalazłem. Bardzo pomogło mi doświadczenie pracy w teatrze, pracy ze starszymi aktorami.

Słychać i czuć, że bardzo lubi pan swoją pracę, ale jednocześnie mówi pan, że nie jest do tego zawodu przyspawany, że wyobraża sobie życie poza aktorstwem. Nie wyobrażam sobie trwania w zawodzie tylko dla pieniędzy. Zawsze tak było. Jestem artystą. Lepszym, gorszym, ale ciągle artystą. Dopóki będę w sobie czuł głód sztuki, dopóty będę miał poczucie, że robię coś wartościowego. Ale jeśli stwierdzę, że przestałem kochać ten zawód albo on przestał kochać mnie, pójdę sobie.

Dokąd? Mógłbym być stolarzem. Imponuje mi humanizm tego zawodu. Pracy w stolarni towarzyszy głęboka filozofia. Jest cała masa sposobów na przechowywanie i łączenie drewna. To daje dużo czasu na refleksję i wbrew pozorom wcale nie działa się w hałasie. Sporo ciszy i koncepcyjnego myślenia. Może za 50 lat ktoś powie na przykład: „Jakie mądre krzesło, jaki sprytny taboret”.

Ma pan już jakiś sprytny taboret na swoim koncie? Z kilku przedmiotów mogę być chyba dumny.

Muzyka jest też bliską panu dziedziną. Od czasów licealnych zbieram winyle. Stare amerykańskie płyty cudownie pachną skwaśniałą tekturą i ten boski trzeszczący dźwięk. Krążę po małym antykwariacie, włączam Milesa Davisa i patrzę, jak młodzież go odkrywa. Genialne. Taki świat kojarzy mi się ze spokojem i umiarem.

A no właśnie — umiar. Umiaru uczył pana sam mistrz Gustaw Holoubek. Po szkole teatralnej robiłem w Ateneum zastępstwo, maleńki epizod, jedno zdanie. Przygotowywałem się intensywnie, bo bardzo chciałem zaistnieć. Wyszedłem na scenę i wykonałem coś w stylu „bitwa pod Grunwaldem Matejki”. Po spektaklu wezwał mnie do siebie mistrz Holoubek i powiedział „Synu, zlituj się, na rany Chrystusa”. Zapamiętałem te słowa na całe życie. Pamiętam także o sile kropki, o której mówił pan Gustaw.

Grzegorz Damięcki, aktor filmowy i teatralny. Od 1991 r. gra w warszawskim teatrze Ateneum. Pochodzi z wielopokoleniowej rodziny aktorskiej. Znany m.in. z seriali: „Belfer”, „Szóstka”, „Wataha” czy „Nielegalni”. Właśnie zagrał główną rolę w serialu „W głębi lasu”.

 

  1. Kultura

Stanley Kubrick - wizjoner i obsesyjny geniusz kina. Sylwetka i przegląd twórczości

Stanley Kubrick na planie
Stanley Kubrick na planie "Mechanicznej pomarańczy" (1981 rok), fot. BEW PHOTO
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Był niewątpliwie jednym z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych twórców w historii światowego kina XX wieku. Stanley Kubrick – obsesyjny geniusz i ekscentryczny wizjoner. 26 lipca skończyłby 92 lata. W czym tkwi jego fenomen?

Wirtuoz reżyserii, scenarzysta, montażysta, producent filmowy i fotograf. Dbał o każdy szczegół swojej twórczości, a jego filmy to doprowadzone niemalże do całkowitej perfekcji dzieła. Z okazji rocznicy urodzin słynnego twórcy, przypominamy najważniejsze produkcje, które wyniosły go na szczyt.

Od fotografa do twórcy kina

Pierwszą i prawdopodobnie największą pasją Kubricka była fotografia. Gdy miał 13 lat otrzymał od ojca swój pierwszy aparat fotograficzny. Jego talent szybko został zauważony i doceniony przez amerykański magazyn „The Look”. W wieku 16 lat udało mu się sprzedać pierwsze zdjęcie, które przedstawiało zasmuconego sklepikarza, a rok później rozpoczął pracę już jako profesjonalny fotograf, najmłodszy w historii wspomnianego wcześniej pisma. Przez kilka lat współpracował z magazynem, jednak pociąg do świata kina okazał się silniejszy. Jako młody reżyser nie miał zbyt wielu dochodów. Zapożyczając się u rodziny i znajomych, zaczął tworzyć niezwykłe filmy, które balansowały na granicy świata realnego i nadprzyrodzonego.

Doktor Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę (1963)

Kubrick wielokrotnie podkreślał, że jego pierwszym w pełni udanym filmem jest "Doktor Stangelove" z 1963 roku. Nakręcił go pod wpływem fascynacji światową obawą przed wojną atomową. Według pierwotnych założeń film miał być projekcją w stylu „co by było, gdyby…”. W efekcie dramatyczny scenariusz przerodził się jednak w przezabawną satyrę. Film przyjęto niezwykle entuzjastycznie. Został też doceniony przez krytyków filmowych. Pierwszy pokaz miał odbyć się 22 listopada. Kubrick jednak przesunął premierę ze względu na wydarzenia w Dallas związane z zamachem na prezydenta Johna Kennedy’ego.

https://www.youtube.com/watch?v=jPU1AYTxwg4

2001: Odyseja kosmiczna (1968)

Po ogromnym sukcesie filmu "Doktor Strangelove", Kubrick postanowił nakręcić wysokobudżetowe, ambitne kino science fiction. "Odyseja kosmiczna" to historia o człowieku w kosmosie rozpoczynająca się zaskakującym prologiem w czasach prehistorycznych, kiedy to nastąpił przełom w ewolucji rodzaju ludzkiego. Film powstał na podstawie opowiadania Arthura C. Clarke’a, lecz nie jest on wiernym odzwierciedleniem książki. W filmowej wersji "Odysei kosmicznej" reżyser zadaje pytanie gdzie jest miejsce ludzi w świecie inteligentnych maszyn oraz przedstawia swoją teorię na temat istnienia pozaziemskich cywilizacji i dalszej ewolucji człowieka. Film robi niesamowite wrażenie i jest prawdopodobnie jednym z najwybitniejszych dzieł Stanleya Kubricka.

https://www.youtube.com/watch?v=oR_e9y-bka0

Napoleon (lata 70)

Na przełomie lat 60. i 70., po głośnej "Odysei kosmicznej" Kubrick chciał przystąpić do wymarzonego dzieła o życiu Napoleona. Zaplanowano gigantyczne przedsięwzięcie: Jack Nicholson w roli głównej, 35 tysięcy statystów, 4 tysiące specjalnie szytych kostiumów... Gotowy był już nawet szczegółowy spin scen. Nie dziwi więc, że filmowa biografia Napoleona to najważniejszy z niezrealizowanych projektów reżysera. Kubrick miał obsesję na punkcie „cesarza Francuzów” i przeczytał na jego temat niezliczoną ilość książek. W obsadzie, oprócz Jacka Nicholsona mieliśmy zobaczyć Audrey Hepburn oraz znanego z „Powiększenia” Davida Hemmingsa. Projekt porzucono jednak ze względu na kłopoty finansowe, kryzys panujący w wytwórni MGM oraz niepowodzenie innego filmu o Napoleonie, brytyjskiego „Waterloo” w reżyserii Siergieja Bondarczuka.

Mechaniczna pomarańcza (1971)

Po przeczytaniu „Mechanicznej pomarańczy” Anthony’ego Burgess’a, Kubrick miał już materiał na kolejny film. Historia młodego chuligana Alexa to utopijna wizja przyszłości, która obraca się wokół pytania czy człowiek pozbawiony możliwości wyboru jest jeszcze człowiekiem. Główny bohater zostaje przyłapany na zbrodni i trafia do więzienia, gdzie decyduje się na niekonwencjonalne metody resocjalizacji, które mają wyplenić z niego całe zło. Podobnie jak w przypadku "Odysei kosmicznej", ekscentryczny reżyser zdecydował się po swojemu zinterpretować treść książki Burgess’a. "Mechaniczna pomarańcza" to surrealistyczna wizja świata, określana przez znawców kina jako swoisty retro futuryzm. Film pojawił się w kinach w 1971 roku i był wyjątkowo brutalny jak na tamte czasy. Sceny przemocy i gwałtu sprawiły, że dzieło spotkało się z ostrą krytyką, a sam reżyser i jego rodzina zaczęli otrzymywać nawet groźby śmierci.

https://www.youtube.com/watch?v=vN-1Mup0UI0

Barry Lyndon (1975)

Inspiracją do powstania filmu była powieść o niejakim Barrym Lyndonie. Jest to niezbyt znana, jednak ciekawa historia, która w doskonały sposób ukazuje piękno tragizmu filmów Kubricka. Widać tu pieczołowitą dbałość o najmniejsze szczegóły scenograficzne, dekoracyjne i kostiumowe, które budują wrażenie obcowania z prawdziwym światem arystokratów. Aby oddać realia epoki, Kubrick zrezygnował z oświetlenia lamp na rzecz świec (w zrealizowaniu tego pomysłu pomogła mu ekipa NASA). Jest to zdecydowanie najsmutniejszy ze wszystkich filmów reżysera, ale też najbardziej dojrzały. "Barry Lyndon" to bowiem historia o człowieku zdominowanym przez siły zupełnie od niego niezależne. Co ciekawe, film zawiera również wątki komediowe. Narrator, który opowiada historię głównego bohatera często ironizuje, przez co film staje się jeszcze ciekawszy.

https://www.youtube.com/watch?v=8V_TXNdn5ss

Lśnienie (1980)

Nad przestrzeni lat Kubrick eksperymentował z różnymi gatunkami filmowymi. Pod koniec lat 70. postanowił więc nakręcić horror będący ekranizacją słynnej powieści Stevena Kinga. Reżyser jednak ponownie bardzo luźno potraktował oryginał. Odrzucił wiele (jego zdaniem) zbędnych elementów i zostawił sam trzon, co nie spodobało się autorowi pierwowzoru. "Lśnienie" ignoruje wszystkie wartości, którymi oznaczają się horrory. Całość nakręcono wyłącznie w jasnych pomieszczeniach, ponadto wykorzystano symbolizm kolorów i zrezygnowano z duchów i zjaw wyskakujących z szaf. Mamy za to skrajny niepokój i tajemniczy świat, który rządzi się własnymi prawami. Warto też wspomnieć, że najsłynniejsza scena z "Lśnienia" została… całkowicie zaimprowizowana. Kultowe już „Here’s Johnny!” nigdy nie znajdowało się w scenariuszu, a w filmie znalazło się wyłącznie dzięki genialnemu Jackowi Nicholsonowi.

https://www.youtube.com/watch?v=a6F3GAN5Mis

Niedoceniony

Kubrick zmarł w 1999 roku i, co ciekawe, nigdy nie udało mu się zdobyć Oscara dla najlepszego reżysera, mimo, że wielokrotnie był nominowany. Czym dziś są dla nas jego filmy? Przede wszystkim pretekstem do refleksji nad sensem ludzkiego istnienia oraz niepowtarzalną okazją do obcowania ze sztuką w najlepszym tego słowa znaczeniu. Produkcje takie jak "Lśnienie", "2001: Odyseja kosmiczna", czy "Mechaniczna Pomarańcza" to kino, które nikogo nie pozostawi obojętnym.

  1. Kultura

Richard Gere o jubileuszu "Pretty Woman", medytacji i spotkaniu z Dalajlamą

Richard Gere (fot. East News)
Richard Gere (fot. East News)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W serialu „MotherFatherSon” gra toksycznego rodzica. Prywatnie w kwietniu w wieku 71 lat znów został ojcem i zapewnia, że nie zamierza ingerować w życiowe wybory swoich dzieci. Nam Richard Gere mówi o sile, którą daje mu medytacja zen, o spotkaniach z Dalajlamą, ale też o... jubileuszu „Pretty Woman”. 

W serialu „MotherFatherSon” gra toksycznego rodzica. Prywatnie w kwietniu w wieku 71 lat znów został ojcem i zapewnia, że nie zamierza ingerować w życiowe wybory swoich dzieci. Nam Richard Gere mówi o sile, którą daje mu medytacja zen, o spotkaniach z Dalajlamą, ale też o... jubileuszu „Pretty Woman”. 

W dwóch słowach. Jak byś sam się określił? Irytujący marzyciel...

Czyli kto? Facet, który w kinie wciąż szuka czegoś więcej niż jedynie kasowych produkcji. Wierzy w magię filmów, które mogą poruszać, skłaniać do refleksji, ale również wywoływać dyskusję i wpływać na myślenie ludzi, przygotowywać grunt pod zmiany społeczne, dając przykład tego, że jeden człowiek naprawdę może zrobić coś sensownego dla innych.

Zacznijmy więc od magii kina. Mija 30 lat od premiery najsłynniejszej komedii romantycznej wszech czasów "Pretty Woman". Podobno Julia Roberts musiała cię namawiać, byś w tym filmie zagrał. Dlaczego? Obawiałem się, że już na dobre zostanę zaszufladkowany jako etatowy amant, a wielbicielki nie dadzą mi spokoju. Po „Amerykańskim żigolaku”, w którym wcieliłem się w faceta do towarzystwa, taka opcja, mimo że grywałem już wtedy różne postaci – była bardzo prawdopodobna. Nigdy nie czułem się żadnym symbolem seksu, ale w wywiadach przypinano mi taką etykietkę. Moja żona Alejandra też tego nie rozumie, mówi, że wyglądam tak samo jak faceci, których mija na ulicy... (śmiech!) Poza tym ten film nie wydawał mi się wtedy ważny, nikt nie miał wobec niego wielkich oczekiwań. Pierwotny scenariusz był raczej depresyjny: opowiadał o osobach z dwóch różnych, ale równie okropnych światów. Zamiast happy endu było rozstanie w ciemnej uliczce po wypełnieniu umowy. Brrr! Dopiero gdy scenariusz przejął Disney, historia nabrała znanego dziś bajkowego charakteru. Stała się współczesną wersją Kopciuszka. Ostatecznie zgodziłem się w tym zagrać, bo to chwytający za serce film o nadziei, o tym, że zwycięża miłość, a kasa nie daje szczęścia. To także historia o potrzebie akceptacji i o tym, że można zmienić swoje życie.

A nie przeszkadzało ci, że "Pretty Woman" to opowieść o uprzedmiotowieniu kobiety, o kupieniu jej przez bogatego mężczyznę? Sama Julia Roberts twierdzi, że dziś, w dobie ruchu #MeToo taki film o męskiej dominacji już by nie powstał.  Zapewne tak. Chociaż sądzę, że postać Vivian można interpretować wielorako. Owszem, nie jest kobietą niezależną w sensie materialnym i wybiera wygodne życie u boku bogatego mężczyzny, którego darzy jednak uczuciem. Z drugiej strony jest bohaterką, która osiąga swoje cele, a o to przecież chodziło w emancypacji, by kobieta miała wybór. Vivian robi ze swoją seksualnością to, co chce. Wkracza dzięki temu do innego świata, ale nie jest w nim tylko dekoracją. Bierze z niego to, co dla niej najlepsze. Wybiera ostatecznie miłość, ale nie jest nigdzie powiedziane, że to wyklucza dalszy jej rozwój, inwestowanie w naukę, w siebie. Rozmawiałem o tym z Garym Marshalem, reżyserem filmu, który, niestety, niedawno odszedł, i myślę, że ta historia nie jest wcale taka oczywista.

Kadr z filmu 'Pretty Woman' (fot. BEW PHOTO) Kadr z filmu "Pretty Woman" (fot. BEW PHOTO)

Kiedyś jednak byłeś innego zdania. Czy ta zmiana myślenia ma jakiś związek z buddyzmem zen, którego jesteś wyznawcą i praktykiem? Chyba coś w tym jest. Rzeczywiście stałem się człowiekiem bardziej świadomym siebie i świata. Zen zakłada odrzucenie różnych uprzedzeń, które towarzyszą nam na co dzień i wpływają na to, w jaki sposób odbieramy rzeczywistość. One po prostu nas ograniczają. Zen podkreśla rolę powrotu do „tu i teraz”. Dlatego nie zagłębiam się w przeszłość ani nie analizuję różnych wersji przyszłości. Skupiam się za to na teraźniejszości i czerpaniu radości ze zdarzeń, które dzieją się w dokładnie tej chwili. Chcąc żyć zgodnie z założeniami zen, kiedy jesz, powinieneś tylko jeść, a nie rozmyślać w tym czasie o tym, co stało się w pracy, czy o tym, co masz zrobić po obiedzie. Gdy zaś idziesz na spacer do lasu, powinieneś zwracać uwagę na przykład na korony drzew, a nie zajmować się pisaniem wiadomości w komórce. Zen odrzuca również tworzenie granic pomiędzy samym sobą a światem zewnętrznym. Chodzi o uzyskanie poczucia jedności z całym wszechświatem i wszystkimi jego elementami. A prowadząca do tego medytacja to rodzaj oczyszczenia umysłu, przyzwolenia na niekontrolowany przepływ myśli, rodzaj relaksu, odstresowania.

No dobrze, a tak konkretnie jak to się przekłada na twoje życie? Znalazłem spokój, przestałem się szarpać sam ze sobą, zaakceptowałem siebie. Nie gonię za rolami, pieniędzmi, tak zwaną karierą, całym tym celebryckim blichtrem, imprezami, kobietami. Kiedyś czytałem, co o mnie piszą w mediach, i mocno to przeżywałem, porównywałem się z innymi aktorami. Chciałem się wybić, zaistnieć. Dziś już tego nie robię, nie muszę, nie potrzebuję. Żyję wygodnie, ale bez luksusów. Nie potrzebuję drogich, podkreślających status gadżetów. Ani zainteresowania paparazzich. Lubię pobyć sam, w ciszy. Mogę też żyć dłuższy czas bez pracy na planie i nie jest to dla mnie jakąś tragedią. Życie jest ważniejsze od kina! Ciekawsze, prawdziwsze. Ważniejsza od filmów jest moja rodzina, ważniejsze jest praktykowanie zen, ważniejsze są misje humanitarne, w których biorę udział. To nie znaczy, że już nie podoba mi się zawód aktora. Wykonuję go z pokorą, bez nadawania mu zbyt wielkiego znaczenia. Właściwie to jestem zaskoczony, że moja kariera trwa tak długo. Nigdy nie była przemyślana, niczego nie kalkulowałem. Jestem farciarzem, bo udało mi się pracować ze znakomitymi reżyserami, aktorami i scenarzystami.

Życiowy minimalizm i ograniczenia, które propaguje buddyzm, nijak się mają do stylu życia w Hollywood. Nie czułeś rozdwojenia?  Medytować i włączać świadomość można wszędzie. I w Hollywood, i na pustyni. Na pewno jeśli chodzi o drobne, praktyczne strony życia, to jest to pewien problem. Takie na przykład komary...

Słucham? Komary – czasem nieźle potrafią człowiekowi dokuczyć. Buddyzm naucza szacunku dla każdej formy życia. Tak więc nie powinniśmy komarów zabijać. Staram się oczywiście tego przestrzegać, ale nie jestem też masochistą. (śmiech!) Jakiś dziennikarz zarzucił mi kiedyś, że nie żyję w ubóstwie i mam dochodową restaurację, chociaż sam jestem wegetarianinem. Ale przecież to nie stan posiadania jest najważniejszy, tylko cel, na który wydajemy nasze uczciwie zapracowane pieniądze, i sposób, w jaki żyjemy. Założyłem fundację „The Gere Foundation”, która walczy o wyzwolenie Tybetu spod chińskiej okupacji, ale zajmuje się także międzynarodowymi misjami humanitarnymi. Podczas kryzysu w Kosowie w 1999 roku odwiedziłem uciekinierów w Macedonii, w ubiegłym roku wsparłem organizację charytatywną „Open Arms”, która uratowała przeszło 170 imigrantów na Morzu Śródziemnym. Angażuję się także w działalność organizacji „Survival International”, wspierającej ginące plemiona Ameryki i Afryki w walce o ich prawo do zachowania odrębnej kultury. Dzięki temu mam poczucie, że robię coś wartościowego. Ale i dzięki kinu mogę robić coś dobrego dla innych. Na przykład zgodziłem się zagrać bezdomnego w filmie „Poza czasem” po to, by zapewnić praktyczną pomoc osobom w takim samym położeniu, w jakim znalazł się mój bohater. W rozmowach z brytyjskim dystrybutorem powiedziałem, że zależy mi, aby ten film pomógł lokalnym grupom bezdomnych. Kiedy go kręciliśmy, bardzo głęboko odczułem, jak to jest żyć na marginesie społeczeństwa, jak to jest być niewidocznym dla innych. Bezdomność może spotkać każdego. Dlatego trzeba troszczyć się o drugiego człowieka, patrzeć sobie w oczy, słuchać i być wysłuchanym. Bardzo szanuję papieża Franciszka za jego działania na rzecz ubogich. Podobnie jak Dalajlama ma serce pełne współczucia i nie wyróżnia siebie na tle reszty świata.

Podobno dobrze znasz Dalajlamę. Nie zdziwił się, czego hollywoodzki aktor szuka u niego? On wie, że ludzie przyjeżdżają do niego po to, by pomógł im uwolnić swoją świadomość od cierpienia. Jego Świątobliwość zaskoczony był jedynie tym, że jako aktor, który chce uwiarygodnić swoich bohaterów w złości czy smutku, muszę najpierw jako osoba prywatna uwierzyć w ten smutek czy gniew. Nie zapomnę momentu, gdy mu o tym powiedziałem. Długo i przenikliwie patrzył mi w oczy, po czym wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Dopiero później zrozumiałem, że kiedy gram w filmie, który odnosi się do jakiegoś fragmentu rzeczywistości, to tak naprawdę jest ona niczym innym, jak funkcją mojego własnego umysłu. Na jednym z seminariów z Dalajlamą omawialiśmy sytuację, kiedy postrzegamy dane zdarzenie w sposób czysty, czyli bez jakichkolwiek projekcji czy udziału pamięci. To jest bardzo krótki moment skupienia na chwili, który powinniśmy w sobie trenować i rozwijać. Kiedy do akcji wkracza mózg, zaczyna wszystko oceniać w granicach tego, co jest mu już znane.

Ostatnio często grywasz ojców. W "Kolacji", którą widziałam w Berlinie, oraz w serialu BCC First "MotherFatherSon" nie najlepiej radzisz sobie jednak z rodzicielstwem. W tym ostatnim grasz bohatera, którego wyśrubowane oczekiwania wobec syna, wrażliwego chłopaka o skłonnościach autodestrukcyjnych, doprowadzają do dramatu. Ciekawi mnie, jakim ty sam jesteś ojcem. Masz już 20-letnia syna Homera, a ostatnio znów zostałeś szczęśliwym tatą. Jestem późnym ojcem. Homer przyszedł na świat, gdy skończyłem 50 lat. Z moją ówczesną żoną nazwaliśmy go Homer James Jigme, co po tybetańsku oznacza „nieustraszony”. To jednak ja sam siebie powinienem tak nazwać, bo nie zdawałem sobie sprawy z tego, co mnie czeka. Teraz znów doświadczam stanu bycia ojcem dla mojego 2-letniego synka Aleksandra i właśnie narodzonego drugiego maleństwa. No i razem z Alejandrą wychowujemy także jej 7-letniego synka z poprzedniego związku.

Kadr z serialu 'MotherFatherSon' (fot. materiały prasowe) Kadr z serialu "MotherFatherSon" (fot. materiały prasowe)

Masz jakieś plany wobec swoich synów? Między Homerem, który ma dziś 20 lat i jest dorosły, a moimi młodszymi chłopcami, jest 18 i 20 lat różnicy. Prawie całe pokolenie. Kiedy Homer się urodził, byłem młodszy i bardziej skupiony na pracy. Poświęcałem mu więc mniej czasu. I bardzo tego żałuję. Wiem, że już tego błędu nie popełnię. Na pewno też nie popadnę w nadopiekuńczość. Chcę być blisko nich, zwłaszcza teraz, kiedy są mali, i pomagać mojej żonie Alejandrze w ich wychowywaniu. Wiem, że przyjdzie czas, kiedy wyfruną z gniazda, a wcześniej zmierzą się z okresem buntu, kwestionowania różnych autorytetów, z moim włącznie. Jestem na to przygotowany. Na pewno nie będę im niczego narzucać, bo nie uważam, że wychowujemy dzieci dla siebie, a dla świata. Będziemy się z żoną starali wyposażyć ich w jakiś system wartości, który jest nam bliski, ale wskazać także alternatywy. To, co z tego zaakceptują i przejmą, będzie już zależało od nich. Chciałbym tylko, by czuli, że mogą na nas liczyć w każdej sytuacji, także wtedy gdy postawią na inne wartości. Cieszyłbym się, gdyby wyrośli na ludzi tolerancyjnych, otwartych na innych i żyjących w zgodzie z naturą. Reszta: rodzaj szkół, wybór zawodu, partnera, wykształcenie – to już ich sprawa i ich życie. Nie wymagam, by byli tak jak ja aktorami, buddystami ani aktywistami jak moja żona Alejandra. To tylko jedna z alternatyw, jeden z wielu pomysłów na życie. Ich mogą być zupełnie inne i uszanuję je.

Nowe małżeństwo sprawiło, że stałeś się bardzo rodzinnym człowiekiem... Tak, znalazłem spokój u boku Alejandry, ale wybacz, nie będę o tym opowiadał. Chcę, by nasze życie prywatne było prywatne. Myślę, że moje wcześniejsze związki nie przetrwały także dlatego, że nie potrafiłem oddzielać spraw osobistych od tego, co pojawiało się w mediach. Życie na świeczniku zniszczyło, niestety, wiele całkiem dobrze rokujących relacji.

Twoje dzieci zapewne pochłaniają cię bez reszty. Do tego potrzebna jest dobra forma. Jak udaje ci się ją utrzymać? Uwielbiam się starzeć. Mój tata ma 95 lat i wciąż bardzo sprawny umysł. Fizycznie jest trochę wolniejszy, ale wciąż się porusza samodzielnie. Dążę do tego rodzaju długowieczności. Czuję, że wciąż, mimo siedemdziesiątki na karku, mam niezłą kondycję umysłową i fizyczną. Do tego jestem wegetarianinem. No i moi synowie nieustannie dodają mi energii.

Masz jeszcze czas i warunki, żeby medytować? Każdy oddech otwiera nową możliwość. Tak, medytuję codziennie i tobie też to polecam. Ciągłość codziennej praktyki jest czymś, czego bardzo potrzebuję. Stało się to moim nawykiem. Jest to praktyka cierpliwości i pełnego kontaktu ze swoim umysłem. Większość z nas nie doświadcza tego stanu. Żyjemy dość powierzchownie. A ja nie chcę, by moje życie przeciekało mi przez palce. Czuję, że mam jeszcze sporo przed sobą...

  1. Kultura

Frida Kahlo - o życiu, obrazach i twórczości meksykańskiej malarki

Frida Kahlo (fot. Getty Images) i jej „Autoportret z cierniowym
naszyjnikiem i kolibrem” (fot. Bew Photo).
Frida Kahlo (fot. Getty Images) i jej „Autoportret z cierniowym naszyjnikiem i kolibrem” (fot. Bew Photo).
Zobacz galerię 10 Zdjęć
„Niech żyje życie” – te słowa, dopisane tuż przed śmiercią na obrazie przedstawiającym arbuzy, uważa się za ostatnie przesłanie artystki. O tyle zaskakujące, że 47-letnie życie Fridy Kahlo w równej mierze naznaczone było blaskiem, co bólem. Zdradzana przez męża i cierpiąca katusze fizyczne, odnalazła ukojenie w malarstwie, siebie samą czyniąc dziełem sztuki.

Trudno powiedzieć, gdzie kończy się Frida Kahlo, a zaczyna jej sztuka. I to nie tylko dlatego, że jedną trzecią spośród wszystkich jej obrazów stanowią autoportrety. Jak sama przyznała, malowała siebie, bo „siebie znała najlepiej”. Jej sztukę można by spokojnie nazwać ekshibicjonistyczną – pełno w niej odniesień do życia osobistego i dramatycznych doświadczeń, które na zawsze naznaczyły jej życie: poronień, wypadku czy poznania słynnego muralisty Diega Rivery. Można też nazwać ją symboliczną czy naiwną – twórczo czerpała z motywów charakterystycznych dla religii chrześcijańskiej czy sztuki prekolumbijskiej.

André Breton, żyjący na początku XX wieku krytyk sztuki i poeta, ochrzcił ją mianem „naturalnej surrealistki”; zachwycony był zwłaszcza jej „Autoportretem, który dała mi woda”. „Frida w swej sztuce nie była zainteresowana zewnętrznym światem, lecz introspekcją, warząc z tego – przy użyciu kilku kropli okrucieństwa i humoru – typowy meksykański czarodziejski napój” – czytamy w tekście  kuratorskim do wystawy „Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst” w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu. Sama artystka pisała tak:

„Nie jestem surrealistką. Nigdy nie malowałam snów, jedynie swoją rzeczywistość”
Zawsze była wierna swojemu stylowi, początkowo inspirowanemu przez styl Diega. To dzięki niemu wprowadziła do swoich obrazów, ale i do życia, kojarzący się silnie z Meksykiem kult barwy. Siebie samą też traktowała jak kanwę obrazu. Podkreślała swoją androniczną urodę – mocne, zrastające się u nasady nosa brwi oraz delikatny wąsik – a jednocześnie ukrywała defekty. Długie spódnice maskowały krótszą prawą nogę, a liczne ozdoby, kwiaty we włosach oraz warkocze czyniły z niej barwnego ptaka i nadawały niepowtarzalny wyraz.

Frida w 1937 roku, kolorowe stroje były jednym z jej znaków rozpoznawczych. (Fot. Bew Photo) Frida w 1937 roku, kolorowe stroje były jednym z jej znaków rozpoznawczych. (Fot. Bew Photo)

W stroju stawiała na ludowość i elementy ubioru indiańskiego, wzorując się na wyglądzie kobiet z regionu Tehuantepec (Oaxaca), mającego sławę „społeczeństwa matriarchalnego”. Stworzyła Fridę-Tehuanę, ikonę, do dziś kopiowaną przez świat mody i designu, multiplikowaną na wszystkich możliwych przedmiotach użytkowych – kubkach, koszulkach, magnesach na lodówkę. Czy więcej było w tym kreacji czy naturalności – też trudno powiedzieć. Jak napisał we wspomnieniach jej pierwszy chłopak, szkolna miłość Alejandro Gómez Arias, „istniało wiele wersji Fridy, być może żadna z nich nie była tą, którą naprawdę chciała być”.

Tym, co ją wyróżniało, był wielki apetyt na życie i równie wielki głód miłości. Jak zauważają jej biografowie, od pierwszych chwil musiała radzić sobie z odrzuceniem. Niespełna rok po jej narodzinach na świat przyszła jej siostra Cristina; matka nie miała wystarczająco pokarmu, by starczyło dla obu dziewczynek, małą Fridę oddała więc mamce. Dorosła Frida namaluje potem siebie jako Dzieciątko ssące pierś ogromnej kobiety z maską na twarzy, uosabiającej ziemię meksykańską (obraz „Moja niania i ja”). A ta sama Cristina, którą zwykła nazywać swoją bliźniaczą siostrą, będzie miała romans z jej mężem. „Zawsze musiałam dzielić się miłością” – napisze artystka. W jej życiu szczęście od początku było zaprawione bólem. Biografka Fridy, Hayden Herrera podejrzewała u niej nawet syndrom Münchhausena, komentując około 35 operacji, którym była poddana podczas swojego krótkiego życia. Zdaniem Herrery większość z tych przeprowadzonych w późniejszym okresie było niczym innym jak wołaniem o miłość i uwagę. Być może tym samym była jej sztuka.

Frida Kahlo (fot. Getty Images) Frida Kahlo (fot. Getty Images)

Strzaskana kolumna

„Na rogu ulic Allende i Londres, w mieście Meksyk, stoi kobaltowy do . Codziennie ustawia się przed nim długa kolejka zwiedzających. 6 lipca 1907 roku urodziła się tu Magdalena Carmen Frida Kahlo y Calderón, kobieta, która oddała się trzem życiowym pasjom: malarstwu, polityce, a przede wszystkim Diegowi Riverze” – pisze w swojej książce „Frida Kahlo prywatnie” Suzanne Barbezat (wyd. Marginesy).

Dom nosi nazwę Casa Azul, dziś mieści się w nim muzeum artystki, w rzeczywistości to jej dom rodzinny – przyszła w nim na świat jako trzecia z czterech sióstr. (sama lubiła podawać jako swoją datę urodzenia 7 lipca 1910 roku – chciała być rówieśniczką meksykańskiej rewolucji). Jej ojciec, Guillermo Kahlo, był niemieckim emigrantem o żydowskich korzeniach, matka Matilde Calderón y Gonzalez – gorliwą katoliczką z korzeniami indiańskimi i hiszpańskimi. Frida, która początkowo pisała swoje imię z niemiecka – Frieda, była oczkiem w głowie ojca. Guillermo interesował się malarstwem, a zawodowo zajmował się fotografią. Zdaniem biografów artystki to dzięki temu, że od najmłodszych lat ustawiał córkę do zdjęć, nauczyła się pozować. Na jej obrazach możemy zaobserwować właściwie to samo, nieznacznie modyfikowane ustawienie. Poważna mina, lekki profil i przeszywające widza spojrzenie. Co ciekawe, eksperci są zdania, że słynne autoportrety Frida malowała właśnie na podstawie zdjęć, a nie jak się uważa – odbicia w lustrze.

Dzieciństwo i młodość artystki naznaczyły dwa wydarzenia. Jako sześciolatka zachorowała na polio, czyli paraliż dziecięcy – bolesne schorzenie, którego pozostałością stała się krótsza i chudsza prawa noga. Prawdopodobnie pod wpływem tamtych przeżyć zapragnęła zostać lekarką. Niestety, jej plany na przyszłość przekreślił tragiczny wypadek. W 1925 roku w towarzystwie ówczesnego chłopaka Alejandra wracała ze szkoły medycznej. W autobus, którym jechali, uderzył wykolejony trolejbus. Frida ledwo uszła z życiem, doznała jednak bardzo poważnych obrażeń: złamania kręgosłupa, złamania obojczyka, połamania żeber, złamania miednicy, 11 złamań prawej nogi, złamania i zwichnięcia prawej stopy, a także zwichnięcia ramienia. Do tego stalowy uchwyt poręczy autobusu przebił jej podbrzusze i macicę, co jak się okazało później, przekreśliło jej szanse na macierzyństwo. Przez trzy miesiące po wypadku leżała w odlewie gipsowym, którym unieruchomiono jej ciało. W tym czasie zaczęła malować. Ojciec pożyczył jej pędzle i farby, przekazał podstawy techniki i przygotowania podobrazia, chłopak przyniósł książkę o włoskim renesansie. I tak malarstwo uratowało jej życie po raz pierwszy.

12-letnia Frida na zdjęciu swojego ojca, Guillermo Kahlo, 1919 rok. (Fot. Bew Photo) 12-letnia Frida na zdjęciu swojego ojca, Guillermo Kahlo, 1919 rok. (Fot. Bew Photo)

Z tygodnia na tydzień doskonaliła warsztat, portretując najpierw członków najbliższej rodziny, potem także siebie. (Podczas pracy najczęściej przyjmowała pozycję leżącą, dlatego też większość jej obrazów ma niewielkie wymiary.) Kiedy rodzina Alejandra, w obawie, że do końca życia będzie skazany na opiekę nad żoną kaleką, wysłała go do Niemiec, Frida w akcie zemsty na niewiernym kochanku namalowała inspirowany Boticellim „Autoportret w aksamitnej sukni”, uznawany za pierwszą ważną pracę w jej karierze. To ten obraz pokazała najsłynniejszemu wtedy meksykańskiemu artyście i czołowemu komuniście Diegowi Riverze, prosząc go o ocenę jej umiejętności. Orzekł, że zostanie artystką.

W świetnym filmie dokumentalnym „Frida Kahlo” z cyklu „Malarstwo na ekranie” w reż. Alego Raya widzimy studium jej obrazu o sugestywnym tytule „Strzaskana kolumna”. Frida ma na nim rozpuszczone włosy, a po twarzy ciekną jej łzy. Jej ciało wciśnięte jest w metalowy gorset ortopedyczny, niczym w klatkę, i pęknięte wzdłuż kręgosłupa, który ma kształt antycznej kolumny, podtrzymującej podbródek i strzaskanej na całej długości. Na twarzy, ciele, a nawet na fragmencie materiału osłaniającego dół sylwetki widzimy wbite niewielkie gwoździe, symbolizujące nieprzemijający ból. Jednocześnie spojrzenie ma harde i odważne, głowę uniesioną. Choć trudno sobie wyobrazić, jakiego cierpienia przysparzało malarce zgruchotane ciało, znosiła je dumnie. Skutki wypadku z młodości dawały bowiem o sobie znać do końca życia. Najciężej przeżyła poronienia, które też były jego konsekwencją. To, które zdarzyło się podczas pobytu w Stanach Zjednocznonych, uwieczniła na jednej z najbardziej przejmujących swoich prac: „Szpitalu Henry’ego Forda”. Było to pierwsze w historii dzieło sztuki, w którym narodziny zostały przedstawione jako pełna bólu, łez i krwi opowieść o utracie. „Straciłam troje dzieci. Zastąpiły je obrazy” – napisała potem.

Pierwsze płótno Fridy Kahlo zostało pokazane w 1931 roku w USA. (Fot. Getty Images) Pierwsze płótno Fridy Kahlo zostało pokazane w 1931 roku w USA. (Fot. Getty Images)

Poddawana rozlicznym operacjom oraz rehabilitacji (najpierw w postaci drewnianego, potem stalowego gorsetu), pod koniec życia uzależniła się od morfiny. Ostatecznie krótsza prawa noga, ta sama, która w wypadku uległa wielokrotnemu złamaniu, musiała zostać amputowana. Frida sprawiła sobie wtedy protezę, którą ubierała w przepiękne, misternie wykonane buty. Do dziś można ją ogladać w muzeum w Casa Azul.

„Jestem kaleką, ale zamierzam być kaleką produktywną” – mówi ustami aktorki Salmy Hayek w jednej ze scen filmu biograficznego„Frida” z 2002 roku.

https://www.youtube.com/watch?v=-CTM7FcY1LE

Nigdy nie pozwoliła, by choroba odebrała jej radość z życia. Nawet gdy fizycznie nie dawała już rady. Na swój pożegnalny wernisaż w Meksyku (i drugą indywidualną wystawę w życiu) została wniesiona na łóżku, które potem postawiono pod baldachimem na środku sali. Leżała otoczona przez wielbicieli, fotografów i dziennikarzy. Niczym bogini przyjmująca wyznawców swojego kultu.

Słoń i gołębica

„Po co mi nogi, skoro mam skrzydła” – napisała kiedyś w pamiętniku będącym zapisem jej doświadczeń, myśli, politycznych przekonań i szkiców do kolejnych obrazów. Tymi skrzydłami był Diego Rivera. Starszy o 20 lat, potężnej budowy, dyskusyjnej urody malarz, ateista i kobieciarz. Zobaczyła go pierwszy raz jako kilkunastoletnia dziewczyna, gdy pracował nad muralem w Szkole Przygotowawczej. Podobno wówczas postanowiła, iż zostanie malarką, aby zbliżyć się do niego, po czym zostanie jego żoną i urodzi mu małego Dieguito. Dwa pierwsze punkty z tej listy udało jej się wypełnić. Ślub wzięli w 1929 roku – cywilny, bo Diego miał nadal ważny ślub kościelny z poprzednią żoną Lupe. Matka Fridy, przeciwna temu związkowi, nazwała ich małżeństwem słonia i gołębicy – rzeczywiście, przy mierzącej ledwie półtora metra, drobnej dziewczynie Diego wyglądał jak monstrum. Ona jednak promieniała. Był jej mentorem i przyjacielem, łączyły ich przekonania polityczne i miłość do wszystkiego, co meksykańskie. Zamieszkali w modernistycznym domu-pracowni, zaprojektowanym przez słynnego architekta Juana O’Gormana. Składały się na niego dwa budynki: jeden Fridy, drugi Diega, połączone mostem. Już sama ta konstrukcja wskazywała na to, że Diego od małżeństwa oczekuje głównie wolności.

21 sierpnia 1929 roku Frida i Diego wzięli ślub cywilny - ona miała 22 lata, on - 42. Na zdjęciu w Meksyku w 1939 roku. (Fot. Getty Images) 21 sierpnia 1929 roku Frida i Diego wzięli ślub cywilny - ona miała 22 lata, on - 42. Na zdjęciu w Meksyku w 1939 roku. (Fot. Getty Images)

Frida nie umiała poradzić sobie z tabunem kochanek męża, do tego − jak pisze Suzanne Barbezat − Diego nigdy nie okazywał zachwytu jej urodą, jak czynił to w przypadku Lupe i kilku innych modelek. Pewnego razu, gdy ją malował, stwierdził podobno: „Z twarzy przypominasz psa”. Odrzekła niewzruszona: „A ty żabę”. Jako typowy macho nie znosił jednak męskiej konkurencji (choć nie miał nic przeciwko jej flirtom z kobietami). Kiedy dowiedział się, że Frida miała romans z Lwem Trockim, któremu udzielała gościny, wystąpił o rozwód. To był dla niej cios. Z rozpaczy obcięła włosy i zaczęła nosić męskie ubrania. Piła na umór i romansowała, i z mężczyznami, i z kobietami. Wiele z tych przygód przeradzało się potem w przyjaźnie, jak kilkuletni związek z fotografem Nickolasem Murayem, któremu zawdzięczamy unikalne kolorowe fotografie artystki. A jednak Diego nie opuszczał jej myśli ani jej obrazów, w tym jednego z najsłynniejszych „Dwie Fridy”, uznawanego za najważniejszy meksykański obraz XX wieku. „Miałam w życiu dwa tragiczne wypadki. Pierwszy – autobus. Drugi – Diego” – mówi w jednej ze scen w filmie „Frida”. I to ten drugi przysporzył jej więcej cierpienia. Jednak po roku małżonkowie pogodzili się i zawarli ponowne małżeństwo, tym razem z założenia „otwarte”. Zamieszkali w Casa Azul, który stał się kulturalnym centrum Meksyku. Gościli w nim artystów, wyprawiali niekończące się przyjęcia i już oficjalnie romansowali. „Gdyby nie ból fizyczny, czułabym się teraz naprawdę szczęśliwa” – pisała Frida w liście. Po jej śmierci 13 lipca 1954 roku Diego podobno pogrążył się w głębokiej żałobie. Co nie przeszkodziło mu rok później znów się ożenić.

„Żyła tak, jak chciała, i nikogo nie zamierzała za to przepraszać” – mówi o Fridzie Salma Hayek, prywatnie jej wielka fanka i kolekcjonerka jej sztuki (druga najbardziej znana po Madonnie). Jak wyznała dziennikarzowi „The Guardian”: „Nigdy nie postrzegałam jej jako ofiary. Spójrz na to zdjęcie, od miesięcy jest przykuta do łóżka, a ma pomalowane paznokcie, zrobioną fryzurę. Ona codziennie budziła się i zmieniała siebie samą w dzieło sztuki, uwielbiała to. A poza tym, czy ktoś schorowany, zgnębiony, w depresji – na krótko przed śmiercią tytułuje swój ostatni obraz »Niech żyje życie«?”.

„Autoportret z cierniowym naszyjnikiem i kolibrem” (1940). Obraz wyraża cierpnie (ciernie), ale i nadzieję na odzyskanie utraconej miłości (martwy koliber). (Fot. Bew Photo) „Autoportret z cierniowym naszyjnikiem i kolibrem” (1940). Obraz wyraża cierpnie (ciernie), ale i nadzieję na odzyskanie utraconej miłości (martwy koliber). (Fot. Bew Photo)

Dokument „Frida Kahlo” z cyklu „Malarstwo na ekranie” w reż. Alego Raya będzie można zobaczyć tej jesieni m.in. w warszawskim kinie Muranów, www.kinomuranow.pl. Film „Frida” w reż. Julie Taymor jest dostępny na platformie HBO GO. Wirtualnie można obejrzeć wystawę "Twarze Fridy" na platfromie Google Arts & Culture, artsandculture.google.com.  Dla internautów swoje podwoje otworzył też słynny Casa Azul, dom, w którym mieści się jej muzeum, www.recorridos-virtuales.com.