1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Antonio Banderas: Twardziele też płaczą

Antonio Banderas: Twardziele też płaczą

Antonio Banderas w filmie
Antonio Banderas w filmie "Ból i blask" (fot. BEW PHOTO)
Bardzo dawno nie widzieliście go w takiej roli. Dalekiej od jego najpopularniejszych hollywoodzkich filmów. Antonio Banderas znowu zagrał u Pedra Almodóvara, tym razem w „Bólu i blasku”, którego scenariusz oparty jest na autobiograficznych doświadczeniach słynnego hiszpańskiego reżysera.

Pedro Almodóvar mówi, że nie widzi granicy między życiem prywatnym a zawodowym. Z tobą jest podobnie?
Miałem takie momenty, kiedy aktorstwo stawiałem ponad wszystko. Apogeum nastąpiło, właśnie kiedy pracowałem z Pedrem. To było na przełomie lat 80. i 90., kręciliśmy wtedy razem „Matadora”, „Prawo pożądania”, „Kobiety na skraju załamania nerwowego” i „Zwiąż mnie”. Czas kompletnego zatracenia. Ani Pedro, ani ja nie widzieliśmy świata poza pracą. Kiedy na premierze oglądaliśmy gotowy film, nie zdążaliśmy się nim nawet nacieszyć, bo już pojawiał się pomysł na kolejny projekt. Kino nas napędzało.

Co się zmieniło?
Nasze kontakty się rozluźniły, kiedy wyjechałem do Hollywood.

To wtedy życie wzięło górę nad kinem?
Nie, wtedy jeszcze nie. Stany nie stłumiły we mnie pasji. Tak naprawdę wyraźną granicę nauczyłem się stawiać stosunkowo niedawno. Dziś wiem, kiedy mój związek z aktorstwem zagraża związkom z bliskimi. Umiem znaleźć równowagę. Mam wreszcie świadomość, że świat się nie skończy, jeśli powiem, że nie mogę nakręcić kolejnego dubla, bo jestem umówiony na spotkanie z córką.

Żałujesz, że wcześniej nie było cię stać na takie rozgraniczenie? Czy jednak z sentymentem wspominasz szalone lata z Almodóvarem?
Takich jak Pedro i ja było więcej. Żyliśmy jak prawdziwa bohema. Piliśmy whisky, paliliśmy papierosa za papierosem, nieustannie rozmawialiśmy o sztuce, o Hiszpanii, o przeszłości i przyszłości. Zastanawialiśmy się nad definicją artysty, szukaliśmy pomysłów na nowe rozwiązania fabularne, kłóciliśmy się, czy kino ma moc zmieniania świata. To był piękny okres dojrzewania naszej generacji. Wtedy praktycznie codziennie czułem, że się intelektualnie rozwijam. Miałem to szczęście, że dorastałem w Maladze.

Co zawdzięczasz swojemu rodzinnemu miastu?
Pierwszy raz dotarło do mnie, czym jest potęga sztuki, kiedy miałem pięć lat. Doskonale pamiętam dzień, w którym mama odprowadzała mnie do szkoły przez Plaza de la Merced. Powiedziała wtedy z dumą: „Tutaj urodził się Pablo Picasso”. Od tamtej pory dzień w dzień mi o tym przypominała. Wtedy myślałem, że bycie artystą to największy zaszczyt, jakiego można w życiu dostąpić. Oczywiście, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w mojej rodzinnej Maladze to jedyny człowiek, który zrobił międzynarodową karierę i to dlatego jest tak hołubiony, a nie dlatego, że wybrał drogę sztuki [śmiech].

A jaka była Malaga twojego dzieciństwa?
W czasie reżimu Franco uciekali tu poeci, reżyserzy, malarze i literaci. Znajdowali w miarę bezpieczne schronienie. Był moment, że mieliśmy u siebie cały tabun sławnych ludzi, ale wśród nich nie było rodowitych mieszkańców Malagi. Wtedy jeszcze głośniej chwaliliśmy się Picassem. Pamiętam z dzieciństwa, że rodzice powtarzali swoim dzieciom: „On tak jak ty miał dwie ręce i dwie nogi i patrz, co osiągnął! Ty też możesz!”.

Twoi też ci to powtarzali?
Mama bardzo często mówiła: „Zobaczysz, pewnego dnia będziesz Picassem!”. I wywróżyła mi to, bo rzeczywiście tak się stało – zagrałem go w serialu National Geographic „Geniusz: Picasso” [śmiech].

Ciekawe, czy teraz w Maladze rodzice mówią dzieciom, że mogą osiągnąć tyle co ty.
Mówią [śmiech]. Od moich młodych fanów wiem, że powtarzano im w dzieciństwie:„Banderas mógł, to ty też możesz”. I dziękują mi, bo te słowa umocniły ich wiarę w siebie i popchnęły do działania. Tak, wiem, pewnie myślisz, że się przechwalam, ale chodzi mi o co innego. Rozpiera mnie duma, że moje nazwisko pada w momentach, w których zachęca się młodych ludzi, żeby wyszli z życiowego marazmu. Zbyt wiele razy słyszałem zdania typu: „W Ameryce mają łatwiej. A co my tutaj, w tej zabitej dechami dziurze możemy?”. No więc służę przykładem, że możemy, i to sporo.

Mama musiała być zachwycona rolą Picassa.
Niestety, nie zdążyła zobaczyć efektu, zmarła w trakcie zdjęć, w listopadzie 2017 roku. Miała 84 lata. Ojca straciłem w 2008 roku, też dożył sędziwego wieku, 87 lat. Ale serial oglądał mój brat i był tą produkcją zachwycony.

No, to może czas na rolę Salvadora Dalego, drugą ikonę hiszpańskiej sztuki?
Co do Dalego, doskonale pamiętam, kiedy w 1984 roku zabrało go pogotowie. Do szpitala natychmiast zjechały media – to był już czas relacji reporterskich z bezpośrednich miejsc wydarzeń. Jeden z kanałów wyemitował materiał, w którym Dali patrzy prosto w kamerę i krzyczy tak głośno, że aż drżą mu wąsy: „Viva, España! Viva, arte!”, po czym traci pewność siebie i dodaje o wiele ciszej: „Geniusze nie powinni umierać. Prawdziwi artyści powinni żyć wiecznie”. Byłem wtedy przed trzydziestką, a te słowa zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Nie potrafiłem się po tym materiale otrząsnąć. Jedyne, nad czym myślałem przez następne kilka dni, to niesprawiedliwość świata, który genialnym artystom, jak Dali właśnie, każe odchodzić tak samo jak zwykłym śmiertelnikom. W głowie mi się to nie mieściło. Dziś na przemijanie, także geniuszy, patrzę zupełnie inaczej.

Jak?
Nie mam już nic przeciwko śmierci, bo jej sprawiedliwość polega na tym, że jest jedyną pewną rzeczą w życiu. Na pewno mam na przemijanie większą zgodę, podobnie jak mój bohater w „Bólu i blasku”. Jednak mimo że tyle nas łączy, nie wolno mi było do filmu ani do roli wnosić zbyt dużo z siebie.

Jak wyglądało to spotkanie po latach?  Zdążyliście się z Almodóvarem za sobą stęsknić?
Wcześniej była jeszcze przecież „Skóra, w której żyję” w 2011 roku. Wtedy, po dwóch dekadach przerwy, kiedy Pedro zadzwonił do mnie i zaproponował mi udział w „Skórze...”, jechałem na spotkanie z nim na łeb na szyję. Nie mogłem się doczekać, kiedy pokażę mu wszystko, czego się przez ten czas nauczyłem. I kiedy tylko go zobaczyłem, zacząłem się popisywać, jak potrafię modulować głos, jak teraz wyrażam siebie.

Co on na to?
Popatrzył na mnie srogim wzrokiem i powiedział, że gówno go obchodzi, jak wyszkoliło mnie Hollywood. On chce Banderasa z Malagi. Dlatego teraz, jak tylko pojawiła się propozycja współpracy przy „Bólu i blasku”, wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić, żeby w jakikolwiek sposób kojarzyć się publiczności z facetem, który zagrał Zorro, El Mariachi czy wampira Armanda w „Wywiadzie z wampirem”. Musiałem odkryć przed widzem wrażliwość, emocje, znaleźć zupełnie inne środki, żeby wydobyć męskość swojej postaci. Byłem ciekawy, jak Pedro chce to ze mnie wydobyć. Na plan jechałem jak żołnierz gotowy wykonać każde polecenie. Wspaniałe wyzwanie!

Poradziłeś sobie z nim świetnie, czego dowodem jest choćby nagroda za tę właśnie rolę w Cannes, gdzie, swoją drogą, chyba najbardziej dyskutowaną sceną festiwalu był twój pocałunek z Leonardem Sbaraglią.
To kolejny raz, kiedy całowałem się z mężczyzną u Almodóvara. Pierwszy pojawił się w filmie „Prawo pożądania” z 1987 roku i wywołał niesamowitą wrzawę w Hiszpanii. Przy okazji uświadomiłem sobie, że publiczność często nie potrafi oddzielić bohatera od tego, kto się w niego wciela. Moja mama też miała z tą sceną problem, ale zapytałem ją wtedy, co jest gorsze: to, że pocałowałem mężczyznę, czy to, że zabiłem kogoś i nie zostałem ukarany, co miało miejsce w innych moich filmach [śmiech]. Sam nigdy nie miałem z podobnymi scenami najmniejszego problemu, głównie dzięki mojemu profesorowi z Argentyny.

Czego cię nauczył?
Że uprzedzenia i moralność, które w sobie noszę, muszę codziennie przed wejściem na plan albo na deski teatru zdejmować z siebie jak płaszcz. Z Almodóvarem zawsze właśnie tak się pracuje. Jego filmy opowiadają zbyt istotne historie, żeby mieć jakiekolwiek wątpliwości, czy to, czego Pedro wymaga, może być dla mnie szkodliwe.

A jednak od lat 90. grałeś głównie twardzieli z giwerą w ręku. Czy rola geja nie koliduje z tym wizerunkiem? Zwłaszcza w Hiszpanii, gdzie kult macho wciąż jest przecież żywy.
Ja sam doskonale wiem, kim jestem. Jestem pewny swojej seksualności, nie musze się o nią w żaden sposób obawiać czy czegoś udowadniać. W „Bólu i blasku” jest scena, która wzruszyła mnie do łez. To moment, kiedy mój bohater spotyka swojego byłego kochanka Federico, w którym był bez pamięci zakochany. Nadal zresztą coś do niego czuje. Federico ustami Leonarda Sbaraglii mówi mi, że mieszka teraz w Argentynie, gdzie ma żonę i dwójkę dzieci. Na planie, kiedy tę scenę kręciliśmy, poczułem się, jakbym dostał obuchem w głowę. Waga tych słów była tak wielka, że łzy w jedną sekundę napłynęły mi do oczu, chociaż scenariusz wcale tego nie zakładał. Byłem przekonany, że Pedro przerwie ujęcie, ale tego nie zrobił, a ja nie wiedziałem, jak się opanować. To jest moment filmu, o którym powinno dyskutować Cannes i nie tylko.

Po czymś takim otrzepujesz się, schodzisz z planu i zapominasz?
Nie zawsze tak to działa. Czasami robię nawet coś, czego aktor zdecydowanie nie powinien robić: bronię swoich bohaterów w życiu prywatnym. Zwłaszcza jeśli tak jak Salvador stają się dla mnie ważni. Po prostu nie ma we mnie zgody na ludzką krzywdę. Kiedy moi bohaterowie cierpią, cierpię razem z nimi, przejmuję się, choć wiem, że mi nie wolno, bo stąd już prosta droga do szaleństwa. Może byłbym lepszym aktorem, gdybym im nie współczuł. Ale czy byłbym lepszym człowiekiem? Niech zostanie tak, jak jest.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Penélope Cruz - ikona zwykłych ludzi

"Miałam proste marzenie: mieć pracę, którą będę kochać" - mówiła w wywiadzie dla "El Pais" Penélope Cruz. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kobieta niezwykle atrakcyjna i szalenie utalentowana - o takich mówi się, że wygrały los na loterii. Jednak Penélope Cruz ciężko napracowała się, by wieść życie, którego zawsze pragnęła. Od zawsze wierna wartościom i pochodzeniu. Kocha i szanuje innych ludzi, ale przede wszystkim siebie.

 

Jak powiedziała inna świetna aktorka Marion Cotillard, wręczając jej Cezara za życiowe osiągnięcia, Penélope Cruz jest ikoną zwykłych ludzi, cytując dokładnie: "międzynarodową gwiazdą, która zawsze pozostanie córką rzemieślnika, mocno zakorzenioną w prawdziwym życiu". Pedro Almodóvar, reżyser i także przyjaciel, z którym zrobiła wspólnie już sześć filmów, użył wobec niej określenia "przedstawicielka klasy pracującej". I rzeczywiście, choć Penélope zachwyca na czerwonych dywanach i kochają ją wielkie domy mody, to najbardziej wiarygodna jest w rolach pracujących matek, urobionych po łokcie i gotowych wydrapać oczy tym, którzy atakują jej dzieci. Jest w niej siła i urok dawnych włoskich aktorek jak Sophia Loren czy Anna Magnani. Zresztą, podobnie jak Loren, nagrodzona Oscarem za rolę w filmie "Matka i córka", większość tych świetnych kreacji zagrała, sama nie będąc jeszcze matką.

Taka była chociażby w filmie "Volver", za który dostała nominację do Oscara. Czy we "Wszystko o mojej matce", gdzie grała spodziewającą się dziecka zakonnicę, w dodatku chorą na AIDS. Podobno kiedy przeczytała opis swojej roli, powiedziała do Almodóvara, reżysera i autora scenariusza: "Jak mam sprawić, by ludzie w to uwierzyli?!", odpowiedział: "Zaufaj mi". I miał rację. Niezależnie od tego, czy na ekranie jest pełnokrwistą, szaloną artystką w komedii "Vicky Cristina Barcelona" Woody'ego Allena, czy steraną życiem matką głównego bohatera w "Ból i blask" Almodóvara - wierzymy jej bohaterkom. Od razu kupujemy ich emocje, przeżywamy z nimi każdą scenę i odnajdujemy w nich skrawek siebie.

Może rację ma Asghar Farhadi, irański reżyser, w którego dramacie "Wszyscy wiedzą" zagrała na początku tego roku: "Penélope jest osobą, która kocha ludzi, w najprawdziwszym znaczeniu tych słów. Kocha i szanuje, niezależnie od ich pochodzenia, pracy, klasy społecznej czy kultury, w jakiej się wychowali". Sama utożsamia się jednak z Hiszpanią. - Jestem bardzo hiszpańska - przyznała w magazynie "Esquire". - Kocham moje miasto i ten kraj, tutejsza kuchnię i kulturę. Tu mieszkają moja mama i siostra. Jestem bardzo rodzinna. My, Hiszpanie, lubimy familijną atmosferę. Kiedy spotykamy się i spędzamy razem czas, zaczynamy mówić wszyscy naraz. Uwielbiam to!

A Hiszpanie uwielbiają ją. Odkąd wyszła za mąż za Javiera Bardema, jednego z najlepszych i najpopularniejszych obecnie aktorów, mają w swojej ojczyźnie status - no, może nie rodziny królewskiej, bo taką Hiszpania ma, ale z pewnością dobra narodowego. Lubiani, a przy tym normalni, mili i mocno chroniący życie prywatne. Nigdy nie opowiadają o sobie w wywiadach, wiadomo tylko, że są małżeństwem od 2010 roku, kiedy to przyrzekli sobie miłość podczas kameralnej uroczystości na Bahamach, i że mają dwoje dzieci: 8-letniego synka Leo i 6-letnią córeczkę Lunę. No i że się znają od 26 lat (pierwszy raz spotkali się na planie filmu "Szynka, szynka"). Cóż, Penélope Cruz silnie i na długo przywiązuje się do ludzi. I jest to jedna ze składowych jej życiowego sukcesu.

Penélope Cruz na Festiwalu Filmowym w San Sebastian. (fot. BEW) Penélope Cruz na Festiwalu Filmowym w San Sebastian. (fot. BEW)

Po pierwsze, praca, którą kochasz

Nikt w jej rodzinie nigdy nie parał się artystycznym rzemiosłem, wszyscy zarabiali na życie pracą własnych rąk. W przeciwieństwie chociażby do jej męża, który pochodzi z aktorskiego rodu. Mimo to podkreśla, że zarabia równie ciężko na chleb jak jej przodkowie. A pracuje, odkąd skończyła 16 lat - najpierw były to niewielkie rólki w produkcjach telewizyjnych i współprowadzenie programu "La Quinta Marcha" na kanale Telecinco. Debiutowała jako 17-latka w komedii erotycznej "Szynka, szynka" w reżyserii Bigasa Luny, gdzie zagrała prowincjuszkę przyjeżdżającą do wielkiego miasta. Nie przypuszczała, że ten niskobudżetowy film będzie dla niej przepustką do sławy. Kiedy w 2009 roku, jako pierwsza w historii Hiszpanka odbierała Oscara za rolę w "Vicky Cristina Barcelona", powiedziała, że takie historie nie przytrafiają się dziewczynom z Alcobendas.

Przyszła na świat w 1974 roku w tym liczącym około 100 tys. mieszkańców robotniczym miasteczku niedaleko Madrytu jako najstarsza z trojga dzieci Eduarda i Encarny, sprzedawcy w sklepie z narzędziami i fryzjerki. - Miałam proste marzenie: mieć pracę, którą będę kochać. Nieważne, czy byłabym tancerką, czy aktorką. Chciałam z tego żyć, tego pragnęłam. Wizja zdobycia Oscara była dla mnie nierealna, równie dobrze ktoś mógłby mnie przekonywać, że któregoś dnia postawię stopę na Księżycu - mówiła w wywiadzie dla "Esquire".

Gdy była nastolatką, jej ojciec kupił magnetowid Betamax - jeden z pierwszych w sąsiedztwie. Młoda Penélope zwariowała na punkcie filmów. - Ta maszyna zmieniła moje życie - opowiadała w tym samym wywiadzie. Zamiast chodzić do parku, czy bawić się z przyjaciółmi, wypożyczała kasety - dwie lub trzy naraz. - W naszej okolicy nie było sali kinowej, nie mieliśmy też samochodu, ale w domu poznawałam historię kina. Dzięki temu dowiedziałam się, kim są Billy Wilder, Marilyn Monroe, Sophia Loren, Pier Paolo Pasolini... Każde odkrycie aktorskie było dla mnie niczym wstrząs. Film "Najpiękniejsza" z Anną Magnani, oglądałam średnio trzy razy w tygodniu - mówiła.

Jednak dopiero kiedy zobaczyła "Zwiąż mnie", kultowy film Pedro Almodóvara, postanowiła zostać aktorką. - Po zakończeniu seansu zrobiłam sobie spacer i doszłam do wniosku, że muszę mieć agenta. Chciałam poznać Pedra i podziękować mu za ten film. A także pracować z nim - wyznała "Esquire". Agentkę znalazła, gdy miała 15 lat. - Skłamałam, powiedziałam jej, że mam 17. Odesłała mnie do domu, ale wróciłam. Potem znowu mnie odesłała, ale nie ustępowałam - wspomina. W końcu Katrina Bayonas dała za wygraną. Do dzisiaj pracują razem.

"Zanim mogłam zacząć wybierać dobre filmy, los sam mi je oferował" - mówiła w wywiadzie dla "El Pais". Szczęście rzeczywiście jej sprzyjało. Jej kolejny film, hiszpańsko-portugalsko-francuska produkcja Fernanda Trueby "Belle époque ", został uhonorowany Oscarem dla najlepszego tytułu nieanglojęzycznego. Wtedy postanowiła wyruszyć na studia do Nowego Jorku. Mieszkała w dzielnicy Greenwich Village, z grupą przyjaciół z Hiszpanii. Wydawało się, że stamtąd już tak niedaleko do Hollywood. Aktorka wyznaje jednak, że bardzo sparzyła się podczas pierwszego kontaktu z Fabryką Snów. - Gdy miałam 20 lat, producent, który ściągnął mnie do Stanów Zjednoczonych z Hiszpanii, oszukał mnie. Zamiast uzgodnionego kontraktu dał mi do podpisania inny, na znacznie gorszych warunkach. Wynikało z niego, że miałam też robić rzeczy, których nie chciałam. Powiedziałam mu, żeby się pie..., i wsiadłam do samolotu powrotnego do domu. Czułam się wtedy fantastycznie! To był jeden z najlepszych dni w moim życiu. Nie obawiałam się, że wszystkie studia dowiedzą się o tej sytuacji i nikt nie będzie chciał mnie zatrudnić. Przeciwnie, byłam pełna siły - mówiła w wywiadzie dla "Zwierciadła".

Kadr z filmu 'Wszyscy wiedzą' w reżyserii Asghar Farhadi. (fot. BEW) Kadr z filmu "Wszyscy wiedzą" w reżyserii Asghar Farhadi. (fot. BEW)

Wróciła do Hiszpanii, gdzie nakręciła świetnie przyjęty film "Otwórz oczy" z Alejandrem Amenabarem, po czym dostała kolejne oferty pracy w USA - m.in. od Stephensa Freasa w "Krainie Hi-Lo" czy Billy'ego Boba Thorntona w "Rączych koniach". - Kolejny raz do Stanów leciałam ze spokojem. Na miejscu okazało się, że nie trafiłam na żadną czarną listę studiów produkcyjnych. Dzięki ciężkiej pracy, wytrwałości i uporowi udało mi się w końcu otworzyć drzwi do kariery - podsumowała tamto wydarzenie.

Wreszcie stało się: zadzwonił do niej Pedro Almodóvar. Odebrał ktoś z rodziny. Penélope myślała, że robią sobie z niej żarty. - Wszyscy wiedzieli, że miałam obsesję na punkcie Pedra. Usłyszałam w słuchawce: "Dzwonię, by pogratulować ci ról". Mogłam jedynie wydusić z siebie: "Nie. To niemożliwe!". Moje największe marzenie stało się rzeczywistością - mówiła w "Esquire". Reżyser chciał z nią pracować, ale aby wcielić się w jedną z tak charakterystycznych dla jego kina kobiet po przejściach, była zbyt młoda. Obiecał wtedy: "Napiszę film, który będzie skrojony pod ciebie". Gdy cztery lata później stawiła się na castingu do głównej roli w "Drżącym ciele", ponownie szukał bardziej dojrzałej aktorki. Zaproponował jej małą rolę, licząc się z tym, że może odmówić. Penélope propozycję przyjęła. Jest na ekranie 8 pierwszych minut, gra prostytutkę, która rodzi dziecko w autobusie - i jak pisali krytycy - kradnie cały film.

Po drugie, odpowiednie osoby w odpowiednim czasie

On mówi, że jest jedyną kobietą, do której czuł pociąg fizyczny (a jest zdeklarowanym gejem), ona, że pod koniec życia okaże się, że był jedną z niewielu osób, które najbardziej kochała. Ich relacja jest miłosno-przyjacielsko-ojcowska. Sami mówią, że są jak wpatrzona w siebie para, która nie uprawia ze sobą seksu. I że bardzo wiele ich łączy, mimo 25 lat różnicy: spojrzenie na kino, na świat, na kobiety. Pedro Almodóvar, bo o nim mowa, również pochodzi z rodziny, która nie miała nic wspólnego z przemysłem filmowym. Wychował się w La Manchy w biednej, prostej rodzinie - jego ojciec nie potrafił czytać ani pisać. Sam utorował sobie drogę do sławy. Brytyjski "The Guardian" w okolicach premiery filmu "Przerwane objęcia", który jest hołdem reżysera złożonym aktorce, pisał, że obok ojca był dla młodej Penélope jednym z najważniejszych mężczyzn w jej życiu. Sama ujmuje to tak: - Nawet jako mała dziewczynka identyfikowałam się z nim. Zastanawiałam się, skąd tyle wie o kobietach i dlaczego patrzy na nie tak intymnie. Wtedy w Hiszpanii wszyscy bali się jakichkolwiek zmian, a on był zmianą - mówiła w "The Guardian".

Amodóvar nie kryje zachwytu aktorką. Twierdzi, że chciał z nią pracować, od kiedy zobaczył ją w filmowym debiucie, ale musieli spotkać się w odpowiednim czasie. W rozmowach dla portalu Dazed mówił o niej tak: - Jako aktorka jest bardzo utalentowana, ale w śródziemnomorskim stylu, który jest bardzo odmienną szkołą grania niż amerykańska - odwołuje się bezpośrednio do emocji, przeżyć i wspomnień. Dlatego jest tak idealna do grania w moich filmach. Do tego jest świetną matką.

W ich porozumieniu na planie jest coś magicznego. - To jest jak taniec. Wszystko przychodzi tak naturalnie, tak płynnie, tak niewymuszenie - mówi aktorka. Jednocześnie dodaje, że nigdy nie chciała go zawieść. Reżyser dość paternalistycznie przyznał, że cierpiał, kiedy widział ją w hollywoodzkich produkcjach, które "nie były tak dobre, jak być powinny". Żeby wymienić "Kapitana Corellego", "Vanilla Sky", "Saharę"... - Wszyscy chcieli z nią pracować. A ponieważ była piękna, nie obchodziło ich, czy potrafi grać, dawali jej same oczywistości - mówił w "The Guardian". Kiedy Penélope stała się bardziej znana z powodu swoich związków (m.in. z Tomem Cruisem, Mattem Damonem czy Matther McConaughey) niż dokonań, postanowił uratować ją od przekleństwa Hollywood. To specjalnie dla niej napisał jeden z najlepszych ich wspólnych filmów - "Volver".

- Kiedy patrzę na tamte początki, widzę, że moje dzisiejsze życie bardzo różni się od tego, jakie wtedy wiodłam, ale takiego życia zawsze pragnęłam - zdradziła niedawno dziennikarce "Marie Claire". - Chciałam mieć dzieci, odkąd tylko pamiętam. Ale zostałam matką dopiero wtedy, gdy przyszedł na to odpowiedni czas i gdy znalazłam odpowiednią osobę.

Po trzecie, postawić rodzinę na pierwszym miejscu

Twierdzi, że zawsze wiedziała, że jej znajomość z Javierem Bardemem nie skończy się na filmie "Szynka, szynka". Grali tam kochanków, by zostać nimi naprawdę. - Oboje jesteśmy bardzo wdzięczni Woody'emu Allenowi, który w filmie "Vicky Cristina Barcelona" znów obsadził nas razem - mówiła w wywiadzie dla "Zwierciadła". - To był 2008 rok. Od tamtej pory takie oferty napływają do nas regularnie. Wspólnie zagrali jeszcze w "Kochając Pabla, nienawidząc Escobara" i "Wszyscy wiedzą".

71 Festiwal Filmowy w Cannes, Penelope Cruz i Javier Bardem. (fot. BEW) 71 Festiwal Filmowy w Cannes, Penelope Cruz i Javier Bardem. (fot. BEW)

Ich uczucie odżyło na planie, ale po raz pierwszy pojawili się jako para dopiero na rozdaniu hiszpańskich Nagród Goi. Cruz towarzyszyła Bardemowi także w Cannes, gdzie podczas odbierania nagrody za rolę w filmie "Biutiful" wygłosił wzruszające podziękowania: "Dzielę tę radość z moją przyjaciółką, towarzyszką, moją miłością - Penélope. Tak wiele ci zawdzięczam i tak bardzo cię kocham". To było pierwsze i jak na razie ostatnie tak publiczne wyznanie ich miłości. Od tamtej chwili postanowiła robić nie więcej niż jeden film rocznie (i starać się, by zdjęcia do niego odbywały się podczas wakacji), nigdy nie pracować w weekendy i zawsze jeść śniadania w rodzinnym gronie. W jednym z wywiadów wyznała, że najdłużej nie widziała dzieci półtora dnia i że zdarzyło się to do tej pory tylko dwa razy. - Nie mówię tego po to, by podkreślać, jak bardzo się poświęcam dla dzieci, ale moja rodzina jest dla mnie teraz priorytetem - zaznaczyła w jednym z wywiadów. Czasem uda się ją namówić na komentarz na temat macierzyństwa i tego, jak bardzo ją zmieniło. - To jak wewnętrzna rewolucja, w dodatku bardzo biologiczna, wręcz zwierzęca - mówiła w wywiadzie dla "Marie Claire". - Od tego momentu nigdy najpierw nie pomyślisz o sobie, to jak instynkt.

Już na długo przed pierwszą ciążą aktorka czuła się zmęczona intensywnym życiem zawodowym. Gubiła to, co dla niej najważniejsze w tym zawodzie, czyli przygotowywanie do roli, praca z trenerem, wczuwanie się powoli w postać. - Był taki moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że daję mnóstwo energii moim bohaterkom, a zapominam o sobie - mówiła w "Marie Claire". Dlatego teraz bardziej niż kiedyś dba o to, co je (zwłaszcza, że podczas obu ciąż istniało ryzyko cukrzycy), medytuje i uprawia jogę. Ma za sobą terapię, namiętnie czyta książki dr Habiba Sadeghiego, popularnego w Los Angeles lekarza medycyny integralnej. W rozmowie z aktorką i przyjaciółką Gwyneth Paltrow dla "Interview Magazine" wyznała: - Kiedyś bałam się, co ludzie o mnie pomyślą, czy mnie zaakceptują, czy pokochają. Bardzo dużo energii poświęcałam temu, by być jak najlepiej postrzegana przez innych. Odkąd zostałam matką, nie przejmuję się połową rzeczy, którą kiedyś się przejmowałam.

Na przykład starzeniem się. Aktorka regularnie podpisuje kontrakty reklamowe z dużymi markami, a jej zdjęcia przynoszą ze sobą klientki gabinetów chirurgii plastycznej w Los Angeles. Mimo to dziennikarzy od zawsze interesowało jedno. - Przez większość kariery zmuszona byłam dodawać sobie lat, tymczasem oni już od samego początku pytali: Nie boisz się starzenia? co za głupie pytanie dla 22-latki, a co dopiero dla czterdziestoparolatki! Dziś odpalam prosto z mostu: "Co to, do cholery, ma być?! Nie poświęcę odpowiedzi na twoje pytanie nawet dwóch minut. Nie zasługuje na to!" - mówiła do Gwyneth Paltrow.

Nie przejmuje się też recenzjami. Twierdzi, że każdy film jej czegoś nauczył, nawet ten, który miał fatalne oceny, jak i ten, który był frekwencyjną porażką. Najbardziej dumna jest z roli w filmie "Mama", w którym zagrała chorą na raka piersi matkę, a o którym prawie nikt nie słyszał. - W tym zawodzie najbardziej pociąga mnie możliwość obserwowania ludzkich zachowań - wyznała w "Esquire". - I nie ma znaczenia, że pewnego dnia okaże się, że mam na koncie 100 filmów, nadal będę chciała to robić. Kiedy zaczynam przygotowywać się do roli, czuję się jakbym dopiero co zaczynała. To sprawia, że czuję się młoda.

  1. Kultura

„Irlandczyk” - najnowszy film Martina Scorsese

Martin Scorsese (fot. BEW PHOTO)
Martin Scorsese (fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Martin Scorsese właśnie skończył 77 lat. Obchodzone 17 listopada urodziny poprzedzają o kilka dni kinową premierę jego najnowszego genialnego filmu „Irlandczyk”. Krótko po tym produkcja trafia także do sieci – od 27 listopada można ją oglądać na portalu Netflix. 

Do tego, dlaczego twórca zdecydował się na taką kolej rzeczy, jeszcze wrócimy, tymczasem o „Irlandczyku” już teraz mówi się, że to jedno z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejsze, dzieło w dorobku reżysera. Mocne słowa zważywszy na liczbę i jakość tytułów wyreżyserowanych przez Scorsese. Chodzi w końcu o twórcę mającego na koncie – nie licząc krótkiego metrażu, dokumentów i seriali – 26 pełnometrażowych filmów fabularnych, wśród których są tak znaczące tytuły jak „Taksówkarz”, „Wściekły byk”, „Chłopcy z ferajny”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, „Aviator” czy „Wilk z Wall Street”. Najnowszy „Irlandczyk” to zresztą nie tylko wybitne kino, ale też obraz mówiący wiele o autorze. Znajdziecie w nim wszystko to, za co widzowie na całym świecie kochają Martina Scorsese. A jeśli przyjrzeć się jeszcze uważniej – sporo bardzo osobistych tropów.

Piękny, młody, szalony

O czym jest „Irlandczyk”? To gangsterska saga, kilkadziesiąt lat z życia głównego bohatera, płatnego mordercy Franka Sheerana. A jednocześnie fikcja ocierająca się o prawdziwe wydarzenie: tajemnicze zaginięcie legendarnego przywódcy amerykańskich związków zawodowych Jimmy’ego Hoffy, jedną z największych zagadek kryminalnych w historii USA.

Włoscy gangsterzy u Scorsese nikogo nie powinni dziwić. To motyw, który przewija się w jego twórczości od samego początku. A znając biografię reżysera nietrudno domyślić się, skąd się wziął. Dzieciństwo i młodość upłynęła mu pod znakiem włoskiej mafii rządzącej w całej okolicy. Nowojorczyk sycylijskiego pochodzenia wychował się w Hell's Kitchen [Przedsionku Piekła], dzielnicy cieszącej się fatalną sławą. Niektóre wątki z jego filmów to historie żywcem wyjęte z opowieści bliskich. I tu ciekawostka, bo Martin miał też w zwyczaju obsadzać w drobnych rolach swoich, pamiętających lata świetności Ala Capone, rodziców.

W „Irlandczyku” filmowy Frank Sheeran brata się i z włoską mafią i ze wspomnianym Jimmym Hoffą, który część swego politycznego potencjału zawdzięczał nie do końca, delikatnie mówiąc, legalnym powiązaniom i interesom.

Franka gra tu Robert De Niro. I choć ta historia obejmuje kilka dekad, aktor (od Scorsese młodszy zaledwie o rok) gra także dużo młodszą wersję siebie. To nie pierwszy raz, kiedy użyto zaawansowanych technik komputerowych, żeby odjąć filmowym bohaterom kilkadziesiąt lat. A jednak, trzeba przyznać, Scorsese idzie tu na całość. Przez połowę filmu oglądamy De Niro z wyczyszczonymi zmarszczkami, a przede wszystkim odmłodzonym owalem twarzy. Efekt tych zabiegów nie zawsze jest idealny, ale widz szybko się przyzwyczaja i przestaje zwracać na niedoskonałości uwagę.

Robert DeNiro i Joe Pesci w filmie 'Irlandczyk' (fot. materiały prasowe Netflix) Robert DeNiro i Joe Pesci w filmie "Irlandczyk" (fot. materiały prasowe Netflix)

Dlaczego reżyser nie zdecydował się obsadzić kogoś z młodszych aktorskich roczników? Odpowiedź wydaje się oczywista. Ten film to hołd złożony swoim aktorom. Swoim, bo występuje tu nie tylko De Niro, który grał u Scorsese najlepsze, nazywane dziś bez cienia przesady kultowymi, role. Ale partnerują mu też Al Pacino (filmowy Jimmy Hoffa) i Joe Pesci. Ten ostatni zasługuje na szczególną uwagę, bo choć wystąpił u Scorsese po raz enty, to w pewnym sensie debiutuje. Jest niemal tak ważną postacią jak tytułowy Irlandczyk Frank. A tym samym, wreszcie, w wieku 76 lat pozbywa się etykietki aktora drugoplanowego. Jest też szansa, że po tak rewelacyjnej i znaczącej roli, na jego widok ludzie wreszcie przestaną mówić: „Pesci? Ten niski wredny z „Kevina samego w domu”?”.

Duet Joe Pesci i Robert DeNiro a między nimi matka reżysera Catherine Scorsese, którą Martine Scorsese lubi obsadzać w swoich produkcjach. Kadr z filmu 'Chłopcy z ferajny' z 1990 roku. (fot. BEW PHOTO) Duet Joe Pesci i Robert DeNiro a między nimi matka reżysera Catherine Scorsese, którą Martine Scorsese lubi obsadzać w swoich produkcjach. Kadr z filmu "Chłopcy z ferajny" z 1990 roku. (fot. BEW PHOTO)

Przy okazji miłośnicy kina, uwiedzeni przez „Irlandczyka”, mogą sobie zrobić scorsesowską powtórkę z duetu: De Niro-Pesci. We „Wściekłym byku” czy „Chłopcach z ferajny” są piękni i młodzi bez efektów specjalnych. A także groźni. Tacy, jakimi chciał widzieć swoich bohaterów Scorsese. Sam, jako dzieciak i młodzieniec, był słaby i chorowity. Może i nawet fantazjował, żeby być gangsterem, ponoć rozważał przystąpienie do mafii, tyle że z powodu ciężkiego stadium astmy był w szkole zwolniony z wuefu i w ogóle z wysiłku fizycznego. Lekarz zabraniał mu właściwie wszystkiego. Wyjątkiem były – szczęśliwie – seanse w kinie.

Gdzie te kobiety?!

Peanom na temat nowego filmu towarzyszą kontrowersje. Nietrudne do przewidzenia w dobie ruchu #Metoo i masowej rewizji kina pod kątem równości płci. Na konferencji prasowej podczas festiwalu w Rzymie włoska dziennikarka wypomniała Scorsese znaczącą dysproporcję między mężczyznami i kobietami w jego filmach. Reżyser bez sukcesów próbował wybrnąć z tematu, pogrążając się jeszcze bardziej, aż głos zabrała producentka „Irlandczyka”, wykazując się, trzeba przyznać, niezłym refleksem. Przypomniała dziennikarzom zgromadzonym na konferencji, a przy okazji widzom na całym świecie, że Scorsese w 1974 roku wyreżyserował film „Alicja już tutaj nie mieszka”. Przejmującą opowieść o marzącej o karierze muzycznej Alice, za którą to rolę aktorka Ellen Burstyn dostała zresztą Oscara. To także nie kto inny tylko Scorsese nakręcił tak romantyczny jak to tylko możliwe „Wiek niewinności” z miłosnym trójkątem odegranym przez Michelle Pfeiffer, Winonę Ryder i Daniela Day-Lewisa. I wreszcie, to Martinowi Scorsese zawdzięcza jedną z najciekawszych w swoim dorobku aktorską kreację Sharon Stone. Kto widział ją w „Kasynie”, ten wie, o czym mówię.

Argument, że reżyser kręci tylko męskie kino jest takim samym nadużyciem jak ten, że kręci tylko filmy gangsterskie. Skoro tak, to co w jego dorobku robią wymienione właśnie filmy, ale też świetne muzyczne dokumenty, m.in. o Bobie Dylanie czy familijna produkcja „Hugo i jego wynalazek” nagrodzona 5 Oscarami?

Sharon Stone w filmie 'Kasyno' z 1995 roku (fot. BEW PHOTO) Sharon Stone w filmie "Kasyno" z 1995 roku (fot. BEW PHOTO)

Fakty pozostają jednak faktami. I jeśli chodzi o proporcje, to prawda, że Martin Scorsese, w życiu prywatnym otoczony kobietami (pięciokrotnie żonaty jest ojcem trzech córek), na ekranie woli męskie historie i męskich bohaterów. Ktoś przytomnie policzył, że w „Irlandczyku” najważniejsza postać kobieca, córka Franka – Peggy – wypowiada w sumie… sześć słów. A jednak, paradoksalnie, to postać kluczowa. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły, podpowiem, że to właśnie ona, jako jedyna, ma odwagę sprzeciwić się złu, nawet jeśli jest to bierny opór. To właśnie ta młoda kobieta jest sumieniem wszystkich tych, którzy sumienia nie mają.

Jak nie zostałem księdzem

Wina i kara, sumienie, grzech. To zawsze były jego tematy. Sam planował zostać księdzem, poszedł nawet do seminarium, zanim uznał, że miłość do kina jest znacznie silniejsza niż duchowe powołanie. Ale nigdy nie przestał sobie zadawać ważnych, ostatecznych pytań. Stąd też inne filmy, które wymykają się „gangsterskiemu nurtowi”. „Ostatnie kuszenie Chrystusa” uznane swego czasu za film wybitnie antykościelny, a dziś rozpatrywany jako kino głęboko religijne. Stąd też „Kundun – Życie Dalajlamy” i wreszcie: najnowsze z tej trójki „Milczenie”. Ta ekranizacja powieści jednego z najważniejszych japońskich pisarzy Endō Shūsaku, opowieść o prześladowaniach jezuitów i zjawisku „ukrytych chrześcijan” w dawnej Japonii, zaprowadziła Scorsese do samego papieża. Film miał swoją prapremierę w Watykanie, a Scorsese miał u papieża Franciszka osobistą audiencję.

Willem Dafoe w filmie 'Ostatnie kuszenie Chrystusa' z 1988 roku (fot. BEW PHOTO) Willem Dafoe w filmie "Ostatnie kuszenie Chrystusa" z 1988 roku (fot. BEW PHOTO)

I jeszcze jeden wielki temat, który Scorsese porusza w „Irlandczyku”. Przemijanie. Chyba po raz pierwszy reżyser poświęca mu tyle uwagi. Widmo śmierci – tej typowej dla półświatka, czyli równie nagłej co drastycznej, ale też tej naturalnej, z choroby i starości – wisi nad bohaterami od pierwszego kadru. Aż do samego końca, bo gangsterska saga opowiadana jest z perspektywy pensjonariusza domu spokojnej starości. Który nie tylko wspomina i rozlicza się z własną przeszłością, ale i próbuje się dobrze przygotować do spraw najbardziej ostatecznych (genialna scena w domu pogrzebowym, gdzie Frank sam wybiera sobie trumnę). Scorsese pokazuje przemijanie i starość bez lukru i większej nostalgii. Oglądając te sceny trudno się nie zastanawiać, ile w nich obaw i lęków samego reżysera.

Uczyłem się od Polaków

Metryka to jedno, ale Martina Scorsese po prostu nie da się postrzegać w kategoriach seniora kina. Nie tylko nadal trzyma rękę na pulsie i potrafi wyczuć gusta publiczności, ale też nie boi się zmian, jakie nieuchronnie następują w światowej kinematografii. Już produkując i maczając palce w reżyserii świetnego, osadzonego w czasach prohibicji serialu HBO „Zakazanego imperium” udowodnił, że jest równie skuteczny na małym co dużym i ekranie. Teraz idzie o krok dalej. Trwającego 3 i pół godziny (które, choć może niektórym trudno w to uwierzyć, zupełnie się nie dłużą) „Irlandczyka” z jego zawrotnym budżetem ponad 150 mln dolarów finansowała platforma Netflix. Oznacza to, że film jest przeznaczony przede wszystkim do oglądania na tej platformie, w domu. To, że pojawia się 5 dni wcześniej w naszych kinach, jest podyktowane głównie tym, że, aby ubiegać się o Oscara, musi być na całym świecie, choćby przez chwilę, także w dystrybucji kinowej. Podobnie jest na przykład z inną wyczekiwaną produkcją Netflixa – „Historią małżeńską” ze Scarlett Johansson i Adamem Driverem w rolach głównych. Jesteśmy oto świadkami dużej zmiany. Zmiany, która jeszcze dwa lata temu na festiwalu w Cannes wywołała tak gwałtowne emocje, że wydawało się, że między telewizją nowej generacji a kinem nastąpi nieodwracalny rozłam. Tymczasem „Irlandczyk” jest równie gorąco oczekiwany przez publiczność kinową (bilety na pokazy przedpremierowe rozeszły się błyskawicznie) co użytkowników Netflixa, raczej łącząc niż kogokolwiek dzieląc. Zobaczymy, czy ten trend się utrzyma, tak czy inaczej 77-letni Martin Scorsese jest siłą rzeczy twarzą rewolucji, jaka właśnie zachodzi w kinematografii.

Al Pacino i Robert DeNiro w filmie 'Irlandczyk', (fot. materiały prasowe Netflix) Al Pacino i Robert DeNiro w filmie "Irlandczyk", (fot. materiały prasowe Netflix)

I gdyby ktoś do tego momentu jeszcze go nie pokochał, przypomnę na koniec jego miłość do polskiego kina.

Bo to Scorsese z pełnym zaangażowaniem poleca za oceanem nasze rodzime filmy. Parę lat temu odebrał doktorat honoris causa w łódzkiej Filmówce, stworzył również specjalny cykl „Mistrzowie polskiego kina”, a o Wajdzie, Holland, Konwickim czy Kawalerowiczu mówi w imieniu swoim i kolegów po fachu, że „to kino, od którego wszyscy się uczyliśmy”.

  1. Kultura

"(Nie)znajomi", czyli jak dobrze znasz swojego partnera

Film
Film "(Nie)znajomi" w reżyserii Tadeusza Śliwy można oglądać w kinach od 27 września. (Fot. materiały prasowe)
Bohaterowie filmu „(Nie)znajomi” przyjaźnią się od lat, a jednak kryją przed sobą wiele tajemnic... O sekretach w relacjach i lęku przed ich ujawnieniem – rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Bohaterowie filmu „(Nie)znajomi” przyjaźnią się od lat, a jednak kryją przed sobą wiele tajemnic... O sekretach w relacjach i lęku przed ich ujawnieniem – rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: „(Nie)znajomi” to polski remake filmu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, jest jeszcze wersja francuska, hiszpańska, koreańska. Kłamstwa i kłamstewka to chleb powszedni naszych związków, więc siła tego scenariusza polega chyba na tym, że widz bez trudu potrafi odnaleźć się w przedstawionej sytuacji. Grażyna Torbicka:
Każdy z nas z taką łatwością utożsamia się z bohaterami, bo podobnie jak oni ukrywamy się za możliwościami, jakie daje nam świat wirtualny. To tam rozgrywają się wszystkie relacje, a telefon komórkowy stał się centrum komunikacji ze światem. Tyle że to nie jest prawdziwy świat. Przecież ci ludzie dobrze się znają, wydawałoby się, że są przyjaciółmi, a jednak zabawa, na którą się decydują, odkrywa kolejne prawdy o ich życiu. Przyjęło się, że do telefonu drugiej osoby nie należy zaglądać. Chyba że mamy na to pozwolenie. I dotyczy to także relacji z partnerem, bo w ten sposób szanujemy jego sferę intymności. A oni godzą się na to, że będą czytać na głos przychodzące do nich w trakcie spotkania SMS-y...

Dlaczego się na to decydują?
Pomysł rzuca kobieta, która ma najmniej do ukrycia, jednak każdy z tych bohaterów ma jakieś wątpliwości i obawy. I rzeczywiście na światło dzienne wychodzą tajemnice, to wywołuje różne zachowania, ujawnia brak tolerancji na pewne sprawy. Okazuje się, że inaczej zachowujemy się pod nieobecność osób, wobec których żywimy jakieś uprzedzenia – wtedy pozwalamy sobie na żartowanie z nich czy wręcz na ataki. Dopiero gdy one są obecne, pokazujemy, jacy jesteśmy tolerancyjni, uważni, wrażliwi. Zabawa pozwala przyjrzeć się ukazanym w filmie związkom. Na przykład Anna, którą gra  Maja Ostaszewska, wreszcie ma szansę na to, żeby powiedzieć, co uwiera ją w życiu. Z kolei gospodyni kolacji Ewa, czyli Kasia Smutniak, ma okazję zobaczyć swojego męża w innym świetle. Wcześniej postrzegała go jako zwykłego gadżeciarza, mężczyznę, który lubi mieć w smartfonie przyciski do sterowania światłem, a widzi zupełnie innego faceta... Gdy słucha, jak rozmawia z córką przez telefon, uświadamia sobie, jak fantastyczną relację potrafił z nią stworzyć. Powie mu później, że chciałaby mieć takiego ojca jak on.

A może ci bohaterowie zgodzili się na grę, bo podświadomie mieli już dość życia w kłamstwie...
Na pewno ta sytuacja pomogła im ujawnić różne ciężary, które nosili w sobie, oczyścić atmosferę w ich związkach. Nie jestem jednak przekonana, czy byli świadomi, dokąd zaprowadzi ich ta zabawa. Nie sądzę, żeby ktoś z nich mógł przewidzieć, ile pytań może wywołać jeden przeczytany na głos SMS. To był impuls do rozmowy, która uruchomiła kolejne tematy i w końcu pokazała im, że zabrnęli w ślepą uliczkę.

Zgodziłabyś się na taką zabawę? Ja nie, bo uważam, że w przyjaźni i w miłości lepiej nie wiedzieć wszystkiego. To akurat bardzo dobrze pokazała wersja francuska.
Tak, ja bym w to weszła, ponieważ dla mnie najważniejszy jest wewnętrzny spokój. Nie znoszę dwuznacznych sytuacji, zawodowych czy prywatnych, i gdy coś takiego wyczuwam, odsuwam się i obserwuję z dystansu. W tym filmie przypadkowa zamiana telefonów sprawiła, że jedna z kobiet wyrzuciła z siebie wszystko, co było dla niej bolesne od dawna, jednak nigdy nie odważyłaby się wyznać tego wprost swojemu mężowi. A ten film pokazuje, że lepiej jest wyrzucić wszystko z siebie.

Szczerze, ja nie miałabym siły na taką kolacyjkę...
W tym towarzystwie drugiej takiej kolacji na pewno już nie będzie. Jesteśmy świadkami zabawy, która pokazała rodzaj „terapii grupowej przez przypadek”. A czy taka terapia ma sens? Chyba tak. Widzę tu więcej plusów niż minusów. Największym plusem jest dla mnie fakt, że pary dostrzegają to, czego nie widziały wcześniej. Decydują się walczyć o siebie. Jednak nie wiemy, na ile to, co bohaterowie zobaczyli, czego się o sobie nawzajem dowiedzieli, wpłynie na ich życie.

Polska wersja jest bardziej terapeutyczna niż oryginał. Pokazuje moc oczyszczenia.
Faktycznie, przypomina nawet telenowelę albo serial telewizyjny. Bez niedopowiedzeń sprawa się domyka, a bohaterom pozostaje nadzieja. Dlatego uważam, że z tej zabawy wyszło więcej dobrego niż złego.

Ten film każe mi się zastanowić, czy wolę pełną jawność czy dopuszczam jakieś kłamstewka i półprawdy. Jawność wiąże się z ogromną ulgą, ale bywa bardzo trudna.
Ja nie mam żadnych wątpliwości. Uważam, że warto żyć wyłącznie rzeczywistością prawdziwą. Tak zwane podwójne życie czy udawanie kogoś innego jest destrukcyjne dla każdego człowieka. Życie w zakłamaniu niszczy naszą duszę. Jednak bardzo wielu ludzi kłamie. Choćby w ten sposób, że sami przed sobą nie przyznają się do tego, że coś im w związku nie pasuje. To jest właśnie wygoda wynikająca z kalkulacji. Wracając do filmu, to każda z przedstawionych par żyje pozorami. I nawet jeśli pomógł im przypadek, to w końcu zaszli tak daleko, że nie mogli się już wycofać. Okazało się, że pod powierzchnią wiele się gromadzi, ale wystarczy otwartość, szczerość i wzajemne zrozumienie, żeby oczyścić atmosferę. To naprawdę niewysoka cena za uświadomienie sobie, że każdy ma swoje słabości i jeżeli coś się przydarzy, to trzeba o tym porozmawiać.

To historia świetna na terapię dla par. Film nie przytłacza widza od razu całym ciężarem, powoli sprowadza go coraz głębiej. Poza tym rozbraja mechanizmy obronne, bo zaskakuje, więc chcemy dowiedzieć się, co będzie dalej.
Warto obejrzeć ten film i porozmawiać ze swoim partnerem czy partnerką o relacjach, które zobaczyliśmy na ekranie. Spróbować dostrzec, w jaki sposób różnimy się w ich odbiorze. Dzięki temu łatwiej będzie wyznać, co nas boli i uwiera w związku. Im wcześniej to zrobimy, tym ból będzie mniejszy. A jak już mówiłam, zawsze lepiej powiedzieć sobie prawdę.

Myślisz, że warto urządzać co jakiś czas takie minikolacyjki?
Jeśli ma być autentyczna, jak w tym przypadku, to może udać się tylko raz. Zresztą po co? Jeśli będziemy na nie zapraszać takich ludzi jak filmowy Czarek grany przez Michała Żurawskiego, którzy nie chcą się zmienić – to nie pomoże nawet tak ciężkostrawna kolacja.

  1. Kultura

"Van Gogh. U bram wieczności" z Willemem Dafoe w kinach już od 25 października

Willem Dafoe jako Vincent Van Gogh w filmie
Willem Dafoe jako Vincent Van Gogh w filmie "Van Gogh. U bram wieczności". (Fot. materiały prasowe)
"Van Gogh. U bram wieczności" to zmysłowa opowieść o najbardziej owocnym i zarazem najbardziej dramatycznym okresie życia Vincenta Van Gogha. W malarza wcielił się nominowany do Oscara znakomity Willem Dafoe. Premiera już 25 października. 

 

Malarz wyjeżdża z Paryża do Arles w Prowansji. Zafascynowany feerią barw i grą światła, tworzy najsłynniejsze obrazy. Stopniowo popada też w obłęd... Film odkrywa tajemnicę jego zagadkowej śmierci i przedstawia jako człowieka z krwi i kości, wspieranego przez brata i przyjaciela Paula Gauguina, z którym pod koniec życia popada w konflikt. W obsadzie Mads Mikkelsen, Emmanuelle Seigner, Oscar Isaac i Rupert Friend. Willem Dafoe otrzymał Nagrodę dla Najlepszego Aktora na festiwalu w Wenecji i nominację do Oscara. Film wyszedł spod ręki Juliana Schnabla, reżysera takich dzieł, jak „Motyl i skafander” czy „Basquiat – taniec ze śmiercią”, który sam jest także malarzem.

Film „Van Gogh. U bram wieczności” miał swój początek w muzeum. Julian Schnabel zaprosił przyjaciela, renomowanego francuskiego scenarzystę, pisarza i aktora Jeana-Claude'a Carrière'a, do Muzeum Orsay na wystawę pod tytułem „Van Gogh/Artaud: Samobójstwo przez społeczeństwo” (nawiązującą do książki francuskiego dramatopisarza, poety i wizjonera Antonina Artauda pod tym samym tytułem).

Carrière sam jest żywą legendą kina. Znany z dziewiętnastoletniej współpracy z mistrzem Luisem Buñuelem współtworzył z nim między innymi „Dziennik panny służącej”, „Piękność dnia” i „Dyskretny urok burżuazji”. Jest także autorem wielu scenariuszy do filmów takich jak „Danton”, „Powrót Martina Guerre”, „Nieznośna lekkość bytu” czy „Cyrano de Bergerac”. W 2014 roku Carrière otrzymał nagrodę honorową Amerykańskiej Akademii Filmowej za całokształt twórczości scenopisarskiej.

Kiedy Schnabel i Carrière przechadzali się wśród czterdziestu obrazów na wystawie – takich jak „Portret artysty”, „Fotel Paula Gauguina”, „Portret doktora Gacheta”, „Piastunka (Augustine Rolin)” czy „Para butów” – zaczęli rozmawiać o filmie i nagle pomysł zaczął żyć własnym życiem. Carrière wspomina: „Niezwykle interesujący wydawał mi się plan realizacji filmu o malarzu w reżyserii innego malarza”.

Jeszcze tego samego popołudnia Schnabel rozpoczął pracę nad strukturą filmu, który chciał zrealizować. „Kiedy stoisz przed konkretnym dziełem, każde z nich o czymś Ci mówi. Ale jeśli obejrzysz trzydzieści obrazów przeżywasz coś więcej. Wszystkie uczucia akumulują się w jedno” opisuje. „To efekt, który chciałem uzyskać w filmie, zbudować strukturę w taki sposób, żeby doświadczenia Vincenta piętrzyły się, tak jakby cały ten okres jego życia przydarzył się widzom w jednym intensywnym momencie”.

Schnabel i Carrière rozwijali pierwotny pomysł i zaczęli dostrzegać co może się z niego narodzić. Carrière opowiada: „Zaczęliśmy pisać wspólnie, wiele czytaliśmy, ale pomysł ani przez chwilę nie polegał na tym, żeby stworzyć film biograficzny albo odpowiadać na oczywiste pytania. Zajmowało nas to, że van Gogh w ostatnich latach życia był absolutnie świadomy, że prezentuje nową wizję świata, że nie maluje już tak, jak inni malarze. Dawał ludziom nowy sposób widzenia i właśnie tę wizję chcieliśmy oddać w filmie”.

Piotr Czerkawski, recenzent Filmwebu, określa film jako "świetne kino, które – co przyznaję z pewnym smutkiem – na poziomie emocjonalnym wyraźnie dystansuje "Twojego Vincenta", i daje filmowi wysoką notę 8/10.

Film „Van Gogh. U bram wieczności” wchodzi do polskich kin 25 października.

 

  1. Kultura

7 polskich filmów, na które warto iść do kina - poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP
Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Festiwal Polskich Filmów Fabularnych dobiegł końca. Przyznane nagrody to jedno, ale równie ważne są werdykty wydawane poza oficjalnym obiegiem. Za kulisami festiwalu, a konkretnie: we foyer gdyńskiego Teatru Muzycznego, przy kawiarnianych stolikach, na bankietach - wszędzie tam, gdzie spotykają się i dyskutują biorący udział w festiwalu filmowcy i dziennikarze. O czym w tym roku najgoręcej dyskutowali?

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych dobiegł końca. Przyznane nagrody to jedno, ale równie ważne są werdykty wydawane poza oficjalnym obiegiem. Za kulisami festiwalu, a konkretnie: we foyer gdyńskiego Teatru Muzycznego, w którym odbywają się uroczyste pokazy produkcji startujących w konkursie głównym czy w słynnym „Piekiełku”, tj. barze dawnego hotelu „Gdynia”, przy kawiarnianych stolikach, na bankietach. Czyli wszędzie tam, gdzie spotykają się i dyskutują biorący udział w festiwalu filmowcy i dziennikarze. O czym w tym roku najczęściej i najgoręcej dyskutowali?

Fałszywy ksiądz czy Ikar?

„Boże ciało” Jana Komasy i „Ikar. Legenda o Mietku koszu” Macieja Pieprzycy. Pierwszy z wymienionych filmów to historia charyzmatycznego księdza czy raczej chłopaka z poprawczaka, który księdza udaje. Z niezwykłym efektem – filmowy Daniel nawiązuje wyjątkową więź z parafianami miejscowego (rzecz się dzieje w maleńkiej miejscowości w Bieszczadach) kościoła. Drugi z filmów to biografia zupełnie zapomnianego Mieczysława Kosza. Genialnego pianisty, niewidomego jazzmana, porównywanego do światowych mistrzów i z szansą na międzynarodową karierę. Zaprzepaszczoną przez tragiczny wypadek (muzyk wypadł z okna) lub, jak się raczej podejrzewa, samobójstwo.

Kadr z filmu 'Ikar. Historia Mietka Kosza', reż. Maciej Pieprzyca, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Ikar. Historia Mietka Kosza", reż. Maciej Pieprzyca, fot. materiały prasowe

To właśnie te dwa tytuły od początku festiwalu były faworytami tegorocznej edycji. Dotyczyło to samych filmów i, a może przede wszystkim, grających w nich główne role aktorów: Bartka Bieleni i Dawida Ogrodnika. Dla 27-letniego Bieleni film Komasy był debiutem – pierwszą w karierze główną rolą w kinie. 33-letni Ogrodnik odbierał w Gdyni nagrody już trzy razy (ostatnim razem dwa lata temu za „Cichą noc”). Bielenia hipnotyzuje na ekranie widzów przeistaczając się w jedną chwilę z diabła w anioła, czytaj: z brutalnego wychowanka domu poprawczego w pełnego zrozumienia i miłosierdzia kapłana. Ogrodnik, specjalista od wymagających, także fizycznie, ról odegrał niewidomego jazzmana ogromnie sugestywnie, całą gamą dostępnych aktorskich środków. Jury zadecydowało o statuetce dla tego drugiego, co we foyer komentowano jako „bezpieczny, sprawdzony wybór”.

Kadr z filmu 'Boże Ciało', reż. Jan Komasa, fot. Andrzej Wencel, Aurum Film Kadr z filmu "Boże Ciało", reż. Jan Komasa, fot. Andrzej Wencel, Aurum Film

Tymczasem przed „Bożym ciałem” jeszcze wielka szansa. Film jest polskim kandydatem do Oscara. I chociaż Bielenia został bez gdyńskiej statuetki, trudno sobie wyobrazić mocniejszy kinowy debiut. „Czujesz falę wznoszącą?” – tym pytaniem zaczynam rozmowę z Bartkiem w "Zwierciadle". Kto jest ciekawy odpowiedzi, temu polecam nasz listopadowy numer, który ukaże się 8 października. „Boże ciało” wchodzi do kin 11 października, a tydzień później swoją premierę będzie miał „Ikar. Legenda o Mietku koszu”, o którym także piszemy więcej w listopadowym magazynie „Zwierciadło”.

Metamorfozy

Chwilę dłużej, bo do Bożego Narodzenia, będzie trzeba poczekać na inny tytuł i mocne wejście innego aktora Pawła Wilczaka. Na festiwalu w Gdyni Wilczak był na ustach absolutnie wszystkich. A to dzięki zaskakującej metamorfozie. Bardziej niż o metamorfozę fizyczną, chociaż i o niej mówimy, chodzi o zmianę aktorskiego emploi. Tak uderzającą, że mówiła o niej dosłownie cała filmowa Gdynia. To Pawłowi Wilczakowi reżyser Marcin Krzyształowicz powierzył rolę w swoim filmie „Pan T.”. O pisarzu, który próbuje przetrwać w siermiężnych latach 50. Skazany przez władze na literacki niebyt, Pan T. wegetuje w swoim skromnym pokoiku, czekając na odmianę losu. A po drodze spotykają go przygody równie absurdalne, co ówczesny ustrój. Z pogawędką z towarzyszem Bierutem o zaletach palenia skrętów, do której dochodzi w publicznej toalecie, włącznie.

Kadr z filmu 'Pan T.', reż. Marcin Krzyształowicz, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Pan T.", reż. Marcin Krzyształowicz, fot. materiały prasowe

Wnikliwy widz szybko odkryje podobieństwo między filmowym bohaterem a autentyczną postacią – pisarzem Leopoldem Tyrmandem, niezapomnianym autorem „Złego”. Nawet jeśli liczne scenariuszowe zmyłki w „Panu T.” mogłyby sugerować, że „wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe”. Wilczak, z kamienną twarzą, czarnym golfie i przyciemnianych okularach, wychudzony (jako skromny literat na cenzurowanym nie dojada, małosolne ogórki, które podrzucają mu przyjaciele kroi na plasterki tak cienkie, że aż przezroczyste) tworzy aktorską kreację, której nie da się zapomnieć.

A skoro już o metamorfozach mowa, nie sposób pominąć innej kinowej niespodzianki. Roli Małgorzaty Kożuchowskiej w obrazie „Proceder” (premiera 15 listopada) w reżyserii Michała Węgrzyna.

Kadr z filmu 'Proceder', reż. Michał Węgrzyn, fot. Wojciech Węgrzyn Kadr z filmu "Proceder", reż. Michał Węgrzyn, fot. Wojciech Węgrzyn

To może nie pierwsza tak uderzająca przemiana Kożuchowskiej, zważywszy choćby na „Plagi Breslau” Patryka Vegi, gdzie aktorkę można było oglądać z podgoloną głową i sińcami pod oczami. Ale i w „Procederze” odchodzi daleko od wizerunku, do którego przywykli widzowie. Jako „Łysa”, szefowa gangu kradnącego samochody, w dresie, rozbijająca się po ulicach sportowym autem, jest tu jedną z najbarwniejszych drugoplanowych postaci. Swoją drogą „Proceder” to kawał ciekawej biografii, próba odtworzenia losów zmarłego w zeszłym roku rapera Chady. W obsadzie m.in.: Ewa Ziętek, Agnieszka Więdłocha, Antoni Pawlicki, a w roli samego rapera Chady: Piotr Witkowski. Na razie mało znany, ale sądząc nie tylko po bardzo udanej roli, ale też po zainteresowaniu Witkowskim (szczególnie wśród uczestniczek festiwalu), szybko się to powinno zmienić.

Całkiem inne spojrzenie

Zasiadający w jury filmowcy tej edycji FPFF skarżyli się, że brakowało im osobnej festiwalowej sekcji „Inne spojrzenie”. Decyzją organizatorów z sekcji tej zrezygnowano, a tym samym szansa na statuetki dla obrazów pod różnymi względami nowatorskich, eksperymentujących spadła  – jak pokazują tegoroczne werdykty – właściwie do zera. I tak, nagród nie doczekał się najoryginalniejszy ze zgłoszonych do konkursu głównego filmów. Stworzony przez człowieka, który jest nie tylko reżyserem, ale i pisarzem, poetą i malarzem, a przede wszystkim wizjonerem, który ma na koncie współpracę m.in. z Davidem Lynchem, Tomem Waitsem czy Davidem Bowiem i któremu w 2006 roku retrospektywę zorganizowała nowojorska MoMA (Museum of Modern Art). W tym roku Lech Majewski, bo o nim mowa, pokazał w Gdyni „Dolinę Bogów”.

Kadr z filmu 'Dolina Bogów', reż. Lech Majewski, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Dolina Bogów", reż. Lech Majewski, fot. materiały prasowe

To po części film, a po części (jak to u tego twórcy bywa) dzieło sztuki. Monumentalny obraz zainspirowany podróżą Majewskiego do tytułowej Valley of Gods, malowniczych świętych terenów Indian Navajo. Reżyser obsadził w głównych rolach amerykańskie gwiazdy: Johna Malkovicha i Josha Hartnetta. I popuścił wodze fantazji. Na jednym z charakterystycznych rudoczerwonych wzniesień Doliny Bogów umieścił w swoim filmie gigantyczny pałac, utrzymany w kilku historycznych stylach. Dojeżdża się do niego windą pokonującą umieszczony w zboczu szklany tunel. Pałac zamieszkuje najbogatszy człowiek świata (w tej roli Malkovich), miłośnik sztuki, ale i bezwzględny kapitalista, który na terenach Parku Narodowego Indian otwiera kopalnię uranu. Na ekranie oglądamy więc surowe pustynne krajobrazy i mściwe duchy indiańskich przodków, na przemian z wytwornymi pałacowymi wnętrzami (niezapomniana scena koncertu operowego w pałacowej fontannie do złudzenia przypominającej rzymską Fontannę di Trevi).

W tym wielkim, pełnym przepychu filmowym kolażu wszystko jest zaskoczeniem. To piękna baśń, ale i niepokojąco aktualny obraz, w czasach, kiedy to Donald Trump oddaje kolejne tereny parków narodowych naftowym i węglowym gigantom. Polska premiera: na początku przyszłego roku.

I jeszcze jedno zupełnie inne spojrzenie. Film „Eastern”. Już bez takiego rozmachu, za to nie mniej odważny i całkowicie burzący wyobrażenie o tym, czym jest polskie kino.

Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP

„Eastern” Piotra Adamskiego nie zakwalifikował się do Konkursu Głównego (trafił do sekcji Panorama Kina Polskiego), w związku z czym nie walczył o Złote Lwy. A szkoda, byłoby ciekawiej. W dość jednak przewidywalnej rodzimej branży filmowej, takich rzeczy po prostu się nie kręci. Zresztą sami przyznajcie, jak to brzmi: feministyczny western osadzony w polskich realiach. Zwykłe przedmieścia, spokojna dzielnica domków jednorodzinnych pod lasem. Tu mieszkają dwie rodziny: Nowaków i Kowalskich. A jednak w tej spokojnej okolicy, i między dwoma wymienionymi rodzinami, trwa bezwzględna walka. Na zabójcze strzały. Padają kolejne ofiary, giną na przemian – raz któryś Kowalskich, raz Nowak. Zgodnie z niepisanymi zasadami patriarchalnego kodeksu, każdy zabity musi być pomszczony. Chyba, że ktoś w końcu to przerwie i „wykupi swoją krew”. Tyle że nie ma na to ani pieniędzy, ani najwyraźniej chęci. Każdy ma broń, każdy przechadza się ze swoją strzelbą, rewolwerem czy karabinem, dokładnie tak jak westernowi kowboje na Dzikim Zachodzie, tyle że za saloon robi tu parking przy centrum handlowym. Wywrotowe kino, świetnie zrealizowane, przez co natychmiast kupujemy tę zwariowaną konwencję. Śmieszno-straszne. To także mocny kobiecy akcent na festiwalu, na którym my, kobiety, byłyśmy poszkodowane. Tym razem w Gdyni bardzo brakowało wyrazistych kobiecych ról i prokobiecych wątków. Tymczasem w „Eastern” idiotyczną walkę między rodami postanawiają przerwać dwie młodziutkie dziewczyny. Grane przez Maję Pankiewicz, którą możecie kojarzyć choćby z serialu „Szóstka” i całkowitą debiutantkę, jeszcze przed studiami Paulinę Krzyżańską. Jak potoczyły sie losy ich bohaterek? Warto się przekonać w kinie. Na początku przyszłego roku, kiedy to film będzie miał swoją premierę.

Wielka wygrana

I wreszcie Złote Lwy. Czyli Agnieszka Holland i jej „Obywatel Jones”. Kino dużego formatu, doskonale zrealizowane i ważne. Przypominające światu o Garethcie Jonesie. Młodym, pełnym ideałów bohaterze, któremu zawdzięczamy ujawnienie stalinowskiej zbrodni. To Jones, w wieku zaledwie 28 lat, zdołał jako jeden z nielicznych zachodnich dziennikarzy wyjechać do Moskwy, a stamtąd podstępem przedarł się nielegalnie na teren Ukrainy i został świadkiem potwornego Wielkiego Głodu. Dzięki odwadze i determinacji niepozornego okularnika, świat – po jego powrocie do Anglii – dowiedział się, że Związek Sowiecki to wcale nie kraina gospodarczego cudu, a zbrodnicza machina mordująca własnych obywateli. Napisałabym coś więcej o przystojniaku grającym główną rolę, wschodzącej brytyjskiej gwieździe Jamesie Nortonie, ale on sam, własnym słowami, opowiada o kręceniu filmu z Agnieszka Holland, ale i o swoim prywatnym życiu, w najbliższym, listopadowym numerze „Zwierciadła”. Na rynku już od 8 października. Nie przegapcie.

Kadr z filmu 'Obywatel Jones', reż. Agnieszka Holland, fot. materiały prasowe Kadr z filmu "Obywatel Jones", reż. Agnieszka Holland, fot. materiały prasowe