1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Ewa Ewart: Biegnie za swoim

Ewa Ewart: Biegnie za swoim

Ewa Ewart podczas Balu Fundacji TVN
Ewa Ewart podczas Balu Fundacji TVN "Nie jesteś sam" (fot. BEW)
Wybitna dokumentalistka. Jej filmy zawsze mają mocne przesłanie. Całe zawodowe życie na pierwszej linii, kiedy trzeba, również na pierwszej linii frontu. Ewa Ewart rozmawiała z architektami współczesnej historii - władcami, politykami, terrorystami. Dokumentowała upadek Związku Radzieckiego, wojnę w Czeczenii, wojnę domową w Kolumbii, ludobójstwo w Korei Północnej.

W pełnometrażowym dokumencie "Klątwa obfitości" opowiada o Parku Narodowym Yasuni w Ekwadorze, otoczonym polami naftowymi. Na jego terenie mieszka rdzenne plemię, któremu od lat odbierana jest przestrzeń do życia. Ekspansja wydobywców powoduje niszczenie przyrody. A w prowincji, która posiada najwięcej ropy, ale najmniej na tym zyskuje i jest najbardziej zacofana, pojawiły się choroby cywilizacyjne. Powszechne stały się nowotwory. Młodzi masowo popełniają samobójstwa. Tam, gdzie przyroda jest niszczona, ludzie naprawdę wymierają. Plemię Huaorani z Bameno próbuje zbudzić świat, przekonując, że obywatele są o wiele bardziej odpowiedzialni od rządów. Nie przestaje wierzyć, że wybierzemy zdrową przyszłość, nie pieniądze.

To wcale nie jest lokalna historia?

Bardzo wcześnie zdałam sobie sprawę, że mówiąc o dramacie małego plemienia w ekwadorskiej Amazonii, mogę opowiedzieć o świecie. Dla mnie wymowna jest scena, w której Penti, lider plemienia Huaorani z Bameno w parku Yasuni, pokazuje na mapie, jak mały fragment terytorium im został. Resztę terenu zniszczył przemysł wydobywczy. Bronią go, bo to decyduje o ich życiu. Penti mówi, że kiedy niszczy się część, cały teren obumiera. Słysząc to, zdałam sobie sprawę, jak wielkie spustoszenie następuje. Huaorani są bez szans, a mówią: "obronimy!".

Łamie pani stereotypy o rdzennych plemionach.

My, ludzie Zachodu, myślimy: "A, to ci, co żyją w rezerwacie, wspinają się na szczyt palmy kokosowej, ubierają się w skóry". To prawda, ubierają się w skóry, ale ubierają się też w dżinsy i T-shirty. Pentiego pierwszy raz spotkałam w Nowym Jorku, na Piątej Alei. Swobodnie porusza się w naszym świecie.

Chciałby tak żyć?

Rozmawialiśmy ponad dwie godziny w eleganckiej kawiarni, opowiadał o tragedii swojego plemienia. Kiedy wyszliśmy, był już wieczór. Times Square roziskrzony był reklamami. Zapytałam: "Co myślisz o tym, co tu widzisz?". "Jesteście szaleni" - odpowiedział. Zrozumiałam to, kiedy mogłam pobyć w jego świecie.

Penti, jego plemię, to głos naszego sumienia?

Trudno to inaczej odebrać. Realizacja tego filmu uświadomiła mi, jak bardzo takie dokumenty są dziś potrzebne. Chciałabym się teraz skupić w mojej pracy na globalnych zagrożeniach.

W pewnym momencie, co pokazuje pani w filmie, Ekwador powiedział: niech ropa, to bogactwo, zostanie w ziemi, a my uratujemy naszą przyrodę. Pokazał światu, że można dokonać takiego wyboru. Liczył, że świat zrozumie, zrekompensuje olbrzymią stratę finansową. Nie zrozumiał. W Ekwadorze wznowiono wydobycie.

To była rewolucyjna propozycja, która dawała nam niepowtarzalną szansę, abyśmy przynajmniej spróbowali, czy możemy uniezależnić się od paliw kopalnych. Gra była o wysoką stawkę i toczyła się na szczeblach niedostępnych dla osób, które ponoszą konsekwencje dla upadku tej inicjatywy. Ropa wydobywana jest tam przez wielkie światowe koncerny. Jednak, jak udowadnia film, Ekwador nie ma żadnego prawa ustawiać się w pozycji ofiary. Wznowienie wydobycia to konsekwencja działań ówczesnego rządu Ekwadoru. Ponosi on ogromną odpowiedzialność za fiasko tej inicjatywy. Były też inne przyczyny, jak na przykład światowy kryzys lat 2008-2009. Generalnie inicjatywa pojawiła się przedwcześnie - świat nie był na nią gotowy.

Zamknęła pani w tym filmie całe doświadczenie zawodowe?

To trafione. Chyba jest pan pierwszym, który to zauważył. Podczas realizacji wielokrotnie zdawałam sobie z tego sprawę. Gdybym nie miała za sobą 20 lat pracy w BBC, podczas których zrealizowałam wiele filmów w tej części świata, gdyby nie to bogactwo doświadczenia, znajomość warsztatu sztuki dokumentu, języków i kultury Ameryki Południowej, nigdy bym tego filmu nie zrobiła. Jestem losowi wdzięczna, że studiowałam iberystykę, a nie architekturę, do czego namawiała mnie babcia, bo mój tato był bardzo zdolnym architektem. Bardziej interesowało mnie to, co robiła moja mama, znana dziennikarka - realizowała dokumenty w Polskim Radiu. Nie bez wpływu jest też mój charakter - łatwo się nie poddaję. W momencie największych wyzwań włączam tryb zadaniowy. Nos przy ziemi i biegnę za swoim.

A intuicja?

To moja największa przyjaciółka i najlepszy sprzymierzeniec. Wielokrotnie okazywała się wsparciem. Umiałam jej zaufać, przynajmniej raz uratowała mi życie. Ale o tym wielokrotnie mówiłam.

Film może zmienić świat?

Z perspektywy ponad dwóch dekad tworzenia - oczywiście, że nie. Czy przestaniemy wydobywać ropę naftową? Czy z parku Yasuni wycofają się chińskie koncerny? Dopóki sama natura - bo to są przecież zasoby nieodnawialne - nie wymusi na nas radykalnych zmian w działaniu, będziemy te bogactwa na potęgę eksploatować. Dawno zrezygnowałam z ambicji naprawiania świata za wszelką cenę.

A były filmy, o których myślała pani, że mają taką siłę?

Liczyłam na zdecydowany odzew po filmie o Korei Północnej. To był pierwszy dokument, który pokazał skalę ludobójstwa i łamania praw człowieka. Byliśmy pierwszą ekipą, której udało się wjechać do Korei Północnej nie z ukrytą kamerką, robiąc zdjęcia z biodra czy udając jakąś misję charytatywną. Mieliśmy wizy dziennikarskie i pełne pozwolenie władz. Oczywiście, dużo materiału pozyskałam od uciekinierów w Stanach Zjednoczonych i Korei Południowej. Mieliśmy pokazy w dwóch izbach amerykańskiego Kongresu. Naprawdę poczułam: "Yes, teraz ja! Tutaj na pewno coś się zmieni. Świat musi zareagować". I co? Nic. Zostały mi dwie drogi - zrezygnować albo robić swoje, idąc w zaparte, obnażać i ujawniać, ale odcinając oczekiwania naprawy świata. To, co robię, to nie jest praca. To pomysł na życie.

W autobiograficznej książce "Widziałam" zapisała pani wymowną scenę powrotu z wojny do bezpiecznego świata. Wyrzuca pani wojenne ubrania do śmietnika, elegancko się ubiera i idzie do pracy w redakcji. To trudne?

Nie będę dorabiać legendy, jaka ze mnie twardzielka, że te wszystkie sceny, które widziałam, wojenne tragedie, po mnie spływają. Każdy z nas ma inny mechanizm obronny. Zauważyłam u siebie spóźniony zapłon. Reagowałam po czasie i w najbardziej nieadekwatnych okolicznościach, w warunkach komfortu, bezpieczeństwa, relaksu. Nagle coś wybijało i musiałam się z tym uporać.

Ale jak złapać balans między wojną w Czeczenii a eleganckim hotelem w Moskwie?

To łamigłówka emocjonalna. Przyjeżdżałam do takiego hotelu, schodziłam do baru na drinka, już wykąpana, lepiej ubrana, z wielką afirmacją życia i tego świata. Pokazywałam, że należę do świata komfortu i nie chcę należeć do świata wojny. Opowiadam o nim, ale tak naprawdę mój świat jest tutaj.

Pani filmy często związane są z zagrożeniem. Nie boi się pani?

Mam świadomość, że paru osobom na pewno nadepnęłam na odcisk. Ale nigdy nie zdarzyło się, żebym odmówiła tematu, bo coś może mi grozić. Po prostu wyłączam wyobraźnię. Jednocześnie towarzyszy temu przekonanie, że nic nie może się stać. A jeśli się stanie, trudno. Jestem fatalistką. Wierzę, że kroczymy drogą, która wcześniej została nakreślona. Jedna z legend arabskich tłumaczy moment naszego odejścia. Rodzimy się z określoną liczbą oddechów. Każdemu jest przypisana jakaś ilość. Kiedy się wyczerpuje, człowiek gaśnie. Mam wrażenie, że otrzymałam ogromną pulę do wykorzystania. Bez przerwy na tym jadę. Proszę pamiętać, że jestem zawsze szefem ekipy. Mam odpowiedzialność za nich. To świetne panaceum na lęk. W ogóle cenię sobie pracę zespołową. Zwłaszcza z utalentowanymi ludźmi. Na każdym etapie filmu inna osoba zasiada za kierownicą, przejmuje prowadzenie, podejmuje decyzje. Zaufanie do zespołu naprawdę procentuje.

Zdarzało się pani tęsknić za swoimi bohaterami?

Tęsknić to za duże słowo. Do niektórych się przywiązywałam, najbardziej do dzieci z Biesłanu. Miałam okazję do nich wrócić i zrobić drugi film. Nazwałabym to raczej sentymentem. Bohaterowie zostają w pamięci. Czasami oglądam swoje filmy, bo uczę sztuki dokumentu. Wracają okoliczności, historie, bohaterowie. Gdzieś byli, czekali na to spotkanie.

Umie się pani dogadać z każdym?

Nie przyjmuję odmowy, bo w życiu nie zrobiłabym żadnego filmu. Kiedy uprę się na bohatera, nie ma opcji, abym go nie przekabaciła, jakoś do niego nie dotarła. Zawsze można znaleźć klucz. Trzeba mieć tylko więcej czasu. Muszę o bohaterach wszystko wiedzieć. Przed kamerą najważniejszy jest bohater. Ja mam wydobyć z niego to, co istotne.

A jeżeli to otwieranie długo trwa?

Irytuję się, ale też kontroluję się, aby tego nie okazać. z natury jestem bardzo niecierpliwa. Wszystko musi być u mnie na już, na teraz. A to tak nie działa. Są etapy realizacji filmu, gdzie wszystko staram się przyspieszać. Raptowna natura to na pewno moja wada. Wciąż z tym walczę. Czasami bywa przeszkodą, również w relacjach z ludźmi.

A kiedy bohater prowadzi w inną stronę, niż pani założyła?

Na wczesnym etapie swojej tak zwanej kariery zorientowałam się, jakim wielkim niebezpieczeństwem są sztywne założenia scenariusza. Zawsze wyjeżdżałam na zdjęcia z planem A i planem B. Kiedy pierwszy wymykał się spod kontroli, szybko przestawiałam się na drugi. Często okazywało się, że tak jest lepiej dla filmu. Bardzo pilnuję tej elastyczności. Ale przede wszystkim muszę czuć się niezależna.

Kiedy w ogóle po raz pierwszy poczuła pani potrzebę niezależności?

O, bardzo wcześnie wiedziałam, że schematy, tradycyjne oczekiwania nie są dla mnie. W klasie maturalnej większość kolegów miała plany na kolejną pięciolatkę. Ja nie miałam pojęcia, co będę robić. Wiedziałam jedno - żadnej pracy od-do, żadnych tradycyjnych scenariuszy, małej stabilizacji - studia, mąż, natychmiast dzieci.

Miała pani wzorce?

Moją mamę. Tak się ułożyło, że rodzice rozstali się, kiedy byłam mała. Dopiero z perspektywy czasu doceniłam plusy wzrastania w niepełnej rodzinie. Okazało się to lepsze, niż gdybym wychowywała się w klimacie pełnym konfliktów. Sytuacja w domu wyzwoliła świadomość, że przede wszystkim sama muszę o siebie zadbać, a odpowiedzialność za mnie spoczywa na mnie. Dopiero kiedy wyszłam z roli ofiary, poczułam wewnętrzną siłę. Bo długo myślałam, że wyciągnęłam od losu taką straszną kartę, że gdyby rodzice się nie rozstali...

Kiedy umiała to pani nazwać?

Zajęło mi to przynajmniej trzy dekady.

Rozmawiała pani z mamą o zawodzie?

Żyła radiem, dokumentem. Bezwiednie przejęłam tę miłość. Na pewno była moją mentorką. Mój ojciec, architekt, większość życia spędził za granicą. Rodzice traktowali swoją pracę dokładnie tak, jak ja ją dzisiaj traktuję, jako przygodę. Wzrastałam w niesłychanie oryginalnym środowisku. Mój ojczym też był dziennikarzem. Przez nasz dom przewijało się wiele interesujących osób. Przysłuchiwałam się ich rozmowom, rozpalonym debatom. Chłonęłam je.

A bunt?

Nie byłam zbuntowaną nastolatką, bo mama dawała mi ogromny margines zaufania. Im większy był, tym bardziej byłam zdeterminowana, aby tego zaufania nie zawieść.

Ten zawód panią zmienił?

Nigdy nie studiowałam dziennikarstwa. Uważałam, że najlepsi dziennikarze to ci, którzy uczą się tego zawodu w biegu. Zaczynałam jako tłumaczka, potem dziennikarka w hiszpańskiej agencji prasowej w Warszawie. Uczyłam się od razu w praktyce. Czy dziennikarstwo mnie zmieniło? Na pewno mnie ukształtowało, wykształciło we mnie ogromną ciekawość świata, otwartość na ludzi, dało narzędzie samopoznania.

Czuje się pani spełniona?

Kiedy po latach zaczęłam zawodowo pojawiać się w Polsce - bo zaproszona do współpracy przez TVN24 zaistniałam tutaj w przestrzeni publicznej - odkryłam, że jestem traktowana w dwojaki sposób. Reaguje się na mnie albo z podziwem z powodu moich dokonań, albo ze współczuciem - muszę być nieszczęśliwa, skoro tak a nie inaczej ułożyło się moje życie, bo nie jestem matką, a tym bardziej matką Polką. Najpierw mnie to zdumiało, po czym rozbawiło. Czuję się spełniona w każdym calu. Nie żałuję niczego, żadnego doświadczenia z przeszłości, nawet jeśli było bolesne. Wszystko było lekcją, pozwalało iść do przodu, bez popełniania tych samych błędów. Pozwalałam sobie popełniać nowe. Czym jest życie, jeśli nie podróżą, w której dzieją się nieustannie nowe sytuacje? Błędy są częścią tej podróży.

Nie czuła pani trzeciej reakcji? Zazdrości?

Jeśli była, to skrywana.

Jaką Polskę pani odkryła?

Wyjeżdżałam do Londynu z Polski siermiężnej, okaleczonej, posiniaczonej stanem wojennym. Później mieszkałam pięć lat w Waszyngtonie i w końcu pojechałam do Moskwy, gdzie odnalazłam się błyskawicznie, bo to było jak powtórka z rozrywki, tylko na większa skalę. W pierwszej linii obsługiwałam upadek ZSRR. Taka gratka nie zdarza się każdemu dziennikarzowi. To jak trafienie szóstki w totolotka. Potem był etap kolejnych 20 lat w Londynie i praca w BBC. Zjechałam prawie cały świat. Znam dobrze Wschód i Zachód. Kiedy więc po latach zaczęłam wracać do Polski, dynamicznie rozwijającego się kraju, zajmującego należne miejsce w Unii Europejskiej, patrzyłam na wszystko z zachwytem. Przyjechałam na gotowe, mój wkład w 25-lecie zmian był żaden. Z ogromną pokorą doceniam pracę wszystkich, którzy to zrobili.

Dziennikarstwo dzisiaj nadal ma odpowiedzialność?

Większą niż kiedykolwiek. Właśnie dziś, kiedy w wielu aspektach jest nam prościej wykonywać ten zawód dzięki możliwościom technologicznym. Z drugiej strony - niosą one wiele pułapek. Żyjemy wręcz w epidemii fake newsów. Dzisiaj dziennikarz musi się mocno napracować, żeby udowodnić swoją wiarygodność.

Z zazdrością czytałem w pani książce, że na każdym biurku w BBC leżał kodeks etycznego postępowania.

To była nasza biblia. W BBC realizowałam się jako dokumentalistka w fantastycznym okresie. Miałam możliwość czerpania z oferty najwyższej jakości. Dzięki temu, czego się nauczyłam, jestem w stanie obronić każdy przecinek w komentarzach do moich filmów i każde w nich ujęcie. Wcześniej pracowałam w newsach i choć są potrzebne, nigdy bym do nich nie wróciła. na pewno były dobrym etapem na drodze do dokumentu, zwłaszcza że pracowałam w ich najlepszej szkole, amerykańskiej stacji CBS. Jestem szczęściarą, że mogłam uczyć się od najlepszych.

Jest też lustro.

Realizowałam tematy trudne, kontrowersyjne, często była ogromna pokusa - oraz możliwości - pójścia na skróty. Zdemaskowanie mnie jako osoby, która wybiera taką drogę, byłoby przed laty ograniczone. Nie było Internetu ani opcji nagrania na smartfonie. Ale zawsze stało lustro. Rano wstaję i jest, jak cerber. Nie chcę panu wmówić, że dla dokumentalisty liczy się etyka i tylko etyka. Dla mnie również liczy się czyste sumienie.

Jak w filmie o Czeczenii, kiedy rozważała pani, czy powiedzieć matce, że jej syn zginął, czy też budować dramaturgię.

Uczciwie przedstawiłam tę sprawę w swojej książce. Zastanawiałam się, co zrobić. Ale powiedziałam Annie, że jej syn zginął. Bo sama dla siebie jestem punktem odniesienia.

Wstaje pani i co jest najpierw?

Myślę, że jest super! Witam każdy dzień w pokornej wdzięczności. Zaczynam od pięciu rytuałów tybetańskich. Nic tak dobrze nie wpływa na samopoczucie jak ruch. A potem idę dalej.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.

  1. Retro

Saganka - Brigitte Bardot literatury

Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Dla jednych była głosem pokolenia lat 50. – Brigitte Bardot literatury. Dla drugich burżujką, „hotelową” egzystencjalistką. „Pomyśl tylko – mówiła krótko przed śmiercią do syna – whisky, ferrari i hazard! Przecież to o wiele bardziej zabawne niż jakieś szydełkowanie, zajmowanie się domem i oszczędzanie. Tak czy owak, byłam pewnie ostatnią osobą, która przekonująco pisała o przyjemnościach”.

Cécile – bohaterkę debiutanckiej powieści „Witaj, smutku” – młodziutka pisarka Françoise Quoirez stworzyła po części na swój obraz i podobieństwo. Nastolatka, dokładnie tak jak ona, ma bogatego tatę i spędza lato na słonecznej Riwierze. Wakacje nie są do końca beztroskie, bo dziewczyna oblała egzaminy, ale tata szczęśliwie wcale nie ma ambicji, żeby córka miała dyplom, stawia na dobrą zabawę. Ambicje ma za to jego nowa narzeczona. Cécile knuje więc intrygę, podsuwa ojcu ponętną byłą kochankę. Tu już nie ma podobieństw: w rzeczywistości Quoirez pochodzi z porządnego mieszczańskiego domu, gdzie hołduje się chrześcijańskim wartościom, matka wychowuje dzieci, ojciec dba o ich dobrobyt i nie dyskutuje z córką przy drinku o romansach. Poza tym Françoise szczerze martwi się, że zawaliła studia na Sorbonie, i częściowo dlatego w godzinach popołudniowej sjesty pisze powieść, chcąc powetować rodzicom rozczarowanie i zaimponować znajomym. „Powiedziałam przyjaciołom, że piszę książkę – wyjaśniała potem – i po prostu musiałam to zrobić”.

Talent niewątpliwy

Pod koniec wakacji powieść była gotowa. Florence Malraux, córka poety André Malraux i przyjaciółka Françoise, poradziła wysłać maszynopis do kilku wydawców. René Julliard był szybki – przeczytał rękopis w nocy, a rano zdecydował się na publikację. W śmiałej opowieści o cynicznej nastolatce, która podczas wakacji przechodzi inicjację seksualną, w dodatku bez miłości, zwietrzył sukces. Podobieństwo autorki do jej bohaterki było niekwestionowanym wabikiem. Kiedy Cécile mówi: „Ideałem wydawało mi się życie bezecne i podłe”, można być niemal pewnym, że to wyznanie samej autorki. Krytycy stwierdzą, że jej postawa jest „odzwierciedleniem nastroju i postawy młodego pokolenia wchodzącego w życie po wielkim szoku wywołanym wojną i rozbiciu starych idei dobra i zła, wartości moralnych, zakazów i tabu”.

„Witaj, smutku” ukazało się we francuskich księgarniach w 1954 roku. Tytuł zaczerpnięty z wiersza Paula Éluarda oddawał nastrój melancholii. Ze względu na dobre imię rodziny autorka przybrała pseudonim Françoise Sagan (od nazwiska jednego z bohaterów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ukochanego pisarza młodziutkiej Quoirez). Książka okazała się bestsellerem, przełożono ją na 30 języków i wydano w ponad pięciu milionach egzemplarzy (pierwsze polskie wydanie książkowe ukazało się w roku 1957, ale polscy czytelnicy znali „Witaj, smutku” wcześniej, kiedy to „Przekrój” zaczął drukować powieść w odcinkach, odtąd pisarkę zaczęto u nas pieszczotliwie nazywać Saganką).

„Talent niewątpliwy – oceniali krytycy – ocierający się o geniusz”. François Mauriac, sławny katolicki pisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla, pisał o Françoise z mieszaniną admiracji i zgrozy. Jego określenie „zachwycający mały potwór” przylgnęło do niej jak ulał. W 1957 roku Otto Preminger kręci na podstawie powieści film z jasnowłosą, obciętą na chłopaka Jean Seberg w roli głównej.

Nonszalancja

Mieszanina inteligencji, egoizmu i dziewczyńskiej brawury zjednywały Sagan fanów. Młoda debiutantka stała się ulubienicą intelektualistów z Saint-Germain-des-Prés na czele z Jeanem-Paulem Sartre’em, z którym regularnie jadała obiad w La Closerie des Lilas. Podczas pobytu w USA widywano ją w towarzystwie Trumana Capote’a i aktorki Avy Gardner, a leciwa malarka Tamara Łempicka, gwiazda art déco, gdy spotkała Sagankę na Capri, zaprosiła ją na kolację, kusząc listą znakomitych gości.

– A kogo obchodzi, kto tam będzie? – odparowała Françoise. Spóźniła się kilka godzin. Przyszła „ubrana swobodnie, bosa, z papierosem i kanapką w ręce, została wprowadzona do jadalni, gdzie przystąpiła do jedzenia bardzo spóźnionej kolacji, co wprawiło w zdumienie gospodynię. Mimo takiego stroju i zachowania (co u innych Tamara uznałaby za naganne), Sagan oczarowała zarówno gości, jak i samą malarkę, która uważała, że talent kompensuje wszystko inne”. Image nastolatki w espadrylach i trykotowej koszulce w paski towarzyszył jej nawet, kiedy była już dojrzałą pisarką.

Współcześni mówili, że urzekała wdziękiem Piotrusia Pana, ale jej siostra Suzanne określała to dosadniej, mówiąc, że „była zepsutym, rozpuszczonym bachorem. Przez całe życie cieszyła się całkowitą bezkarnością”.

Średnia z trójki rodzeństwa, przyszła na świat po śmierci brata Maurice’a, który zmarł w niemowlęctwie. Nic dziwnego, że narodziny Françoise rodzice przyjęli jako dar niebios i rozpieszczali ją od kołyski. Wyrosła na chudą, niezbyt ładną nastolatkę, patrzącą butnie spod przydługiej grzywki. Czytała zachłannie Rimbauda, Cocteau, Flauberta, Faulknera, Hemingwaya, Camusa, Fitzgeralda, Malraux, Prousta i Stendhala. „Odkąd nauczyłam się czytać, marzyłam, żeby zostać pisarzem” – wyjaśniała po latach. Na razie po nauce w klasztornej szkole z internatem, gdzie – jak mówiła – ostatecznie straciła wiarę w Boga i jego cuda, zaczęła studiować literaturę, ale zamiast na wykładach przesiadywała w kawiarniach, słuchając jazzu. W towarzystwie ukochanego brata Jacques’a i bandy jego znajomych spędzała czas na piciu i zabawie. I tak jej zostało – z nonszalancją brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało brakować na to funduszy, siadała do pracy. Pisała powieści, biografie, sztuki teatralne, scenariusze filmowe, piosenki, m.in. dla Juliette Greco. Już po sukcesie pierwszych powieści (wydana w 1957 roku książka „Pewien uśmiech” utwierdziła jej pozycję) zarabiała krocie.

„W twoim wieku pieniądze to niebezpieczna sprawa – przestrzegał ojciec. – Wydawaj je”. Wydawała. Jej miłość do luksusowych samochodów była szeroko omawiana przez prasę. „Kto nigdy nie poczuł dreszczu przekraczania prędkości, ten nigdy nie poczuł dreszczu życia” – powiedziała kiedyś. Chociaż wypadku z 1957 roku (prowadziła astona martina) omal nie przypłaciła życiem, nie zrezygnowała z szybkiej jazdy. Kilka miesięcy przeleżała w szpitalu – miała złamaną podstawę czaszki, połamane żebra i miednicę, wgniecioną klatkę piersiową.

Jak uciec przed życiem

To wtedy nauczyła się łagodzić ból morfiną. Z czasem uzależniła się też od kokainy. O nałogach mówiła bez ogródek, ale też podkreślała, że to, co robi, to wyłącznie jej sprawa.

„Nie znam nikogo, kto nie byłby od czegoś uzależniony” – mówiła. W końcu nieraz przemycała piersiówkę dla Sartre’a w czasach, kiedy lekarz kategorycznie zabraniał mu pić. W 1985 roku, towarzysząc w podróży do Kolumbii prezydentowi Francji François Mitterrandowi, przedawkowała kokainę na pokładzie jego samolotu, a kilka lat później została dwukrotnie oskarżona i skazana za posiadanie i przewóz narkotyków. „Przewóz oznacza transport z mojej jadalni do mojej sypialni” – skwitowała. Kiedy podczas rewizji w domu jej własny foksterier pod okiem policjantów dobrał się do torebki swojej pani i wylizywał kokainę, Saganka z właściwą sobie ironią powiedziała: „Widzicie? On też to lubi”.

Kiedy indziej stwierdziła, że „jedynym sposobem na inteligentną ucieczkę przed życiem jest opium”. Chlubiła się prababką Rosjanką i słowiańskimi korzeniami tłumaczyła wszelkie ekstrawaganckie wybryki i słabości. Których było zresztą wiele.

Choćby hazard. Denis Westhoff, syn Saganki, barwnie opowiadał o przyczynach kupna jej domu w Normandii, niedaleko Honfleur: „W 1959 roku moja matka poczuła się zmęczona koniecznością spędzania wakacji w Saint-Tropez, które stało się zbyt popularne i zatłoczone. Szukała spokojniejszego miejsca dla siebie i przyjaciół i wynajęła dom w Normandii na miesiąc, od 8 lipca do 8 sierpnia. Miejsce było niebezpiecznie blisko kasyna w Deauville. Matka i jej przyjaciele: pisarz Bernard Frank i tancerz Jacques Chabot, spędzali przy stole do ruletki całe noce. Przez miesiąc przegrali majątek, ale ostatniej nocy Sagan nieoczekiwanie wygrała 80 tysięcy franków. Zebrała pieniądze i nad ranem pijana wróciła do domu, prosto do łóżka. Kiedy właściciel przyjechał, żeby sprawdzić stan domu, Françoise, zbyt zmęczona i śpiąca, żeby uczestniczyć w inspekcji, zapytała, czy nie chciałby go sprzedać. »Tak« – odpowiedział właściciel. »Za ile?« »Za 80 tysięcy franków«. Matka wyjęła sumę wygraną poprzedniej nocy, kupiła dom i poszła spać”.

Miłość i śmierć

W Normandii poznała swojego drugiego męża – amerykańskiego rzeźbiarza i modela Roberta Westhoffa (pierwsze małżeństwo ze starszym o 20 lat wydawcą Guyem Schoellerem trwało dwa lata, rozwiedli się w 1960 roku). Małżeństwo z Westhoffem też wkrótce się rozpadło. „Kiedy się urodziłem, byli szczęśliwą i kochającą się parą – wspominał rodziców syn Denis. – Żyli w nocy, spali w dzień. Było im razem całkiem dobrze, a rozwiedli się w końcu z praktycznych powodów: on wolał mężczyzn, ona – raczej kobiety”.

Sagan nigdy otwarcie nie przyznała się do biseksualizmu, ale jej związek z projektantką mody Peggy Roche nie był dla nikogo tajemnicą. Spędziły razem prawie 20 lat. Peggy była jej kochanką, opiekunką – pilnowała finansów, trzymała na dystans tłum pasożytów, który otaczał hojną i niefrasobliwą pisarkę. „Moje pieniądze były zawsze »ulotne« i zależało mi na nich jak na czymś, co wchodzi drzwiami i natychmiast wychodzi oknem – pisała Saganka. – I gdyby nawet pod tym oknem jakieś wyciągnięte ręce potrzebowały tych pieniędzy i nań oczekiwały lub gdyby tam były jakieś gigantyczne kasyna gry bądź kosze na śmieci, nie powinno to obchodzić nikogo poza mną”.

Kiedy Peggy umarła w 1991 roku, Sagan była zdruzgotana, bez oparcia w przyjaciółce popadała w coraz to nowe kłopoty. Była zamieszana w głośną aferę koncernu Elf. Za radą kogoś życzliwego sama lokowała tam dochody i namawiała do tego przyjaciół, cały proceder okazał się praniem pieniędzy.

Umierając (bezpośrednim powodem zgonu był zakrzep w płucu), Sagan miała długów na prawie milion euro. Dom w Normandii, rękopisy, obrazy, meble, samochody zostały zlicytowane. Jak domek z kart runęła sceneria świata bogatej burżuazji, która zawsze stanowiła tło jej powieści.

Mówiła, że nie boi się śmierci, że kilka razy była bliska przejścia na drugą stronę i wie, że tam nic nie ma. Zawsze wybierała życie. „Śmierć mnie nie interesuje – pisała – nawet moja własna”.

Korzystałam m.in. z książek: Françoise Sagan „Sara Bernhardt. Śmiech szalony”, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe 1992; Laury Claridge „Tamara Łempicka”, Rebis 2001.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".

  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.