1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Keira Knightley: "Nie mówcie mi, jak być kobietą"

Keira Knightley: "Nie mówcie mi, jak być kobietą"

Keira Knightley (fot. BEW PHOTO)
Keira Knightley (fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Macierzyństwo przewartościowało jej cały świat. Po 20 latach kariery Keira Knightley wreszcie czuje, że nie musi za nic przepraszać. Ma dosyć siedzenia cicho i bycia miłą, bo wie, że jeśli nie będzie mówić głośno o tym, co jej się należy, niczego nie dostanie.

W tym roku Keira Knightley nie dała o sobie zapomnieć. Uwodziła paryską bohemę i czytelników jako filmowa Colette, w powojennym Hamburgu, w obrazie „W domu innego”, zdradziła męża z Niemcem, a w „Berlin, I Love You” udowodniła, że niemiecka stolica to jedno z najbardziej romantycznych miast świata. 33-letnia Knightley dba o to, aby jej kalendarz był zapełniony co najmniej na pół roku do przodu. Nie dlatego, że musi zarabiać pieniądze. Chce, aby jej trzyletnia córka Edie dorastała z pracującą mamą.

Keira Knightley (fot. BEW PHOTO) Keira Knightley (fot. BEW PHOTO)

Uzależniona

Matka Keiry, pisarka Sharman Macdonald, często zarabiała więcej od jej ojca. Will Knightley jest aktorem teatralnym i telewizyjnym, ale kiedy jego żona nalegała, aby mieli drugie dziecko, uświadomił ją, że ich na to nie stać. „Poradzimy sobie, jeżeli uda ci się sprzedać kolejną sztukę teatralną. Tylko wtedy nasz syn Caleb będzie mógł mieć rodzeństwo” – zasugerował żonie. Keira zawdzięcza więc przyjście na świat sztuce pt. „When I Was a Girl, I Used to Scream and Shout” [Kiedy byłam dziewczynką, krzyczałam i wrzeszczałam]. Bywała z rodzicami w teatrze już jako dziecko, kiedy nie umiała jeszcze chodzić. Miała trzy lata, gdy poprosiła mamę, żeby ta załatwiła jej agenta. Bo dziewczynki muszą przecież na siebie zarabiać.

– To dzięki aktorstwu nauczyłam się czytać – wyznała w jednym z wywiadów. – Miałam pięć lat, kiedy poszłam do szkoły i czytałam wszystkim dzieciom książki. Byłam więc najlepszą uczennicą i cieszyłam się ogromną popularnością. Tylko że wszystkich oszukiwałam, bo ja te książki znałam z domu i umiałam je na pamięć. W rzeczywistości mam dysleksję i nie potrafiłam przeczytać ani słowa. Gdy odkryto mój blef, z dnia na dzień straciłam status gwiazdy. Nagle znalazłam się na samym dole hierarchii, wśród dzieci, które ledwo sobie radziły. Do dziś pamiętam ten szok.

Kiedy prawda wyszła na jaw, nauczycielka poradziła rodzicom, żeby pomyśleli o nagrodzie dla córki. Keira, z pomocą specjalistów, nauczy się czytać i pisać, a w zamian będzie mogła robić coś, co ją pasjonuje. Marchewką były zajęcia teatralne i rok później zapisanie jej do agencji aktorskiej. Przez całe dzieciństwo grywała w programach telewizyjnych dla dzieci, a także małe rólki filmowe i teatralne. W wieku 13 lat stała już na planie „Gwiezdnych wojen” jako służąca i sobowtór królowej Padmé granej przez Natalie Portman. – Dysleksja nauczyła mnie też etyki pracy – muszę przygotowywać się więcej i dłużej niż inni, bo dłużej czytam scenariusz – tłumaczy Keira w filmiku promocyjnym dla organizacji Made by Dyslexia. – Jasno mówię reżyserom, że nie wolno mi dać świeżo przerobionego dialogu i oczekiwać, że za godzinę lub dwie dobrze go zagram. A jeśli każesz mi przeczytać z kartki tekst, którego nigdy wcześniej nie widziałam, to wszystko zacznie mi skakać przed oczami i efekt będzie dość zaskakujący. Na szczęście miałam nauczycieli, którzy umieli oddzielić fakt, że zawsze będę na bakier z ortografią, od tego, że jestem inteligentna, kreatywna, umiem napisać i opowiedzieć świetne historie – mówi aktorka.

Knightley nie ma formalnego wykształcenia aktorskiego, bo jej rodziców nie było stać, aby wysłać ją na drogie studia. A kiedy sama odłożyła trochę pieniędzy na ten cel z własnych ról, zaczęła dostawać tyle propozycji pracy, że na szkołę nie było już czasu. – Niektórzy twierdzą, że aktorstwo to powołanie. Dla mnie to po prostu uzależnienie. Zaczęło się od zabawy, ale po każdym występie marzyłam o tym, aby wrócić po więcej. To chyba tłumaczy, dlaczego tylu aktorów trzecioplanowych nigdy nie rezygnuje z castingów i grania małych rólek. Scena, kamera, bycie kimś innym przez kilka godzin lub tygodni dla wielu jest jak narkotyk – mówiła w wywiadzie dla „Variety”. O tym, jakie to uzależnienie może mieć cenę, przekonała się zbyt wcześnie.

Po niespodziewanym międzynarodowym sukcesie filmu „Podkręć jak Beckham”, w którym Keira gra główną rolę i do którego miesiącami trenowała grę w piłkę nożną, nagle stała się najbardziej obiecującą nastoletnią gwiazdą po obu stronach oceanu. Rok później stała już na pokładzie statku w ramionach Orlando Blooma na planie „Piratów z Karaibów”, a Johnny Depp zakładał się z nią, że aktorka nie da rady ścisnąć się w pasie gorsetem tak ciasno jak Scarlett O’Hara. – Oczywiście, że wygrałam zakład – 18,5 cala! – ale wytrzymałam tylko dziesięć minut. Inaczej bym zemdlała – wspominała. – Scarlett była zresztą zawsze moją bohaterką. Jest okropna, ale udaje jej się przeżyć za wszelką cenę. Inni jej za to nienawidzą, ale ona potrafi pokazać wszystkim środkowy palec. Ja nauczyłam się tego dopiero niedawno.

Wszystko źle

Sukces „Piratów z Karaibów” sprawił, że Keira wychodziła co rano z domu, oganiając się od tłumu paparazzich. Gazety komentowały każdy szczegół jej wyglądu. Według prasy „mogłaby coś zrobić ze swoim zgryzem”, „za mało je”, „ma grube kostki”, „mówi ze sztucznym, eleganckim akcentem”, „irytująco się uśmiecha” i „ma szczękościsk”. – Kiedy 19-letnia dziewczyna słyszy o sobie takie rzeczy, to choćby nie wiadomo jakie miała wsparcie od bliskich, zaczyna się kruszyć – mówiła w wywiadzie dla „Guardiana”. Nominacja do Oscara dla najlepszej aktorki za rolę w „Dumie i uprzedzeniu” tylko zwiększyła potok jadu, który wylewały na nią brytyjskie media. Mimo pojawienia się w kilku mniejszych, niezależnych filmach, stała się „panienką w gorsecie”, która „od biedy sprawdzała się tylko w historycznych romansach”. Knightley zaczęła wymagać od producentów, aby nie musiała promować swoich filmów na pokazach prasowych. Nie udzielała wywiadów, konsekwentnie odmawiała sesji dla kolorowych magazynów. – Wszyscy udzielali mi mądrych rad. „Nie chodź na gale i przyjęcia branżowe, nie pozuj na ściankach, a dziennikarze zostawią cię w spokoju” – mówili. Dokładnie tak robiłam. Czy coś to dało? Nie. Efekt był odwrotny.

Gdy dostała nominację do nagrody BAFTA za rolę w „Pokucie”, z trudem udało jej się dotrzeć na ceremonię. – Przez trzy miesiące nie wychodziłam z domu. Miałam 22 lata, 17 ról filmowych na koncie i załamanie nerwowe. Tylko intensywna terapia sprawiła, że byłam w stanie przejść po czerwonym dywanie, zasiąść na widowni i nie dostać ataku paniki. Na szczęście nie nominowano mnie wtedy do Oscara, bo nie dałabym rady pojechać do Hollywood – wspominała w tym roku w wywiadzie dla „The Hollywood Reporter”. Jej terapeutka przyznała, że Keira była jej jedyną pacjentką, która twierdząc, że ktoś ją śledzi, miała rację, a nie urojenia.

Rola Cecilii Tallis w 'Pokucie' (reż. Joe Wright, 2007) przyniosła Keirze nominację do BAFTA i Złotego Globu. (Fot. BEW PHOTO) Rola Cecilii Tallis w "Pokucie" (reż. Joe Wright, 2007) przyniosła Keirze nominację do BAFTA i Złotego Globu. (Fot. BEW PHOTO)

Tym razem fachowa pomoc i prawie roczna przerwa w pracy pomogły. Przez kolejne lata unikała ról w wysokobudżetowych produkcjach, angażowała się w ambitne artystyczne projekty. Pozwała do sądu „The Daily Mail” za nazwanie jej „inspiracją dla anorektyczek”. Zmierzyła się też wreszcie z wyczerpującymi, trwającymi tygodniami promocjami prasowymi, ale konsekwentnie i bez gwiazdorskich fochów odmawiała mówienia o swoim życiu prywatnym. – Tak, mam narzeczonego. Tak, poznałam go na festiwalu muzycznym, gdzie występował, bo śpiewa w zespole Klaxons. Ja jestem rozpieszczoną aktoreczką, więc poprosiłam organizatorów o wpuszczenie mnie za kulisy. Reszta jest historią – powiedziała mi z ironicznym uśmiechem, gdy rozmawiałam z nią kilka lat temu, i zręcznie skierowała konwersację na inne tory. Jednak nie bez wyjaśnienia uniku: – Nie mogę opowiadać o moim życiu prywatnym, bo na dłuższą metę cierpimy na tym i ja, i mój partner. Dla czytelników gazet i Internetu to ciekawostka i rozrywka, ale dla nas to prawdziwe życie. Wolałabym nie mylić tych dwóch pojęć. Ale mogę opowiedzieć o tym, jak fajnie jest mieć kontrakt z Chanel, występować w ich reklamach i o szoku, którego doznaję za każdym razem, kiedy muszę zamienić dżinsy na jedną z ich obłędnych sukienek. Nie, sorry, ale nie mogę powiedzieć, ile mi płacą za tę katorgę!

Keira Knightley jako Georgiana Spencer, żyjąca w XVIII w. daleka krewna księżnej Diany, w filmie 'Księżna' (reż. Saul Dibb, 2008). (Fot. BEW PHOTO) Keira Knightley jako Georgiana Spencer, żyjąca w XVIII w. daleka krewna księżnej Diany, w filmie "Księżna" (reż. Saul Dibb, 2008). (Fot. BEW PHOTO)

Keira przestała też wreszcie za wszystko przepraszać. – Szczerze? Ja uwielbiam filmy kostiumowe – powiedziała, gdy pojawił się temat wybieranych przez nią ról. – Zawsze lubiłam historię, a ponieważ nie skończyłam liceum, traktuję to jako dodatkową edukację. Poza tym te zakute w gorsety damy to znakomita przenośnia zniewolenia kobiety. Moje postaci za każdym razem starają się z tej klatki wydostać. A jeśli już mowa o przepraszaniu, to przestałam się publicznie kajać z powodu wysokości moich zarobków. Skoro tyle płacą, to przyjmuję. Jak płacą mniej, to też biorę i nawet się nie kłócę.

Wtedy nie wypadało mi jej wytknąć, że jak najbardziej powinna się kłócić. Sześć lat później sama doszła do tego wniosku: – Nie mam pojęcia, dlaczego nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy zapytać, czy przypadkiem nie płacą mi mniej niż moim kolegom. Aż wreszcie się odważyłam i teraz płacą mi często więcej. To taki typowy kobiecy syndrom: powinnam przecież być miła i wdzięczna, że w ogóle mam pracę. Powinnam siedzieć cicho i się uśmiechać, więc przez tyle lat tak robiłam. A teraz mam dość siedzenia cicho, bo jeśli my, kobiety, nie będziemy mówić głośno o tym, co nam się należy, to niczego nie dostaniemy – deklaruje w wywiadzie dla „Guardiana”.

Ani matka, ani kochanka

Keira nie siedzi cicho. „Mówią mi, jak być kobietą. Bądź miła, wspierająca, ładna, ale nie za ładna, szczupła, ale nie za szczupła, sexy, ale nie za bardzo, odnieś sukces, ale nie za duży... Ale ja nie chcę z mężczyznami flirtować ani udawać ich matki. Nie chcę z tobą flirtować, bo nie chcę się z tobą pieprzyć, i nie chcę ci matkować, bo nie jestem twoją matką. Stary, ja po prostu chcę pracować. Czy to jest OK?” – napisała w zbiorze esejów różnych autorów pt. „Feministki nie noszą różu i inne kłamstwa”, wydanym pod koniec zeszłego roku. Opisała w nim też swoje doświadczenia z porodu i połogu: pęknięcie pochwy, podpaski grubości pieluch, popękane sutki. Przyznaje, że zostanie matką przewartościowało jej cały świat. Dotarło do niej, że do tej pory nie zdawała sobie sprawy, iż kobiece doświadczenia są w filmie, literaturze i mediach reprezentowane tak ubogo. Że z filmów wie wszystko o relacjach pomiędzy ojcem a synem i o cierpieniach męskiej duszy, a o doświadczeniach kobiet mówi się wciąż za mało i pokątnie. Zdała sobie też sprawę, że nie chce, aby jej własna córka dorastała w atmosferze lęku przed męską połową ludzkości. Nie chce, by bała się wychodzić sama po zmroku, nosić szorty i dekolty i żeby musiała udawać głupszą niż jest, by zadowolić mężczyzn u władzy. Mąż Keiry, muzyk James Righton, przez większość czasu jest tatą na pełny etat i kiedy tylko może, zabiera córkę na plany filmowe żony. Knightley w pełni to docenia i zdaje sobie sprawę, że jest szczęściarą, bo stać ją na nianie i wszelką pomoc, ale jest oburzona w imieniu innych kobiet. Według niej państwo powinno robić wszystko, co możliwe, aby wspierać matki, szczególnie te samotne. Zaangażowała się więc we wsparcie charytatywne kobiet potrzebujących pomocy psychologicznej i psychiatrycznej po urodzeniu dzieci.

Scenarzystką filmu 'Granice Namiętności' (reż. John Maybury. 2008) o miłosnych perypetiach poety Dylana Thomasa była matka Keiry - Sharman Macdonald. (fot. BEW PHOTO) Scenarzystką filmu "Granice Namiętności" (reż. John Maybury. 2008) o miłosnych perypetiach poety Dylana Thomasa była matka Keiry - Sharman Macdonald. (fot. BEW PHOTO)

Odwaga i pewność siebie, które dało jej macierzyństwo, w pracy nie zawsze spotykają się ze zrozumieniem. Na planie „Colette” doszło do spięcia pomiędzy nią a reżyserem, który wytknął jej, że jest agresywna. – Dlatego że uprzejmie, nie podnosząc głosu ani nie przeklinając, po prostu się z nim nie zgodziłam. A to jest ktoś, kogo naprawdę lubię i szanuję!

Knightley nie ma jednak zamiaru spuszczać z tonu – wręcz przeciwnie. Gdy wybuchły afery pod szyldem #MeToo, zrobiła szybki rachunek sumienia i uderzyło ją, jak łagodnie traktowało ją jej środowisko. – Nikt nie przystawiał się do mnie na planie filmowym, nie molestował mnie i nie składał mi niedwuznacznych propozycji. Wiedziałam, że to się zdarza wielu aktorkom, ale mnie – nigdy. Znam Harveya Weinsteina, wiem, że wrzeszczał na ludzi i wydzwaniał do nich w środku nocy z awanturami, ale nie miałam pojęcia, że napastował aktorki w pokojach hotelowych. Może byłam ślepa, a już z pewnością naiwna.

Keira Knightley u boku Dominica Westa w filmie 'Colette' (reż. Wash Westmoreland, 2018). (fot. BEW PHOTO) Keira Knightley u boku Dominica Westa w filmie "Colette" (reż. Wash Westmoreland, 2018). (fot. BEW PHOTO)

Przyznaje, że patrząc wstecz, sama nie wie, kiedy w przeszłości mimowolnie podporządkowała się męskiemu dyktatowi w show-biznesie. Przecież jako dziecko nie tylko lepiej wspinała się na drzewa niż chłopcy, ale była przekonana, że jak dorośnie, to zostanie mężczyzną. – To było logiczne – tłumaczyła w programie Ellen DeGeneres. – Dziewczyny zawsze rządziły na placu zabaw, ustawiały chłopców, jak chciały. A w dorosłym życiu to oni mieli władzę, więc wydawało mi się logiczne, że będę jednym z nich. Oczywiście, że nie chciałam mieć penisa, bo z wyjątkiem możliwości robienia siusiu na stojąco to musi być okropnie niewygodne. Chciałam po prostu decydować o własnym losie – mówiła. Ale to niezachwiany dziś status gwiazdy jej na to pozwala. I Keira Knightley nie waha się go użyć.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.