1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Artur Rojek: Jestem w drodze

Artur Rojek: Jestem w drodze

FORUM
FORUM
Pisanie jest straszne. Myślę, że jeśli na kilkadziesiąt piosenek które napisałem, dziesięć jest dobrych, to dużo - Artur Rojek szczerze o przeszłości, o tym, za kogo się uważa i co dalej z nim i Myslovitz

Zrobiłeś już staro-noworoczny rachunek sumienia? Kiedy widzieliśmy się przed świętami, powiedziałeś, że potrzebujesz na to chwili.

 Nie, raczej nie. Myślałem sobie bardziej o rzeczach, które chciałbym zrobić w tym roku, albo które powinienem ulepszyć. Zastanawiam się tylko nad tym co będzie, bo przeszłość jest dla mnie zamknięta.

Pytam o to, bo jeszcze w zeszłym roku zamierzałem przycisnąć Cię, żebyś zweryfikował swoje działania i odniósł się do swojego statusu jako głosu pokolenia. Interesuje cię w ogóle, jak jesteś postrzegany?

 Rzeczywiście mnogość tych projektów jest duża. Z jednymi jestem blisko związany, nad innymi muszę jeszcze sporo popracować. Natomiast kompletnie nie czuję tego, o czym mówisz. Głos pokolenia? Odbieram to tak, że w momencie kiedy biorę się za jakiś pomysł, zastanawiam się nad tym, jak bardzo mogę wykorzystać sytuację, w której jestem. Nie egzaltuję się tym ssaniem na moją osobę, nawet tego nie widzę. Staram się  korzystać z tego, co mam. Dzięki temu realizuję swoje cele, m.in. OFF FESTIWAL. Od samego początku wszystko szło pod prąd, popularne media odwracały się od tego pomysłu już na starcie. Jednak postanowiłem,  że zrobię wszystko, by jednak zainteresować je alternatywnym festiwalem. Pobudzało mnie, że było to na przekór wszystkiemu. No i się udało !

Są tacy którzy twierdzą, że sukces tego festiwalu zawdzięczam mojej popularności.

Oczywiście to bzdura. Popularnych osób w naszym kraju jest całkiem sporo,  a tylko nieliczni potrafią ryzykować, angażując swoją pozycję w takie projekty, które z jednej strony mogą im przynieść chwałę, a z drugiej - doszczętnie pogrążyć.

Kiedy występowałem jako twórca, chodziło mi o to, by każdy mógł zapamiętać koncert jako coś wyjątkowego na długo. Koncert był dla mnie jak trening sportowy, na którym dawałem z siebie wszystko. Bardzo lubiłem improwizować i namawiałem na to resztę chłopaków z zespołu. Dzięki temu wychodziły z nas emocje, których często się nie odczuwa -  zupełnie wyjątkowe. Krew często lała mi się z palców, a pod nogami miałem kałużę potu. Uwielbiałem tę skrajność, hałas, złość, którą mogłem wykrzyczeć. Nie zawsze wychodziło tak, jak  chcialem. Miałem wtedy kaca. Czułem się,  jakby moja praca nie do końca była dobrze wykonana.  W ostatnich latach działalności Myslovitz powtarzało się to częściej.  Miałem wrażenie, że sam siebie oszukuję. Wiele razy schodziłem ze sceny z uczuciem wstydu.  Nie wiem. Może zbyt wiele oczekuję. W każdym razie męczy mnie to do dzisiaj.

Artur, ja bym to nazwał autentycznością. To pierwsza odkryta karta, jaką wyciągnąłeś z przygotowanej na tę rozmowę talii. Fajnie, że nie oszukujesz. To, o czym mówisz, jest niezmiernie rzadkie, dlatego chyba rozumiesz uwagę, z jaką się ciebie słucha.

 Wydaje mi się, że jestem w dosyć specyficznym położeniu, jeśli chodzi o moją drogę artystyczną. A co do Myslovitz, to jest to przedsięwzięcie, dzięki któremu wiele rzeczy udało się zrealizować. Jednak, szczerze powiedziawszy, muszę zweryfikować wiele spraw które dotyczą mnie w zespole.

Można o tym przeczytać w książce Leszka Gnoińskiego, Myslovitz. Życie to surfing.

 Ona wiele mówi. Myślę też, że tam można znaleźć klucz do prawdopodobnej przyszłości naszego zespołu. Natomiast, wracając do pytania, to nie wiem, do czego można jeszcze wykorzystać zainteresowanie moją osobą. Na razie jestem na etapie, że pewne rzeczy się zamykają, a kolejne rozpoczynają. Na pewno chciałbym poszukać nowej artystycznej drogi dla siebie. Mam też chwile, kiedy zastanawiam się czy nie powinienem z tym skończyć.

Masz dosyć koncertów i zajmowania się muzyką w leksykalnym tego słowa znaczeniu?

Trudno mi powiedzieć. To jeszcze nie ten etap. Nie mogę czegoś zanegować, bo niedługo może się okazać, że robię w innej formie to, czego niby miałem dosyć.  Może powinienem  się na chwilę zahibernować.

2012 rok to będzie ten czas, kiedy wejdziesz do kabiny kriogenicznej?

 To specyficzny dla mnie rok. Z jednej strony obawiam się nadchodzących zmian. Wręcz śnią mi się po nocach. A z drugiej jest to ekscytujące.

Konkret, na miły bóg!

 Jestem w drodze.

Odczuwasz fizyczne zmęczenie między sezonami, czyżbyś  marzył o feriach i wypoczynku?

 Tak. Do tej pory nie za bardzo potrafiłem żyć, nie pracując. Nawet kiedy nie pracuję, to myślę o pracy i to również traktuję jak wysiłek. Jednocześnie jestem dosyć neurotyczny, dlatego moje myśli nie są poukładane. Wszystkie te rzeczy się ze sobą mieszają. Jednocześnie mam ciągłe uczucie niedosytu. Tak jakbym przez całe życie próbował sobie coś udowodnić. To nie wynika tylko z pasji, jaką jest dla mnie muzyka, bo mógłbym pasjonować się muzyką kupując jedynie analogi i słuchając ich w domu. A ja chcę czegoś więcej. Chcę wychodzić do ludzi z tą pasją. Czuję się wtedy lepiej, widząc, że zrobiłem coś, co nie jest innym obojętne. Ja sam nie jestem też obojętny sobie. Składowa wychowania, relacji z rodziną, talentów i pasji.

Ta odkryta tu dziś autentyczność to najlepsza składowa Twojego wizerunku. Poddajesz go remanentowi? Panujesz nad nim?

 Przez wiele lat trudno było mi poruszać kwestię mojego życia prywatnego i do dziś właściwie nadal tak jest. Ale teraz udzielam wywiadów w bardziej otwarty sposób niż kiedyś. Kieruję się tu  bardziej instynktem niż kalkulacją. Wcześniej pewne rzeczy nie przechodziły mi przez gardło.  To oczywiście ma związek z większą pewnością i swobodą. Wreszcie, oprócz tego, że jestem artystą, mam też rodzinę i nie chcę się niszczyć w imię swoich wewnętrznych rozterek zawodowych i uprzykrzać życia moim bliskim. Staram się znaleźć tu jakąś spójność. To dla mnie prawdziwa lekcja życia.

 Rynek wreszcie dowartościował Cię tak, że opuściłeś gardę? Coś sobie chyba udowodniłeś patrząc na szafę nagród i ścianę dyplomów.

 Daje to człowiekowi jakieś potwierdzenie, a jednocześnie nie trzymam tego w wyjątkowych miejscach.

Czy czegoś jeszcze potrzeba Twojemu wizerunkowi?

 Nie zastanawiam się szczególnie nad swoim wizerunkiem. Jeśli czegoś mi brakuje, to bardziej składowej życia zawodowego, której jeszcze nie spenetrowałem. Pomijam prywatne historie. Wydaje mi się, że mógłbym pozwolić sobie na odejście od estetyki popularnego artysty i zagłębienie się w coś wcześniej mi dalekiego.

Chodzi o to żeby nagrać bez melodii coś, czego nie da się słuchać?

 Bynajmniej. Fajnie byłoby jednak trochę oddalić się od siebie ale niekoniecznie w niezrozumiałym kierunku. Pierwszym krokiem ku temu był projekt Lenny Valentino. Przez następne 10 lat już nic takiego nie zrobiłem. Pamiętam, jak w 1985 roku pojechałem na Mistrzostwa Polski Juniorów Młodszych do Szczecina i zdobyłem tam złoty medal na 400 metrów kraulem. Po tym sekcja pływacka, która powstała w 1979 roku, stała się chlubą miasta, sponsorowała to kopalnia, wiec traktowano nas strasznie poważnie. W wieku 12 lat byłem traktowany jak mała gwiazda. Zostałem postawiony na stół i wszyscy śpiewali mi Sto lat. To było bardzo przyjemne, Moja mama  otrzymała od dyrektora kopalni książeczkę z talonem na magnetofon itd. W tamtych czasach było to dość nobilitujące. Natomiast  nikt nie zadał sobie pytania, jak ja się z tym czuję, czy wiem, że oczekiwania będą rosły  albo czy sprawiło mi to w ogóle frajdę.  Pamiętam, że od tego czasu aż do końca mojej pływackiej przygody przed maturą borykałem się z olbrzymim piętnem tego, co się stało wtedy.

Wydaje mi się, że coś podobnego przeżywałem po ukazaniu się Uwaga, Jedzie Tramwaj. Oczywiście gdybym nie robił niczego oprócz Lenny Valentino, może jakoś odnalazłbym tę drogę. Ale ja tłumaczyłem sobie to tak, że powtórzę to za rok albo dwa, bo teraz muszę się zająć Myslovitz i całkowicie się temu poświęcić. Żadna inna płyta Myslovitz oprócz naszego debiutu nie ma dla mnie takiego znaczenia, jak  Uwaga jedzie tramwaj Lenny Valentino. Zdaję sobie sprawę że Z Rozmyślań Przy Śniadaniu była płytą przełomową,  a Miłość W Czasach Popkultury była bardzo popularna. Jednak nie ma to dla mnie aż takiego znaczenia jak te dwie płyty.

Koncert w Brukseli z okazji objęcia przez Polskę Prezydencji w Unii Europejskiej graliście ze względu na wizerunek?

 Bardzo lubię Brukselę. Cieszyłem się, że tam jadę. W zasadzie, pomijając koncert, pamiętam, że przed wyjazdem zrobiłem sobie listę sklepów z płytami i zaraz po próbie pobiegłem do miasta szukać tych sklepów (śmiech). Natomiast koncert sam w sobie był bardzo miły, przyszło wielu Polaków i świetnie się bawili. Przywitał nas szef Parlamentu Europejskiego, znakomicie nas zapowiedział stwierdzając, że OFF FESTIWAL jest najlepszy na świecie. Jasne, że to prestiżowa rzecz, grać z okazji nadania nazwy ” jakiemuś miejscu” w pobliżu parlamentu, ale nie postrzegałem tego w kategoriach wizerunkowych. Może z perspektywy czasu zatęsknię za tymi nobilitującymi momentami, ale nie jest to jednak cel sam w sobie.

To nie jest stereotypowy portret gwiazdy rocka.

Każdy postrzega mnie inaczej, choć zakładam że jest grupa osób, które widzą mnie wciąż tak samo. To nie jest kwestia tego, że nauczyłem się taki być. Jeśli chcę coś bardzo zrobić, to idę w obranym kierunku każdą możliwą ścieżką. Kiedyś pomyślałem sobie że chyba nie jestem stworzony do działalności zespołowej. W  grupie jest o wiele ciężej przenieść dalej swoją wizję i cel. Nie jestem też typem Steve’a Jobsa , który za wszelką cenę chce dominować innych. Jeśli ktoś nie chce, idę dalej sam.

Przypomniała mi się historia piosenki To nie był film. Zawsze jesteś dobrze zrozumiany w  swoich intencjach?

 To dosyć specyficzny przykład, dlatego że wizerunkowo jestem postrzegany jako ten, który w Myslovitz robi wszystko. To nie jest tak. Ja ten zespół założyłem, ściągnąłem do niego muzykó, ale jednocześnie dałem możliwość tworzenia i pisania piosenek. Kompozycja była moja, ale tekst napisał Przemek Myszor. Wokół tego toczyła się późniejsza dyskusja

W swojej pracy bywasz reakcjonistą. Wówczas, przy tamtej piosence, sprzeciwiliście się przemocy. Nadal masz ochotę tak stanowczo  zajmować stanowisko na jakiś temat?

 Nie jestem obojętny i lubię być przekorny. Imponuje mi droga pod prąd. A jeszcze bardziej, kiedy kogoś przeciągam w tym na swoją strone.

Co Cię dotyka?

 Wkurza mnie kiedy ktoś mówi mi, że kwestiom artystycznym nie jest po drodze z popularnością. Wiem że to niełatwe połączenie, ale kiedy udaje się czegoś takiego dokonać to długo pozostaje to pamiętane. Jestem w tych kwestiach niezmienny i wierzę w wysoką wartość. Jest to dla mnie bardzo istotne.

Co pozwala zachować Ci umiar w tych emocjach?

 Wszystko przechodzi przez mojego wewnętrznego krytyka. Zanim  podzielę się tym z kimś publicznie, musi to przejść przeze mnie. To długi proces. Teksty są dla mnie katorgą. Pisanie jest straszne. Nienawidzę tego robić. Analizuję, dobieram słowa i najczęściej jestem z tego niezadowolony. Myślę, że jeśli na kilkadziesiąt piosenek które napisałem, dziesięć jest dobrych, to dużo.

Będzie jakaś wielka feta na Twoje czterdzieste urodziny czy depresja nadciąga?

 (śmiech). Taką chęć odwrócenia świata do góry nogami z elementami depresyjnymi przeżyłem, kończąc trzydziestkę. Myślę że ten rok będzie dla mnie bardzo istotny. Według chińskiego kalendarza to rok wielkich zmian. Mam nadzieję że tak będzie.

A jakim jesteś tatą?

 Staram się być dobrym.

 Rozmowa odbyła się 3 stycznia w Warszawie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Płyty miesiąca - nowości muzyczne

Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dobrej muzyki nigdy za dużo. Wieczór z dobrą płytą to idealny sposób na relaks. W tym  miesiącu polecamy kilka nowości, które mogą wzbogacić waszą płytotekę.

Zaskoczenie

Pat Metheny „Road To The Sun”

Pat Metheny wydał już kilkadziesiąt płyt (za które dostał aż 20 nagród Grammy), ale takiej w swojej dyskografii jeszcze nie miał. Własne kompozycje powierzył bowiem pięciu innym gitarzystom: czterem weteranom z Los Angeles Guitar Quartet oraz gwiazdorowi filharmonicznych sal – Jasonowi Vieaux. Sam materiał to dwie kilkuczęściowe suity, którym zdecydowanie bliżej do muzyki kameralnej niż jazzu. Równie zaskakujący, co interesujący debiut Metheny’ego w nowej roli.

Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner

Sprawdzona formuła

Mogwai „As The Love Continues”

Szkockie Mogwai od ćwierć wieku nagrywa na przemian nowe płyty studyjne i soundtracki (ostatnio do serialu „Zero Zero Zero”). Niespecjalnie zmienia się też jego muzyka. Wciąż może ona służyć za definicję post-rocka: cicho, głośniej, kulminacja, znów cicho, powtórz. Ale jak słusznie zauważają sami Szkoci, gdy ten gatunek podbijał muzyczny rynek, wielu obecnych słuchaczy jeszcze nie było na świecie. A starszym fanom ta formuła i tak nigdy się nie znudzi.

Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS

Lekcja muzyki

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”

Trzy lata temu pewien szwedzki producent udał się do rybackiej wioski w Senegalu, by nagrać improwizacje tamtejszych muzyków. Później materiał szlifował z nimi zdalnie. Teraz możemy posłuchać efektów tej przygody w wykonaniu ponad 20 muzyków, dla których afrykański jazz, blues, dub i pieśni sufickie są jak „różne gatunki ryb pływające w tym samym oceanie”. Usłyszymy tu też chór dziecięcy, bo ta płyta to jedno wielkie wezwanie, żeby edukować i uwrażliwiać przez sztukę.

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds

Żywiołowo

Julia Stone „Sixty Summers”

Julia Stone tym razem bez brata, za to w innym doborowym towarzystwie. Australijska gwiazda folku nie przestaje muzykować z bratem pod szyldem Angus & Julia Stone, jednak po długiej przerwie od solowej kariery postanowiła przejrzeć dziesiątki swoich próbnych nagrań z ostatnich lat i wybrać tuzin najlepszych. Nie robiła tego sama, bo współproducentką nowej płyty jest mistrzyni pogmatwanych piosenek Annie Erin Clark, znana jako St. Vincent, a wśród gości pojawiają się Matt Berninger oraz Bryce Dessner z zespołu The National. Wspólnymi siłami pomogli Stone oderwać się od akustycznych łagodności – choć ich tu rzecz jasna nie brakuje – i popróbować syntezatorowego popu czy funku. Żywiołem Stone pozostaje jednak scena. Warto więc zajrzeć także na jej kanał YouTube, na którym opublikowała cały koncert z premierowym materiałem. Przy okazji zbierała fundusze dla poszkodowanych przez pandemię muzyków.

Julia Stone „Sixty Summers”, Warner Julia Stone „Sixty Summers”, Warner

  1. Kultura

Marta Gardolińska - pierwsza w historii opery francuskiej dyrektorka muzyczna

Marta Gardolińska - dyrygentka
Marta Gardolińska - dyrygentka
Wiadomość, kto obejmie stanowisko dyrektora muzycznego Opery Narodowej Lotaryngii, wywołała ostatnio sporo zamieszania. Bo to kobieta – pierwsza w długiej historii tej instytucji. Polka, i to zaledwie 33-letnia. Kim jest Marta Gardolińska?

Szacowna Opéra National de Lorraine z siedzibą w Nancy, jedna z pięciu oper narodowych we Francji, jest sceną z tradycją sięgającą XVIII wieku. Dyrygenta pełniącego funkcję dyrektora muzycznego szukano tu już od pewnego czasu. Wybór Marty Gardolińskiej jest tym bardziej znaczący, że wzięto pod uwagę także głosy muzyków orkiestry i reszty zespołu opery. Znali Gardolińską, mieli okazję z nią pracować.

– To była próba ognia, z której wyszliśmy obronną ręką – wspomina Marta tamtą współpracę.

Do próby ognia jeszcze wrócimy, tymczasem sukces Polki jest wyjątkowy także z innego powodu. Tak, Gardolińska to pierwsza w historii francuskiej opery dyrektorka muzyczna, ale chodzi też o dyrygenturę w ogóle. Jeśli spojrzymy na światowe statystyki, w zestawieniu 150 najbardziej rozpoznawalnych dyrygentów znalazło się zaledwie pięć dyrygentek. Te dane pochodzą sprzed kilku lat i to w tym przypadku pocieszająca wiadomość. Bo, jak mówi sama Marta, czasy zmieniają się bardzo szybko, a ona jest tej zmiany – która gwałtownie przyśpieszyła akurat w czasie jej nauki i wchodzenia w zawód – częścią i naocznym świadkiem. Co nie znaczy, że po drodze nie miała wątpliwości, czy to zawód dla niej.

Ciało

Miała zostać fizjoterapeutką, która zajmuje się muzykami. Pomysł pojawił się jeszcze w liceum, na warszawski AWF zdała z pierwszą lokatą. Zawsze była wysportowana, rodzice bardzo o to dbali. Już jako trzylatka chodziła na basen, potem doszły kolejne dyscypliny, między innymi akrobatyka. A konkretnie: skoki na (tu Marta zgadza się, że w kontekście jej dzisiejszego zawodu brzmi to zabawnie) batucie. Różne osiągnięcia przychodziły jej z łatwością, nawet jeśli przez szkołę muzyczną nie mogła trenować tak intensywnie jak koleżanki. Skoki skończyły się, kiedy w wieku dziesięciu lat doznała poważnej kontuzji. Kompresyjne złamanie kręgosłupa, wynikające z dużych obciążeń w okresie intensywnego wzrostu. Chodziła w gorsecie, przeszła rehabilitację i fizykoterapię. Marta: – Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wszystko dzieje się po coś. Do mnie dzięki tamtemu doświadczeniu dotarło, jak ważna jest praca z ciałem i że można je zregenerować. Sport w jej życiu został. Utrzymywał ją w dobrej formie, ale też dał sporo pewności siebie. Uśmiecha się: – Mam starszego brata i często trenowałam z nim i z jego kolegami. To, że udało mi się zrobić więcej pompek lub wyprzedzić któregoś z nich na torze, było powodem do dumy i zbudowało we mnie przekonanie, że jeżeli się postaram, zawezmę i popracuję, mogę być tak samo silna czy szybka jak moi koledzy. Nadal jest w niej duch rywalizacji. Nie cierpi, kiedy ktoś daje jej fory. Poczucie, że zdobyła w życiu cokolwiek nie dlatego, że była obiektywnie najlepsza, ale z jakichkolwiek innych względów, jest dla niej ujmą na honorze.

Muzyka

Dyrygenturę symfoniczną miała studiować równolegle z AWF. Taki, a nie inny kierunek muzyczny wybrała, bo jako nastolatka – właściwie przypadkiem – odkryła, że dyrygując, wyraża się dużo lepiej, niż grając na instrumencie. Znikała paraliżująca trema, która gnębiła ją podczas występów solo. Miały być więc dwa kierunki studiów, tyle że kiedy już po egzaminach porównała oba rozkłady zajęć, zorientowała się, że pogodzenie ich jest fizycznie niemożliwe. No dobrze, niech więc najpierw będzie dyrygentura, dostać się było na nią niezwykle trudno, na rok przyjmowano tylko pięć osób. Marta zakładała, że studia muzyczne skończy na licencjacie, po czym zrealizuje swój pierwotny plan. I chociaż w rezultacie sprawy potoczyły się inaczej, znamienne jest, że dziś, wspominając kobiety, którym wiele zawdzięcza, na pierwszym miejscu wymienia Gertraud Berkę-Schmid. Profesorkę na Akademii Muzycznej w Wiedniu, śpiewaczkę operową, ale także psycholożkę, lekarkę specjalizującą się między innymi w osteopatii, ćwiczeniach fizjoterapeutycznych, technikach relaksacyjnych. Berka-Schmid łączy w swojej pracy holistyczną wiedzę o tym, kim jest muzyk i jak powinien prawidłowo funkcjonować, a Marta była słuchaczką na jej wykładach i jej pacjentką. Mówi, że swoją postawę – dosłownie: prawidłową postawę na scenie przed orkiestrą, bez bólu i napięć, ale też postawę życiową, podejście do pracy, rozumienie swojej roli jako dyrygentki – zawdzięcza pani profesor.

Tylko ten jeden raz

Jest absolwentką wiedeńskiej Akademii Muzycznej, dokąd trafiła po dwóch latach studiowania w Warszawie. Na uczelni siedziała codziennie od 8 do 22, czyli tak długo, jak było otwarte. Czego uczy się student, żeby zostać zawodowym dyrygentem orkiestry symfonicznej? Nauka techniki dyrygowania zaczyna się zwykle od zajęć z dwoma fortepianami. Ale to szybko przestaje wystarczać, trudno porównać to do kierowania zespołem liczącym od 50 do nawet 120 muzyków. Poza tym technika jest jakąś składową tego zawodu. Marta żartuje, że gdyby prześwietlić pod kątem stylu niektórych gigantów dyrygentury, mogliby nie zaliczyć egzaminów na uczelni. Tu już wchodzi w grę metafizyka – potęga talentu i interpretacji. Co zatem w edukacji przyszłego dyrygenta jest ważne? Zasadne jest porównanie do studiów reżyserskich. Zdobywa się jak najszersze wykształcenie. Historia muzyki, analiza dzieł, nauka repertuaru, wyrabianie w sobie muzykalności. Reszty człowiek tak naprawdę uczy się sam, zdobywa doświadczenia, kierując orkiestrami, między innymi amatorskimi, a kiedy uczy się i mieszka w takim mieście jak Wiedeń, wykrada grafiki Filharmoników Wiedeńskich, po czym przechodzi z pewną siebie miną obok portiera i ukradkiem wchodzi na ich próby. To właśnie ten czas, gdy zmiany w środowisku muzycznym zachodziły na oczach Marty. Kiedy studiowała, powstał w Akademii instytut gender studies, rektora zastąpiła rektorka, wprowadzono program parytetów. Do tego doszedł jeszcze ruch #MeToo, który odbił się szerokim echem w środowisku muzyków klasycznych. Dla kobiet pootwierało się wiele drzwi, ale Marta, świeżo upieczona absolwentka dyrygentury, została z tym samym dylematem, który ma większość młodych ludzi tuż po uczelniach artystycznych. Co dalej? Bardzo ważne było zdobycie stypendium u słynnej amerykańskiej dyrygentki Marin Alsop i jej mentoring, ale przełomowym momentem okazał się kontrakt w Bournemouth w Anglii. Zwłaszcza że w tamtym momencie Marta właściwie już się poddała, była sfrustrowana ciągłym poszukiwaniem stałej pracy, od kilku lat jeździła na konkursy i przesłuchania, spotykając na nich wciąż tych samych dyrygentów z całego świata, którzy tak jak ona szukali dla siebie miejsca.

– Zaproszenie na przesłuchanie w Anglii dostałam tuż przed ślubem – wspomina Marta. – Zajmowałam się głównie poprawkami sukienki i listą gości. Miałam raczej podejście, że się nie uda. Tak naprawdę to mój przyszły mąż [także muzyk – przyp. red.] mnie przekonał, żeby jeszcze ten ostatni raz spróbować.

Stanowisko: „młody dyrygent współpracujący”, dwa lata kontraktu w sezonie 2018/2019. Prowadzisz koncerty dla szkół i te z lżejszym repertuarem, ale jeśli któryś z kierujących Bourne­mouth Symphony Orchestra, zespołem znanym i poważanym, nie może poprowadzić próby lub koncertu, wskakujesz na jego miejsce. Marta nie tylko zdobyła ten kontrakt, ale niemal od razu miała zastępstwo, potem kolejne. Coś kliknęło między nią a orkiestrą, pracowało się im doskonale. Mówi, że to początek „zielonej fali” w jej zawodowym życiu. Dostrzegli ją ludzie z Askonas Holt, jednej z największych i najbardziej cenionych agencji muzycznych na świecie, trafiła do Stanów, na stypendium do samego Gustava Dudamela. Legendy, dyrektora muzycznego Orkiestry Filharmonii w Los Angeles. Miała okazję współdyrygować z nim czwartą symfonią Charlesa Ivesa. Nagranie z koncertu, wydane w wytwórni Deutsche Grammophon, właśnie nominowano do nagrody Grammy.

Koncert z Los Angeles Philharmonic w Walt Disney Concert Hall (2019). (Fot. Bartek Barczyk) Koncert z Los Angeles Philharmonic w Walt Disney Concert Hall (2019). (Fot. Bartek Barczyk)

Klucz

Rok 2019. Opera w Nancy zaprasza Martę do współpracy nad jedną z premier w kolejnym sezonie. Późnoromantycznym „Görgem Marzycielem” Aleksandra Zemlinsky’ego, operą rzadko graną i bardzo wymagającą. Nikt nie mógł wtedy wiedzieć, że premiera przypadnie na sam środek pandemii. Przez cały czas trwania prób nie byli pewni, co się za chwilę stanie. Czy znowu nie nastanie lockdown? Czy ktoś z zespołu nie zachoruje, a reszta zostanie objęta kwarantanną? Po drodze zrezygnował tenor i trzeba było na gwałt znaleźć zastępstwo. No i jeszcze rozporządzenie o półtorametrowym odstępie między muzykami. Żeby zmieścić zespół w orkiestronie, trzeba było podjąć decyzję o zredukowaniu składu muzyków i przepisaniu dla nich całej partytury. Wszystko to w szaleńczym tempie. Udało się, zdążyli zagrać przed kolejną falą koronawirusa, pojawiły się entuzjastyczne recenzje. Francuska prasa podkreślała jej doskonałą współpracę z zespołem. Ta według Marty jest kluczem do tego zawodu. Słyszała różne rady od kolegów po fachu. Że do orkiestry trzeba wyjść i od razu zarządzić żelazną dyscyplinę. Żeby nigdy nie przechodzić na „ty”. Z jej doświadczenia wynika, że takie podejście to tylko kolejne warstwy zbroi, która ma cię chronić przed potencjalnym atakiem, a to utrudnia wzajemny kontakt. Fakt, ma w pamięci takie zdarzenia z przeszłości, jak zaczepne gwizdnięcie, które usłyszała za plecami ze strony jednej z sekcji orkiestry, czy publiczne kwestionowanie jej decyzji, które miało ją zbić z pantałyku. Nie zapomni konkursu, kiedy to zdobyła trzecie miejsce, a od jednego z członków jury usłyszała, że owszem, powinna wygrać, ale jest taki problem, że kobiety nie wykształciły jeszcze damskiej techniki dyrygowania i że to niedobrze wygląda, bo dyrygentki albo przypominają mimozy, albo żandarmów. Potwierdza, że ze względu na płeć nieraz miała pod górkę, ale, uczciwie mówiąc, bywało, że i z górki dzięki wprowadzanym parytetom. Wielu muzyków się przeciwko nim buntuje. Marta, będąc tak blisko sporu, widzi, jak bardzo złożona jest sytuacja. Zmiany o tyle nie powinny być za szybkie, że kobiet w zawodzie jest na razie niewiele, a kształcenie na dyrygenta zajmuje i musi zajmować bardzo dużo czasu. Każdy absolwent dyrygentury przechodzi swoją próbę ognia. Bo kiedy osoba bez doświadczenia staje na czele ponad setki muzyków – w większości profesjonalistów z długim stażem – powinna sobie na zaufanie zapracować. Wielką nadzieję dla wyrównywania szans kobiet Marta widzi w zmianach oddolnych. Popularyzowaniu wśród rodziców i profesorów idei, żeby dziewczyny szły na dyrygenturę. A przede wszystkim większej decyzyjności w rękach zespołów muzycznych. To członkowie orkiestry powinni mieć ostateczne zdanie w kwestii, z kim chcą pracować. Stereotypy i uprzedzenia tracą na sile w zderzeniu z indywidualnymi doświadczeniami dobrej współpracy.

Nadzieja

Trzyletni kontrakt w Nancy, który zacznie obowiązywać we wrześniu, nie oznacza, że Marta sprowadzi się na stałe do Francji. Wiedeń to na razie dobra baza wypadowa. Tymczasem odkąd trwa pandemia, każdy z tych koncertów, których nie odwołano (są zwykle nagrywane i puszczane w sieci lub w radiu), to walka o morale. Gdy nie ma publiczności i na sam koniec nie słyszysz za plecami oklasków, czujesz się, jakby zabrakło ci tlenu. Ale nawet takie występy dają dużo nadziei, trzymają przy życiu orkiestry, które, żeby istnieć, muszą ze sobą ćwiczyć i występować. Jeśli Marta miałaby wymienić jakąkolwiek jasną stronę tej sytuacji, powiedziałaby, że w pandemii zobaczyła, że środowisko potrafi się jednoczyć. Odnowiła wiele kontaktów, powstały liczne fora, na jednym z nich prowadziła kurs online dla dyrygentów z pracy nad postawą, ciałem, z podstaw anatomii. Spotykamy się tuż przed jej wyjazdem do Katowic na koncert z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia. Potem, jeśli nic się nie zmieni, Bournemouth, Barcelona, Drezno, Stambuł. Aż wreszcie nowy sezon w Nancy. Poznała tam dotąd tylko okolice starego miasta z siedzibą opery na placu, pośrodku którego stoi pomnik Stanisława Leszczyńskiego. Bo teatr, który dał początek operze narodowej, a także plac i okolica powstały za lokalnych rządów byłego króla Polski, którego znają tu nawet lepiej niż u nas w kraju i nazywają Stanislasem, nie mogąc wypowiedzieć jego nazwiska. Z nazwiskiem Marty powinno być nieco łatwiej.

 

  1. Kultura

Hania Rani - dwa światy na nowej płycie

Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Hania Rani odważnie przekracza granice. Nie tylko te muzyczne.

Pomysł był prosty. Artyści mieli wzajemnie przetwarzać swoją muzykę, a rezultatem jest piękne, wspólne dzieło. Dwa odległe muzyczne światy połączyły się w jeden” – tak w brytyjskiej wytwórni Gondwana Records zachwycano się współpracą Hani Rani z londyńskim Portico Quartetem.

30-letnia pianistka, wokalistka i kompozytorka zasłynęła najpierw jako połowa duetu Tęskno, a później solowymi nagraniami. Ma na koncie lawinę wyróżnień krajowych, z Fryderykami włącznie, ale jej muzyka zawsze przekraczała granice. Także w sensie geograficznym – już debiutancką „Esję” artystki wydała wspomniana Gondwana.

„Byliśmy fanami Rani od tamtego pierwszego albumu” – deklarują panowie z Portico Quartetu, słynnego na cały świat, łączącego transowy jazz z elektroniką. Tak się składa, że to jeden z ukochanych zespołów Hani Rani. Ich style łatwo się więc „polubiły”, a jako całość płyta brzmi nastrojowo, filmowo. I prosi się o ciąg dalszy.

https://www.youtube.com/watch?v=1SWAKUIkvws

  1. Kultura

Olga Bończyk o pracy nad swoją nową płytą "Ślady miłości"

Olga Bończyk (Fot. materiały prasowe/Maria Winek)
Olga Bończyk (Fot. materiały prasowe/Maria Winek)
Choć ostatnio życie daje nam mocno w kość, Olga Bończyk przekonuje, że zawsze warto je kochać. Artystkę pytamy o pracę nad jej nową płytą „Ślady miłości”.

Wiele osób jest zblokowanych tym, jak świat zmienił się przez ostatni rok, pani natomiast nagrywa nową płytę. Co wyzwoliło tę kreatywność? A może była to forma autoterapii i wyrażenia swoich emocji w twórczy sposób? Myślę, że wszystko to jest na swój sposób prawdą, ale zacznę od tego, że planowałam nagranie płyty półtora roku temu, zanim jeszcze przyszła pandemia. A kiedy przyszła i minął już początkowy szok, to jednym z mechanizmów obronnych dla mnie samej było to, żeby ten czas efektywnie wykorzystać, żebym nie utonęła w poczuciu bezradności i pewnej paniki, która też mnie powoli dopadała. Zaczęłam zatem intensywnie pracować nad „rozgrzebaną” płytą. I nawet pomyślałam sobie, że to dobrze się składa, bo gdybym pracowała tak intensywnie jak wcześniej, to kto wie, jak długo bym ją nagrywała. A w tych okolicznościach mogłam się nad nią skupić, napisać nowe teksty, dopieścić ją, bo nic mnie nie rozpraszało.

Ale jednocześnie było to swego rodzaju balsamem na duszę, rozedrganą, zaniepokojoną tym, co będzie dalej, kiedy wrócimy w trasę, kiedy będziemy mogli mieć bliski kontakt z publicznością. Wiem, że każdy artysta zadawał sobie podobne pytania. We mnie zrodziła się wtedy nawet taka wątpliwość, czy gdy skończy się pandemia, my, artyści, będziemy jeszcze komuś potrzebni. Ta niepewność napędzała mnie ogromnym stresem. Zwłaszcza że w pewnym momencie kultura zaczęła przenosić się do Internetu, oczywiście, dobrze, że była dostępna w ten sposób, ale pojawiły się pytania, jak to wpłynie na widzów, czy w ogóle będą chcieli jeszcze przychodzić na koncerty, do teatru... Jednak kilka ostatnich tygodni, od kiedy znów teatry są otwarte, pokazało, jak bardzo publiczność jest stęskniona bezpośredniego kontaktu z żywym aktorem i trochę mnie to uspokoiło, i dało mi nadzieję, że jest do kogo wracać. Bo przecież jako artyści nie istniejemy bez widza!

Czy nagrywając płytę, mogła pani poczuć się trochę bardziej „normalnie”? Praca w studiu jest pewnym wyłączeniem się ze świata i można zapomnieć o tym, co na zewnątrz. Zdecydowanie. Nagrania w studiu, potem montaż, teledyski, których łącznie jest pięć – to wszystko odbywało się w normalnych warunkach. Zresztą praca zawsze odcina mnie od tego, co jest na ulicach. To jest mój świat i kocham go też za tę możliwość odosobnienia i odrealnienia. Wierzę, że ta dawka normalności, którą dostałam przy okazji pracy nad płytą, pomogła mi przetrwać najtrudniejsze chwile.

Tę normalność częściowo sama pani tworzyła, pisząc teksty piosenek. Wśród 12 większość jest pani autorstwa. Tak, dziewięć tekstów jest moich, trzy dostałam w prezencie. Moje teksty powstawały przez wiele lat, najstarszy ma blisko 20 lat, ale jak się okazało, zupełnie się nie zestarzał. Inne mają kilka lat, a trzy napisałam w zeszłym roku i one są trochę inne, oddają energię czasu pandemii. W jednym piszę na przykład o tym, jak to by było stworzyć świat na nowo.

A jakie słowo klucz dla tej płyty mogłaby pani wskazać? Myślę, że „miłość”... można by jeszcze dodać: „dojrzała”, bo na miłość patrzę już z mniejszym szaleństwem. Oczywiście nie ma nic złego w oderwaniu, które niesie to szaleństwo miłości, kiedy motyle w brzuchu potrafią wzbudzić wiele niezwykłych uczuć, lecz wiem już także, jak mocno można się przy tym poranić, i cenię trzeźwość, którą niesie dojrzała miłość. Ale wątek miłości, który przewija się na płycie, dotyczy nie tylko relacji między kobietą a mężczyzną, choć zawsze było to dla mnie ważne. To też miłość do życianiezależnie od tego, co ono przynosi. W piosence „Życie, taka gra” – to jeden z tych podarowanych tekstów, autorką jest Anna Ignaszewska – ten motyw powtarza się regularnie. Z perspektywy życiowej mogę już powiedzieć, że liczą się nie tylko porywy serca do drugiej osoby, ale i umiejętność kochania siebie, innych ludzi, świata...

Olga Bończyk, 'Ślady miłości', Wytwórnia muzyczna MTJ Olga Bończyk, "Ślady miłości", Wytwórnia muzyczna MTJ

  1. Styl Życia

Na progu wiosny - inspiracje na kwiecień

Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Z jednej strony bardzo chcemy, by wszystko już zakwitło i ruszyło z kopyta. Z drugiej – odczuwamy jakąś taką słabość i rozdrażnienie. Oto, co pomoże w tym czasie.

Czytelnicze zaległości

Jeśli po zimie wyrzucasz sobie nie tylko przybrane kilogramy, ale i nieprzeczytane książki, przynajmniej w tej drugiej kwestii służymy podpowiedzią. Oczywiście niemożliwością byłoby przeczytać teraz wszystkie najgorętsze premiery, ale zwłaszcza dwóm z nich warto poświęcić kilka wieczorów. Nagrodzona Nike baśniopowieść Radka Raka oraz wyróżniona Paszportem Polityki książka Miry Marcinów to opowieści z krwi i kości oraz dowód wielkiego talentu.

Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne. Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne.

Zrollowana

Masażery do twarzy z naturalnych kamieni to hit ostatnich miesięcy. Już kilkuminutowy masaż nimi pobudza krążenie krwi i limfy, redukuje opuchliznę i obrzęki pod oczami. Ujędrnia skórę i rozluźnia spięte mięśnie twarzy. A kojący chłód kamienia orzeźwia i zamyka pory.

Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas. Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas.

Okadź się

Kadzidła są stosowane w ceremoniach leczniczych, ale i duchowych. Coraz częściej korzystamy z nich również w domach lub biurach, by oczyścić powietrze, zabić przykre zapachy lub pomóc sobie w skupieniu. W Ruah Store można kupić dowolne kadzidło: palo santo, yerba santa, białą szałwię, sosnę, kopal, sweetgrass lub eukaliptus.

Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe) Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe)

Dłuższa chwila relaksu

Dziwiło mnie, gdy słyszałam, że koleżanka obejrzała podczas kąpieli odcinek serialu lub przeczytała rozdział książki. Czy to znaczy, że trzymała książkę cały czas mokrymi rękami? Gdzie ustawiła smartfon, żeby dobrze widzieć ekran? Aż odkryłam dobrodziejstwa półek do wanny. Na takiej stabilnej podpórce można zamontować uchwyt na smartfon, ale też ustawić świece czy nawet kieliszek prosecco.

Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe) Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe)

Motyw stokrotki

Kwiatowe wzory biżuterii Pandora Garden symbolizują magię natury i nadzieję na nowy początek. A czyż nie wszyscy tego właśnie teraz potrzebujemy? Urocze i delikatne pierścionki, ale też charmsy i zawieszki z motywem różowej lub fioletowej stokrotki nadadzą lekkość i świeżość nawet domowej stylizacji. „Ta kolekcja ma inspirować do spojrzenia na świat z nutą dziecięcej niewinności” mówią Francesco Terzo i A. Filippo Ficarelli, dyrektorzy kreatywni marki.

Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe) Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe)

Bardzo intymnie

Ten preparat wypełnia lukę w pielęgnacji ciała. Bo choć troskliwie dbamy o wszystkie części ciała, to najmniej czasu poświęcamy okolicom intymnym. Olejek Your Kaya w aż 99 proc. jest pochodzenia naturalnego. Zawiera ekstrakt z nagietka, aloesu oraz olejki jojoba, z nasion konopi i ze słodkich migdałów. Dzięki czemu łagodzi podrażnienia, nawilża, odżywia i uelastycznia skórę okolic intymnych.

Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł. Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł.

Kąp się, kąp

Jak wynika z badań University of Oregon regularne kąpiele mogą obniżać ciśnienie krwi. A według National Center for Sport and Exercise Medicine podczas godzinnej kąpieli w gorącej wodzie tracimy tyle samo kalorii co w trakcie półgodzinnego spaceru. To, co przyjemne, może być też prozdrowotne. Lubisz, jak kąpiel pięknie pachnie, pieni się, a mimo to działa łagodząco? Spróbuj nowych płynów Farmony.

Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł. Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł.

Zasłuchaj się

Kasi Miller zawsze warto słuchać. A jak cudownie posłuchać jej piosenek! Psycholożka, psychoterapeutka i mentorka wielu kobiet wydała właśnie swoją debiutancką, w pełni autorską płytę. Nie tylko na niej śpiewa, ale jest też autorką słów piosenek i ich melodii. Jak powiedziała w wywiadzie dla SENSu: „Nie znam nut, ale muzycy zapisują mi to, co wyśpiewam”. Aranże do płyty przygotowali muzycy z Live Art Group, którzy są również producentami płyty. Solidna dawka muzykoterapii na jednym krążku!

Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ. Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ.