1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Pati Yang – Niezależna

Pati Yang – Niezależna

POLKA BARDZIEJ ZNANA ZA GRANICĄ NIŻ U NAS. Pracuje w Londynie i Nowym Jorku, wydaje płyty ze światowej sławy producentami. Pati Yang opowiada nam, skąd się wzięła, dokąd zmierza. I jak wiele pozmieniało się ostatnio w jej życiu.

- Prawdę mówiąc, spodziewałam się po tobie angielskiego akcentu. Albo że będziesz przekręcać niektóre słowa. Po 12 latach mówienia, śpiewania i pisania tekstów po angielsku miałabyś do tego prawo.

- Nie ma mowy! To sprawa honoru. Bardzo się pilnuję. Zawsze pochłaniałam dużo książek, to chroni przed zapominaniem. Poza tym jako muzyk jestem wyczulona na język, jego brzmienie.

- Pati Yang to „ta, której udało się zrobić karierę za granicą”. Lubisz, kiedy mówi się o tobie w ten sposób?

- Słyszałam już o sobie wiele rzeczy, wszystko zależy od intencji mówiącego. Ale wiesz, ostatnio w czasie wywiadu w Warszawie dziennikarka naprawdę mnie zaskoczyła. Stwierdziła, że miałam z górki, bo poza Polską łatwiej jest zaistnieć.

- Co odpowiedziałaś?

- Rozśmieszyło mnie to. Od razu wyobraziłam sobie muzyków z Depeche Mode czy Coldplay. „Sorry, chłopaki, możecie sobie odnosić międzynarodowe sukcesy, ale u nas, w Polsce, musielibyście się naprawdę postarać!”. Chociaż, jeśliby spojrzeć na to z tej strony… Tutaj nadal mało się gra mojej muzyki. Duże komercyjne radiostacje tłumaczą, że jest za bardzo awangardowa. W tym samym czasie BBC puszcza ją w Anglii jako nowy, świeży pop.

- A jednak swoją najnowszą płytę „Wires and Sparks” nagrałaś właśnie tu.

- To nie do końca tak. Nie można powiedzieć, że to polska płyta, ja generalnie nie najlepiej orientuję się w tutejszym rynku muzycznym. Znalazłam po prostu świetne miejsce na studio w centrum Warszawy. Zadekowaliśmy się w nim z producentem i muzykiem Joe Crossem. Nagrywaliśmy, wychodziliśmy tylko na mecz czy drinka. Miasto na pewno zainspirowało nas swoją atmosferą, ale materiał kończyliśmy już na przykład w rodzinnych stronach Joe, w Manchesterze. Wybór Warszawy miał też związek z burzliwym momentem w moim życiu osobistym. Tu wielki ukłon w stronę mojej mamy. Dzięki niej możliwy był remont warszawskiego studia, nadzorowała wszystko podczas mojej nieobecności, pomagała, kiedy przyjechałam z Joe, ale najważniejsze, że bardzo mnie wspierała. Dla mnie praca nad płytą to był trudny moment. Podjęłam ważną życiową decyzję, postanowiłam rozstać się z mężem. Prawdę mówiąc, mama zaskoczyła mnie swoją siłą i charyzmą. Dla mnie ta klasyczna relacja matka – córka była sporym zaskoczeniem, wcześniej funkcjonowałyśmy w innym układzie.

- Jakim?

- Bardziej przyjacielskim. Mama była bardzo młoda, kiedy mnie urodziła. Obu nam zajęło sporo czasu, żeby dorosnąć.

- W twojej biografii znalazłam informację, że jako mała dziewczynka wyjeżdżałaś z nią w trasę z zespołem Lady Pank. To prawda?

- Miałam wyjątkowe, mocno rockandrollowe dzieciństwo. Moi rodzice zaczęli być razem, gdy byłam naprawdę maleńka. Mówiąc rodzice, mam na myśli mamę i Janka [Borysewicza – przyp. red.], mojego ojczyma. Pamiętam domówki u ich przyjaciół, zasypianie na stercie płaszczy. To były czasy, kiedy zespół Lady Pank był już na fali, znała ich cała Polska.

- Jak się żyło z gwiazdą pod jednym dachem?

- Trzeba pamiętać, że mówimy o realiach PRL-u. Mieszkaliśmy w bloku. Ściany na klatce były zawsze porysowane. Wszędzie: „Janek, kocham cię!” i tego typu hasła. Na trawniku pod blokiem koczowała grupka fanek. W trasę zabierał nas rozklekotany autokar. Byłam wyszczekaną kilkulatką, która ze wszystkimi się kolegowała. Nie mówiłam do dorosłych: „ciociu, wujku”, tylko po imieniu. Potem przenieśliśmy się do domu w Komorowie. W piwnicy odbywały się próby, wracałam ze szkoły i słyszałam z dołu, jak grają „Fabrykę małp”.

- To przez Borysewicza sama zajęłaś się muzyką?

- Wokół mnie było sporo inspirujących ludzi, którzy mieli duży wpływ na to, jak potoczyła się potem moja droga zawodowa.

Pamiętam różne skrawki. Na przykład, jakie ogromne wrażenie zrobiło na mnie piękne stare studio nagraniowe na Wawrzyszewie. Wielki stół SSL z tymi wszystkimi pokrętłami. Do studia trafiłam jako jedno z dzieci śpiewających z Majką Jeżowską, która była częstym gościem w naszym domu. Jakiś czas po tym wymyśliłam sobie, że w przyszłości zostanę inżynierem dźwięku. Właśnie tak. Że będę panowała nad brzmieniem, będę siedzieć i operować nad stołem tymi wszystkimi suwakami.

Ale mam za sobą też takie doświadczenie jak lekcja śpiewu u Elżbiety Zapędowskiej w teatrze Buffo. Pamiętam, co mi wtedy powiedziała: „Dziecko, są jeszcze inne zajęcia, gimnastyka albo balet, może powinnaś pójść raczej tam?”.

- To musiał być dla dziecka cios.

- Skąd. Pomyślałam, że i tak będę robić w życiu to, co chcę. I jak czuję. Wyniosłam coś takiego z domu. Chodzi mi o dużą potrzebę niezależności. Ostatnio odświeżyłam kontakt z moim prawdziwym ojcem, ale jako dziecko na co dzień widziałam jednak Janka. Rozstali się z moją mamą, jak miałam osiem lat, ale byli dla mnie pierwszym przykładem pary, związku między kobietą a mężczyzną. I pewnej życiowej postawy. Potem nie zawsze było mi z nią łatwo.

- Kiedy najtrudniej?

- Chyba kiedy profesjonalnie zajęłam się muzyką. Na samym początku. Po pierwszej płycie, wydanej tu w Polsce w 1998 roku „Jaszczurce”, poszła fama, że nie da się ze mną pracować. Że jestem trudna.

- Byłaś?

- Nie podobały mi się pomysły, jakie miała wtedy na mnie wytwórnia. Na przykład logo sponsora na okładce większe od tytułu albumu. Grałam nie z tymi muzykami, których mi sugerowano. Skończyło się na tym, że płytę wycofano z dystrybucji, a świetny zespół się rozpadł, bo nie chcieli nam organizować koncertów. Żeby się utrzymać, zatrudniłam się w radiu. Na antenie na żywo miksowałam muzykę electro. W ten sposób wracałam do ulubionych motywów, którymi nasiąkłam w Londynie.

- To kiedy trafiłaś do Anglii?

- Po raz pierwszy w liceum. Tu znowu powraca temat wolności i buntu. Chodziłam wtedy od stóp do głów na czarno: spódnica do kostek, sweter, długi płaszcz, skórzana torba i tlenione na biało włosy plus kolczyk w nosie. Nie radziłam sobie ze szkolną dyscypliną. Wagarowałam, ale głównie po to, żeby czytać i uczyć się tego, czego nie mogłam uczyć się w szkole, gdzie czułam się jak w więzieniu. Mama obiecała mi, że jak skończę 16 lat, będę mogła sama wyjechać na wakacje za granicę. Rzeczywiście, pojechałam do Londynu z plecakiem, żeby spędzić tam lato. Miasto mnie powaliło, tu każdy mógł wyglądać i zachowywać się jak chciał. Nocowałam w akademiku, naprzeciwko był college. Któregoś dnia obudziłam się rano, a dwóch facetów na drabinie akurat wieszało banner: „Przyjdź do nas, zdaj egzamin”. Poszłam, zdałam. Zadzwoniłam do mamy, że zostaję.

- Tak po prostu? I jak zareagowała?

- „Chcesz być dorosła, proszę bardzo”. Do dzisiaj jestem jej wdzięczna. Dostałam stypendium. Szkoła była opłacona, ale musiałam sama się utrzymać. Pracowałam za barem, w biurze, kłamałam, że jestem pełnoletnia.

- Nie miałaś kompleksu Polki na Zachodzie?

- Nigdy. Strasznie nie lubię tych polskich demonów. Uchodzimy za granicą za wrażliwych, ciężko pracujących ludzi, nie mamy się czego wstydzić. Pamiętam raczej, jaka byłam z siebie dumna, kiedy wynajęłam swoje pierwsze mieszkanie. W szkole w Anglii wcześnie się specjalizujesz. Wybrałam wydział wokalny, muzykę pop. Nagrałam kilka demówek. College trwał półtora roku, wróciłam, zaczęłam pracować nad „Jaszczurką”. Krótko po tym, jak zostałam bez zespołu i koncertów, znowu spakowałam niewielką torbę i wyjechałam. Najpierw do Amsterdamu, potem do Londynu.

- Miałaś wtedy jakiś konkretny plan, co będziesz robić za granicą? Jak długo tam zostaniesz?

- Absolutnie żadnego. Ale wszechświat niemal błyskawicznie dał mi sygnał, że decyzja o wyjeździe była słuszna.

- To znaczy?

Miesiąc później w Londynie poznałam Stephena [Hiltona, producenta muzycznego i kompozytora, z którym Pati wzięła wkrótce ślub – przyp. red.]. Miał już wtedy na koncie muzykę do pierwszego filmu o Bondzie i jechał właśnie do Los Angeles pracować przy „Ocean’s Eleven”. Szukał wokalistki do autorskiego projektu „Children”. Zaraz potem zaczęłam pracować też z nim nad innymi rzeczami, m.in. razem z producentem Davidem Holmesem nad ścieżkami do filmów. Przez te wszystkie lata nagrałam ich w sumie 13. Do tego cztery, nie licząc polskiej „Jaszczurki”, solowe albumy.

- Co uważasz za swój największy sukces?

Każdy projekt to sprawdzian, czy nie stoję w miejscu. Dla mnie najważniejsze jest, żeby się rozwijać. Tym bardziej że przyszło mi tworzyć w wyjątkowych czasach. Kompletnie zmienia się system kupowania muzyki. Rynek muzyczny jest na krawędzi. Płyty się coraz gorzej sprzedają, choć coraz więcej osób ma dostęp do nowych albumów. To, co dziś określane jest sukcesem sprzedaży, jeszcze kilka lat temu uchodziłoby za klapę. Budżety na nagrywanie są coraz mniejsze, artystom jest coraz trudniej. To nie może wiecznie trwać. Ciekawa jestem, co z tego wyniknie.

- Wiem, że przyjechałaś do Polski tylko na chwilę, zaraz lecisz do Nowego Jorku. Potem znowu Londyn. W którym z tych miejsc czujesz się jak w domu?

Odpowiem tak: do Polski przyjeżdżam, bo tu jest moja mama, mój 15-letni brat. Mam też masę przyjaciół w Warszawie, którzy mają dzieci, pozakładali rodziny. Czas leci. Miło jest wrócić i zobaczyć, w którym momencie życia jesteśmy, jakich wyborów dokonujemy. Ale nie będę też ukrywać, że nie mam na przykład puchówki w szafie, bo w Anglii nie ma mroźnych zim. Lubię mieszkanie na Manhattanie, w którym się zatrzymuję. I nie mogłabym żyć bez kilku rzeczy, których nie ma poza Londynem. Przywykłam do klimatu, w którym kiedy spada śnieg, miasto jest jak sparaliżowane. Od 2004 roku nie spędziłam świąt w Polsce. To pewnie coś znaczy…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze