1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Chłopiec z łukiem

Chłopiec z łukiem

Fot. Łukasz Gawroński/Megusta
Do groty w akwarium domowym doprowadził żarówkę oklejoną plasteliną, żeby prąd nie poraził rybek. Wieczorem zapalał ją, a powiększone cienie ryb poruszały się majestatycznie na ścianach i suficie. - Płynęły tuż nad moją głową – opowiada o swoim pierwszym teatrze Mariusz Treliński.

Lubię Warszawę, jej temperaturę, dynamikę. Niedokończoną, chaotyczną i z wielkim potencjałem. Lubię ją nawet za tandetne drogi wjazdowe upstrzone billboardami i małymi budkami z krzyczącymi neonami. To moje miasto. Dobrze pamiętam, jak jeszcze na studiach, kiedy wracałem z Łodzi, wysiadałem na wiecznie obsikanym Dworcu Centralnym, wciągałem powietrze ze spalinami i mówiłem sobie: „no, jestem u siebie”.

Ulica Pawia
Dorastałem na ulicy Pawiej, pod numerem dziewiątym. Teren dawnego getta, obok Pawiaka. W czasach mojego dzieciństwa to była trochę szemrana okolica. Mieszkaliśmy w zwyczajnej, niczym się niewyróżniającej PRL-owskiej kamienicy, na pierwszym piętrze. Na naszym podwórku był śmietnik. Ważne miejsce, bo spod niego ruszały podwórkowe natarcia. Tak się zwykle składało, że to ja dowodziłem akcją.

Sprawiedliwość w fabryce łożysk
Miałem cudowne dzieciństwo, cudownych rodziców, po prostu bajka. Żadnej traumy, nieszczęścia do przeżuwania na potem. Gdyby prawdą było to, że dzieciństwo jest kluczem do twórczości, to powinienem kręcić filmy przyrodnicze o trawce i sarenkach. Ale zdarzyło się parę ciekawych historyjek. Niedaleko naszego domu, dosłownie kilkaset metrów dalej, była fabryka łożysk. Na jej terenie stały ogromne kontenery wypełnione do wysokości trzech, czterech metrów metalowymi kulkami do łożysk. Strasznie mnie to kręciło, więc któregoś dnia przedarliśmy się z kolegą przez płot i weszliśmy do środka. Tonęliśmy po kolana w srebrnych kulkach, zapadaliśmy się, napychaliśmy ich sobie, ile tylko się da, do kieszeni. Wiadomo – takie kulki to skarb. Ale kiedy wychodziliśmy, złapały nas chłopaki z Pawiaka. My mogliśmy mieć z siedem, może osiem lat, oni byli nastolatkami. Zwyczajne menele spod budki z piwem, którym się nudziło i wymyślili sobie, że wymierzą nam sprawiedliwość. Zaciągnęli nas do jakiegoś koszmarnego mieszkania, rozebrali do pasa, zlali sznurami od żelazka, potem trzymali zamkniętych w ubikacji.

Pamiętam, że stałem przerażony w ciemności i ręce śmierdziały mi smarem od tych kulek. Jak wróciłem wreszcie do domu, miałem podkoszulek założony na lewą stronę. Rodzice pytali, co się stało, a ja na to, że w życiu nie powiem. W końcu się jednak przyznałem. Tata wziął mnie za rękę, odszukaliśmy chłopaka, który był prowodyrem całej akcji. Była z tego wielka afera. Jego mama lała go tym samym sznurem do żelazka, a ja z tatą patrzyłem. Taka sprawiedliwość z ulicy Pawiej.

Teatr cieni
Moje pierwsze spektakle, oczywiście tak wtedy nienazywane, sięgają początków podstawówki. Odkąd pamiętam, zawsze hodowałem rybki w akwarium. Zbudowałem im sporą grotę z kamieni. Do groty włożyłem maleńką żaróweczkę, którą okleiłem plasteliną tak, żeby rybek nie poraził prąd. Pod piaskiem przeciągnąłem przewód, który biegł dalej po pokoju pod wykładziną, aż do mojego łóżka. Wieczorami, jak robiło się ciemno, łączyłem druciki na końcu przewodu i żaróweczka w grocie się zapalała. Zasypiałem, obserwując ogromne cienie ryb przepływające po ścianach, po suficie. Taki teatr cieni. Zawsze chciałem wykorzystać ten motyw w którymś ze swoich filmów, ale jak dotąd nie znalazłem dla niego miejsca.

O pięknie
Wiele razy próbowałem zrozumieć, przeanalizować, skąd wzięły się moje inspiracje, skąd we mnie taka, a nie inna wrażliwość. Moja mama była bardzo niespokojnym duchem, bez przerwy aranżowała przestrzeń wokół siebie. W domu zmieniała układ mebli, zdobywała w sklepie materiał i natychmiast robiła z niego zasłony. Pamiętam nawet, jak raz, kiedy tata był w pracy, przycinałem z mamą piłą jakiś mebel, chyba szafkę, bo się gdzieś nie mieściła.

Ważni byli też dziadkowie, rodzice mamy, którzy mieszkali w Wilanowie na ulicy Biedronki. Przez płot z pałacem Wilanowskim. Moja mama, kiedy była mała, mówiła, że idzie się poślizgać do pałacu, bo tam były zawsze wypastowane posadzki, idealne do ślizgania. Dom dziadków to piękno i harmonia. Stare szafy, rytuały rodzinnych obiadów. I wspólne z rodzicami wypady na pączki i filiżankę czekolady. Dziadkowie często się odłączali i szli do kina, a po powrocie opowiadali nam ze szczegółami filmy, które obejrzeli. Nie zapomnę, jak babcia opowiada „Viridianę” Buñuela i scenę uczty żebraków. Miała fantastyczny gust i wyczucie stylu. Siedziała w wielkim fotelu, ćmiąc papieroska, i opowiadała niekończące się historie o oczach wilków, które pędziły za saniami w mroźnym lesie, o dalekim klasztorze Nazaretanek we Lwowie, o Żydach ukrywanych w pasiece dziadka w Jaremczu. I o tyfusie, który wymrażano w podkrakowskich barakach, gdzie zamieszkali z dziećmi tuż po wojnie. To są obrazy, których nie zapomnę.

Jeśli jest raj...
Dziadek w Wilanowie spędzał weekendy, a w tygodniu wyjeżdżał do Maciejowic. To miejscowość położona około 100 kilometrów od Warszawy. Dziadek był dyrektorem tamtejszego pegeeru. Teraz to brzmi mało romantycznie, ale wtedy było cudowne. Jeśli jest rzeczywiście jakiś raj, to wyobrażam go sobie właśnie tak jak Maciejowice. Groble, pastwiska, pola kukurydzy. I róże, dziadek je uwielbiał. Miał sto kilkadziesiąt gatunków róż, całymi dniami pochylony przycinał, szczepił różne odmiany. Chodził ze mną i wymieniał: „Piękna Helena, Róża Faraona, Alabaster…”. Znał i pamiętał wszystkie odmiany. Z Maciejowicami wiąże się też moje pierwsze doświadczenie z pogranicza erotyzmu, które dzisiaj mnie śmieszy, bo jest tak najeżone symbolami, jakby układał je podręcznikowy freudysta. Dziadek mieszkał w dawnym szlacheckim dworku, gdzie pod dachem, na samej górze, był pokoik z okienkiem. Gościła w nim kiedyś cud-dziewczyna z obfitym biustem. Pamiętam, jak któregoś wieczoru myła włosy na poddaszu i jej postać odbijała się w szybie otwartego okienka. Przyglądałem się temu z dołu, z krzaków, miałem przy sobie wystrugany przez dziadka łuk, którym się namiętnie bawiłem. Patrzyłem na jej piersi odbijające się w szybie, piękno pochylonej sylwetki, i w przypływie emocji wystrzeliłem z mojego łuku strzałę. Ze świstem wpadła przez okienko do środka.

Zawieszony w czasie
Dość wcześnie zacząłem czytać klasykę. „Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla” Tomasza Manna, „Sklepy cynamonowe” Brunona Schulza, Dostojewskiego. Miałem przeczucie, że to, o czym czytam, jest mi bliższe od tego, co mnie otacza. Że powinienem był się urodzić w wieku XIX, byłem zakochany w minionej epoce. Uwielbiałem opisy cygar marki Maria Mancini, które w „Czarodziejskiej górze” Hans Castorp palił owinięty pledem na balkonie hotelu w Davos. Wszystko to czytałem z zapartym tchem w drodze do liceum.

Mimo że LO im. Romualda Traugutta mieściło się niedaleko Pawiej, musiałem dojeżdżać godzinę, czasem nawet półtorej. Jak tylko skończyłem podstawówkę, przenieśliśmy się z rodzicami pod Wilanów, na ulicę Sobieskiego. Byłem tak bardzo związany z kolegami z podwórka, z którymi razem zdawaliśmy do liceum, że postanowiłem jednak dojeżdżać. Codziennie wsiadałem w autobus 193 albo 195 i jechałem do Nowego Światu. Tam przesiadka w 111 na przystanku przy Foksal. Jeśli była zima, robiłem sobie przerwę na herbatę w kawiarni, żeby się rozgrzać. Patrzyłem przez szybę, czy nie nadjeżdża mój autobus. Lubiłem te podróże, cudowny moment wyrwany z gonitwy dnia. Dziś podobne odczucie mam w samolocie. Zawieszony w czasie, nikt nie zadzwoni, nie zaczepi. Jest książka, w takiej ciszy można usłyszeć samego siebie.

Pracownia w Pałacu Młodzieży
Do Pałacu Młodzieży zapisałem się, żeby zrobić sobie iluminofonię. W czasach, kiedy byłem chłopakiem, ten cudowny wynalazek miała każda dyskoteka. Skrzynka z żarówkami o trzech kolorach, które migały w rytm muzyki. Mój tata jest z wykształcenia elektronikiem, w domu składałem z nim różne rzeczy, ale iluminofonia to było wyzwanie. Zapisałem się więc do pałacu, do pracowni elektroniki, prawie rok lutowałem i jakoś nic nie wychodziło. I to wtedy mój przyjaciel Jarek Szoda, dziś znany operator, powiedział mi: „Słuchaj, piętro niżej jest pracownia filmowa. Zajęcia raz w tygodniu, we wtorki, dają rolki filmu za darmo”.

Dałem się Jarkowi namówić, poszliśmy, dostaliśmy pierwszą rolkę do rosyjskiej „ósemki”. Może nawet pożyczyli nam samą „ósemkę”? Nie pamiętam. Zajęcia prowadził instruktor, który chodził w wysokich drewniakach, w tzw. szwedkach. Chodził z nożyczkami w ręku i pobrzękiwał. Powtarzał: „Chłopcy, nożyczki żadnemu filmowi jeszcze nie zaszkodziły. Opowiadamy krótko…”. Od tego się zaczęło.

„Rzeźnia” z Fotopanu
Geneza naszego pierwszego filmu była taka: Jarek powiedział, że umie taki numer: Jak zamarkuję i walnę go w mordę, to on potrafi przelecieć przez ławkę i upaść na trawę. Uznaliśmy, że to świetny początek filmu. Potem dorobiliśmy po prostu resztę historii. Dlaczego ja go biję? Bo to zemsta. I tak dalej, i tak dalej. Nakręciliśmy w ten sposób pierwszy pięciominutowy film, w którym pojawia się w sumie sześć trupów. A ponieważ staraliśmy się być autoironiczni, nazwaliśmy go „Rzeźnia”. Pamiętam, jak na dworcu wsiadłem z kamerą na wózek bagażowy i kręciłem pierwsze ujęcie w ruchu. Ostro wjechaliśmy w tłum, a ludzie odskakiwali na boki. Wyszło z tego niezłe ujęcie ucieczki głównego bohatera. Kamera „ósemka” nie rejestruje głosu, wszystko trzeba było opowiedzieć obrazem.

Zrobiliśmy tego sporo. My, to znaczy grupa najbliższych kolegów. Skład był zwykle ten sam: Jarek, ja, Borys Stokalski, muzyk, Kuba Pajewski, malarz, i Janusz Wróblewski, który jest teraz krytykiem filmowym. Wszyscy z jednej klasy. Nie zapomnę tego szaleństwa. Składaliśmy się na rolki taśmy, kręciliśmy, a potem czekaliśmy na wywołanie. Na ulicy Wolskiej mieścił się Fotopan, fabryka z maszynami, agregatami i kontenerami wypełnionymi chemią. Z boku fabryki był maleńki punkt, gdzie oddawało się i odbierało wywołane taśmy jak u fotografa. Zawsze się baliśmy: wyszło czy nie wyszło? Wychodziliśmy z Fotopanu, rozwijaliśmy rolkę, stojąc na chodniku, i oglądaliśmy klatka po klatce. Chwila prawdy, chwila konfrontacji i autentyczna magia. Nasze filmy puszczaliśmy czasem kolegom z klasy. W boksie szatni, na dole szkoły, organizowaliśmy specjalne seanse.

Punk
Z punkiem zetknąłem się w liceum. To były same początki, rok 1977. Mamy rodzinę w Szwecji, wujek wykłada matematykę na uniwersytecie w Uppsali. Jeździłem czasem do nich w odwiedziny. To w Szwecji po raz pierwszy zobaczyłem koncert punkrockowy. Zachwyciła mnie ta energia, bunt, przełamywanie wszelkich schematów. Jakoś nie kłóciło się to z moją fascynacją XIX wiekiem. Słuchałem Clash, Ramones, Sham 69, wkrótce w Polsce powstała Brygada Kryzys, potem Tilt i Armia. Ubierałem się też odpowiednio, ale to była nasza, polska, odmiana punka, nie kopiowanie Zachodu. Miałem drelichową kurtkę w stylu Mao. Z tyłu, na plecach, czarny napis: „Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania”. Do tego podarte dżinsy, ciężkie buciory i potargane włosy. Bardzo serio odbierałem ideę antyestetyki, żadnego punkowego wdzięczenia się, wymyślnych irokezów na cukier, to od początku wydawało mi się zbyt sweety.

Wstyd
Zbliżała się matura, zaczęli nas pytać, co chcemy robić w życiu. Nie mieliśmy pojęcia. O szkole filmowej powiedział mi Jarek Szoda. Pamiętam dokładnie to jego jedno zdanie: „Jest takie miejsce, gdzie przez całe życie będziemy się tak bujać. Jedziemy!”. Po raz pierwszy pojechaliśmy do Łodzi we trójkę razem z Januszem Wróblewskim autostopem. Wsiedliśmy do budy żuka przewożącego kapustę i jak łepki pomknęliśmy trasą przez Sochaczew. Zobaczyliśmy legendarną szkołę Polańskiego i wzięliśmy dokumenty do wypełnienia. Wróciłem do domu i powiedziałem rodzicom, że będę filmowcem. Nawet bardzo nie protestowali. Rzeczywiście, zdałem i to jako jedyny 19-latek. Czasy Solidarności były eksperymentem w historii szkoły. W ten jeden jedyny rok otwarto studia w filmówce również dla licealistów,  a nie tak jak do tej pory, że trzeba było mieć ukończone wyższe studia. Wstydziłem się tej mojej młodości, że nie mam doświadczenia, że nie jestem gotowy, żeby być artystą. Nie piłem jeszcze wódki, nie paliłem papierosów.

Pamiętam, że na pierwsze zajęcia jako jedyny przyszedłem z zeszytem, przekonany, że będę coś notować. Szybko się zorientowałem, że nauka w szkole polega na czymś zupełnie innym. Za pierwszy film – 15-minutową etiudę „Film o punkach” – chciano mnie ze szkoły wyrzucić. Strasznie nisko go oceniono, pojawiło się pytanie, czy mogę warunkowo przejść na następny rok. Coś mnie podkusiło, zapakowałem taśmę do puszki i pojechałem do rodziny do Szwecji. Akurat w Uppsali był festiwal filmowy, pokazałem swój dokument i nie dość, że dostałem nagrodę, to jeszcze kupiła go szwedzka telewizja. Dałem też pierwszy w życiu wywiad dla tamtejszej gazety, łamaną angielszczyzną. Wywiad ukazał się pod wielkim zdjęciem Pałacu Kultury przewróconym do góry nogami na rozkładówce. Dzięki temu zostałem jednak w szkole i zdałem na trzeci rok. Na tym jednak skończył się mój romans z dokumentem, w głębi duszy czułem, że to nie jest moja bajka. Zająłem się opowiadaniem historii.

Mariusz Treliński, reżyser, ur. 28 marca 1962 r. w Warszawie. Ma na koncie filmy, m.in. „Łagodna”, „Egoiści”, ale największy rozgłos przyniosły mu oryginalne przedstawienia operowe. Wyróżniony w 2001 r. Paszportem Polityki. Pełni funkcję dyrektora artystycznego Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze