1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Olivia Colman - aktorka o filmach "The Crown", "Faworyta" i innych rolach

Olivia Colman - aktorka o filmach "The Crown", "Faworyta" i innych rolach

 Olivia Colman: Palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. (Fot. BEW)
Olivia Colman: Palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. (Fot. BEW)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Na ekranie jest niekwestionowaną królową. I nie chodzi tylko o obsypaną nagrodami rolę Anny Stuart w „Faworycie” czy o jej Elżbietę II z serialu „The Crown”. Za to prywatnie Olivia Colman sprawia zupełnie inne wrażenie. Spontaniczna, otwarta, nieco roztargniona, autentycznie skromna. Bez przerwy żartuje, a jakikolwiek komplement natychmiast zbywa, żywo gestykulując.

Aktorką zostałaś, bo… Nie byłam zbyt dobra w niczym innym. Nie wyróżniałam się wśród rówieśników, nie byłam dobrą uczennicą, ale w wieku 16 lat zagrałam w szkolnej sztuce. Spodobało mi się, choć nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś zostanę aktorką. Mama pielęgniarka, ojciec geodeta – nikt, kogo znałam, nigdy nie występował na scenie. Miałam więc zostać nauczycielką. Dość, jak zakładam, przeciętną.

Chyba się nie doceniasz. Wiem o co najmniej kilku twoich młodzieńczych talentach. Na przykład o twojej pasji motoryzacyjnej. [śmiech] Tak, samochody. Mieszkaliśmy w odległym rejonie Norfolku i nauczyłam się jeździć po polu jako 12-latka. Dużo podróżowałam z mamą jej małym samochodem, bez którego nie mogłaby jeździć do pacjentów w swoim rewirze. Z kolei mój ojciec był entuzjastą motoryzacji, więc w toalecie było pełno magazynów o tematyce samochodowej. Lubiłam je przeglądać. Kiedy uczyłam się w szkole nauczycielskiej w Cambridge, dojeżdżałam tam moim pierwszym autem. To był czerwony morris. Rajdowe prawo jazdy zrobiłam w wieku 16 lat. Byłam dobrym pilotem. Lubiłam też… sprzątać. Naprawdę! Kiedy zrezygnowałam ze szkolenia dla nauczycieli, podjęłam się sprzątania tylko po to, żeby zarobić trochę pieniędzy. Wiem, że ludzie zwykle mówią, jak bardzo nienawidzą robić coś takiego nawet dla pieniędzy, ale ja autentycznie kochałam to zajęcie. Uwielbiam czyścić listwy przypodłogowe i tego typu trudno dostępne miejsca. To była czysta satysfakcja z pracy. Mogłabym nadal to robić, gdyby nie to wszystko.

I to mówi ekranowa królowa, wielokrotna monarchini… Kiedyś jakiś dziennikarz z „Daily Telegraph” napisał, że nie nadaję się do ról królowych, bo mam wyraźnie… lewicową twarz. Jednak, jak widać, to mnie nie zdetronizowało [śmiech]. To, kim jestem w życiu prywatnym, ma się nijak do tego, kogo gram.

Olivia Colman w roli królowej Elżbiety II w serialu 'The Crown'. (Fot. BEW) Olivia Colman w roli królowej Elżbiety II w serialu \"The Crown\". (Fot. BEW)

A jednak w wywiadach nie ukrywasz, że miałaś problem z tym, że o ile królowa Anna z „Faworyty” jest postacią historyczną, z XVII wieku, o tyle Elżbieta II z „The Crown” jest już osobą żyjącą i miłościwie panującą. Podkreślałaś, że to było wyjątkowo stresujące, musiałaś też przejść specjalne szkolenie. Myślę, że najtrudniejszą rzeczą jest odgrywanie prawdziwej, żyjącej osoby. W trzecim sezonie „The Crown” gram królową Elżbietę II w latach 60., czyli jeszcze zanim się urodziłam. Tu było mi trochę łatwiej. Stres pojawił się w związku z sezonem czwartym, który rozpoczyna się pod koniec lat 70., a więc obejmuje stosunkowo niedawną historię Windsorów. Wielu ludzi na świecie pamięta jeszcze te czasy i każdy ma swoje własne wyobrażenie na temat tego, jaka jest brytyjska monarchini prywatnie, za zamkniętymi drzwiami pałacu. Na tym zresztą polega nasza fascynacja, obsesja na punkcie życia koronowanych głów. Wiedziałam, że będę porównywana do oryginału. Musiałam się nauczyć inaczej mówić, poruszać, bo usłyszałam, że chodzę jak farmerka. Przy stole trenowałam siedzenie z łokciami trzymanymi przy sobie i z prostymi plecami. Nie tyle obawiałam się reakcji samej królowej Elżbiety II na moją kreację – szanuję zresztą monarchinię, wiele przeszła, jestem jej fanką – ile tego, czy zdołam przejąć pałeczkę po Claire Foy, która zagrała młodszą królową w dwóch pierwszych sezonach. Claire była zjawiskowa, głupio byłoby to schrzanić!

Czy Elżbieta II przyjęła cię na audiencji? Byłam jedynie na krótkim spotkaniu na imprezie brytyjskiego przemysłu filmowego. To nie było nawet spotkanie, raczej rząd ludzi ściskających dłonie i dygających. Nie wiedziałam nawet, że Elżbieta II tam będzie. Wszyscy nagle znaleźliśmy się w kolejce i nie mogłam ustalić jej przyczyny. Potem wyjrzałam za róg i zobaczyłam królową i księcia Filipa. Setki ludzi chciało podejść, przedstawić się. Królowa też musiała stać przez cały ten czas, uśmiechając się. Właściwie to współczuję jej tego braku prywatności. Dygnęłam przed nią, uścisnęłam dłoń księcia. Nie było nawet czasu na rozmowę. Następnie udałam się do jednej z 78 łazienek pałacu Buckingham, żeby wziąć na pamiątkę rolkę papieru toaletowego.

Słucham?! To w końcu nie byle jaka rolka [śmiech]!

Lubię w tobie i kilku innych aktorkach brytyjskich, które osiągnęły sukces w dojrzałym wieku i zarazem mocno stąpają po ziemi, ten rodzaj nonszalancji wobec konwencjonalnych i oczekiwanych w środowisku filmowym zachowań. Nie zapomnę nigdy, jak odbierałaś Oscara za „Faworytę”… Pewnie chodzi ci o to, że pokazałam język do kamery? No cóż… emocje wzięły górę. Kiedy usłyszałam swoje nazwisko, myślałam, że się przesłyszałam. Wstałam z miejsca, ale słowo daję, do końca nie byłam pewna, czy o mnie chodzi. Zapadłabym się pod ziemię ze wstydu, gdyby okazało się, że to jednak nie dla mnie był ten Oscar. No więc zaczęłam iść w stronę sceny, cały czas zatrzymując się i odwracając do widowni, aby nabrać pewności siebie. Kiedy już tam dotarłam, a statuetka wylądowała w moich rękach, wykrztusiłam, że to przezabawne, a potem zwróciłam się do wszystkich dziewczynek, które ćwiczą oscarowe kwestie przed telewizorem: „Nigdy nie wiecie, co się może wydarzyć!”. No a kiedy wreszcie na prompterze ukazał się komunikat: „proszę kończyć”, machnęłam ręką, pokazałam do kamery język i spokojnie skończyłam mowę dziękczynną.

Rola królowej Anny w filmie Faworyta przyniosła Olivii Colman Oscara i wiele innych nagród. (Fot. BEW) Rola królowej Anny w filmie Faworyta przyniosła Olivii Colman Oscara i wiele innych nagród. (Fot. BEW)

Oscar zmienił wiele w twoim życiu? Udzielałam kiedyś wywiadu dla „Vogue’a” – przyjęłam dziennikarza w wystawnym pałacu w otoczeniu służby, antyków i pięknych przedmiotów. Powiedziałam, że tak wygląda codzienność aktorek po zdobyciu Oscara [śmiech]. A co!

A już bardziej serio, palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. Moje dzieci [dwóch synów w wieku 15 i 13 lat oraz 5-letnia córka – przyp. red.] oraz mąż [producent Ed Sinclair – przyp. red.] przyjęli tę nagrodę dość chłodno. I dobrze. Rodzina stawia mnie do pionu. Postaraliśmy się o to, żeby Oscary, inne nagrody i czerwone dywany nie były czymś dominującym w naszym życiu. Dzieci wiedzą, że mama ma pracę, którą uwielbia. Że czasem zakłada dziwne suknie i wyjeżdża na kilka tygodni, ale zawsze wraca i jest przede wszystkim ich mamą. Tą, która piecze ciasta, smaży omlety, pierze, sprząta, a czasem pomaga odrabiać lekcje.

Olivia Colman: Palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. (Fot. BEW) Olivia Colman: Palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. (Fot. BEW)

Wyglądasz na osobę wciąż onieśmieloną swoją sławą. Tęsknię za anonimowością, za chodzeniem do pubu. To naprawdę dziwne, kiedy ludzie dookoła dobrze znają twoją twarz, ale ty nie znasz ich. A przecież rozmowa z przypadkowo spotkanymi ludźmi jest jedną z radości życia. Zamiast tego wciąż odbieram nagrody. To oczywiście ekscytujące, ale stresuje mnie wbijanie się w niewygodne kiecki i buty na szpilkach na te wszystkie gale. Nie tylko Oscary, ale Złote Globy, BAFT-y. Trzeba bardzo na siebie uważać podczas tych wszystkich ceremonii. Musisz lepiej się zachowywać, bo ludzie naprawdę cię zauważają. Tymczasem ja nie lubię zamieszania wokół siebie. Najswobodniej, najlepiej czuję się w domu. Zawsze pierwsza opuszczam przyjęcia i jadę do siebie. Zakładam rozciągnięty sweter, ciepłe kolorowe skarpety i zaparzam sobie dobrej angielskiej herbaty. Jest wygodnie, przytulnie, swojsko.

Kiedy cię obserwuję, dostrzegam w tobie nie tylko bezpośredniość i ciepło w kontaktach z ludźmi, lecz także twoją żywiołowość. I tak sobie myślę, że granie Elżbiety II, która nie okazuje uczuć, musiało być dla ciebie dodatkowym wyzwaniem. Zawsze byłam ambitna i lubiłam wyzwania. Moja Elżbieta była bardzo powściągliwa, chłodna, ale nie była też całkiem pozbawiona emocji. Grałam oczami, twarzą, drobnymi gestami, ciałem. To dla aktora bardzo ożywcze doświadczenie. Ukrywanie emocji jest obowiązkiem monarchini. Publicznie musi być silna. Oczywiście zagranie królowej Anny w „Faworycie”, postaci nieokiełznanej, było dla mnie o wiele łatwiejsze, ponieważ sama jestem osobą bardzo emocjonalną. Jeśli ktoś jest smutny, od razu wybucham płaczem. Dobrze mi się grało także nieukrywającą emocji policjantkę w serialu „Broadchurch”, która uczestnicząc w śledztwie, przeżywa własny dramat. Jej uczuciowość jest bardzo ważna, ma być zniuansowana, a jednocześnie ma łatwo udzielać się widzom.

Mnie bardzo poruszyła twoja Angela Burr w serialu „Nocny recepcjonista” w reżyserii Susanne Bier. Zagrałaś szefową jednej z agencji brytyjskiego wywiadu, która na pierwszy rzut oka w niczym nie przypomina osoby zajmującej się rozpracowywaniem bezwzględnych handlarzy bronią. Taka zwyczajna kobieta i na dodatek jeszcze w zaawansowanej ciąży! Zupełnie jak policjantka z „Fargo”. Wspominam o tym, bo sama spodziewałam się wtedy dziecka i to, że powołałam się na Frances McDormand z „Fargo”, pomogło mi przekonać Susanne Bier, żeby mnie zaangażowała. Grunt to kamuflaż – nikt się nie spodziewa, że kobieta w ciąży może ścigać terrorystów.

Królowe królowymi, ale ty jesteś też mistrzynią odgrywania kobiet, które spotykamy na ulicach każdego dnia. Bohaterek codzienności. Na ich miejscu mogłaby być każda z nas. Zawsze powtarzam w wywiadach, że prawdziwą sobą jestem w dżinsach i swetrze z plamą po czymś, co właśnie zjadłam. Dla mnie bardziej zawstydzające jest starać się wyglądać dobrze. Myślę, że miałam szczęście, że wybierano mnie do takich ról, bo wielu aktorom branża nie pozwala się starzeć. Moje bohaterki na ogół nie kryją się z tym, ile mają lat, nie udają kogoś, kim nie są, mają odwagę mówić, co czują i myślą.

Ty mówisz o dżinsach i poplamionym swetrze, a ja nie mogę zapomnieć o twoim kostiumie i charakteryzacji z „Faworyty”. Nadal mam te kreacje w głowie. Wygląd królowej Anny był dla mnie kluczem do wejścia w tę postać. Zapuściłam długie włosy i znacznie przytyłam. Yorgos [Lanthimos, reżyser filmu – przyp. red.] powiedział, że królowa Anna jest duża, ociężała. On sam tak naprawdę nie lubi makijażu i chciał, żebym wyglądała naturalnie, co wcale nie oznaczało, że charakteryzatorka nie miała nic do roboty. Przeciwnie. Charakteryzacja zaczynała się o godzinie 3.45 rano. Nasza specjalistka od włosów i makijażu Nadia Stacey była doskonała we wszystkim, co stworzyła. Anna nie miała wyglądać ładnie ani być miła, i to było wyzwalające i genialne. W dodatku w połowie filmu moja bohaterka dostaje udaru. To było całkiem ciekawe wyzwanie, zmusić lewą stronę mojej twarzy do ruchu, podczas gdy prawa pozostawała nieruchoma.

Ta postać cię zafascynowała? Podobało mi się, że co pięć minut wpadała w inny nastrój. To marzenie aktora – Anna jest zepsuta i histeryczna, wrażliwa i okrutna. Mogłam oczywiście pokazać ją jako karykaturę, ale chciałam, żeby publiczność jej współczuła. Jej życie naznaczone było wieloma tragediami, roniła lub rodziła martwe dzieci co najmniej 12 razy, a kolejne czworo umarło przed ukończeniem drugiego roku życia. Chorowała. Dla mnie jasne było, dlaczego była tak nieszczęśliwa, mało pewna siebie, dziecinna… I może trudno w to uwierzyć, ale dla mnie był to najbardziej zabawny film, nad którym pracowałam. Wszyscy dużo chichotaliśmy na planie. Wcześniej podczas prób zaprzyjaźniłam się z Rachel W­eisz i Emmą Stone. Reżyser zorganizował dla nas serie fizycznych aktywności. Trzymałyśmy się za ręce, szarpałyśmy się i przewracałyśmy. Byłyśmy jak banda dzieciaków, ale w tym szaleństwie była metoda. Yorgos wiedział, że tak rozluźnione zrobimy na planie wszystko. I tak było. Czułam się komfortowo. Instynktownie weszłam w skórę Anny, w jej zmienne nastroje, ekstremalne zachowania, w jej podatność na manipulacje.

Co jest dla ciebie ważne w byciu aktorką? Wierzę, że oprócz szczęścia jednym z najważniejszych aspektów w tym zawodzie jest bycie bezproblemową i dogadywanie się z innymi. A w filmach, w których gram, cenię przede wszystkim dobre dialogi i… wygodne buty. Tak, buty. Nie mogą mnie rozpraszać na planie odciski, obtarcia, dyskomfort chodzenia. Nie mam na to czasu.

Kiedy pod koniec 2017 roku ogłoszono, że Olivia Colman przejmie rolę królowej Elżbiety w „The Crown”, twoje nazwisko było znane niemal wyłącznie wśród fanów brytyjskich seriali. Co było właściwie punktem zwrotnym w twojej karierze? Pamiętam, że już po premierze i po tym, jak Yorgos powiedział, że nie zrobiłby „Faworyty” beze mnie, z ciekawości spytałam go, gdzie o mnie usłyszał. No więc zwrócił na mnie uwagę, oglądając „Tyranozaura”, film Paddy’ego Considine’a z 2011 roku, w którym gram maltretowaną przez męża żonę, walczącą o godność i o uwolnienie się z tej chorobliwej relacji. To była moja pierwsza dramatyczna rola po latach grania w komediach i serialach na małym ekranie. Ale jeśli pytasz mnie o mój osobisty punkt zwrotny, to był też czas, kiedy przez lata nie miałam co grać i tonęliśmy z Edem w długach. Dzięki temu doceniam to, co mam teraz.

Wszystko wskazuje na to, że twoja kariera dopiero nabiera rozpędu. Jeszcze niedawno zakłady bukmacherskie typowały cię jako jedną z pretendentek do roli… Bonda po odejściu Daniela Craiga. Bierzesz takie spekulacje na serio? Nie, na pewno nie zostanie nim kobieta. Być może Tom Hardy, ale i to chyba nie jest jeszcze zdecydowane. Zresztą moje potrzeby, jeśli chodzi o historie szpiegowskie, całkowicie zaspokoił „Nocny recepcjonista”[śmiech]. W końcu pracowałam w osławionym MI6, jak Judy Dench, grająca szefową agenta 007.

Cały czas czekamy na datę kinowej premiery filmu „Ojciec”, w którym z Anthonym Hopkinsem gracie córkę i bliskiego śmierci ojca. To kolejny w twoim dorobku tytuł z wielkimi szansami na oscarowe nominacje. Jestem ciekawa, czy już czujesz się twórczo spełniona, a może jest ci jeszcze coś potrzebne do aktorskiego spełnienia? Czas mi sprzyja. Podobnie jak fakt, że nie jestem piękna. Gram coraz poważniejsze i ciekawsze role. To wielka radość i szczęście. Nie myślę o tym, co dalej. Cieszę się tym, co jest.

W filmie 'Ojciec' Olivia Colman partneruje Anthony'emu Hopkinsowi. Spekuluje się, że za tę kreację otrzyma drugiego Oscara. (Fot. BEW) W filmie \"Ojciec\" Olivia Colman partneruje Anthony'emu Hopkinsowi. Spekuluje się, że za tę kreację otrzyma drugiego Oscara. (Fot. BEW)

Olivia Colman, ur. w 1974 roku. Popularność przyniosły jej programy komediowe w brytyjskiej telewizji. Uznanie zdobyła za rolę w dramacie „Tyranozaur” (2011). Zagrała także w serialach „Broadchurch”, „Fleabag” i „Nocny recepcjonista”. W 2017 roku za kreację w tym ostatnim dostała Złoty Glob. W trzecim i czwartym sezonie serialowego przeboju Netflixa „The Crown” wcieliła się w postać królowej Elżbiety II. W 2019 roku jej kolejna rola królowej, tym razem w „Faworycie”, została uhonorowana między innymi Oscarem dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Ostatnio wystąpiła w filmie „Ojciec”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Al Pacino - ikona kina, marzyciel, prowokator

 Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW)
Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Po rolach w „Człowieku z blizną”, „Ojcu Chrzestnym” czy „Zapachu kobiety” Al Pacino od dawna ma status ikony kina. A także opinię marzyciela, utracjusza i prowokatora. Już po minucie rozmowy z nim staje się jasne, że to opinia jak najbardziej uzasadniona.

Po rolach w „Człowieku z blizną”, „Ojcu Chrzestnym” czy „Zapachu kobiety” Al Pacino od dawna ma status ikony kina. A także opinię marzyciela, utracjusza i prowokatora. Już po minucie rozmowy z nim staje się jasne, że to opinia jak najbardziej uzasadniona.

Pretekstem do naszego spotkania jest serial „Hunters”. Sprawdziłam: pomijając dość jednak nietypowe „Anioły w Ameryce”, w klasycznym telewizyjnym serialu zagrał pan tylko raz, w „N.Y.P.D.” z... 1968 roku. A rzeczywiście, nie zwykłem grać w tego typu produkcjach. Ale zdaje się, że to jest teraz to, co robią koleżanki i koledzy aktorzy w tak zwanym wolnym czasie. A mamy go całkiem sporo, biorąc pod uwagę okoliczności.

Co pana, prócz wolnego czasu, skłoniło do tego projektu? Pieniądze. Brak innych interesujących ofert. Aktorstwo trzeba ćwiczyć, niemal jak mięśnie. Pamięć należy trenować, tak samo jak interakcje z ludźmi czy nowe formy komunikacji. Ja, mimo wieku, wciąż potrzebuję wyzwań, a serial „Hunters” miał szalenie ciekawy scenariusz. I choć początkowo otrzymałem tylko zarys pilotażowego odcinka, znałem zamysł całej fabuły. Był nieco kontrowersyjny, i to podobało mi się najbardziej. Zawsze lubiłem ryzyko wpisane w ten zawód.

To opowieść o grupie zapaleńców, która próbuje zwalczać neonazistowskie nowojorskie formacje. Gram kogoś, kto – można powiedzieć – stoi na czele całej tej zabójczej bandy. A jest to swoista galeria postaci. Mój bohater, Meyer Offerman, jest człowiekiem pełnym tajemnic, przetrwał obóz koncentracyjny i po wojnie wyemigrował z Europy do Stanów. Jego walka jest nie tyle formą zemsty, co świadomie wybranym sposobem na życie po traumie, której doświadczył w Auschwitz. To jest pytanie, które zresztą sam często stawiałem sobie w życiu: czy po formacyjnych, traumatyzujących doświadczeniach możliwy jest powrót do normalności? Meyer musi robić to, co robi, to jest jego forma na przepracowanie lęków i wspomnień. Próba zadośćuczynienia tym, którzy nie mieli tyle szczęścia, ile on.

Były protesty, że ta kryminalno-popkulturowa forma serialu nie licuje z tematem poobozowej traumy. Nie wiem, co z nim licuje, a co nie. Czasy mamy takie, że poprawność polityczna wydaje się delikatną formą cenzury. W sumie dość nieinwazyjną. Świat w związku z akcjami typu #MeToo wiele zyskał, ale też coś stracił.

Co? Brawurę, odwagę, świeżość, ryzyko, dystans. Obecnie sztuka i artyści cenzurują się sami. Zamiast tworzyć i bulwersować, zastanawiamy się, co wypada i kto pierwszy wytoczy nam proces. Sztuka i kultura nie powinny mieć tego typu ograniczeń. Prawdziwa twórczość, o czystej intencji, obroni się sama. A współcześni ludzie są na tyle wyczuleni i obyci, że są w stanie odróżnić chłam od czegoś wartościowego, nawet jeśli będzie to kontrowersyjne w wydźwięku. Wszystko jest kwestią intencji, od lat toczy się ta dyskusja, obecnie jednak przybiera ona karykaturalną formę. Inna sprawa, że zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że jego uczucia i poglądy w taki czy inny sposób zostały urażone. Gdzieś ostatnio przeczytałem, że zaczęto cenzurować kreskówki. Ludzie! Wolność polega między innym na tym, że mamy wybór. Takie zjawiska jak cancel culture czy online shaming [wykluczanie i ostracyzm, głównie w przestrzeni wirtualnych mediów – przyp. red.] bardzo mnie niepokoją czy wręcz złoszczą. Założę się, że w połowie filmów, w których grałem, pewnie dziś nie mógłbym wziąć udziału, bo uznane by zostały za szkodliwe obyczajowo i nie dopuszczono by ich do realizacji.

Któryś jest panu szczególnie bliski? „Człowiek z blizną”. A wie pani dlaczego? To jest mój nieodżałowany tytuł, bo jak tylko wszedł na ekrany, krytyka go zmiażdżyła. Ikoniczny i kultowy dla wielu film Briana De Palmy, do którego scenariusz napisał Oliver Stone, został zniszczony przez dziennikarzy i opinię publiczną. To było jak kubeł zimnej wody, którego nikt z nas się nie spodziewał. Dziś jest rzecz jasna inaczej, ale proszę mi wierzyć, o „Człowieku z blizną”, mimo nominacji do Złotych Globów, pisano niesłychanie niepochlebne rzeczy. I właśnie w takich okolicznościach, tuż po rozdaniu Oscarów – to był bodaj 1984 rok – któregoś dnia wychodziłem z knajpy i szedłem do auta. Patrzę, a tu nagle otacza mnie grupka osób. Nie miałem pojęcia, kim są ci ludzie.

Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW) Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW)

Wyglądali groźnie? Nie, po prostu nie spodziewałem się zbiegowiska. Tymczasem oni stanęli w kręgu, poczułem się dosyć nieswojo, próbowałem żartować. Milczeli chwilę, po czym nagle jeden z mężczyzn wyciągnął statuetkę, która bardzo przypominała Oscara. Podał mi ją ze słowami: „To za rolę w »Człowieku z blizną«. Był pan najlepszy! Niech żyje Tony Montana! Dziękujemy!”. Zaczęli wiwatować, klaskać, gratulować. Po czym równie szybko jak się zebrali, rozpłynęli się w tłumie, a ja zostałem sam na środku pustego parkingu z fałszywym Oscarem w ręku [śmiech]. Mógłbym po latach pomyśleć, że wszystko to mi się przyśniło, ale ten nieprawdziwy, choć nie mniej ważny Oscar stoi do dziś na półce w moim biurze, obok tego, którego otrzymałem za rolę w „Zapachu kobiety”. Niech pani zgadnie, na którego patrzę z większą czułością.

Domyślam się. Piękna historia! Dzięki kinu mam takich wiele.

Przy okazji muszę spytać o Nowy Jork. W tym mieście zrealizował pan, oprócz „Człowieka z blizną”, wiele innych filmów, także akcja serialu „Hunters” rozgrywa się właśnie tutaj. Na ile to miasto jest dla pana ważne? Urodziłem się we wschodnim Harlemie, wychowałem w Bronksie. Kocham Nowy Jork, to mój dom. Ten prawdziwy, rodzinny, jedyny, do którego wraca się zawsze z dziwnym kołataniem w głowie... Oczy mi łzawią, serce się raduje. I z pewnością osadzenie serialu właśnie w tym miejscu i w tym czasie wpłynęło na moją przychylność względem projektu. Wszystko w „Hunters” zostało wystylizowane na koniec lat 70. Przywołano świat, którego już nie ma, a który jest mi szalenie bliski.

Stare nowojorskie przyjaźnie przetrwały? Czy w show-biznesie w ogóle możliwa jest prawdziwa przyjaźń? Oczywiście. Dam przykład jeden z wielu: to, że mogłem zagrać Jimmy’ego Hoffę w „Irlandczyku”, zawdzięczam mojemu serdecznemu przyjacielowi Robertowi De Niro. To on powiedział Martinowi Scorsesemu, że rola Hoffy jest stworzona dla mnie i nikt inny tego lepiej nie zagra.

Al Pacino z Robertem De Niro i Rayem Romano w „Irlandczyku”. (Fot. BEW) Al Pacino z Robertem De Niro i Rayem Romano w „Irlandczyku”. (Fot. BEW)

Najbardziej niezwykłe jest dla mnie to, że ze Scorsesem spotkał się pan po raz pierwszy dopiero teraz, na planie „Irlandczyka”. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, też wydało mi się to niewiarygodne. Ale to prawda, przez lata nasze drogi się nie przecinały, przynajmniej nie zawodowo, towarzysko znaliśmy się przecież, rozmawialiśmy nieraz. Z De Niro pracowaliśmy kilkakrotnie [„Ojciec chrzestny II”, „Gorączka”, „Zawodowcy” – przyp. aut.], a ze Scorsesem nie było nam dane, nad czym dziś, po latach, ubolewam. Wiem, że ominęła mnie praca z geniuszem kinematografii. Ale wracając do przyjaźni, proszę sobie wyobrazić, że kiedy Robert powiedział Martinowi, że to ja powinienem zagrać Hoffę, ten nie był przekonany.

Kręcił nosem? Niedorzeczne, prawda? [śmiech] De Niro nalegał jednak, żeby zaprosić mnie na zdjęcia próbne. Spotkaliśmy się najpierw we trzech, producent dołączył po godzinie, przeczytaliśmy kilka scen razem, dość szybko stało się jasne, że postać Hoffy jest na miarę moich możliwości. I mówiąc „dość szybko”, nie przesadzam, mam tu na myśli 40 minut. Scorsese natychmiast potwierdził mój angaż, agenci zaczęli sprawdzać terminy, kwestia gaży była drugorzędna. Ale gdyby nie konsekwencja, wręcz upór i siła perswazji De Niro, nie stanąłbym na planie „Irlandczyka”. To jedna z wielu odsłon przyjacielskiego gestu, solidarności i oddania. Robert wykazywał się taką postawą wielokrotnie, nie mówiąc o lojalności w życiu prywatnym.

A przecież mógł nie chcieć spotykać na planie innego aktora wielkiego formatu – fakt, przyjaciela, ale potencjalnie kogoś, kto może odebrać mu część splendoru, skraść uwagę widzów. Że niby ja Robertowi miałbym uszczuplić rzesze fanów? Po pierwsze, kumplujemy się, a kumple nie są o siebie zazdrośni. Raz się poróżniliśmy, ale było to wiele lat temu, chodziło o pewne autko, które zarówno ja, jak i Robert chcieliśmy mieć, a istniał tylko jeden egzemplarz. Po drugie, Robert to najskromniejszy facet, jakiego znam. Po trzecie, doskonale zna swoją wartość, a ktoś, kto wie, ile znaczy i co potrafi, nie będzie rozpatrywał obecności kolegi na planie w kategorii zagrożenia dla swojej pozycji. Obaj wiemy, na co nas stać. Dobrze nam się razem pracuje, co wcale nie oznacza, że jest to sam lukier i bita śmietana.

To jak by pan nazwał łączącą was relację? Pistacje z chili. Moja córka zaserwowała mi kiedyś taki deser. Dosłownie były to pistacje i płatki ostrych papryczek, wszystko zalane płynną gorzką czekoladą, a do tego koniaczek. Wybuchowa mieszanka, proszę mi wierzyć.

To jeszcze proszę powiedzieć, jak się zakończyła ta sprawa z autem. Ostatecznie kupiłem je ja, po czym jeździliśmy nim na przemian, miesiąc ja, miesiąc Robert. Nie wiem zresztą, o co było tyle hałasu, nigdy nie lubiliśmy sportowych samochodów [śmiech]. Byłem wtedy dość młodym chłopakiem, może pierwsza sława uderzyła mi do głowy? Ale nigdy też nie byłem gadżeciarzem, nie przywiązywałem wagi do materialnych wygód, moje partnerki wielokrotnie zarzucały mi, że jestem wręcz abnegatem, jeśli chodzi o życiowe udogodnienia czy jakiekolwiek objawy umiłowania luksusu. No, ale dziwnym trafem ów samochód, corvette, skradł moje serce. Z tamtego naszego sporu czy też rywalizacji o to, kto kupi auto, najbardziej cieszył się agent sprzedaży, umiejętnie windując cenę. Dzwonił do De Niro, mówiąc, że Pacino podwoił sumę, którą jest gotów zapłacić, a zaraz potem do mnie z informacją, że Robert przebija moją propozycję. I jaki morał z tej bajki?

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta? To też, ale ja bym powiedział, że przede wszystkim nie warto zajmować się w życiu sprawami błahymi, nieistotnymi. Po latach oddałem corvette’ę Robertowi w prezencie urodzinowym, a zaledwie kilka miesięcy później skradziono mu to auto. Nawet mnie to nie obeszło, martwiłem się jedynie o kumpla, że nie mógł nieco dłużej cieszyć się prezentem. Swoją drogą, choć samochód był bardzo efektowny, okazał się szalenie niewygodny w eksploatacji. Spotkaliśmy się z Robertem jakiś czas po kradzieży i pierwsze, co usłyszałem od mojego przyjaciela, to: „A wiesz, że odetchnąłem z ulgą”. Pytam więc, co się stało, a on na to: „Ile to cholerstwo paliło! Wystarczyło otworzyć drzwiczki i już spalałeś połowę baku! Doprowadzało mnie to do szału”. Dużo było z tego śmiechu, tym bardziej że obaj mamy opinię raczej mało rozrzutnych. Wiadomo – co innego było jeździć takim autem od czasu do czasu. Sprawy nabrały nowego wymiaru, kiedy Robert przesiadł się do corvette’y na co dzień. Wciąż drwimy z tej naszej dawnej, chwilowej fanaberii. No bo kto przy zdrowych zmysłach jeździłby corvette’ą do spożywczaka?! 

Al Pacino właśc. Alfredo James Pacino, rocznik 1940. Dzięwięciokrotnie nominowany do Oscara – statuetkę zdobył w 1992 roku za rolę niewidomego podpułkownika Franka Slade’a w dramacie „Zapach kobiety”. W jego dorobku są także cztery Złote Globy, jedna BAFTA , dwie Emmy, nagroda Amerykańskiego Instytutu Filmowego za całokształt twórczości. W 2011 roku został odznaczony amerykańskim Narodowym Medalem Sztuki.

  1. Kultura

Dobre kino na Święta. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

 (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
(Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Bez względu na to, jak spędzacie tegoroczne Święta Wielkanocne, warto podczas ich trwania znaleźć chwilę wytchnienia. I spędzić ją na przykład oglądając dobre kino. Wśród filmów dostępnych online w zasięgu ręki są ciekawe produkcje z całego świata, ale co powiecie na te, które powstały tutaj i pokazują nasz kraj z różnych ciekawych perspektyw?

„Zabij to i wyjedź z tego miasta”

(Fot. materiały prasowe Gutek Film) (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Jeden z najgłośniejszych filmów zeszłego roku. Wielki zwycięzca festiwalu w Gdyni (pierwsza w historii animacja nagrodzona Złotymi Lwami), pokazywany premierowo na Berlinale, wyróżniony na festiwalu w Annency. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” to opowieść bardzo intymna, projekt życia Mariusza Wilczyńskiego, który pracował nad tą niezwykłą produkcją aż 14 lat. To także hołd złożony przeszłości – mamie, bluesmanowi Tadeuszowi Nalepie, który był Wilczyńskiego przyjacielem i mentorem, a także, a może przede wszystkim rodzinnemu miastu, czyli Łodzi. Opowieść liryczna, rysowana charakterystyczną dla autora rozedrganą kreską. Niesamowite wrażenie robią także głosy osób, które Wilczyński przez lata zdołał zaprosić do współpracy. Jego film zdubbingowali m.in. Barbara Krafftówna, Krystyna Janda, Anna Dymna, Marek Kondrat, wystąpić zdążyli jeszcze Irena Kwiatkowska, Tomasz Stańko, Andrzej Wajda.

Do obejrzenia od 4 kwietnia w wirtualnej sali Kina Muranów (kinomuranow.pl/film/zabij-i-wyjedz-z-tego-miasta-seans-online) oraz na platformie Nowe Horyzonty VOD. 

„Prime Time”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Nowość i spore zaskoczenie. Trudno uwierzyć, że „Prime Time” jest debiutem. Reżyser Jakub Piątek swoją pierwszą pełnometrażową fabułę nakręcił z dużym wyczuciem, dojrzale, dbając o najdrobniejszy szczegół. Akcja filmu toczy się w sylwestrowy wieczór, za kilka godzin zacznie się rok 2000. O latach 90. będzie się mówiło w czasie przeszłym, ale nadal doskonale widać je w tureckich swetrach, satynowych bluzkach, sztywnych od lakieru fryzurach z obowiązkowymi „pazurkami”. Do studia telewizyjnego, skąd nadawany jest konkurs audiotele, wdziera się uzbrojony napastnik (Bartosz Bielenia). Jego zakładnikami stają się przypadkowy ochroniarz (Andrzej Kłak) i prowadząca program (Magda Popławska). Chłopak z bronią ma jedno żądanie – chce ogłosić coś na żywo na wizji. W budynku telewizji pojawiają się policyjni negocjatorzy i ekipa antyterrorystyczna, liczy się każda minuta. Czy napastnikowi wymachującemu bronią można oddać we władanie antenę? Wszystko to brzmi być może jakby chodziło o klasyczne kino akcji, a jednak „Prime Time” jest czymś więcej. To film z mocnym przekazem, inteligentny, zaskakujący. Dodatkowy plus za mistrzów trzeciego planu, doskonale obsadzonych naturszczyków w rolach pracowników telewizji.

Do obejrzenia na platformie Netflix.

„Dzikie róże”

(Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty) (Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty)

Film nakręcony przez kobiety – wyreżyserowany przez Annę Jadowską i sfilmowany przez Małgorzatę – z rewelacyjną rolą Marty Nieradkiewicz. Jak go polecić, nie zdradzając zbyt wiele? Główna bohaterka Ewa mieszka na dolnośląskiej wsi. Z dwójką dzieci i mężem, choć w praktyce zwykle bez niego, bo ten pracuje w Norwegii, żeby zarobić na wykończenie ich domu. Ewa ma też, jak się wkrótce okazuje, romans z sąsiadem, zapatrzonym w nią nastolatkiem. To zresztą tylko wierzchołek góry lodowej, bo pod powierzchnią kryje się więcej zagmatwanych relacji, emocji, starannie ukrywanych sekretów. Rzadko polskie kino tak wnikliwie przygląda się prowincji, bez oceniania, spłycania, poczucia wyższości. Rzadko kiedy twórcy tak wnikliwie i ze zrozumieniem przyglądają się kobiecie i powierzonym jej rolom, które tak często bardzo trudno pogodzić. Reżyserka odkrywa kawałek po kawałku różne prawdy, racje, motywy postępowania poszczególnych postaci. Wszystkie pokazane tu osoby mają coś na sumieniu, i właściwie wszystkie są tak samo niewinne, każdą da się jakoś zrozumieć, bo to kino kręcone z dużą empatią.

Do obejrzenia na platformach ncplusgo.pl, Nowe Horyzonty VOD, Chili, ipla.pl, vod.pl, vod.tvp.pl.

„Lekcja miłości”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Dokument, który zwyciężył w konkursie „Zwierciadła” na zeszłorocznym festiwalu Docs Against Gravity. Festiwalu, który – przypominam – w tym roku rozpoczyna się 21 maja i odbędzie się najpierw na żywo, natomiast w czerwcu ruszy w wersji online. „Lekcję miłości” postanowiliśmy nagrodzić dlatego, że zakochaliśmy się w głównej bohaterce. Nie chodzi tylko o to, że pani Jola jest kobietą z niesamowitym wyczuciem stylu. Ale przede wszystkim o jej niezłomną wiarę, że ma prawo być kochana i szanowana. Po 45 latach małżeństwa decyduje się uwolnić z przemocowego związku i zaczyna wszystko od nowa. Opuszcza Włochy, gdzie kiedyś wyemigrowała z mężem i dziećmi, i wraca do rodzinnego Szczecina. Zapisuje się na lekcje śpiewu, spotyka się z dawnymi przyjaciółkami, chodzi na tańce i na tańcach właśnie poznaje mężczyznę, który jest jej szansą na miłość. Jest to więc, zgodnie z tytułem, opowieść o miłości (z happy endem!), o pani Joli, o kobietach różnych pokoleń, bo córki głównej bohaterki i jej przyjaciółki zabierają tu głos i mówią o sobie tak szczerze, jak to tylko możliwe.

Do obejrzenia na platformach: HBO GO, ipla.pl, player.pl, vod.mdag.pl.

„Smak Pho”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Ciekawy kulturowy miks, bo reżyserka „Smaku pho”, czyli Japonka Mariko Bobrik filmówkę kończyła w Łodzi i postanowiła nakręcić film o Wietnamczykach w Warszawie. W jednym z wywiadów Bobrik mówiła, że smak tytułowej pho kojarzy jej się z poczuciem bezpieczeństwa: miska pełnowartościowej zupy, która cię rozgrzeje i nasyci. Oglądamy tu codzienność pana Longa, kucharza, specjalisty od pysznej pho, pracującego w wietnamskiej knajpce w centrum Warszawy. Sam wychowuje córkę, elokwentną dziesięciolatkę Maję, która rozterki, kiedy być „bardziej wietnamska”, a kiedy „bardziej polska” rozstrzyga na bieżąco, według tylko sobie znanego klucza. I chociaż Maja wychodząc co rano na lekcje tuż za progiem mieszkania wyrzuca wietnamskie dania, które przygotowuje jej do szkoły tata (woli podkradać koledze „normalne” kanapki) i zmienia wyprasowaną przez tatę spódniczkę na „normalne” dżinsy, doskonale widać, że ojciec z córką są sobie bardzo bliscy. W ich życiu za chwilę nastąpią spore zmiany. Pracodawca pana Longa wraca do Wietnamu, a knajpę przejmuje nowy właściciel, zamieniając lokal w restaurację serwującą sushi, curry i kebab. Panu Longowi przez jakiś czas wydaje się, że to katastrofa, ale może niekoniecznie, może wystarczy zmienić podejście? Familijny, optymistyczny, nakręcony z humorem film o bliskości i wyobcowaniu, małej codzienności. Rozgrzewający od środka jak zupa pho.

Do obejrzenia na platformach: www.piecsmakow.pl/wdomu, HBO GO, player.pl, ipla.pl, ncplusgo.pl.

  1. Kultura

"Oto my" - pokaz specjalny z okazji Światowego Dnia Świadomości Autyzmu

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Oto my". (Fot. materiały prasowe Best Film)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
"Oto my" to wzruszająca historia jednoczesnego dorastania ojca i jego autystycznego syna oraz podróży, która odmieni ich życie. Już dziś zapraszamy na specjalny przedpremierowy pokaz filmu z okazji Światowego Dnia Autyzmu.

Aharon z oddaniem wychowuje swojego syna, Uriego. Żyją we dwóch, zanurzeni we własnej codziennej rutynie, tak bardzo różniącej się od świata, jaki znamy. Gdy Uri staje się formalnie dorosły, ma zamieszkać w specjalistycznym domu opieki. Czy jest na to gotowy? Aharon uważa, że nie, ale może w rzeczywistości sam nie dorósł do rozstania… W drodze do placówki ojciec podejmuje decyzję o wspólnej ucieczce.

Chwytający za serce, pogodny, czuły i zaskakujący. Taki właśnie jest film "Oto my" wielokrotnie nagradzanego izraelskiego reżysera Nira Bergmana, który znalazł się w oficjalnej selekcji MFF Cannes 2020. Znakomite kreacje aktorskie na długo zapadają w pamięć. Szczególne brawa należą się odtwórcy roli autystycznego syna Noamowi Imberowi, który porywa niczym Dustin Hoffman w „Rain Manie”.

https://youtu.be/ZvRabEXRH-s

Razem z Best Film zapraszamy na specjalny przedpremierowy pokaz filmu z okazji Międzynarodowego Dnia Autyzmu. Pokaz filmu odbędzie się 2 kwietnia o godz. 20:00 na platformie mojeekino.pl. Sprzedaż biletów rozpocznie się 2 kwietnia o godz. 18:00. Film będzie dostępny na platformie przez 24 godziny jednak nie dłużej niż do 3 kwietnia godz. 20:00. Po tej godzinie nie będzie możliwości obejrzenia filmu, nawet po zakupie biletów. Rekomendujemy aby rozpocząć oglądanie najpóźniej 3 kwietnia o godz. 18:00. Po zakupie biletów seans jest aktywny przez 4 godziny.

  1. Kultura

Debiut reżyserski Viggo Mortensena "Jeszcze jest czas" już na VOD

 Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe)
Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Viggo Mortensen w swoim poruszającym i pełnym czułości debiucie reżyserskim oraz aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem z pewnością skradnie wasze serca. Film "Jeszcze jest czas" od dziś dostępny jest na platformach VOD. 

"Jeszcze jest czas" to subtelna historia o relacjach rodzinnych zawieszonych pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. John wiedzie szczęśliwe życie w Los Angeles, gdzie mieszka razem ze swoją rodziną. Kalifornia to przyjazny i otwarty dla wszystkich świat, zupełnie inny niż dom rodzinny Johna, w którym wciąż mieszka jego ojciec – farmer Willis przywiązany do ziemi i konserwatywnych wartości.

Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe) Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe)

Kiedy Willis zaczyna podupadać na zdrowiu, przenosi się do Los Angeles, by zamieszkać z Johnem i jego rodziną. Czy ojciec i syn, których od lat dzieli wszystko, będą potrafili porozumieć się i zaakceptować dzielące ich różnice? W rolach głównych występują: jeden z najwszechstronniejszych aktorów swojego pokolenia Viggo Mortensen ("Władca Pierścieni", "Green Book"), Lance Henriksen ("Obcy - decydujące starcie", "Truposz") oraz Laura Linney ("Truman Show", "To właśnie miłość").

W filmie 'Jeszcze jest czas' Viggo Mortensen nie tylko gra główną rolę, ale jest też reżyserem oraz autorem muzyki. (Fot. materiały prasowe) W filmie \"Jeszcze jest czas\" Viggo Mortensen nie tylko gra główną rolę, ale jest też reżyserem oraz autorem muzyki. (Fot. materiały prasowe)

Zanim jeszcze świat zachwycił się jego interpretacją Aragorna w trylogii "Władca Pierścieni" Petera Jacksona, Viggo Mortensen błyszczał m.in. w dreszczowcu "Karmazynowy przypływ", hitchcockowskim kryminale "Morderstwo doskonałe", surrealistycznej satyrze "Ewangelia wg Harry'ego" czy dramatach akcji "Tunel" Roba Cohena i "G.I. Jane" Ridleya Scotta.

Mimo ogromnego sukcesu kasowego "Władcy Pierścieni", aktor nie związał się jednak nigdy z kinem komercyjnym. Poszukiwał w zamian ciekawych i niezależnych reżyserskich głosów. Zagrał m.in. u Davida Cronenberga w "Historii przemocy", "Wschodnich obietnicach" i "Niebezpiecznej metodzie", czy nagrodzonym Oscarem "Green Book" Petera Farrelly'ego. "Jeszcze jest czas" jest natomiast jego debiutem reżyserskim.

"Jeszcze jest czas" na VOD już od 31 marca.

https://www.youtube.com/watch?v=0sfMheC4FF4

 

  1. Kultura

Iza Kuna: "Romansowałam za mało"

 Iza Kuna: Prawdziwa akceptacja przyszła dopiero przed czterdziestką. Nauczyłam się myśleć: „Zrobiłam tyle, na ile mnie było teraz stać, najlepiej jak mogłam. Jestem fajna”. (Fot. Justyna Dudek)
Iza Kuna: Prawdziwa akceptacja przyszła dopiero przed czterdziestką. Nauczyłam się myśleć: „Zrobiłam tyle, na ile mnie było teraz stać, najlepiej jak mogłam. Jestem fajna”. (Fot. Justyna Dudek)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Pełna sprzeczności. Lubi być osobna, a potem prosi ukochanego: „Przytul mnie”. Mówi: „Mam gdzieś pięćdziesiątkę”, a po chwili wpada w rozpacz: „Kiedy to minęło?”. Postanawia: „W pandemię nie kupię nowego ciucha”, a potem tłumaczy: „Nie mogłam się oprzeć”. U Izy Kuny nie ma nic pośrodku.

Można się cieszyć, mając pół wieku na karku? Nieszczególnie. Pamiętam, jak przed laty pewna starsza aktorka powiedziała mi: „Do pięćdziesiątki żyjesz. A potem cię nie ma”. Przyjęłam to bez emocji, paląc papierosa, pijąc wino i mając wszystko w dupie. Ale rok temu byłam w Londynie u mojej przyjaciółki Izy Zwierzyńskiej, szłyśmy ulicą i widziałam, że mężczyźni patrzą tylko na nią. Wiadomo, jest młoda i śliczna. Wtedy zrozumiałam, że kobiety w pewnym wieku stają się po prostu niewidzialne. Wczoraj obejrzałam pierwszy odcinek czwartego sezonu „The Crown”. Uśmiechnęłam się, kiedy mąż Margaret Thatcher powiedział: „Dwie kobiety z menopauzą będą rządzić Anglią”. To cieszy, ale potem zrobiło mi się smutno. Że mniej niż połowa życia mi została. I mniej mężczyzn się za mną ogląda [śmiech].

Menopauza przeraża? Wyrosłam w przekonaniu, że wszystko związane z ciałem jest wstydliwe, zatem pojawienie się okresu nie było radością, a jego zakończenie wiązało się z poczuciem, że przestajesz być kobietą. W moich czasach to było tabu. Nie pamiętam, żeby przyjaciółki mamy o tym rozmawiały. Byłam obecna, kiedy piły kawę i plotkowały, a nie zanotowałam nigdy słowa „menopauza”. To było zbyt intymne. Takich tematów, jak dojrzewanie, seks, pierwsza miesiączka i ostatnia, po prostu się nie poruszało. O tym rozmawiałam z koleżankami, a i to z wypiekami na twarzy. Dziś nareszcie bez wstydu możemy mówić o tym, co się z nami dzieje. Chociaż mam wrażenie, że ciągle za mało.

I jak to jest, gdy ma się 50 lat? Najbardziej smuci mnie to, że wielu rzeczy już nie zrobię, bo jest za późno. Nie urodzę dziecka, nie zatańczę w balecie, nie nauczę się biegle mówić w kilku językach, nie zagram na pianinie, nie zrobię kariery w Ameryce jako 20-latka i nie wygładzę sobie szyi… Ale nie poddaję się, zdobędę Amerykę po pięćdziesiątce!

Możesz też wstrzyknąć botoks albo kolagen czy pójść do chirurga plastycznego. Babcia Aniela mówiła: „Nie pomoże puder róż, kiedy dupa stara już”, ale ja nie zamierzam starzeć się z godnością. Zamierzam starzeć się fajnie. Dzisiaj przeczytałam, że Amerykanie wynaleźli eliksir młodości. Ciągnie mnie do Ameryki, widzisz?

W filmie „Wielkie piękno” stary pisarz celebryta mówi: „W wieku 60 lat zrozumiałem, że nie mam czasu tracić go na robienie tego, na co nie mam ochoty”. U ciebie ta pięćdziesiątka coś zmieniła? Nie zmuszam się już do robienia niczego, na co nie mam ochoty albo co nie przynosi mi radości. Nie chcę już grać ról, które mnie nie rozwijają, bo przez lata przetarzałam się przez drugie plany, czekając na pierwsze, myślałam, że w tym jest jakaś logika, ale nie ma. Kiedyś cieszyła mnie każda propozycja roli, dziś mam poczucie, że zasługuję na coś więcej. Chodzi mi o czas, który pozostał – chciałabym go przeżyć jak najlepiej, żeby zadowolić siebie, żeby decydować o sobie, a nie czekać na nie wiadomo co, nie chcę się powtarzać, marnować. Mniej też baluję, i to nie tylko z powodu pandemii. To kwestia moich wyborów. Tyle mam rzeczy do zrobienia, a czasu tak mało, że muszę go uważniej dzielić. Zresztą już nie mam siły balować jak dawniej do białego rana, a potem iść do pracy. Muszę odpoczywać. Chcę pobyć w domu.

„Teresa, ty amerykański gamoniu! Skończyłam 50 lat i mam wszystko w dupie…” – piszesz w cyklu swojej instagramowej korespondencji z siostrą. Naprawdę masz wszystko gdzieś? I tu znowu odzywa się ta moja nieznośna niespójność. Jak to Marek powiedział: „Iza, u ciebie nie ma nic pośrodku. Albo wpadasz w euforię, albo w rozpacz”. I tak jest z moją pięćdziesiątką. Raz mówię: „Pier… to wszystko. Teraz mogę już robić, co chcę”, ale po chwili jest mi smutno, mam lęki, nie mogę spać, boję się, co dalej. I chyba byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że nie zależy mi na tym, co inni o mnie myślą. Zależy, tylko trochę mniej. Zależy mi, co myślą o mnie moje dzieci, Marek, moi studenci.

Kłócicie się z Markiem? Jesteśmy typem włoskiego małżeństwa. Ja reaguję spontanicznie, Marek histerycznie [śmiech]. W rodzinnym domu w Tomaszowie wciąż słyszałam: „Nie krzycz, bo sąsiedzi słyszą, nie krzycz, bo co inni pomyślą, nie wolno tak się zachowywać przy gościach”. Dziś liczy się tylko to, żeby jak najszybciej wyjaśnić sytuację. Wszyscy nas znają i wiedzą, że jak się ma coś wydarzyć, to się wydarzy. I żadne z nas nie będzie czekać, aż wszyscy pójdą do domu [śmiech]. I uważam, że to jest lepsze niż udawanie, że nic się nie stało. Dobre wychowanie można pomylić z zakłamaniem.

Nadia wcześnie wyprowadziła się z domu. Nie bałaś się o nią? No pewnie, że się bałam, wciąż się boję, choć ma już 24 lata. Zawsze byłam matką nadopiekuńczą, nadgorliwą. Mój ojciec stał nade mną i wspierał we wszystkim, i taka chciałam być dla moich dzieci. Wychowywałam Nadię sama bardzo długo, chciałam zrekompensować jej to, że rozpadła nam się rodzina. Nadia nauczyła mnie, że w pewnym momencie dzieci trzeba zostawić samym sobie. Uświadomił mi to jej wyjazd do Australii. Cieszę się, że jest niezależna i samodzielna, ma własne zdanie na każdy temat i nie boi się go powiedzieć. Rozmawiamy o wszystkim. Cieszę się, że kiedy marudzę czasem na swój wygląd lub życie, potrafi sprowadzić mnie na ziemię: „Mamo, nie pier... Czy nie widzisz, jak pięknie wyglądasz? Jak wiele osiągnęłaś?”. Nie miałam takiego porozumienia ze swoją mamą. To były inne czasy, tak zwanego zimnego chowu. Nie było za dużo czułości, przytulania, pochylania się nad dzieckiem. Kiedyś miałam do niej o to żal, ale dziś myślę, że dała mi tyle, ile mogła dać. Ojciec dawał mi w dwójnasób miłość i czułość. Z domu wyniosłam też radość życia. Rodzice lubili chodzić na dansingi, takie dansingi urządzali też w domu. Nasz dom był otwarty. Wciąż ktoś przychodził. Ojciec wyciągał wtedy jedzenie z lodówki, a mama nakrywała do stołu i zabawiała gości. A potem ja urządzałam imprezy w domu i tańce do białego rana. Nawet gdy już goście wyszli, Marek sprzątał, leżałam na podłodze, paliłam papierosa, słuchałam muzyki i płakałam przy Annie Jantar i przy „Nie spoczniemy, nim dojdziemy”. A czasem długo jeszcze tańczyłam sama. „Marek, tak dawno nie tańczyliśmy” – powiedziałam wczoraj, bo tęsknię za tymi czasami.

Na instagramowym profilu określasz siebie: koleżanka Marka. Marek zawsze śmiał się, gdy przedstawiałam go znajomym: „Mój kolega Marek”. No ale jak mam na niego mówić? Mąż? Nie jesteśmy małżeństwem. Konkubent? Okropnie brzmi. Narzeczony? Przyjaciel? Banał. Może brat?

A właściwie, dlaczego nie mąż? Marek oświadczał mi się dwa razy. Raz już było nawet blisko. Nadia zrobiła długą listę gości, zaplanowaliśmy nawet, gdzie będą spać, wszystko opracowane było w najdrobniejszych szczegółach. Ale coś poszło nie tak. A teraz chyba oboje nie widzimy powodu, dla którego na starość mielibyśmy zmieniać coś, co od 17 lat jakoś funkcjonuje. Ale może na starość ja się oświadczę i to będzie impreza staruszków, jakiej świat nie widział.

Lubię oglądać wasze „scenki małżeńskie” na twoim Instagramie. Zaprzeczacie regule, że im dalej, tym… zwyczajniej. Powiedziałabym nawet: Im dalej, tym jest dużo zwyczajniej [śmiech]. Może dlatego urozmaicamy sobie życie zabawami na Instagramie. Bo my się dobrze bawimy ze sobą. A #maareek i #izamarek to już brand [śmiech].

Jak przeżyć z jednym facetem tyle lat i wciąż chcieć ze sobą być? Nie ma sensu robić, jak to mówią, z igły widły. Nasz staż nie jest znowu aż tak imponujący, żeby się wymądrzać. Ale chciałabym przeżyć z Markiem 30 lat albo i więcej. To moje marzenie.

Jesteś o niego zazdrosna? Podoba mi się to, że Marek podoba się kobietom. Kiedyś miałam narzeczonego, który nie podobał się nikomu, raz nawet usłyszałam od Gabrysi Kownackiej: „Dziecko, Pan Bóg cię opuścił?”. No to wolę, żeby mój chłopak się podobał. Marek bardzo lubi kobiety. Podobnie jak ja lubię mężczyzn i nigdy nie ukrywaliśmy przed sobą naszych chwilowych fascynacji. Lubię flirtować z mężczyznami, on – z kobietami. Ale tak, jestem zazdrosna.

To po czym poznajesz, że ciebie kocha? Że ciągle wraca do domu [śmiech].

W dodatku sprząta, zmywa, pierze… W przeciwieństwie do ciebie [śmiech]. Marek to lubi.

A ty od czego jesteś w domu? Marek mówi, że w domu jestem panią dyrektor. „Dziś mamy to, Staszek idzie tu, na obiad zrobię lub zamówię to…” – to jestem cała ja. Wszystko muszę mieć pod kontrolą, a najlepiej o tydzień wcześniej. Lubię organizować dzień i życie. Choć już zdarza mi się zapominać, co zaplanowałam [śmiech].

Iza Kuna: Prawdziwa akceptacja przyszła dopiero przed czterdziestką. Nauczyłam się myśleć: „Zrobiłam tyle, na ile mnie było teraz stać, najlepiej jak mogłam. Jestem fajna”. (Fot. Justyna Dudek) Iza Kuna: Prawdziwa akceptacja przyszła dopiero przed czterdziestką. Nauczyłam się myśleć: „Zrobiłam tyle, na ile mnie było teraz stać, najlepiej jak mogłam. Jestem fajna”. (Fot. Justyna Dudek)

Co oznacza dla ciebie bycie w związku? Kiedyś koleżanka powiedziała mi, że wszędzie chodzą z mężem razem, w kinie śmieją się w tych samych momentach i myślą identycznie na każdy temat. Najciekawsze w tym zwierzeniu było to, że za jakiś czas się rozstali z hukiem. Ja rzadko chodzę z Markiem do kina, bo lubię sama, mam swoich znajomych, Marek ma swoich, nie wisimy sobie na ramieniu. Nawet zakupów nie robimy wspólnie. Przez 17 lat może dwa razy byliśmy razem w sklepie. Myślę, że Marek jest nawet bardziej osobny niż ja. To moje słynne: „Porozmawiaj ze mną, przytul mnie”, świadczy o tym, że bardziej potrzebuję towarzystwa niż on. Jego autonomia jest poważniejsza niż moja. Jesteśmy różni – Marek nie lubi hałasu, ja uwielbiam, Marek nie lubi bałaganu, ja się w nim znakomicie odnajduję, Marek mniej lubi towarzystwo ludzi niż ja. Jednak lubię nasz związek. Ale może na tym poprzestańmy, bo zawsze takie zachwyty kończą się rozwodem albo spektakularną zdradą, czego chciałabym uniknąć [śmiech].

Co lubisz w sobie najbardziej? Lubię swoje poczucie humoru, dystans, cięte riposty, odrobinę złośliwości, którą mam, i analizę, którą często przeprowadzam. Ale dawniej nie lubiłam siebie aż tak bardzo. Kiedy byłam mała, wydawało mi się, że jestem nie dość dobra. Wszystko, co robiłam, robiłam źle, a nawet jak zrobiłam dobrze, mogłam zrobić lepiej. Wciąż czułam się jak koń wyścigowy, który cały czas musi biec, pokonywać kolejne przeszkody i najlepiej, żeby do mety dobiegł jako pierwszy. Nigdy nie byłam z siebie zadowolona. Polubiłam siebie po rozwodzie, ale prawdziwa akceptacja przyszła dopiero przed czterdziestką. Nauczyłam się myśleć: „Zrobiłam tyle, na ile mnie było teraz stać, najlepiej jak mogłam. Jestem fajna”.

W młodości często porównywałaś się do innych? Zazdrościłaś czegoś koleżankom? Oczywiście. Głównie zabawek. Zawsze marzyłam o domku z mebelkami dla lalek. Ale za to byłam ładnie ubrana. Mama miała świetny gust. Projektowała ubranie, a potem niosła do pani Lodzi, krawcowej, żeby to uszyła. Pani Lodzia szyła również dla mnie, a pan Pawełek szył nam płaszcze. Stylu uczyłam się od mamy. Nie przeszkadzało mi to, że nie mieliśmy dużo pieniędzy, bo na wszystko nam starczało, tylko rzeczywiście zazdrościłam dzieciom zabawek. I zwierząt. Chciałam mieć psa.

Na co nie żałujesz pieniędzy? Na nic. Uwielbiam wydawać. Jak tylko mam pieniądze, natychmiast ich nie mam. Nie wiem, w kogo się wrodziłam, jak to mówią. Jestem hojna, co w sobie lubię, bo uwielbiam sprawiać prezenty, obdarowywać, opiekować się, karmić. Wystarczy, że ktoś powie, że mu się coś podoba, mówię: „To sobie weź”. Lubię sprawiać radość innym.

A co mówi Marek, gdy wchodzisz obładowana torbami z zakupami? Śmieje się. Ale może się śmieje, bo to nie są jego pieniądze. Podczas pandemii postanowiłam jednak, że nie kupię sobie nic. Nie jestem taką kretynką, żeby kupować, skoro nie zarabiam. I chociaż często mi się zdarzało, że kupowałam za pożyczone, to zawsze miałam perspektywę szybkiego zarobku. Pandemia zmieniła sytuację. Ale kiedy znów zaczęłam zarabiać, wróciły dawne nawyki. „Nie powinnam, ale nie potrafiłam się oprzeć” – mówię do Marka. „Dobrze, kochanie” – słyszę. Albo gdy coś mi się podoba, po prostu płaci. „Marek, jaka ładna sukienka” – mówię, a on na to: „To ja ci kupię”.

Pieniądze kojarzą ci się z bezpieczeństwem? Bardziej z luksusem. Ale nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Może dlatego, że nigdy nie miałam ich aż tyle, żeby mnie zepsuły. I zawsze ciężko pracowałam, żeby je mieć.

Podczas pandemii nie pomyślałaś: „Czemu nie oszczędzałam całe życie? Dziś mogłabym być spokojna”. Nie pomyślałam tak, bo to, że nie zarabiałam takich pieniędzy, żeby oszczędzić, nie było moją winą. Poza tym lubię pracować, praca daje mi poczucie, że jestem potrzebna. Ten czas, kiedy nagle wszystko stanęło i zostaliśmy zamknięci w domach, był trudny. Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że na kilka miesięcy utknę bez pracy, nie uwierzyłabym, że mogę to przetrwać. Tymczasem okazało się, że dałam radę. „Usiadłam na dupie”, jak to mówią. Napisałam doktorat, skończyłam kolejną książkę, zajęłam się Stachem i sobą. Myślę o kolejnych projektach. Nie marudzę.

Zaczęłaś też pisać na Instagramie „Listy do siostry”. To właściwie pełna humoru i czułości saga rodzinna. Nigdy nie lubiłam mówić o sobie i mocno chroniłam prywatność, tymczasem znalazłam formę, w której doskonale się odnajduję. Robię to, co chcę, to mi sprawia przyjemność. Lubię te nasze instagramowe scenki, które pokazują kawałek naszego życia, ale z przymrużeniem oka. Odpowiadam na wszystkie komentarze.

Masz na to czas? Nie mam, ale jak ktoś do ciebie pisze list, trzeba odpowiedzieć. To kindersztuba wyniesiona z domu i po pięćdziesiątce miałabym to zmieniać!? Zresztą bardzo to lubię. „Listy do siostry” narodziły się w mojej głowie w naturalny sposób – po prostu chciałam być Teresą. To jest kobieta, która ma wszystko, czego ja nie mam. Każdy takie relacje ma w swojej rodzinie. Ciotka Lutka, babcia Aniela, matka – to kobiety, które każdego z nas otaczały w różnych momentach życia. Spoglądam na moją rodzinę delikatniej niż kiedyś, nie obarczam rodziców winą za wszystkie moje błędy i niepowodzenia. Żal staram się zastąpić humorem i czułością. Jeśli się da.

Pandemia zmieniła spojrzenie wielu z nas na rodzinę i związki. Pandemia zatrzymała mnie w domu, zbliżyła do rodziny. Wreszcie mogłam być cały czas z dzieckiem. Ten nieustanny kontakt ze Staszkiem, na który wcześniej brakowało mi czasu, to najpiękniejsze, co mogło mi się przytrafić. Marek na szczęście pracował dużo, więc aż tak się nie zbliżyliśmy, może i dobrze.

Coś nowego odkryłaś w waszej relacji z Markiem, czego w tym pędzie nie zauważałaś? Że wciąż go lubię i mi się podoba. Jest mi z nim bardzo dobrze. Marek jest pierwszym mężczyzną, poza moim ojcem, który jest dla mnie dobry, co w moim życiu nie było takie oczywiste. Nigdy nie starałam się go zmienić, przerobić według swoich oczekiwań, podobnie zresztą Marek zawsze dawał mi wolność i akceptował we mnie wszystko. Są rzeczy, które wkurzają nas w sobie nawzajem na maksa, ale nauczyliśmy się z tym żyć. Ludzie się nie zmieniają i nie należy ich do tego zmuszać, lepiej się przyzwyczaić albo dać sobie spokój. Praca nad związkiem kojarzy mi się źle.

Gdybyś mogła przeżyć jedno życie na brudno, a drugie na czysto, coś byś zmieniła? Jeśli prawdziwa jest teoria, że przeżywamy swoje życie w ten sam sposób, to wyboru nie mam, ale gdyby jednak inny wybór w jakimś momencie życia miał doprowadzić do innego finału, tobym się nie zdecydowała. Moje obecne życie bardzo mi się podoba.

A co byś powiedziała dzisiaj 20-letniej Izie Kunie? Żeby się nie bała. I że da sobie radę sama. I żeby bardziej w siebie wierzyła. Że jest fajna. I ładna. I zgrabna. I mądra. I bystra. I żeby chodziła w krótkich spódniczkach. Żeby żyła i bawiła się.

Do jakiej fantazji byś ją namówiła? Powiedziałabym jej, żeby wdawała się w romans za romansem. Ja romansowałam za mało.

Izabela Kuna, ur. w 1970 r. w Tomaszowie Mazowieckim. Jest wykładowcą w Akademii Teatralnej w Warszawie. Popularność przyniosła jej rola w filmie „Lejdis”, potem były między innymi: „Galerianki”, „Supermarket”, „Pod Mocnym Aniołem” czy „Wołyń”. Nie unika telewizji, teraz możemy ją oglądać w serialu TVN „Nieobecni”. Jest autorką książki „Klara” i scenariusza „Czwarta godzina”, za który otrzymała Nagrodę Hartley-Merrill. Prowadzi instagramowego bloga – rodzajowe scenki z Markiem i „Listy do siostry”. Prywatnie związana ze scenarzystą i lekarzem Markiem Modzelewskim. Wychowuje z nim syna Stanisława i córkę z pierwszego małżeństwa – Nadię.