Małgorzata Major - „Cztery pory roku”. Film czy serial? Obydwa obrazy do obejrzenia na Netflixie
00:00
07:16
Netflix w ubiegłym roku pokazał pierwszy sezon serialu „Cztery pory roku”. W produkcji Tiny Fey poza nią samą, oglądaliśmy m.in. Steve’a Carella i Colmana Domingo. Opowiada perypetie trzech par po pięćdziesiątce, które spotykają się kilka razy w roku, aby wspólnie spędzić wakacje, długie weekendy i święta. Zanim jednak powstał serial, w 1981 roku Alan Alda napisał scenariusz i wyreżyserował film pod tym samym tytułem.
Film Aldy z 1981 roku zainspirował twórców serialu „Cztery pory roku”. Obraz sprzed 45 lat inaczej rozkłada akcenty. Mamy trzy małżeństwa po czterdziestce (pokolenie baby boomers) spotykające się cyklicznie, aby nacieszyć się swoim towarzystwem. Podczas wiosennego wypadu Nick (Len Cariou) zwierza się Jackowi (w tej roli Alan Alda), że chce się rozwieść z Anne (Sandy Dennis), która również stanowi część towarzyskiej paczki. Mężczyzna mówi przyjacielowi, że nic go z żoną nie łączy, a ich córka jest już pełnoletnia, więc to idealny moment, żeby każde z nich poszło własną drogą.
Przyjaciele są zaskoczeni, a najbardziej Jack, ponieważ uważa, że Nick postępuje nielojalnie wobec żony i okrada ją ze wspólnego życia. Zadra między mężczyznami pozostanie na długo i wokół niezrozumienia decyzji Nicka toczyć będą się kolejne rozmowy współtowarzyszy wyjazdów. To co różni serial od filmu to fakt, że współczesny obraz łaskawiej podchodzi do wszystkich bohaterów. Odchodzący od żony mąż (w serialu rolę Nicka gra Steve Carell) również zostaje poddany czasowemu ostracyzmowi towarzyskiemu, ale grupa znajomych nie wyklucza Anne, podczas gdy w filmie, żona od razu znika z obrazka, a jej miejsce zastępuje nowa partnerka Ginny (w tej roli Bess Armstrong).
fot. materiały prasowe
Oglądając dzieło Aldy (co ciekawe, aktor i reżyser pojawia się w epizodycznej roli, w serialu Netflixa) widz odnosi wrażenie, że grupa przyjaciół w ogóle się nie lubi. Notorycznie obgadują się za plecami, nie pochwalają podejmowanych przez siebie decyzji, a gdy Jack próbuje – jak mówi – „oczyścić atmosferę” szczerą rozmową, tylko pogarsza sytuację. Trzy małżeństwa mają różne wizje na bycie razem i odejście Nicka od żony wyzwala w nich wiele pytań o wspólną przyszłość. Bohaterowie serialu są bardziej otwarci, wyrozumiali i empatyczni. To znak czasów, że mniej oceniamy różne style życia, a staramy się dostrzec człowieka i jego indywidualne potrzeby.
Czytaj także: Seriale, które chcą być jak „Przyjaciele”
fot. materiały prasowe
Kolejnym znakiem czasu jest to, że 43-letni Nick ogłaszający w filmie, że chce założyć nową rodzinę, wzbudza tym zaskoczenie. Jack pyta: „w tym wieku chcesz mieć dzieci?”, tak jakby czterdziestolatek był już seniorem. To pokazuje, jak bardzo zmieniły się realia społeczne. Dzisiaj nikogo nie dziwi macierzyństwo, ani tacierzyństwo w tym wieku. Tak samo jak próba zaczynania od początku, układania życia po raz kolejny, albo dopiero po raz pierwszy. Oddaliliśmy się od społecznej presji nakazującej zakładać rodzinę w wieku dwudziestu lat, a budować dom w kolejnej pięciolatce.
Film jest surowy, mniej empatyczny wobec bohaterów i dosyć bezwzględnie rozlicza ich ze wszystkich słabości. Najbardziej szokuje to jak Nick opowiada o żonie, z którą chce się rozstać. Mówi, że małżonka nie ma żadnych zainteresowań, nie potrafi podjąć zatrudnienia, ani utrzymać się w żadnej pracy, i najzwyczajniej w świecie nie ma z nią o czym rozmawiać. Kompromituje ją w oczach wspólnego przyjaciela, Jacka. Ten jednak wspiera kobietę i nie daje się przeciągnąć na stronę Nicka.
fot. materiały prasowe
To jak bohater upokarza kobietę, z którą spędził 21 lat życia, jest bardzo zaskakujące. Podobnie jak szybkie odcięcie jej od sieci kontaktów. Koleżanki deklarują przyjaźń wobec Anne, ale same przyznają, że tuż po rozstaniu małżeństwa, rzadko do niej dzwoniły, nie mówiąc o spotkaniach. Widać, że Anne przechodzi kryzys emocjonalny, ale Claudia (Rita Moreno) i Kate (Carol Burnett) pozwalają sobie wmówić, że u niej wszystko w porządku. Swoją drogą, obsada filmu jest kapitalna. A oglądanie Moreno i Burnett to wspaniała przygoda.
Serial z 2025 roku wiele wątków odtwarza wiernie, ale przykłada do nich współczesne ramy, przez co jest dla nas bardziej „strawny”. Nick, podobnie jak filmowy poprzednik, również rozstaje się z żoną i beztrosko wchodzi w nowy związek, ale Anne (Kerri Kenney) nie zostaje ostentacyjnie wyrzucona z obrazka. Przyjaciele chcą mieć ją w swoim życiu, mimo że spotkania są utrudnione, ponieważ aktualnie jest ich aż siedmioro.
fot. materiały prasowe
Czytaj także: Krótkie seriale na długie letnie wieczory
Nowa wersja zmienia również układ par. Wprowadzony zostaje związek Claude’a (Marco Calvani) i Danny’ego (Colman Domingo) zamiast Claudii i Danny’ego. To też ożywia relacje między bohaterami i zmienia układ sił. Nie ma już trzech prężących muskuły mężczyzn, ale czterech, z których każdy jest inny i ma własne priorytety.
Współczesne pary są nieco starsze, bliżej im pięćdziesiątki niż czterdziestki (pokolenie X), a mimo to – o dziwo – wyglądają znacznie młodziej niż ich filmowe pierwowzory. Oczywiście wynika to ze zmiany stylu życia i faktu, że współcześnie społeczeństwa wolniej się starzeją niż blisko pół wieku temu. A co znamienne, filmowy Danny mówił o swoim strachu przed śmiercią całkiem serio. Powoływał się na słuszny wiek mając 57 lat, co dzisiaj nie jest równoznaczne z wiekiem senioralnym i wchodzeniem w smugę cienia.
fot. materiały prasowe
Ciekawsze niż kwestie wieku i stylu życia są jednak rozgrywki emocjonalne. To co łączy bohaterów, a co ich dzieli. W filmie oglądamy Nicka i Ginny kontra resztę świata, podczas gdy serial rozwija kilka równorzędnych wątków i sprawdza temperaturę każdego ze związków.
Czytaj także: Czy milenialsi przechodzą kryzys wieku średniego?
Zarówno film Alana Aldy, jak i serial Tiny Fey warte są obejrzenia. Obydwie pozycje dostępne są na platformie Netflix.