1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Joanna Brodzik: Niejaką siłę posiadam

Joanna Brodzik: Niejaką siłę posiadam

Fot. Rafał Masłow
Fot. Rafał Masłow
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Zawodowo trudni się generowaniem i przetwarzaniem dobrej energii. Wykazuje dużą zdolność do zmian. Nie miała okazji pobyć dziewczyną, teraz nadrabia. W jakim miejscu świata zabrakło jej tchu? I czy wiertarki są sexy?

Ja tu o seksapilu przyszłam porozmawiać…

No to ja sobie raczej pójdę (śmiech)... Dziś rano miałam ogromny problem z dobraniem bluzki do spódnicy, nadal nie jestem zadowolona z wyboru, włosy wczorajsze i w kucyk, nie będę więc, według schematów, dobrą rozmówczynią „w tym temacie”...

To zacznijmy może od definicji. Seksapil. Czym jest?

No jak to czym? Energią, siłą życiową, czymś, co sprawia, że stoi trzysta osób i patrzysz tylko na Tę jedną. Odkąd bacznie obserwuję dzieci, jestem pewna, że my się z tą siłą rodzimy. Umówmy się, można nauczyć się dobierać spódnicę do bluzki albo scedować to na kogoś innego, ale „mocy” nauczyć się nie da. Albo się ją ma, albo nie. A jak się ją ma, to jest to ogromny kapitał. Seksapil nie ma ani płci, ani wieku. Wystarczy spojrzeć na prof. Władysława Bartoszewskiego. Toż to istny wulkan seksapilu!!! Czy mam to szczęście, że i ja niejaką siłę posiadam? Chcę wierzyć, że tak i że nauczyłam się dzielić nią z innymi. To jest tak naprawdę to, czym się trudnię zawodowo – generowaniem i przetwarzaniem energii, staram się, by była to energia jak najbardziej pozytywna. Jeśli Ktoś Nieznajomy, widz, ze mną się śmieje, płacze, tęskni, czasem smuci, a czasem cieszy, to znaczy, że ta energia płynie i przenosi się przez ekran. Jeśli ktoś się decyduje, powiedzmy, 50 godzin ze swojego życia poświęcić na to, żeby oglądać mnie w jakimś serialu, to moim zdaniem znaczy, że siła działa. Tak samo jest zresztą z innymi zawodami: dziennikarzem, lekarzem, piekarzem, nauczycielem. Oni to są dopiero w stanie przetwarzać tony pozytywnej energii!Kiedy zauważyłaś, że możesz się podobać?

Pamiętam moment, kiedy dostrzegłam, że jestem kobietą. Wbiegałam na drugie piętro w starym domu mojej Babci, w którym się wychowywałam. Położyłam kciuk na dzwonku i odruchowo spojrzałam na swój palec – smukły, z długim paznokciem – i zrozumiałam, że jest to dłoń kobiety. Miałam wtedy chyba z 12 lat, ale ja jestem „śródziemnomorska”, więc wcześnie dojrzałam. Mimo że pojawiły się już wtedy u mnie inne atrybuty kobiecości, to ten kciuk zrobił piorunujące wrażenie. Od tego momentu inaczej podaję rękę na przywitanie.

A inne sytuacje, które utwierdzały cię w poczuciu kobiecości?

Jak zwykle u mnie, były to raczej sytuacje komiczne. Jako dziecko byłam dosyć nieładna, cięta na krótko, ze zrośniętymi brwiami i czarnym wąsikiem. Wszyscy, którzy mnie nie znali i nie wiedzieli, że mam na imię Joasia, mówili do mojej Babci: „O, jaki śliczny chłopczyk, ma takie inteligentne spojrzenie”. A potem wszyscy nagle zaczęli mówić do mnie per „pani”. Tak naprawdę „za młodu” nie miałam szansy pobyć dziewczyną, więc odbijam to sobie teraz z nawiązką (śmiech). Zwłaszcza że mam już nie jedną, ale trzy pary męskich oczu wpatrzonych we mnie z uwielbieniem. To jest niezaprzeczalny powód, dla którego warto rodzić synów! (śmiech).

Nie byłaś przerażona, kiedy dowiedziałaś się, że urodzisz aż dwóch chłopców? Nie miałaś obaw, czy uda ci się wychować ich na dobrych mężów, ojców…?

Cały czas mam obawy, czy w ogóle uda mi się ich wychować, bo mam wrażenie, że jako dzieła są już kompletnie „skończeni”. Nie wiem, czy moja rola nie ogranicza się tylko do nauczenia ich, by mówili „dzień dobry”, „do widzenia” i wkładali skarpetki do pralki (śmiech). Ale będę się starała, myśląc o tych dwóch kobietach, które staną kiedyś na ich drodze. Choć przeczuwam, że tych kobiet może być trochę więcej… Zanim się chłopcy urodzili, nie miałam pojęcia, co mnie czeka, a jak przyszli na świat, to już nie było odwrotu.

Mówisz, że przyciągasz zabawne, absurdalne sytuacje.

Rzeczywiście, coś w tym jest. Być może polega to na tym, że nie tyle przyciągam, co wyciągam je z gąszcza różnorakich zdarzeń, które mnie spotykają. Właściwie bardzo lubię te moje wpadki i przygody. Zdecydowanie moje życie to bardziej Woody Allen niż Fiodor Dostojewski. Mogłabym jakiś tydzień przytaczać komiczno-tragiczne sytuacje, które zdarzyły mi się w podróży, ale opowiem o tych, które przytrafiły mi się w tak zwanym życiu publicznym, którego, mimo lat i starań, nie jestem zbytnią pasjonatką. Wiem, że dla niektórych bankiety i gale to naturalne środowisko, dla mnie poruszanie się przez kilka godzin na 12-centymetrowych obcasach w blaskach fleszy jest jak nurkowanie w piance z butlą i maską w głębokim morzu, pełnym drapieżnych muren i różnych egzotycznych, nieprzewidywalnych i niebezpiecznych żyjątek (śmiech). Niemniej jednak kilka razy zdarzyło mi się pojawić na tego typu imprezach, by np. odebrać różne nagrody. Dwie z nich były dla mnie wyjątkowo istotne, bo związane z moją pracą zawodową, i wymagały bardzo eleganckiego przyodziewku. I tu się zaczyna zabawa.

W pierwszym przypadku projektantka na dzień przed uroczystością doznała załamania nerwowego i kończyła fastrygowanie swojego dzieła już bezpośrednio na mnie, więc odbierałam nagrodę mocno usztywniona, gdyż bałam się, że jeśli tylko głębiej odetchnę, misterne fastrygi puszczą... Na drugą okazję, chcąc poczuć się bardziej komfortowo, wybrałam smoking z wycięciem na plecach. Zapinał się z przodu na jeden zatrzask, a ponieważ miał odkryty tył, nie mogłam mieć niczego pod spodem. Wszystkie właścicielki biustu większego niż miseczka B, wiedzą, że może być to pewnym dyskomfortem, ale smoking był naprawdę dobrze skrojony, więc nie miałam żadnych obaw. Poza jedną, żeby zatrzask wytrzymał. Poprosiłam więc mojego partnera o stuknięcie w ów zatrzask młoteczkiem, żeby trzymał „na fest”. On to oczywiście bardzo dobrze i delikatnie zrobił, ale ja, jak to ja, postanowiłam poprawić, no i roztrzaskałam cały mechanizm. Trzeba go było zszyć, więc niemalże spóźniliśmy się na wręczenie nagród. Koniec końców Telekamerę odbierałam zacerowana jak skarpeta (śmiech).  Nie chcę myśleć, co by było, gdybym musiała odebrać Oscara! Złamanie obcasa i oderwanie trenu od sukni na wysokości pasa to byłby mały pikuś, przeczuwam, że musiałoby mi się przytrafić coś bardziej spektakularnego. Ale myślę, że właśnie takie wydarzenia odejmują tak oficjalnym okazjom to, co trzeba im odjąć. Nadmierną powagę!

To ja znowu wrócę do tego seksapilu…

No właśnie, co z nim?! Ciągle do tego wracamy, a tak dobrze jest porozmawiać po prostu o życiu…

Staramy się to właśnie rozgryźć w SENS-ie i odpowiedzieć na pytanie, dlaczego świat kręci się wokół seksu.

Jak dla mnie „seks” to mocno przereklamowana sprawa. To znaczy podniesiona do zbyt wysokiej rangi, co w konsekwencji spycha w cień sam seks, jego delikatną naturę i wiele innych ważnych aspektów życia. Dzisiaj wszystko musi być „sexy”, to ogromnie deprymujące. Czytałam ostatnio o coraz bardziej powiększającej się grupie ludzi, którzy są orientacji „zero”, absolutnie obojętni seksualnie. I myślę sobie, że to jakaś przeciwwaga do wszechobecnych sexy wiertarek i sexy naczyń stołowych!

Równowagi w sferze seksualności potrzebuje zwłaszcza natura kobiety. Mężczyźni są inaczej skonstruowani, oni w większości z seksu czerpią siłę, energię, co zapewne jest związane z tym, by nie pozwolili wymrzeć gatunkowi. Dla nas, kobiet, staje się to jednak nadmierną presją. Zachęcając, przymuszając do tego, byśmy były nieustannie atrakcyjne, nie daje się nam prawa do przeżywania naturalnych okresów wstrzemięźliwości, które kiedyś były oczywiste i dla kobiet, i dla mężczyzn. Jeszcze sto lat temu, gdy kobieta nie mogła lub nie chciała być blisko z mężczyzną, dawała mu to do zrozumienia, nosząc przy ubraniu np. czerwoną różę. Piękny język kwiatów umożliwiał niegdyś ludziom rozmawianie o swoich uczuciach i stanach subtelnie, nieodwołalnie i bez zbędnych słów! Albo ten cudowny, trudny i jakże potrzebny psychice i ciału kobiety czas połogu, kiedy odsuwała się od mężczyzny w krąg kobiet, by przeżyć zachodzące w niej zmiany i wyjść z niego wzmocniona i upewniona w swoim macierzyństwie.

Mam wrażenie, że dzisiaj kobiety nie dają sobie szansy, żeby czasem nie być sexy, a to jest przecież potrzebne, by skupić się na innych strefach życia, by móc być bogatszą o własne doświadczenia. Dla mnie sexy jest prawda i naturalność, pogoda, która wynika z wewnętrznej zgody, harmonii. Znam takie kobiety, emanują pięknem i głębokim seksapilem, siłą kobiecości, o której piszą poeci, która inspiruje mężczyzn, dzieci. Myślę, że łatwo odróżnić prawdziwą, płynącą ze środka kobiecą energię od tej fałszywej, sprowadzającej się do jakichś zewnętrznych sztuczek. Kobieta może mieć długie, sztuczne, doczepiane włosy i buty z czerwonymi podeszwami nawet za zyliard dolarów, ale jeśli nie ma samoświadomości, jeśli nie czerpie radości z życia, jeśli nie ma wiedzy o sobie, to dla mnie nie jest sexy. I jestem pewna, że nie jest też sexy dla prawdziwych mężczyzn, czyli takich, na jakich nam tak naprawdę zależy.

Gdybyś miała wybrać rodzaj kobiecej energii, która ci najbardziej odpowiada, to byłaby to bardziej Marilyn Monroe, Elizabeth Taylor czy może Audrey Hepburn?

„Szuflady”, o których teraz mówisz, strasznie ograniczają. Z góry zakładają, że trzeba się przypasować do danego modelu, na zasadzie: „hm..., jestem szczupła, to może będę jak Audrey Hepburn, to będzie właśnie mój rodzaj kobiecości”. A to przecież bez sensu.

No ale jakby cię ktoś porównał do Marilyn Monroe? 99,9 procent kobiet byłoby zachwyconych…

Coś ty, w życiu bym nie chciała być porównywana do Marilyn Monroe! Nie dlatego, że mi się nie podoba, tylko dlatego, że wiem, jak nieszczęśliwą, pogubioną w życiu była osobą.

A gdyby porównał cię do Audrey Hepburn…?

Zastanawiałabym się, dlaczego i czy... nie jestem za chuda. Audrey przez całe życie miała problem z niską samooceną. Była cudownym człowiekiem, ale wiele wycierpiała... Elizabeth Taylor: piękna, ognista, ale zupełnie pozbawiona poczucia bezpieczeństwa, bo nie miała dzieciństwa… Lubię tak właśnie patrzeć na kobiety, bo to nie są jakieś wzorce czy modele, tylko ludzie.

Jest jednak coś, co łączy wszystkie wymienione przez nas kobiety, wielkie aktorki. Inaczej się ubierały, miały inne figury, inne możliwości warsztatowe, ale jedną rzecz wspólną: niesamowitą charyzmę. Czy charyzma jest sexy? Myślę, że tak. Czy porównywałam się do każdej do nich? Oczywiście. Na mojej drodze samopoznania zadawałam sobie wiele pytań na temat tego, jaka jestem, jaka chcę być, co chcę, by wypływało ze mnie jako komunikat do świata. Zresztą, nie tylko się porównywałam, ale też poddawałam różnym metamorfozom. Mam dużą zdolność do zmian, część z nich było mniej, część bardziej udanych. Na szczęście już jakiś czas temu doszłam do takiego miejsca, że odpowiada mi po prostu prawda, naturalność. I jest to moje największe życiowe osiągnięcie. Mogę o sobie powiedzieć, że chcę być dokładnie taka, jaka jestem.

Nie musisz tego nazywać.

Ani przypiłowywać się czy przyszlifowywać do żadnego wymyślonego przez innych wizerunku, tylko z radością obserwować, co wyniknie z tej uczciwości wobec siebie i przyzwolenia na bycie taka kobietą, jaką jestem.

Mam czarne, bujne brwi, które nieustannie mi odrastają, poczucie humoru, piegi, wąs, z którym wiecznie muszę się rozprawiać, o 10 cm za krótkie nogi, skłonność do tycia, apetyt na życie i pyszne jedzenie oraz apodyktyczny charakter. To się składa na Moją całość.

No ale są tu też te dobre cechy.

Ależ ja uważam, że one wszystkie są dobre! Gdybym była o 10 cm wyższa, to nie oglądałabym świata z tej perspektywy, z której go widzę, tylko z innej, obcej! Gdybym nie miała takich bujnych brwi, to nie miałabym tak genialnej oprawy oczu, dzięki której w ogóle nie muszę się malować (śmiech)…

Zawsze myślałaś: wszystko, co we mnie, jest dobre?

No co ty! Dopiero niedawno do tego doszłam i, jak powiedziałam, jest to moje życiowe osiągnięcie. Co do cech charakteru, długo zmagałam się z nadmierną odpowiedzialnością. Co jakiś czas miałam takie zrywy, że już z tym kończę, że nie muszę być odpowiedzialna za wszystkich, matkować im, a potem jeszcze słyszeć, że narzucam się z pomocą, że wchodzę komuś w życie z butami. Ponieważ jednak nijak nie mogłam tego w sobie zwalczyć, postanowiłam, że przynajmniej popracuję nad siłą rażenia. Dziś, jeżeli ktoś mnie prosi o pomoc, to z radością mu jej udzielam, jeśli nie, staram się nie wychodzić przed szereg, co czasem mi się udaje. Dużo uczą mnie własne dzieci. Wszystkie mamy wiedzą, jak to jest, kiedy chce się dopchnąć wreszcie tę zabawkę, do której maluch pełznie przez pół dnia, ale nie robią tego, bo przecież wiedzą też, że ten mały, ambitny człowiek się wścieknie. Zrozumiałam, że bliscy mi ludzie chcą do pewnych rzeczy dojść sami i nie wolno im w tym przeszkadzać.

A ta apodyktyczność, o której wspomniałaś?

Narzekam na nią, ale jej też nie udało mi się w sobie zwalczyć. Ze zgrozą zauważam, że odziedziczyli ją po mnie obaj synowie. Momenty dochodzenia do konsensusu w rodzinie „tyranozaurusów rex” to prawdziwy Jurassic Park. A jak jeszcze dodamy do kompletu przykład klasycznego zodiakalnego Lwa…

No właśnie, jak udaje się prowadzić zgodne życie dwóm tak silnym osobowościom jak ty i twój partner, Paweł Wilczak?

Chcę, by jak najmniej naszych domowych spraw stawało się publicznymi, dlatego, najkrócej mówiąc, mieliśmy z moim partnerem bardzo dobry trening ze względu na wspólną pracę i jej specyfikę, czyli serial „Kasia i Tomek”. Często nawet nieświadomie odwołujemy się do już wcześniej wypracowanych schematów, które pozwalają nam przetrwać najtrudniejsze momenty. Myślę, że właśnie dlatego od czterech lat udaje nam się samodzielnie i właściwie bez żadnej pomocy wychowywać  dwójkę urwisów. Przyjaźń i dobra znajomość drugiej osoby to największy kapitał, jaki można wnieść do związku.

Bardzo lubię twoją Kasię z serialu „Kasia i Tomek”. Myślę, że wiele kobiet mogłoby powiedzieć: „Kasia to ja”. Zapoczątkowała też twoją karierę i związek. Była przełomowa?

Absolutnie. Zawsze powtarzam, że Jurek Bogajewicz dał mi nią ogromną szansę. Zaopiekował się moim potencjałem, zafundował wspaniałą przygodę aktorską i życiową. Będę mu za to dozgonnie wdzięczna. Długo nie mogłam wyjść z szoku, jak wiele we mnie ta rola zmieniła i jak prawie nieodczuwalnie dla mnie się to stało. Nagle byłam już po drugiej stronie z wiedzą i doświadczeniem, którego nikt mi nie odbierze. Praca z Jurkiem była jednym z najważniejszych spotkań w moim życiu. Niby zwykła, ktoś może powiedzieć, błaha rola komediowa, ale dla mnie to była ogromna dawka wiedzy o własnych możliwościach. Pamiętam, jak jeden z dziennikarzy skwitował, że Kasia to taka „głupiutka blondynka”, a wtedy Jurek odparł: „Tak?! To niech ktoś z Państwa spróbuje ją zagrać”. „Przepuszczenie” przez siebie Kasi dawało mi ogromną frajdę, ale też wiele mnie o sobie nauczyło, pozwoliło zacząć wychwytywać małe, niepozorne zdarzenia, które nadają życiu smak, no i pozwoliło zebrać materiał do mojego prywatnego doktoratu z kobiecości (śmiech).

A co dała ci rola Małgosi w „Domu nad Rozlewiskiem”?

W sensie najbardziej prozaicznym – możliwość prowadzenia takiego życia, jakiego chciałam, zostając mamą. Mamą, która ma dla dzieci czas. Dzięki niej czwarty rok pracuję tylko trzy miesiące i to jeszcze w tak cudownych okolicznościach przyrody, które pozwalają moim synkom pić mleko „od krowy”, dmuchać w dmuchawce i zaznawać atrakcji, których nie mają na co dzień w Warszawie. Jeżeli chodzi o kwestie zawodowe, ta rola pozwoliła mi zmierzyć się z książką, którą znałam i uwielbiałam. A ja pasjami lubię wyzwania. Propozycja zagrania Małgosi pojawiła się właśnie wtedy, gdy mogłam i chciałam wrócić do pracy. Byłam naładowana energią. To, co ze mnie „wyskoczyło” podczas przesłuchania, było jak ogromny pocisk, obawiałam się wtedy nawet, że zbyt wielki. Ale na szczęście producenci szybko do mnie zadzwonili (śmiech). Ta rola przyszła we właściwym momencie także dlatego, że moje życie zmieniało się wtedy o 180 stopni, podobnie jak życie Małgosi, tym więcej mogłam jej z siebie dać.

Opieka nad bliźniakami przypomina raczej pracę na fermie kurczaków niż sielskie bujanie się w bieli na fotelu. Dlatego ten warszawski pęd Małgosi z początku filmu był mi bardzo bliski i łatwy do odtworzenia, podobnie jak późniejszy mazurski spokój, który się w niej pojawiał. Z kolejnymi sezonami, w miarę jak ewoluowało moje życie, dodawałam Małgosi kolejne kolory. I czuję, że tak właśnie powinno być. W tym roku jestem już po rozpoczęciu zdjęć i znów bardzo się cieszę na tę pracę. Z radością będę codziennie o świcie wstawała i szła na chwilkę przed zdjęciami  do mojej przyczepy, gdzie nie będzie żadnych dzieci…

No i będą Mazury…

No tak… Po czterech latach zaczynam rozumieć zachwyty nad Mazurami. Doceniam uroki natury, pyszne jedzenie, ryby, jeziora, no i na ekranie prezentują się wyjątkowo malowniczo, zwłaszcza, że komarów nie widać… (śmiech). Ach, kinematografia nierzadko tworzy miejsca piękniejsze niż w rzeczywistości! Ale jeden raz nie dała rady: gdy wysiadłam na Times Square w Nowym Jorku i z wrażenia nie mogłam złapać tchu. Żaden film nie oddaje tego ogromu, tych kolorów, tej energii. Jestem przekonana, że musi tam być jakiś ogromny czakram, który ją generuje. Kocham podróże! Słyszałam ostatnio, że jest jedno miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć na własne oczy: Nowa Zelandia. Podobno jeżdżą tam sami fajni ludzie! Nie ma wyboru, trzeba jechać… (śmiech). O, i mam coś dla ciebie… Wiesz, kiedy czuję się najbardziej sexy? Właśnie w podróży! Już na lotnisku wypinam pierś do przodu, prostuję się, głowę unoszę wysoko. Czuję to już, gdy się pakuję. I nie mam wtedy, jak nigdy, żadnych problemów z doborem ubrań!

Joanna Brodzik, ur. w 1973 roku w Krośnie Odrzańskim. Aktorka filmowa i telewizyjna. Grała m.in. w serialach „Kasia i Tomek”, „Magda M.” oraz „Dom nad Rozlewiskiem”. Wystąpiła w filmach „Dzieci i ryby”, „Ogniem i mieczem”, „Pianista”, „Nigdy w życiu” czy „Jasne błękitne okna”. Za rolę w ostatnim z nich została nagrodzona na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Madrycie i Cieszyńskim Festiwalu Filmowym. Prowadziła autorskie programy telewizyjne „Ona czyli ja”, „Dookoła siebie” oraz „Brodzik od kuchni”. Laureatka Wiktora i Telekamery. Prywatnie związana z aktorem Pawłem Wilczakiem, wychowują czteroletnich bliźniaków – Jana i Franciszka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Jak rozbudzić w sobie energię do działania? 13 kroków

Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. (Fot. iStock)
Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. (Fot. iStock)
Pełni radości ludzie, żywe kolory - to wystarczający program energetyzujący. Nie ma na to lepszej pory niż późna wiosna!

Nic mi się nie chce! Za oknem piękna pogoda, a ja myślę tylko, by poleżeć w łóżku. Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. Zacznij działać, uruchom wewnętrzną siłę! Oto szczęśliwa trzynastka sposobów na pobudkę.

1. Znajdź swój rytm! Zapisz się na zajęcia taneczne. Salsa, afro dance, rock and roll – zatańcz jak lubisz. Jeśli masz wątpliwości, co wybrać, idź na lekcję próbną. I wyciągnij ze sobą kogoś znajomego. Energetyzująca muzyka jest bardzo skuteczna!

2. Spacerując, staraj się co jakiś czas zmieniać rytm kroków – idź szybciej, potem wolniej i znów szybciej. Rozglądaj się uważnie. Dostrzegaj szczegóły, zatrzymuj wzrok na kolorach. Szukaj rzeczy śmiesznych lub zaskakujących.

3. Uprawiaj sport. Wybierz coś dla siebie: jogging, aerobic, pływanie, jogę…, każda z tych form ma swoje zalety i – jak każdy sport – pobudza wydzielanie endorfin, czyli tzw. hormonów szczęścia.

4. Zaplanuj przyjemne i aktywne popołudnie. Nie przed telewizorem czy komputerem. Twój kierunek to zieleń, majowa eksplozja. Przyroda doda ci sił. Wyjedź za miasto, idź do parku, wybierz się na spacer, na rowery z przyjaciółmi. Zwłaszcza teraz, późną wiosną, kiedy wszystko jest tak intensywne – zaczerpnij do woli energii od drzew i kwiatów, ich mocy i soczystych barw.

5. Podobnie jak w przypadku innych marzeń i potrzeb – wizualizuj swoją energię. Napisz wyraźnie: „Mam mnóstwo energii” i powieś sobie taki transparent nad biurkiem w pracy lub domu. Chodzi o to, żeby to zdanie towarzyszyło ci każdego dnia. Powtarzaj je w myślach, aż zaczniesz w nie wierzyć. Wtedy stanie się tak jak chcesz!

6. Otaczaj się ludźmi pełnymi energii, unikaj maruderów. Masz do tego prawo. Możesz nawet poprosić, żeby kolega w pracy nie narzekał w twojej obecności i nie marudził. To zatruwa i odbiera energię otoczeniu.

7. Nie żyj tęsknotą za weekendem! Potrzebujesz radości z każdej chwili, a nie męczarni od poniedziałku do piątku. Pomyśl, że każdy dzień niesie swoją własną porcję energii.

8. Nie daj sobie wmówić, że jesteś na coś za stary albo za młody, że pewnych rzeczy nie wypada. Jeśli masz nagłą chęć na lody albo taniec na placu zabaw, skakankę, zabójczą czerwoną apaszkę, głośny śmiech... Czemu nie? Rób to, co uważasz za dobre dla ciebie, czyli wszystko, co ładuje cię pozytywną energią!

9. Nie dziw się, że na nic nie masz siły, jeśli śpisz 5 godzin na dobę, a od rana pijesz litrami kawę, byle tylko się obudzić. Na śnie nie da się zaoszczędzić. Każdy dorosły człowiek potrzebuje przespać w nocy minimum 7–8 godzin. Zadbaj o tę podstawową potrzebę. Wyrzuć z sypialni laptop, telewizor, a kładąc się na odpoczynek, wyłącz telefon.

10. Przed tobą trudne lub nużące zadanie? Usiądź na chwilę, zamknij oczy i przywołaj wszystkie pozytywne emocje, które pojawią się, gdy będzie już zrobione. Ulga? Radość? Zaskoczenie, że nie było takie trudne? I zabierz się do pracy! Teraz pójdzie ci szybciej i łatwiej.

11. Na koniec każdego dnia zaplanuj sobie małą przyjemność: przeczytanie fragmentu książki, wieczorny spacer, obejrzenie zdjęć. Spraw, by ten wieczór był nazajutrz miłym wspomnieniem.

12. Weź telefon i zadzwoń do kogoś, kogo kochasz i powiedz mu o tym. Nie oczekuj odwdzięczenia się tym samym, po prostu ciesz się, że spotkałeś go na swojej drodze. Przywołaj wspólne, szczęśliwe chwile.

13. Jeśli mieszkasz z partnerem, umówcie się, że każdego dnia po pracy zafundujecie sobie niestresującą, przyjemną rozmowę, a raz w tygodniu wybierzecie się tam, gdzie panuje luźna atmosfera.

Julia Nowicka - trenerka umiejętności psychologicznych.

  1. Seks

Spontaniczny seks – dlaczego nie? Jak dojrzeć do bycia spełnioną kochanką?

Wszystko jest seksualne, jeśli ma się zmysłowy stosunek do życia. Wówczas każda fajnie robiona rzecz może nas podkręcić, zauroczyć i do kogoś zbliżyć. (Fot. iStock)
Wszystko jest seksualne, jeśli ma się zmysłowy stosunek do życia. Wówczas każda fajnie robiona rzecz może nas podkręcić, zauroczyć i do kogoś zbliżyć. (Fot. iStock)
W lesie? Nie, bo gdzie tu wziąć prysznic? W samochodzie? Nie, bo jeszcze ktoś nas zobaczy. Teraz? Nie, to przecież środek dnia. Wieczorem? Ależ muszę się wyspać! Są kobiety, które prawie zawsze odmawiają partnerom. Dlaczego? I czy mogłyby być trochę szczęśliwsze, gdyby pomyślały, czemu tak robią – zastanawia się terapeutka Katarzyna Miller.

Zdarza się, że kobieta skarży się: „Mieszam zupę w garnku, a on chce się ze mną kochać. Ja nie chcę, bo dla mnie nie ma nic bardziej nieseksualnego niż gotowanie. Ale dla niego odwrotnie, to go ekscytuje”. Co wtedy?
Wygląda na to, że dla tego mężczyzny życie jest seksualne. Dla tej kobiety – nie. Wszystko jest seksualne, jeśli ma się zmysłowy stosunek do życia. Wówczas każda fajnie robiona rzecz może nas podkręcić, zauroczyć i do kogoś zbliżyć. Na przykład ktoś cudnie tańczy lub przemawia. Albo patrzymy na mężczyznę, który przyrządza sałatkę, kroi warzywa, miesza, oblizuje palce… i myślimy: co za sexy facet. I może się nam zachce go pogłaskać albo wziąć za rękę i zaprowadzić do łóżka? Dlatego dziewczyna, która mówi „nie”, bo właśnie miesza zupę z obowiązku gotowania, a nie z radości, że robi coś smacznego, odziera sobie życie z przyjemności, z erotyzmu.

Chyba że dla niej seks nie jest atrakcją.
Właśnie. Więc ona nie pozbawia się radości życia, tylko broni przed napaścią. I mamy nasz temat! Taka Alicja, czy raczej malutka Ala, wydała się za mąż, bo trzeba. Może nawet dzieci już porodziła, bo też trzeba, ale wciąż czuje się dziewczynką i nie cieszy jej, że się rozwinęła seksualnie, bo emocjonalnie się nie rozwinęła. A ktoś od niej chce, żeby była kobietą, chce usług seksualnych. I tu się pojawia to nieszczęsne: wszyscy mężczyźni tylko tego chcą. Co, niestety, nie jest prawdą!

Kobiety równie często skarżą się, że nie są napastowane przez partnera, jak na to, że są!
Musimy powiedzieć w imieniu wielu kobiet, że one chciałyby być przez swoich mężczyzn zaczepiane erotycznie przy mieszaniu zupy i w wielu innych okolicznościach przyrody. Ale znam też takie, i do nich wróćmy, które mówią o swoich facetach: „jak można ciągle mieć ochotę?”. A oni wcale nie chcą ciągle, tylko one ciągle odmawiają. W końcu jednak się godzą, więc tym mężczyznom opłaca się próbować za każdym razem – i przy zmywaniu, i w samochodzie za miastem...

A za miastem są szyszki, mrówki. I nie ma łazienki…
Łazienki!? Po co? To takie boskie – seks w lesie. Las jest jednym z piękniejszym miejsc do miłości. Napisałam w wierszu „las ma nasze ciało”... Ładne, nie? Ale kobiety często mówią mężczyźnie, który chce iść z nimi na polankę: „Nie, bo sukienka się ubrudzi i pogniecie. Spóźnimy się do znajomych na kolację i oni zobaczą, że leżeliśmy na ziemi, i się domyślą, że uprawialiśmy ten straszny seks!”. Taka kobieta ma także w głowie to, że jeśli mu w lesie ulegnie, to on pomyśli, że jest łatwa. A może nawet napalona! A ona nie życzy sobie, żeby ktoś tak o niej myślał. Bo wtedy by jeszcze czegoś więcej i częściej od niej chciał!

Może nasza Alicja jest po prostu aseksualna?
Nie mówimy tu o syndromie medycznym Alicji w krainie czarów, który polega na nieadekwatnym postrzeganiu swojego ciała – na przykład wydaje się nam, że mamy ogromne stopy. Nazwa wzięła się z tego, że w „Alicji w krainie czarów” bohaterka raz rośnie, a raz maleje. Zawsze jest nieadekwatna do sytuacji. Podobnie Ala jest nieodpowiednia do swojej roli życiowej – fizycznie jest kobietą, ale wewnętrznie czuje się dziewczynką. I nie zamierza przestać nią być, bo jej mamusia też była taka sama i Ala widziała w domu, że seks jest „be”. Może też nie chcieć urosnąć, bo ojciec miał wobec niej jakieś molestujące myśli, o które matka była zazdrosna, i dlatego odrzuciła córkę? Ala zobaczyła, że niedobrze chcieć być blisko tatusia czy chcieć czegoś od jakiegokolwiek mężczyzny. Bo ładną, porządną i czystą jest tylko wtedy, kiedy jest malutką córeczką mamusi.

Jako trzylatka byłam bardzo dumna z tego, że mam taki czysty fartuszek!
Na pytanie, jakie dzieci są nieszczęśliwe, mądra odpowiedź brzmi: czyste. Byłaś dumna z tego, że podobasz się mamie. Słowo „czysta” może dziewczynkę nieźle załatwić, zwłaszcza gdy matka jej opowiadała, że ojciec jest taki ohydny, seksualny, chce od niej tych brudnych rzeczy, które dorośli robią w nocy. Córeczka nie chciała tego słuchać, ale przecież nie mogła powiedzieć mamie: „To nie są dla mnie opowieści. Ja ich nie chcę”. Niejedna z moich pacjentek, słuchając zwierzeń matki, miała poczucie, że ją oblepiają, że matka strasznie nastawia ją przeciwko ojcu, bo bardzo jej zależy, żeby ona go nie kochała, lecz była tylko jej – mamusi. To trwa często aż do dorosłości córki, kiedy ta zda sobie sprawę, że matka ją zatruła, i choć ojciec był trudnym człowiekiem, to oprócz wad miał sporo zalet...

A może mądre kobiety wybierają strategię: „nie teraz, nie tu…”, bo wiedzą, że dzięki temu nie wygaśnie jego pożądanie?
Jeśli mężczyzna jest tak niedojrzały, że kręci go to, że kobieta nie chce z nim spać, to będzie miał za swoje. A jeśli będzie miał dość jej strategii, pójdzie gdzieś, gdzie usłyszy ochocze „tak!”. Wtedy ona nazwie go łajdakiem i będzie grała rolę skrzywdzonej.

Czy jednak będąc łatwo dostępnymi, nie przestajemy być atrakcyjne?
Dla mężczyzny szalenie podniecająca jest radość kobiety z seksu. Ile razy ona będzie ją przeżywać, jemu się to nie znudzi. Rajcuje go, że on jej to daje. Natomiast zrażająca mężczyzn łatwość kobiety może oznaczać, że ona godzi się na coś, czego nie lubi, na coś, co jej nie cieszy, a tylko pozwala robić ze sobą to, co on chce. Wtedy dorosły facet może się nią znudzić. Nie znudzi się, jeśli jest niedojrzały i lubi rządzić: „teraz połóż się tak, a teraz tak!”, i nie dba o to, czy jej jest dobrze. Albo też lubi mieć pewność, że ona nigdzie indziej nie pójdzie po seks, bo po prostu nie jest rozbudzona. Są przecież mężczyźni obawiający się seksualnych kobiet.

Zresztą kobieta, o której mówiłaś, stosująca strategię odmawiania seksu, to nie nasza Ala, bo Ala nie wykorzystuje sztuczek seksualnych do manipulacji partnerem. Ala jest niewinna.

Co to znaczy niewinna?
Jest dziewczynką. Najbardziej chciałaby, żeby on ją przytulał, chwalił, bawił się z nią i rozmawiał. Był takim nowym tatą. A ponieważ takie udawanie dziewczynki bywa bardzo pociągające dla wielu mężczyzn, Ala nie jest samotna. I to nie musi oznaczać pedofilii. Żyjemy po prostu w kulturze mężczyzn niedojrzałych, chłopców, którzy lubią „dziewczynki”, bo one nie zagrażają ich poczuciu bezpieczeństwa dlatego właśnie, że są niewinne. Nie trzeba przy nich być samcem, wystarczy z nimi bawić się w dom, rozmawiać i je lubić. Ala nie ma nic wspólnego z Lolitą opisaną przez Nabokova, nie ma w sobie ani grama perwersji – jest ciekawa świata, przygód, ale nie seksualnych. Do nich jeszcze nie dojrzała i może nigdy nie dojrzeje.

Czy jeśli zechce, może dorosnąć do bycia szczęśliwą kochanką?
To zależy od niej. Od tego, na ile wierzy, że tylko czyste jest niewinne i dobre... Czy nadal bardzo nie chce się pobrudzić? Czy jest w stanie zapragnąć seksu jako czegoś, czego dotąd nie poznała, i nie bać się, że mamusia będzie na nią zła? A to niełatwe, bo ona jest silnie związana z mamusią. Często dostrzegam zlanie córki z matką. Powstaje, gdy niedojrzałe kobiety godzą się na seks tylko po to, żeby mieć dziecko. I jeśli im się to uda, dzieciątko jest wyłącznie ich: „to jest moja mała dziewczynka!”. Chcą mieć właśnie córeczkę, a nie synka. Myślą: „To ma być moja własna, czysta dziewczynka. Już zawsze będziemy szczęśliwe we dwie i nikt nas nie zbruka” wtedy. Jeśli matka tak działa, córka czuje się jej częścią, często nawet gdy dorośnie. Czuje się bezpieczna tylko z mamusią, która wie o niej wszystko, córka jest dla niej całym światem. Czyli jest też nieadekwatna do rzeczywistości. Jak w tej bajce…

Co ma zrobić Ala, która chce być Alicją?
Dorosnąć. Zrezygnować z mitu cudownej przyjaźni i bliskości z matką. Przeżyć stratę tej iluzji, nie przestraszyć się bólu wyodrębnienia, odkleić się od niej. Zdać sobie sprawę z tego, co mamusia jej zrobiła, ale także zrozumieć ze smutkiem, żalem i ze złością, że z powodu tego, co matka kładła jej do głowy w dzieciństwie, teraz wszyscy mężczyźni wydają się jej obrzydliwi. Jeśli Ali uda się dostrzec tę zależność, zacznie zmieniać się z kobiety, która uznaje seks za coś brukającego, w kobietę, która seks lubi i potrafi z niego czerpać radość.

Trudno spojrzeć tak krytycznie na matkę. Tym bardziej że ojcowie to rzadko anioły.
A niby skąd mają się brać anioły?! Rzadko jednak to zło wcielone. Ważniejsze od oceny ojców jest to, że Ale zatrzymały się na jakimś etapie rozwoju i nawet nie muszą o tym wiedzieć ani też chcieć tego zmieniać. Jeśli jednak poczują, że czegoś im brak, że coś się nie spełniło w ich życiu, mogą albo cierpieć w cichości, albo zacząć szukać rozwiązania.

Kobieta jest zdolna do konfrontacji z matką, dopiero kiedy ma w życiu coś pewnego i solidnego, na czym podczas tej konfrontacji będzie mogła się oprzeć. Może to być wiedza, umiejętności, kariera, pieniądze, powodzenie, spełnione marzenia. Lub lojalny, kochający, pomagający w rozwoju partner. Jeśli jeszcze sięgnie po pomoc psychologa, jest na dobrej drodze.

A jeśli jest kurą domową?
Przecież może odnieść sukces jako pani domu. Terapia pomoże jej docenić, że stworzyła dom, wychowała dzieci. Często kobiety, które sobie nie ufają, nawet jeśli wiele zrobiły, nie cenią tego. Trzeba im to pokazać. Kiedy przyjmą do wiadomości, że to ich własny sukces, może wzrosnąć ich wiara i zaufanie do siebie. A wówczas ta część, która jest spełniona zawodowo i społecznie, może pomóc wewnętrznej dziewczynce wydostać się z króliczej nory, w której się schowała, i dorosnąć.

I kiedy partner zacznie ją napastować przy zupie…
To odwróci się do niego, pocałuje i powie: „kochanie, jak to miło, że mnie przytulasz”. A gdy usłyszy: „chodźmy do łóżka”, wyłączy gaz pod garnkiem i pójdzie – o ile ma na seks ochotę! Albo powie: „najpierw zjem zupę, bo jestem głodna”. Ważne, żeby nie musiała zachowywać się zawsze tak samo. Człowiek dojrzały reaguje różnie, w zależności od tego, co czuje i czego chce. Więc pewna siebie Alicja raz może fuknąć na męża: „teraz mi nie przeszkadzaj, tworzę wybitną zupę”, a raz powiedzieć zalotnie: „Oj, ty, ty! Ty to jesteś!”. Albo patrząc mu głęboko w oczy, stwierdzić: „poczekaj do wieczora, będzie ci jeszcze bardziej smakowało”.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Baw mnie, czyli seks i śmiech

Potraktowanie seksu jako dobrej zabawy, wcale nie oznacza jego dewaluacji. Wprost przeciwnie. – Zabawa to stan, który pozwala być „tu i teraz” – podkreśla seksuolożka i psycholożka Małgorzata Zaryczna. (Fot. iStock)
Potraktowanie seksu jako dobrej zabawy, wcale nie oznacza jego dewaluacji. Wprost przeciwnie. – Zabawa to stan, który pozwala być „tu i teraz” – podkreśla seksuolożka i psycholożka Małgorzata Zaryczna. (Fot. iStock)
Choć stroimy sobie żarty z religii czy polityki, to w kwestii pożycia seksualnego często jesteśmy śmiertelnie poważni. Tymczasem śmiech nie tylko rozładowuje napiętą sytuację, ale też pozwala czerpać prawdziwą radość z erotycznych uniesień.

Karmieni od dzieciństwa mitem o jedynej i prawdziwej miłości, w łóżku pragniemy romantycznych uniesień, zjednoczenia ciał i dusz. Z kolei tradycja chrześcijańska i patriarchalny model społeczeństwa każą wiernym spełniać małżeński obowiązek, lecz za główny cel stawiają im prokreację.

Dużo zamętu wprowadza też współczesny kult przyjemności, który co prawda stawia seks na piedestale, tyle tylko, że traktuje go wyłącznie jako źródło doraźnej rozkoszy, pozbawia natomiast głębi. Zaleca jako najlepszy lek na chandrę, samotność czy stres, ale też nienaturalnie wyśrubowuje standardy. Nie mieć ochoty na seks czy nie czerpać z niego przyjemności – po prostu wstyd.

I gdzie tu miejsce na niczym niezmąconą radość z seksu albo szczery śmiech? Ten ostatni, zwłaszcza w alkowie, prędzej kojarzy się kochankom z… byciem wyśmianym. – Większość ludzi uważa, że śmiech czy żarty podczas seksu są nie na miejscu, bo to jakby z sacrum czynić profanum – uważa Małgorzata Zaryczna, seksuolożka i psycholożka. – Nasza kultura nawet pewnych siebie obciąża poczuciem winy i nadmierną odpowiedzialnością w stosunku do erotycznych figli.

Taka postawa może stać się poważnym problemem. Tym bardziej, że w łóżku jesteśmy nadzy nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie, więc bardziej wrażliwi i podatni na krytykę. – Jednym z najgłębiej zakorzenionych ludzkich lęków jest obawa przed ośmieszeniem i upokorzeniem, a kiedy się boimy, nie jest nam do śmiechu – konstatuje Małgorzata Zaryczna.

Trudne początki

To prawda: intymne sytuacje konfrontują nas z naszymi kompleksami i strachami. Właściwie powinniśmy się z nich śmiać, pomyśleć, że inni mają dokładnie takie same problemy, tymczasem niepotrzebnie je rozdmuchujemy. Idąc do łóżka, chcemy być ze sobą jak najbliżej, ale coraz częściej jesteśmy od siebie... jak najdalej. Mężczyzna, zamiast na partnerce, skupia się na tym, czy się sprawdzi. Z kolei umysł kobiety bardziej od seksualnych fantazji potrafi zaprzątać troska o to, czy on nie zauważy fałdki na jej brzuchu.

– W rezultacie w tym łóżku spotyka się dwoje ludzi, którzy są skupieni na sobie, zamiast na partnerze – zauważa seksuolożka. – Skoncentrowani na potencjalnych potknięciach, nie tyle czerpiemy radość z seksu, co staramy się zapobiec klęsce. Więc śmiech w łóżku? Jaki śmiech?

Tymczasem trochę dystansu i poczucia humoru przydaje się, nawet bardzo, zwłaszcza na początku erotycznej relacji. Nie tylko tej pierwszej w życiu, ale z każdym nowym partnerem. Wtedy bowiem towarzyszy nam lęk przed nieznanym. Konfrontujemy się z nową sytuacją, nową osobą, nowymi oczekiwaniami i… bardzo się spinamy. Często nastawiamy się na to, że ten pierwszy raz powinien być wspaniałym, niezapomnianym przeżyciem. A gdy tak się nie dzieje – co jest dość powszechne – stres, zażenowanie, poczucie klęski i dyskomfort sięgają zenitu. Im więcej napięcia, tym trudniej poczuć się swobodnie i zwyczajnie sobą cieszyć. I koło się zamyka. Gdybyśmy potrafili podejść do sytuacji z dystansem i humorem, moglibyśmy sobie ją znacznie ułatwić, a nierzadko wręcz uratować. Na dodatek wszystko pogarszają… wszechobecne media.

– Z jednej strony popularyzowanie wiedzy o seksie jest ze wszech miar pożyteczne – uważa Zaryczna. – Ale z drugiej, nagłaśniane standardy są tak wyśrubowane, że boimy się im nie sprostać.

Orgazm? Ma być taki, jak w filmach, niczym trzęsienie ziemi. Efekt? Seks kojarzy się ludziom z wymaganiami, swoistym egzaminem. Nic dziwnego, że nie jest nam do śmiechu – bo komu by się chciało śmiać na przykład na myśl o rozmowie kwalifikacyjnej?

Kilka pomysłów

Potraktowanie seksu jako dobrej zabawy, wcale nie oznacza jego dewaluacji. Wprost przeciwnie. – Zabawa to stan, który pozwala być „tu i teraz”. Cenny zwłaszcza dla kobiet, które mają tendencje do krążenia myślami wokół kłopotów w pracy, choroby dziecka czy niezapłaconych rachunków. Takie myśli wykluczają raczej przyjemność – podkreśla Małgorzata Zaryczna.

Nie od razu musimy uciekać się do skomplikowanych erotycznych sztuczek. Można zacząć od tego, co odpręża, wprawia w dobry nastrój, rozluźnia, wywołuje uczucie zadowolenia. Zabawą jest każda forma bliskości, która sprawia partnerom przyjemność. Jeśli wyrażanie radości w sypialni początkowo nas krępuje, zacznijmy od tego, żeby ze sobą razem pobyć, oswoić nagość.

– Na początku nie musi to być związane z seksem – uważa seksuolożka. Jest mnóstwo możliwości: rozwiązywanie krzyżówek, gra w scrabble, w „zgadnij, co to za postać”, w co kto chce, ale... nago. Piknik na łóżku z papierowymi talerzykami i mnóstwem ulubionych smakołyków. Bitwa na poduszki? Czemu nie! Skorzystanie z wynalazków w rodzaju jadalnych farb czy jeszcze lepiej z tradycyjnych przysmaków w nowej roli: dlaczego by nie wymazać się wzajemnie czekoladą, a potem zlizać ją z siebie – bez zamartwiania się o pościel, bo od czegóż współczesne proszki do prania? Możemy też wziąć do łóżka owoce i zjeść je z najśmieszniejszych miejsc, jakie nam przyjdą do głowy, np. z czubka małego palca u nogi czy z pępka. Kupić prezerwatywy w różnych smakach i żartować z nich do woli.

Każda forma zabawy sprawiająca przyjemność obojgu kochankom jest dobra. Śmiech w sypialni krępuje? Zacznijmy od tego, żeby ze sobą razem pobyć. Może nago?

– Chodzi o to, żeby było wesoło, niezobowiązująco, a przede wszystkim razem – mówi Zaryczna. – Wspólne przeżywanie radości bardzo zbliża ludzi. Kiedy się śmiejemy, porzucamy napięcia, lęki, niepokoje i wypracowane sposoby zachowania. Jesteśmy po prostu sobą. Łóżko zbliża, śmiech zbliża – a łóżko pełne śmiechu zbliża podwójnie.

Jak bawią się ludzie wyluzowani? W odgrywanie ról, teatr: scenę pierwszego spotkania, uwodzenia. W udawanie nieznajomych, którzy mówią do siebie per pan i pani. Albo wcielają się w ulubione postacie z książek czy filmu, na przykład stają na chwilę Romeo i Julią, mówią zabawnym, staromodnym językiem o miłości i tym, co chcieliby dziś robić w sypialni. To zresztą można również zakomunikować... na migi!

Szczypty lub salwy śmiechu mogą dostarczyć erotyczne zakupy. Choćby specjalne kości do gry: za ich pomocą los wybiera, gdzie i w jakiej pozycji będziecie się kochać. Albo pisanie sobie na plecach erotycznych fantazji i zamówień. Niektórych niezmiernie bawi nadawanie imion lub przezwisk narządom płciowym, ale trzeba zachować w tym przytomność – mąż może poczuć się urażony, gdy nazwiemy jego penisa „krasnoludkiem”…

– Bawiąc się, okazujemy sobie nawzajem otwartość, bliskość, chęć realizacji pragnień drugiej osoby. To przecież wspaniałe – tłumaczy psycholożka. – Granicą kreatywności w zabawie jest tolerancja partnera. Żartowanie w łóżku musi się spotkać z akceptacją drugiej strony, to podstawowy warunek! Gdy widzimy, że jej lub jemu to się nie podoba, trzeba się wycofać. Żart ma być żartem, a nie czymś, co boli. Z dowcipami lepiej też uważać przy nowo poznanej osobie, bo nie znając jej poczucia humoru, możemy niechcący ją urazić. Ale w stałym związku, żart może zadziałać jak odblowanie tamy: kiedy pierwsze opory już puszczą, radość popłynie swobodnie. Opadnie napięcie i poznamy smak świetnej zabawy.

Żartem na ratunek

Każdemu zapewne zdarzyła się – a jeśli nie, na pewno się zdarzy – sytuacja, która zawstydza, wprawia w konsternację, rodzi nerwowe pytanie: „co robić, jak mam się teraz zachować”.

W ferworze miłosnym może ktoś spadł z łóżka lub bardzo dbająca o urodę kochanka odkryje na pupie sporą krostę – i jak tu teraz kokieteryjnie wypiąć przed partnerem pośladki… Bywa, że niesforne ciało wyda niekontrolowany, ale całkiem naturalny odgłos… – Niektórzy wycofują się ze zbliżenia na samą myśl, że coś takiego mogłoby ich spotkać. Ale jeśli potrafimy się z tego śmiać, problem przestanie istnieć. Wiemy, że damy sobie radę i takie sytuacje nie będą nas spinać – mówi seksuolożka.

Zamiast traktować wszystko śmiertelnie poważnie, lepiej obrócić konsternację w żart. Posłużmy się tu przykładem z rozbrajającej książeczki Pierre’a Thomasa Nicolasa Hurtauta „Sztuka pierdzenia”, wydanej po raz pierwszy we Francji w 1751 roku. Opisany w niej kochanek w obliczu niekontrolowanego ujścia gazów w towarzystwie wybranki postanowił nazwać je… miłosnym westchnieniem: „Me serce przepełnione łzami/Strasznie nabrzmiałe westchnieniami/Na widok zaciekłości Pani/Westchnienie jedno przemieniło/Tak, że z lęku przed ustami/Przez inny kanał się przebiło”.

A co, jeśli druga strona zażartuje sobie rubasznie z twojego faux pas? – To przecież po to, żeby pomóc partnerowi – zdecydowanie podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Nie ma co się obrażać, przecież w takiej sytuacji nie zawsze przychodzą kochankom do głowy inteligentne żarty. Przypiszmy wtedy partnerowi dobre intencje, próbę rozładowania sytuacji, nie chęć poniżenia i ośmieszenia.

A kiedy wpadka zdarzy się partnerowi? Nie wolno dać mu odczuć, że się z niego śmiejemy. W takiej chwili najlepiej przywołać jakieś zdarzenie ze swojego życia, np.: „Mnie też się to kiedyś zdarzyło. Myślałam, że spalę się ze wstydu, a przecież to drobiazg” albo „Umiesz sobie fajnie poradzić, ja kiedyś omal nie umarłam ze wstydu”. Ale warto reagować. Czasem nie żart, lecz drętwa cisza jest bardziej konsternująca.

  1. Seks

Kochasz tak, jak oddychasz

Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. (Fot. iStock)
Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. (Fot. iStock)
Kiedy podczas seksu oddychamy głęboko, w naturalnym rytmie, doświadczamy znacznie więcej. Nie tylko erotycznie. Nasze ciała przekazują sobie uczucia, skóra staje się bardziej wrażliwa – mówi Grzegorz Pawłowski, autor książki „Oddech. Oddychaj świadomie, żyj pełniej”.

Ciało. Są na nim miejsca, których pieszczenie daje nam szczególnie wiele przyjemności. Ale bywa, że przyjemności towarzyszą zaskakujące uczucia zażenowania lub nawet dreszcze niechęci czy bólu. Pupa na przykład jest szczególnie wrażliwa na dotyk. Jednak też w pupę dostawaliśmy jako dzieci zawstydzające klapsy, bolesne uderzenia paskiem czy zastrzyki. Kiedy mężczyzna głaszcze, pieści, całuje pośladki kobiety – jest jej cudownie. Bywa jednak, że zmysłowej przyjemności towarzyszy cień zawstydzenia, niechęci, a nawet bólu. Skąd? Łatwo pomyśleć, że ona po prostu nie chce, by ją dotykał, że go nie kocha. Wcale nie. Jej odczucia mogą wypływać z przeszłości, z tego, co przeżyła jako dziecko, o czym wydawało się, że nie pamięta. Nie pamięta, ale jej ciało te bolesne odczucia jakby zapisało. A teraz dzięki poruszeniu, jakie wzbudził seks, to, co wtedy czuła, „wyszło z ciała na powierzchnię świadomości”. Jeśli zabraknie jej ciekawości, skąd ta niechęć, może uznać, że nie lubi pieszczot albo nawet w ogóle seksu. Może urazić bliskiego sobie człowieka, odrzucając go.

– Szkoda by było, bo ciało można oczyścić z bolesnych przeżyć i otworzyć na naturalne odczuwanie przyjemności – mówi Grzegorz Pawłowski, trener i life coach pracy z oddechem. – Transformujący oddech nam w tym pomoże.

To technika polegająca na uwolnieniu się od bolesnych przeżyć poprzez pracę właśnie z oddechem. Psychiatra Wilhelm Reich i psycholog Alexander Lowen to prekursorzy psychoterapii poprzez ciało i oddech. Ich drogę kontynuuje Grzegorz Pawłowski, twórca praktyki transformującego oddechu.

– Zastosowanie transformującego oddechu nie wymaga stu lat praktyki ani szczególnych umiejętności – wyjaśnia life coach. – Na początek wystarczy skupić się na oddechu, wyobrażając sobie, że dociera on właśnie w to miejsce, które odczuwa zawstydzenie czy ból. Zwizualizować sobie, że tym miejscem w ciele oddychamy. Wówczas razem z każdym wydechem ciało się oczyszcza, a my odzyskujemy naturalny sposób odczuwania.

Oczywiście, nie dzieje się to od razu, czasem koniecznych jest kilka sesji, ale zawsze, niezależnie od tego, jaka była przyczyna „zaburzenia”, oddech pomaga.

– Seks jest przestrzenią okołoterapeutyczną, bo może obudzić zaskakujące doznania. Uruchamia uczucia, od których dawno się odcięliśmy – mówi Grzegorz Pawłowski. – Dlatego czasem w łóżku kobieta płacze, a mężczyzna czuje złość lub odwrotnie – mężczyzna czuje się małym chłopcem, a kobieta jest rozczarowana. Nieważne, jakie uczucie się pojawiło, razem z nim pojawia się ten, kto go doświadczył, czyli zazwyczaj my z czasu, kiedy byliśmy dziećmi.

Oddech transformujący może pomóc płaczącej dziewczynce i złoszczącemu się chłopcu. Energia skrzywdzonej dziewczynki blokowała w dorosłej kobiecie seksualność. Tak jak energia skrzywdzonego chłopca blokowała w mężczyźnie kontakt z męskością.

Teraz ich życie seksualne może zostać uzdrowione. Ważne więc, by gdy pojawiają się np. łzy czy frustracja, nie uciekać. A jeśli już, to wrócić i podzielić się tym, co się przemyślało: „Chcę, żebyś wiedział, że poczułam w seksie coś, czego się przestraszyłam”. Warto nie uciekać od takich doświadczeń, bo dzięki oddechowi możemy odnaleźć przyczynę swojego lęku i oczyścić z niej ciało, uczucia i umysł. Kochać, przeżywać więcej dobrych uczuć i móc doświadczać pełniej pieszczot.

Blokujące przekonania

– Są kobiety i mężczyźni, którzy twierdzą, że seksu nie lubią. Są też tacy, którzy mówią, że palą, bo lubią – śmieje się trener. – Niechęć do seksu bywa rezultatem nieświadomego zakazu, bo seks jest czymś naturalnym i żeby go nie chcieć lub nie lubić, trzeba mieć jakieś przykre, blokujące doświadczenia. Na ich podstawie podejmujemy wówczas decyzję, że seks jest nie dla mnie. I ta decyzja małego dziecka, które przeżyło szok zawstydzenia czy lęku, zakłóca dorosłą miłość.

Przekonania, które kontrolują nas i naszą seksualność, powstają z myśli, którym towarzyszyły silne emocje. Patrząc np. na zawstydzoną, upokorzoną nagością mamę, córka uczy się, że ciało i seksualność są złe. Silne emocje powodują reakcje ciała: skulenie, rumieńce itp., ciało je zapamiętuje jako reakcję na nagość czy bliskość fizyczną. W życiu zawstydzonej dziewczynki nagie ciało nie będzie przyjmowane naturalnie. Przekonania zakłócają i zubożają nasze reakcje i odczucia także dlatego, że zakłócają oddech: spłycając go i wydłużając przerwy między wdechem a wydechem. Kiedy się rodzimy, kiedy śpimy głębokim snem, nasz oddech jest płynny: wdech przechodzi w wydech. Nie ma między nimi przerw. Kiedy przeżywamy silne emocje – a do nich należy lęk przed bólem czy poniżeniem – odruchowo wstrzymujemy powietrze. Robimy to automatycznie tak jak wtedy, gdy kulimy się, kiedy chcemy ochronić się przed ciosem. Wstrzymanie oddechu pomaga nam odciąć się od ciała, od tego, co ono czuje, i od tego, co czuje nasze serce.

Jeśli mocno i długo doświadczaliśmy lęku czy wstydu, zapewne został zakłócony na stałe nasz naturalny rytm oddechu – interwały między wdechem a wydechem są znaczne. Trudniej nam też powiedzieć, co czujemy. Wstrzymując oddech, odcinamy się nie tylko od bólu czy trwogi, ale też od rozkoszy.

Kobiecość jako zagrożenie

Oddech wody – tak nazywa się jedna z technik oddechowych, która oczyszcza energię kobiecości. Polega m.in. na delikatnym wysuwaniu miednicy do przodu, a następnie cofaniu, przy czym ruch do przodu wykonujemy na wydechu, a do tyłu na wdechu. Elementem oddechu wody jest także ruch kolisty bioder przy właściwej sekwencji wdechu i wydechu. Jeśli tym, wydawać by się mogło, prostym ćwiczeniom towarzyszy świadomy oddech, w ciele mogą się pojawić zaskakujące odczucia i myśli, np. niechęć do własnej kobiecości: „Tak tyłkiem ruszają tylko puszczalskie!”.

– Podczas sesji transformującego oddechu kobiety podobnie jak mężczyźni często odkrywają w sobie nieuświadomione, wyniesione z kultury, blokujące oddech przekonania. Radość życia i miłości zakłócają im często nieświadome przekonania dotyczące kobiecości (np. że jest „brudna i grzeszna”) albo męskości („On chce tylko jednego, wykorzysta i odejdzie”). Wówczas praca z transformującym oddechem może pomóc, by ciało stało się w umyśle kobiety „piękne i niosące rozkosz”, a mężczyzna „opiekuńczy i silny”.

– Zazwyczaj u kobiet te przekonania wyrażają się w formie oporu przed odczuwaniem przyjemności zmysłowej – tłumaczy Grzegorz Pawłowski. – W ich ciele zapisana bywa pamięć babć czy matek, a nawet całych pokoleń kobiet, które cierpiały z powodu przyjemności seksualnej. Bo przecież kobieta otwarta na zmysły, atrakcyjna nazywana bywa łatwą. Ten motyw obecny jest choćby w filmie „Malèna”. Z tego lęku stanowiącego dziedzictwo kulturowe kobiet można się oczyścić, a dzięki transformującemu oddechowi odzyskać kontakt ze swoją kobiecością.

Po co terapia oddechem?

– Kobiety często przychodzą na sesje oddechowe, by pomóc sobie w depresji czy w poczuciu życiowego zagubienia. Powodem może być kryzys w związku, rozstanie czy problemy w pracy, nie bywa nim natomiast brak ochoty na seks, kłopoty z orgazmem czy wstyd – mówi Grzegorz Pawłowski.

Ale podczas sesji transformującego oddechu razem z energią życiową można – nawet nie myśląc o seksualności – odzyskać libido. Przykład uzdrawiającego działania oddechu to np. doświadczenie 35-letniej kobiety, od której odszedł mąż, zostawiając ją samą z trojgiem małych dzieci. Nie chciała żyć, a co dopiero się kochać. Po kilku sesjach oddechowych odzyskała radość życia mimo odczuwanej ciągle straty. Zaczęła też promieniować erotyzmem, który każdy w niej wyczuwał. Szybko pojawił się zainteresowany nią mężczyzna i mogła dokonać wyboru, czy chce nowego związku.

– Kiedy ktoś mówi: „Czuję się zablokowany seksualnie”, to zaczynamy pracę nad tym zablokowaniem – tłumaczy trener. – Jeśli stwierdzi: „Chcę sobie pozwolić czuć więcej przyjemności”, to mamy punkt wyjścia. Może się okazać, że podczas pracy nad oddechem pojawi się w ciele jakieś odczucie, a wraz z nim myśl, np. że dotyk jest „brudny”. Wtedy zaczynamy nad tym pracować i uwalniamy potencjał erotyczny.

Dwa rodzaje seksu

Warto zainteresować się tym, jak oddychamy, kochając się, bo ze względu na oddech możemy mówić o dwóch rodzajach seksu i o tym, czy on buduje emocjonalną więź między kochankami.

Pierwszy rodzaj: kiedy wstrzymujemy oddech. Wtedy zazwyczaj nasza seksualność nastawiona jest na szybkie rozładowanie napięcia, czyli na sam orgazm. To stereotypowo męska postawa. Taki seks nie buduje bliskości.

Drugi rodzaj seksu i oddychania oparty jest na naturalnym rytmie wdechu i wydechu: głębokim, z małymi interwałami. Dwoje tak oddychających ludzi nastawionych jest na czułość, delikatność – na współodczuwanie. Na bliskość. Tradycyjnie taki rodzaj seksu jest bardziej kobiecy.

Kiedy więc podczas miłości oddychamy świadomie – czego można się nauczyć – doświadczamy znacznie więcej. Nie tylko erotycznie. Nasze ciała komunikują się, przekazują sobie uczucia.

– Gdy wyobrazimy sobie, że „oddychamy” miejscem, które dotykamy u partnera, jego i nasza skóra stają się bardziej wrażliwe. Bardziej też jesteśmy obecni, bardziej tu i teraz. Intymniej ze sobą – mówi Pawłowski.

– Ludzie nie przychodzą do mnie po to, aby mieć lepszy seks. Ale dzięki zmianie, jaka dokonuje się w ich życiu za sprawą siły transformującego oddechu, ich życie seksualne staje się dużo bardziej żywe. Esencją mojej pracy z oddechem nie jest sam oddech, ale to, żeby czuć radość bycia sobą w każdej chwili, i kiedy jesteś sama, i kiedy jesteś z bliską osobą, i kiedy jesteś w grupie. To nie stan wieczny i ekstatyczny, ale może się pojawiać coraz częściej. To podstawa udanego życia i udanego związku. Odrzucam mit dwóch połówek, które muszą się ze sobą skleić, by tak się poczuć.

Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. Oddech pomaga jej odkryć pełnię doznań ciała. Poczuć, jak przepływa energia seksualna. Energia ta nie musi być od razu rozładowana w sypialni. Po prostu można się nią cieszyć, czuć, jak płynie przez ciało. Kobieta cała emanuje taką seksualnością, co sprawia, że staje się wyjątkowo atrakcyjna. Kiedy poznaje mężczyznę świadomego swojej seksualności, otwartego, to jej życie diametralnie się zmienia. Seks? Nie on jest najważniejszy, najważniejsze jest spotkanie z samą sobą poprzez spotkanie z drugim człowiekiem. Oddanie siebie i bycie zaakceptowaną.

– Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które ma wszystkie narzędzia, by być szczęśliwymi. – mówi Grzegorz Pawłowski. – Warto znaleźć te, które okażą się pomocne nam samym. Może będzie to właśnie transformujący oddech?

Dzięki praktycznym poradom i ćwiczeniom nauczysz się w prosty sposób wykorzystywać oddech do poprawienia jakości swojego życia. Poznasz wartościowe narzędzia i przyswoisz cenne umiejętności. I co najważniejsze – szybko zaczniesz widzieć i czuć efekty w codziennym życiu.

  1. Seks

Niskie libido – o co należy siebie zapytać?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Zmniejszone potrzeby seksualne mogą się pojawiać tymczasowo w różnych okresach życia. Zdarzają się momenty, w których jedna sfera staje się najważniejsza i podporządkowuje się jej inne.

Tymczasowa koncentracja na pracy, nauce czy dziecku w sposób oczywisty może wpływać na potrzeby seksualne i nie ma w tym nic dziwnego ani złego (jeżeli zawsze spędzasz długie godziny w pracy, nie oszukuj się – z jakiegoś powodu nie masz ochoty wracać do domu). Co jednak zrobić, kiedy pozostaje się w satysfakcjonującym związku i teoretycznie chce się uprawiać seks, ale w praktyce okazuje się to niemożliwe i prowadzi nie tylko do obniżenia nastroju, lecz także do pogorszenia relacji między partnerami/partnerkami?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. Jeżeli znajdziemy się takiej sytuacji, to nie powód do paniki i zadręczania się. Warto wtedy spokojnie zastanowić się nad całą naszą sferą seksualną i emocjonalną oraz dokonać swoistego bilansu. Jeżeli wnioski sprawią, że coś w sobie zmienimy albo przekształcimy relację z partnerem, doświadczenie to okaże się zbawienne.

Dobra relacja i możliwość komunikowania swoich potrzeb dają podstawę do satysfakcjonującego seksu. Jeżeli w związku jest przemoc, jedna ze stron zmusza drugą do niechcianych zachowań seksualnych albo nie potrafimy pokazać, że coś nam nie odpowiada, potrzeby seksualne w sposób naturalny będą minimalne.

W pierwszej kolejności trzeba zadać sobie następujące pytania:

  • czy od początku uważałam partnera/partnerkę za atrakcyjnego/atrakcyjną fizycznie i seksualnie? Czy w naszej relacji dominowała raczej czułość i przyjaźń?
  • czy byłam zadowolona podczas naszych pierwszych kontaktów fizycznych? Jakim kochankiem okazał się mój partner? Czy mojej partnerce zależy głównie na swojej przyjemności?
  • czy wspólnie dbaliśmy o siebie podczas seksu? Czy także poza sypialnią partner okazuje mi szacunek i przywiązanie? Czy przedyskutowaliśmy sprawę antykoncepcji i czuję w pełni bezpieczna?
  • czy możemy otwarcie rozmawiać i wyrażać swoje potrzeby? Czy jestem przekonana, że kobieta ma prawo domagać się satysfakcjonującego seksu i to robię? Czy mówienie o seksualności wywołuje u mnie wstyd i wolę nic nie mówić? Czy komunikowałam to, czego chcę i czy było to brane pod uwagę?
  • czy mój partner zmienił się? Czy jest w nim coś, co mnie szczególnie niepokoi? Czy pojawia się coraz więcej napięć i konfliktów? Czy moja partnerka robi coś, co mnie denerwuje i nie możemy dojść do porozumienia?
  • czy zmieniłam się fizycznie? Czy chętnie oglądam się nago i akceptuję swoje ciało? Czy podczas seksu koncentruję się na tym, jak wyglądam i czy widać moje fałdki, cellulit i rozstępy zamiast skupić się na przyjemności?

Odpowiedzi na te pytania mogą boleśnie nas zaskoczyć. Warto badać swoje reakcje, szczególnie wtedy, kiedy czujemy jakiś dyskomfort. Nie próbujmy same przed sobą tłumaczyć partnera lub partnerkę: „ale ja go kocham”, „nie wyobrażam sobie, że mogłabym ją zostawić”. Nierozwiązane problemy seksualne same się nie rozwiążą. Konfrontacja z nimi to podstawa poradzenia sobie.

Zbyt łatwo wpada się w pułapkę najłatwiejszego rozwiązania. Wydaje się nim medycyna – kobiety szukają cudownego leku, który przywróci libido i energię. Na forach internetowych można znaleźć wiele pytań o dostępne na rynku suplementy. Jak sama nazwa wskazuje nie mają one statusu leków, czyli udowodnionego działania, więc ewentualnie można je potraktować jako placebo i przyjmować przez krótki czas. Nawet jeżeli naukowcy wymyśliliby cudowną pigułkę (a jeszcze do tego nie doszło), to i tak jej przyjmowanie jest rozwiązaniem tymczasowym.