1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Joanna Brodzik: Niejaką siłę posiadam

Joanna Brodzik: Niejaką siłę posiadam

Fot. Rafał Masłow
Fot. Rafał Masłow
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Zawodowo trudni się generowaniem i przetwarzaniem dobrej energii. Wykazuje dużą zdolność do zmian. Nie miała okazji pobyć dziewczyną, teraz nadrabia. W jakim miejscu świata zabrakło jej tchu? I czy wiertarki są sexy?

Ja tu o seksapilu przyszłam porozmawiać…

No to ja sobie raczej pójdę (śmiech)... Dziś rano miałam ogromny problem z dobraniem bluzki do spódnicy, nadal nie jestem zadowolona z wyboru, włosy wczorajsze i w kucyk, nie będę więc, według schematów, dobrą rozmówczynią „w tym temacie”...

To zacznijmy może od definicji. Seksapil. Czym jest?

No jak to czym? Energią, siłą życiową, czymś, co sprawia, że stoi trzysta osób i patrzysz tylko na Tę jedną. Odkąd bacznie obserwuję dzieci, jestem pewna, że my się z tą siłą rodzimy. Umówmy się, można nauczyć się dobierać spódnicę do bluzki albo scedować to na kogoś innego, ale „mocy” nauczyć się nie da. Albo się ją ma, albo nie. A jak się ją ma, to jest to ogromny kapitał. Seksapil nie ma ani płci, ani wieku. Wystarczy spojrzeć na prof. Władysława Bartoszewskiego. Toż to istny wulkan seksapilu!!! Czy mam to szczęście, że i ja niejaką siłę posiadam? Chcę wierzyć, że tak i że nauczyłam się dzielić nią z innymi. To jest tak naprawdę to, czym się trudnię zawodowo – generowaniem i przetwarzaniem energii, staram się, by była to energia jak najbardziej pozytywna. Jeśli Ktoś Nieznajomy, widz, ze mną się śmieje, płacze, tęskni, czasem smuci, a czasem cieszy, to znaczy, że ta energia płynie i przenosi się przez ekran. Jeśli ktoś się decyduje, powiedzmy, 50 godzin ze swojego życia poświęcić na to, żeby oglądać mnie w jakimś serialu, to moim zdaniem znaczy, że siła działa. Tak samo jest zresztą z innymi zawodami: dziennikarzem, lekarzem, piekarzem, nauczycielem. Oni to są dopiero w stanie przetwarzać tony pozytywnej energii!Kiedy zauważyłaś, że możesz się podobać?

Pamiętam moment, kiedy dostrzegłam, że jestem kobietą. Wbiegałam na drugie piętro w starym domu mojej Babci, w którym się wychowywałam. Położyłam kciuk na dzwonku i odruchowo spojrzałam na swój palec – smukły, z długim paznokciem – i zrozumiałam, że jest to dłoń kobiety. Miałam wtedy chyba z 12 lat, ale ja jestem „śródziemnomorska”, więc wcześnie dojrzałam. Mimo że pojawiły się już wtedy u mnie inne atrybuty kobiecości, to ten kciuk zrobił piorunujące wrażenie. Od tego momentu inaczej podaję rękę na przywitanie.

A inne sytuacje, które utwierdzały cię w poczuciu kobiecości?

Jak zwykle u mnie, były to raczej sytuacje komiczne. Jako dziecko byłam dosyć nieładna, cięta na krótko, ze zrośniętymi brwiami i czarnym wąsikiem. Wszyscy, którzy mnie nie znali i nie wiedzieli, że mam na imię Joasia, mówili do mojej Babci: „O, jaki śliczny chłopczyk, ma takie inteligentne spojrzenie”. A potem wszyscy nagle zaczęli mówić do mnie per „pani”. Tak naprawdę „za młodu” nie miałam szansy pobyć dziewczyną, więc odbijam to sobie teraz z nawiązką (śmiech). Zwłaszcza że mam już nie jedną, ale trzy pary męskich oczu wpatrzonych we mnie z uwielbieniem. To jest niezaprzeczalny powód, dla którego warto rodzić synów! (śmiech).

Nie byłaś przerażona, kiedy dowiedziałaś się, że urodzisz aż dwóch chłopców? Nie miałaś obaw, czy uda ci się wychować ich na dobrych mężów, ojców…?

Cały czas mam obawy, czy w ogóle uda mi się ich wychować, bo mam wrażenie, że jako dzieła są już kompletnie „skończeni”. Nie wiem, czy moja rola nie ogranicza się tylko do nauczenia ich, by mówili „dzień dobry”, „do widzenia” i wkładali skarpetki do pralki (śmiech). Ale będę się starała, myśląc o tych dwóch kobietach, które staną kiedyś na ich drodze. Choć przeczuwam, że tych kobiet może być trochę więcej… Zanim się chłopcy urodzili, nie miałam pojęcia, co mnie czeka, a jak przyszli na świat, to już nie było odwrotu.

Mówisz, że przyciągasz zabawne, absurdalne sytuacje.

Rzeczywiście, coś w tym jest. Być może polega to na tym, że nie tyle przyciągam, co wyciągam je z gąszcza różnorakich zdarzeń, które mnie spotykają. Właściwie bardzo lubię te moje wpadki i przygody. Zdecydowanie moje życie to bardziej Woody Allen niż Fiodor Dostojewski. Mogłabym jakiś tydzień przytaczać komiczno-tragiczne sytuacje, które zdarzyły mi się w podróży, ale opowiem o tych, które przytrafiły mi się w tak zwanym życiu publicznym, którego, mimo lat i starań, nie jestem zbytnią pasjonatką. Wiem, że dla niektórych bankiety i gale to naturalne środowisko, dla mnie poruszanie się przez kilka godzin na 12-centymetrowych obcasach w blaskach fleszy jest jak nurkowanie w piance z butlą i maską w głębokim morzu, pełnym drapieżnych muren i różnych egzotycznych, nieprzewidywalnych i niebezpiecznych żyjątek (śmiech). Niemniej jednak kilka razy zdarzyło mi się pojawić na tego typu imprezach, by np. odebrać różne nagrody. Dwie z nich były dla mnie wyjątkowo istotne, bo związane z moją pracą zawodową, i wymagały bardzo eleganckiego przyodziewku. I tu się zaczyna zabawa.

W pierwszym przypadku projektantka na dzień przed uroczystością doznała załamania nerwowego i kończyła fastrygowanie swojego dzieła już bezpośrednio na mnie, więc odbierałam nagrodę mocno usztywniona, gdyż bałam się, że jeśli tylko głębiej odetchnę, misterne fastrygi puszczą... Na drugą okazję, chcąc poczuć się bardziej komfortowo, wybrałam smoking z wycięciem na plecach. Zapinał się z przodu na jeden zatrzask, a ponieważ miał odkryty tył, nie mogłam mieć niczego pod spodem. Wszystkie właścicielki biustu większego niż miseczka B, wiedzą, że może być to pewnym dyskomfortem, ale smoking był naprawdę dobrze skrojony, więc nie miałam żadnych obaw. Poza jedną, żeby zatrzask wytrzymał. Poprosiłam więc mojego partnera o stuknięcie w ów zatrzask młoteczkiem, żeby trzymał „na fest”. On to oczywiście bardzo dobrze i delikatnie zrobił, ale ja, jak to ja, postanowiłam poprawić, no i roztrzaskałam cały mechanizm. Trzeba go było zszyć, więc niemalże spóźniliśmy się na wręczenie nagród. Koniec końców Telekamerę odbierałam zacerowana jak skarpeta (śmiech).  Nie chcę myśleć, co by było, gdybym musiała odebrać Oscara! Złamanie obcasa i oderwanie trenu od sukni na wysokości pasa to byłby mały pikuś, przeczuwam, że musiałoby mi się przytrafić coś bardziej spektakularnego. Ale myślę, że właśnie takie wydarzenia odejmują tak oficjalnym okazjom to, co trzeba im odjąć. Nadmierną powagę!

To ja znowu wrócę do tego seksapilu…

No właśnie, co z nim?! Ciągle do tego wracamy, a tak dobrze jest porozmawiać po prostu o życiu…

Staramy się to właśnie rozgryźć w SENS-ie i odpowiedzieć na pytanie, dlaczego świat kręci się wokół seksu.

Jak dla mnie „seks” to mocno przereklamowana sprawa. To znaczy podniesiona do zbyt wysokiej rangi, co w konsekwencji spycha w cień sam seks, jego delikatną naturę i wiele innych ważnych aspektów życia. Dzisiaj wszystko musi być „sexy”, to ogromnie deprymujące. Czytałam ostatnio o coraz bardziej powiększającej się grupie ludzi, którzy są orientacji „zero”, absolutnie obojętni seksualnie. I myślę sobie, że to jakaś przeciwwaga do wszechobecnych sexy wiertarek i sexy naczyń stołowych!

Równowagi w sferze seksualności potrzebuje zwłaszcza natura kobiety. Mężczyźni są inaczej skonstruowani, oni w większości z seksu czerpią siłę, energię, co zapewne jest związane z tym, by nie pozwolili wymrzeć gatunkowi. Dla nas, kobiet, staje się to jednak nadmierną presją. Zachęcając, przymuszając do tego, byśmy były nieustannie atrakcyjne, nie daje się nam prawa do przeżywania naturalnych okresów wstrzemięźliwości, które kiedyś były oczywiste i dla kobiet, i dla mężczyzn. Jeszcze sto lat temu, gdy kobieta nie mogła lub nie chciała być blisko z mężczyzną, dawała mu to do zrozumienia, nosząc przy ubraniu np. czerwoną różę. Piękny język kwiatów umożliwiał niegdyś ludziom rozmawianie o swoich uczuciach i stanach subtelnie, nieodwołalnie i bez zbędnych słów! Albo ten cudowny, trudny i jakże potrzebny psychice i ciału kobiety czas połogu, kiedy odsuwała się od mężczyzny w krąg kobiet, by przeżyć zachodzące w niej zmiany i wyjść z niego wzmocniona i upewniona w swoim macierzyństwie.

Mam wrażenie, że dzisiaj kobiety nie dają sobie szansy, żeby czasem nie być sexy, a to jest przecież potrzebne, by skupić się na innych strefach życia, by móc być bogatszą o własne doświadczenia. Dla mnie sexy jest prawda i naturalność, pogoda, która wynika z wewnętrznej zgody, harmonii. Znam takie kobiety, emanują pięknem i głębokim seksapilem, siłą kobiecości, o której piszą poeci, która inspiruje mężczyzn, dzieci. Myślę, że łatwo odróżnić prawdziwą, płynącą ze środka kobiecą energię od tej fałszywej, sprowadzającej się do jakichś zewnętrznych sztuczek. Kobieta może mieć długie, sztuczne, doczepiane włosy i buty z czerwonymi podeszwami nawet za zyliard dolarów, ale jeśli nie ma samoświadomości, jeśli nie czerpie radości z życia, jeśli nie ma wiedzy o sobie, to dla mnie nie jest sexy. I jestem pewna, że nie jest też sexy dla prawdziwych mężczyzn, czyli takich, na jakich nam tak naprawdę zależy.

Gdybyś miała wybrać rodzaj kobiecej energii, która ci najbardziej odpowiada, to byłaby to bardziej Marilyn Monroe, Elizabeth Taylor czy może Audrey Hepburn?

„Szuflady”, o których teraz mówisz, strasznie ograniczają. Z góry zakładają, że trzeba się przypasować do danego modelu, na zasadzie: „hm..., jestem szczupła, to może będę jak Audrey Hepburn, to będzie właśnie mój rodzaj kobiecości”. A to przecież bez sensu.

No ale jakby cię ktoś porównał do Marilyn Monroe? 99,9 procent kobiet byłoby zachwyconych…

Coś ty, w życiu bym nie chciała być porównywana do Marilyn Monroe! Nie dlatego, że mi się nie podoba, tylko dlatego, że wiem, jak nieszczęśliwą, pogubioną w życiu była osobą.

A gdyby porównał cię do Audrey Hepburn…?

Zastanawiałabym się, dlaczego i czy... nie jestem za chuda. Audrey przez całe życie miała problem z niską samooceną. Była cudownym człowiekiem, ale wiele wycierpiała... Elizabeth Taylor: piękna, ognista, ale zupełnie pozbawiona poczucia bezpieczeństwa, bo nie miała dzieciństwa… Lubię tak właśnie patrzeć na kobiety, bo to nie są jakieś wzorce czy modele, tylko ludzie.

Jest jednak coś, co łączy wszystkie wymienione przez nas kobiety, wielkie aktorki. Inaczej się ubierały, miały inne figury, inne możliwości warsztatowe, ale jedną rzecz wspólną: niesamowitą charyzmę. Czy charyzma jest sexy? Myślę, że tak. Czy porównywałam się do każdej do nich? Oczywiście. Na mojej drodze samopoznania zadawałam sobie wiele pytań na temat tego, jaka jestem, jaka chcę być, co chcę, by wypływało ze mnie jako komunikat do świata. Zresztą, nie tylko się porównywałam, ale też poddawałam różnym metamorfozom. Mam dużą zdolność do zmian, część z nich było mniej, część bardziej udanych. Na szczęście już jakiś czas temu doszłam do takiego miejsca, że odpowiada mi po prostu prawda, naturalność. I jest to moje największe życiowe osiągnięcie. Mogę o sobie powiedzieć, że chcę być dokładnie taka, jaka jestem.

Nie musisz tego nazywać.

Ani przypiłowywać się czy przyszlifowywać do żadnego wymyślonego przez innych wizerunku, tylko z radością obserwować, co wyniknie z tej uczciwości wobec siebie i przyzwolenia na bycie taka kobietą, jaką jestem.

Mam czarne, bujne brwi, które nieustannie mi odrastają, poczucie humoru, piegi, wąs, z którym wiecznie muszę się rozprawiać, o 10 cm za krótkie nogi, skłonność do tycia, apetyt na życie i pyszne jedzenie oraz apodyktyczny charakter. To się składa na Moją całość.

No ale są tu też te dobre cechy.

Ależ ja uważam, że one wszystkie są dobre! Gdybym była o 10 cm wyższa, to nie oglądałabym świata z tej perspektywy, z której go widzę, tylko z innej, obcej! Gdybym nie miała takich bujnych brwi, to nie miałabym tak genialnej oprawy oczu, dzięki której w ogóle nie muszę się malować (śmiech)…

Zawsze myślałaś: wszystko, co we mnie, jest dobre?

No co ty! Dopiero niedawno do tego doszłam i, jak powiedziałam, jest to moje życiowe osiągnięcie. Co do cech charakteru, długo zmagałam się z nadmierną odpowiedzialnością. Co jakiś czas miałam takie zrywy, że już z tym kończę, że nie muszę być odpowiedzialna za wszystkich, matkować im, a potem jeszcze słyszeć, że narzucam się z pomocą, że wchodzę komuś w życie z butami. Ponieważ jednak nijak nie mogłam tego w sobie zwalczyć, postanowiłam, że przynajmniej popracuję nad siłą rażenia. Dziś, jeżeli ktoś mnie prosi o pomoc, to z radością mu jej udzielam, jeśli nie, staram się nie wychodzić przed szereg, co czasem mi się udaje. Dużo uczą mnie własne dzieci. Wszystkie mamy wiedzą, jak to jest, kiedy chce się dopchnąć wreszcie tę zabawkę, do której maluch pełznie przez pół dnia, ale nie robią tego, bo przecież wiedzą też, że ten mały, ambitny człowiek się wścieknie. Zrozumiałam, że bliscy mi ludzie chcą do pewnych rzeczy dojść sami i nie wolno im w tym przeszkadzać.

A ta apodyktyczność, o której wspomniałaś?

Narzekam na nią, ale jej też nie udało mi się w sobie zwalczyć. Ze zgrozą zauważam, że odziedziczyli ją po mnie obaj synowie. Momenty dochodzenia do konsensusu w rodzinie „tyranozaurusów rex” to prawdziwy Jurassic Park. A jak jeszcze dodamy do kompletu przykład klasycznego zodiakalnego Lwa…

No właśnie, jak udaje się prowadzić zgodne życie dwóm tak silnym osobowościom jak ty i twój partner, Paweł Wilczak?

Chcę, by jak najmniej naszych domowych spraw stawało się publicznymi, dlatego, najkrócej mówiąc, mieliśmy z moim partnerem bardzo dobry trening ze względu na wspólną pracę i jej specyfikę, czyli serial „Kasia i Tomek”. Często nawet nieświadomie odwołujemy się do już wcześniej wypracowanych schematów, które pozwalają nam przetrwać najtrudniejsze momenty. Myślę, że właśnie dlatego od czterech lat udaje nam się samodzielnie i właściwie bez żadnej pomocy wychowywać  dwójkę urwisów. Przyjaźń i dobra znajomość drugiej osoby to największy kapitał, jaki można wnieść do związku.

Bardzo lubię twoją Kasię z serialu „Kasia i Tomek”. Myślę, że wiele kobiet mogłoby powiedzieć: „Kasia to ja”. Zapoczątkowała też twoją karierę i związek. Była przełomowa?

Absolutnie. Zawsze powtarzam, że Jurek Bogajewicz dał mi nią ogromną szansę. Zaopiekował się moim potencjałem, zafundował wspaniałą przygodę aktorską i życiową. Będę mu za to dozgonnie wdzięczna. Długo nie mogłam wyjść z szoku, jak wiele we mnie ta rola zmieniła i jak prawie nieodczuwalnie dla mnie się to stało. Nagle byłam już po drugiej stronie z wiedzą i doświadczeniem, którego nikt mi nie odbierze. Praca z Jurkiem była jednym z najważniejszych spotkań w moim życiu. Niby zwykła, ktoś może powiedzieć, błaha rola komediowa, ale dla mnie to była ogromna dawka wiedzy o własnych możliwościach. Pamiętam, jak jeden z dziennikarzy skwitował, że Kasia to taka „głupiutka blondynka”, a wtedy Jurek odparł: „Tak?! To niech ktoś z Państwa spróbuje ją zagrać”. „Przepuszczenie” przez siebie Kasi dawało mi ogromną frajdę, ale też wiele mnie o sobie nauczyło, pozwoliło zacząć wychwytywać małe, niepozorne zdarzenia, które nadają życiu smak, no i pozwoliło zebrać materiał do mojego prywatnego doktoratu z kobiecości (śmiech).

A co dała ci rola Małgosi w „Domu nad Rozlewiskiem”?

W sensie najbardziej prozaicznym – możliwość prowadzenia takiego życia, jakiego chciałam, zostając mamą. Mamą, która ma dla dzieci czas. Dzięki niej czwarty rok pracuję tylko trzy miesiące i to jeszcze w tak cudownych okolicznościach przyrody, które pozwalają moim synkom pić mleko „od krowy”, dmuchać w dmuchawce i zaznawać atrakcji, których nie mają na co dzień w Warszawie. Jeżeli chodzi o kwestie zawodowe, ta rola pozwoliła mi zmierzyć się z książką, którą znałam i uwielbiałam. A ja pasjami lubię wyzwania. Propozycja zagrania Małgosi pojawiła się właśnie wtedy, gdy mogłam i chciałam wrócić do pracy. Byłam naładowana energią. To, co ze mnie „wyskoczyło” podczas przesłuchania, było jak ogromny pocisk, obawiałam się wtedy nawet, że zbyt wielki. Ale na szczęście producenci szybko do mnie zadzwonili (śmiech). Ta rola przyszła we właściwym momencie także dlatego, że moje życie zmieniało się wtedy o 180 stopni, podobnie jak życie Małgosi, tym więcej mogłam jej z siebie dać.

Opieka nad bliźniakami przypomina raczej pracę na fermie kurczaków niż sielskie bujanie się w bieli na fotelu. Dlatego ten warszawski pęd Małgosi z początku filmu był mi bardzo bliski i łatwy do odtworzenia, podobnie jak późniejszy mazurski spokój, który się w niej pojawiał. Z kolejnymi sezonami, w miarę jak ewoluowało moje życie, dodawałam Małgosi kolejne kolory. I czuję, że tak właśnie powinno być. W tym roku jestem już po rozpoczęciu zdjęć i znów bardzo się cieszę na tę pracę. Z radością będę codziennie o świcie wstawała i szła na chwilkę przed zdjęciami  do mojej przyczepy, gdzie nie będzie żadnych dzieci…

No i będą Mazury…

No tak… Po czterech latach zaczynam rozumieć zachwyty nad Mazurami. Doceniam uroki natury, pyszne jedzenie, ryby, jeziora, no i na ekranie prezentują się wyjątkowo malowniczo, zwłaszcza, że komarów nie widać… (śmiech). Ach, kinematografia nierzadko tworzy miejsca piękniejsze niż w rzeczywistości! Ale jeden raz nie dała rady: gdy wysiadłam na Times Square w Nowym Jorku i z wrażenia nie mogłam złapać tchu. Żaden film nie oddaje tego ogromu, tych kolorów, tej energii. Jestem przekonana, że musi tam być jakiś ogromny czakram, który ją generuje. Kocham podróże! Słyszałam ostatnio, że jest jedno miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć na własne oczy: Nowa Zelandia. Podobno jeżdżą tam sami fajni ludzie! Nie ma wyboru, trzeba jechać… (śmiech). O, i mam coś dla ciebie… Wiesz, kiedy czuję się najbardziej sexy? Właśnie w podróży! Już na lotnisku wypinam pierś do przodu, prostuję się, głowę unoszę wysoko. Czuję to już, gdy się pakuję. I nie mam wtedy, jak nigdy, żadnych problemów z doborem ubrań!

Joanna Brodzik, ur. w 1973 roku w Krośnie Odrzańskim. Aktorka filmowa i telewizyjna. Grała m.in. w serialach „Kasia i Tomek”, „Magda M.” oraz „Dom nad Rozlewiskiem”. Wystąpiła w filmach „Dzieci i ryby”, „Ogniem i mieczem”, „Pianista”, „Nigdy w życiu” czy „Jasne błękitne okna”. Za rolę w ostatnim z nich została nagrodzona na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Madrycie i Cieszyńskim Festiwalu Filmowym. Prowadziła autorskie programy telewizyjne „Ona czyli ja”, „Dookoła siebie” oraz „Brodzik od kuchni”. Laureatka Wiktora i Telekamery. Prywatnie związana z aktorem Pawłem Wilczakiem, wychowują czteroletnich bliźniaków – Jana i Franciszka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak czerpać przyjemność z seksu? Zacznij od nawiązania kontaktu z własną cielesnością

Kontakt z ciałem, z seksualnością, rozumianą jako gigantyczny obszar doświadczania emocji, przeżyć i wzruszeń zmysłowych, to jest wola życia w swojej istocie. To jest podpięcie się do gigantycznego kontaktu z energią - mówi sex coach Marta Niedźwiecka. (Fot. iStock)
Kontakt z ciałem, z seksualnością, rozumianą jako gigantyczny obszar doświadczania emocji, przeżyć i wzruszeń zmysłowych, to jest wola życia w swojej istocie. To jest podpięcie się do gigantycznego kontaktu z energią - mówi sex coach Marta Niedźwiecka. (Fot. iStock)
Przyjemność z seksu bierze się tak naprawdę nie z doświadczenia czy odpowiedniej techniki, ale z dobrego kontaktu z własną cielesnością. I od tego swoją pracę najczęściej zaczyna sex coach Marta Niedźwiecka.

Z jakimi problemami zgłaszają się do ciebie pary?
Na przykład odchowały dzieci i nie sypiają ze sobą albo robią to bardzo rzadko. On źle się z tym czuje i ona też. Winią o wszystko dzieci, a tak naprawdę nie radzą sobie z tą zmianą, bo nikt nas nie uczy, jak zrekonstruować więź intymną i emocjonalną po przełomie, jakim są narodziny dziecka. Przy mojej pomocy kobieta i mężczyzna poszukują odpowiedzi na pytanie, co każde z nich z tego związku może wziąć dla siebie.

Narodziny dziecka to katastrofa?
Tak, bo kobieta staje przed gigantycznym wyzwaniem, przeżywa różne silne stany emocjonalne, wypływają też problemy z jej dzieciństwa. Z reguły poświęca się dziecku i zapomina o mężu, a on czuje się odsunięty, więc się nie angażuje. W konsekwencji ona czuje się opuszczona, a opuszczenie to koniec każdej więzi. On jest sfrustrowany, ona też i to narasta, narasta… aż w końcu zaczynają starać się o drugie dziecko, żeby zapełnić tę otchłań. Opieka nad dziećmi to ciężka orka, która odwraca ich uwagę od związku. Po sześciu latach nadchodzi tzw. kryzys szóstego roku, bo dzieci idą do przedszkola i nagle oni stają naprzeciwko siebie jako kompletnie obcy ludzie. Moja praca polega na tym, żeby tę umęczoną kobietę i tego odtrąconego mężczyznę ze sobą spotkać. Podczas coachingu budują na nowo podstawy, które mogliby wynieść ze zdrowej rodziny – dobre przekonania, kontakt z ciałem, umiejętność wnikania w swoje emocje i wreszcie otwartość na sferę seksualności.

Z czym mamy największy problem w sferze seksu?
Dużo kobiet, które do mnie przychodzą, mówi o obowiązku małżeńskim. Zamykają oczy i robią to, bo mąż tego oczekuje… Większość boi się zająć swoją seksualnością, boi się ostracyzmu społecznego. Mamy walczyć z cellulitem, mieć duże piersi i długie rzęsy. Ciało ma służyć do tego, żeby się podobać… komuś. Dlatego potrzebna jest zmiana w świadomości kobiet, dotycząca ich ciała, która przekłada się na ich świadomość życiową. Gdy zyskują kontakt ze swoim ciałem, zyskują też kontakt z emocjami, a wtedy już wiedzą, co się z nimi dzieje, i są świadome, że mają wybór. Zaczynają z tego korzystać i na początku mogą się potykać, ale z czasem zaczynają chcieć takiej relacji z mężczyzną, w której obojgu im będzie chodziło o to samo – o trwałą więź, bezpieczeństwo, miłość, namiętność, poczucie akceptacji i zrozumienia. Zresztą patriarchat jest też niezdrowy dla facetów, bo muszą mieć 40-minutowe erekcje, 30-centymetrowe penisy, jeździć wielką furą i przynosić worki pieniędzy, no i wiecznie udawać macho, bo inaczej są beznadziejni.

Wszyscy siedzimy w jakichś kostiumach, które nas uwierają. Ale jest proste wyjście – zobaczyć, że na poziomie ciała jesteśmy tym samym. My chcemy seksu i oni chcą seksu, my chcemy bliskości i oni chcą bliskości. To nie są maszyny, mężczyźni są tylko tak wytrenowani, żeby nie płakać. Każda kobieta może przestać grać księżniczkę i zmuszać partnera do bycia księciem, każda może zdobyć świadomość. Można na czymś innym budować związek niż na graniu ról. Trzeba tylko dojrzeć emocjonalnie, bo jeśli jedno jest bezbronne i bez księcia sobie nie poradzi, a drugie jest bezbronne i bez królewny jest rozbitkiem, to nie jest to dojrzały związek, tylko wzajemne wykorzystywanie się.

Klucz tkwi w akceptacji swojego ciała?
Można to spuentować tak: kochaj ciało swoje, bo to jesteś ty. Wszystko, co robię w pracy z kobietami, mężczyznami i parami, opieram na kontakcie z ciałem. To jest podstawowe doświadczenie każdego człowieka. Najpierw jesteśmy my z naszymi zmysłami, reszta to intelektualne konstrukty.

Sama przeszłam długą drogę. Doznałam w dzieciństwie złamania kręgosłupa. Ze względu na ból, rehabilitację, gorsety „wyprowadziłam się” ze swojego ciała. Zrozumiałam to wiele lat później, gdy zaczęłam się rozwijać i zadawać sobie pytania. Dlaczego z takim trudem wychodzą mi różne aktywności sportowe? Dlaczego seks nie jest taki przyjemny? Doszłam w końcu do tego, że muszę odzyskać swoje ciało. Ale zdarzyło się to dopiero po trzydziestce. Pierwszy moment zwrotny to było macierzyństwo – nagle, ja intelektualistka, stałam się czystą biologią, pojemnikiem na jedzenie i kontenerem na emocje swoje i dziecka. Drugi – nurkowanie. Gdy mój syn miał dwa i pół roku, pojechałam na kurs nurkowy do Egiptu i stało się to pasją mojego życia. Nurkowanie to nieprawdopodobne doświadczenie egzystencjalne – nigdzie indziej, nawet w seksie, nie masz tak głębokiego kontaktu ze swoim ciałem. Jesteś w stanie nieważkości, więc całe ciało działa inaczej, każdy oddech i ruch jest świadomy. Nie ma listy zakupów, dzieci, męża, kochanka, szefa, kredytów… Istniejesz tylko ty, tu i teraz, w pełnym kontakcie ze swoim ciałem i psychiką. Te dwa przeżycia – macierzyństwo i nurkowanie, pokazały mi, jak ciało jest genialne i jak bardzo jest mną. Wcześniej myślałam, że powinnam reagować na pewne rzeczy w jakiś sposób, a zaczęłam widzieć, że moje ciało mówi mi zupełnie co innego. Więc jako sex coach staram się wtłaczać ludzi do ciała – bo tam jest jedyna prawda o tym, kim jesteśmy.

To pewnie podstawowa rzecz, jakiej się uczą kobiety u ciebie…
Tak, ale też zgody na to, żeby mogło im być dobrze. Tabu przyjemności ma się u nas świetnie: matka jest aseksualna, singielka tak naprawdę pragnie rodziny, seks jest brudny, a kobiety nie mogą być aktywne i nie mogą odczuwać przyjemności. Faceci zresztą też. Potrafią się zaharować do zawału, bo są tak wychowani. Kobiety w sex coachingu mogą w pierwszej kolejności zmienić te przekonania i dojść do kontaktu z ciałem, w dalszej kolejności do przyjemności i wreszcie nauczyć się dobrej komunikacji. Jak już wiem, co czuję, mam świadomość, czym jest moje ciało, czuję, że jest dobre i pragnę rozwoju, to wychodzę na zewnątrz do drugiego człowieka, z którym żyję i mówię: to jestem ja, mam to i to, chcę ci to dać, ale też chcę w zamian tego i tego.

Przychodzą do ciebie mężczyźni?
Przychodzą. Przestali myśleć, że wibrator im zagraża, i chcą się dowiedzieć czegoś o kobiecie. Okazują się bezbronni – są sformatowani porno, nie radzą sobie ze swoim ciałem i różnymi normami, często czują, że spoczywa na nich cała odpowiedzialność za kochankę. Tłumaczę im, że ona odpowiada za swój seks, ty za swój, a za wasz wspólny seks odpowiadacie razem. I pojawia się wielka ulga – bo to niczyja wina, a poza tym można to zmienić. Jeśli ona nie będzie tak bierna, to on nie będzie musiał być nadaktywny. Mężczyźni nie chcą już uczestniczyć w konkursie na Najsprawniejszego Samca Regionu. Chcą, żeby związek wypełniał coś w ich życiu. To jest idealne miejsce do zmiany, czyli wyjścia z zadaniowej funkcji w seksie i wejścia w sferę przyjemności odczuwania, poddawania się, otwierania... I wyrażania swoich emocjonalnych potrzeb. Mam głęboki szacunek do tych, którzy potrafią zobaczyć w sobie deficyt miłości, delikatność, empatię. Tacy mężczyźni stają się silniejsi. Podobnie kobiety. Podczas sex coachingu odkrywają, że przez 10 czy 15 lat spełniały czyjeś oczekiwania. Mogą mieć dom, rodzinę, pracę i pytać: Po co to wszystko?

Kontakt z ciałem, z seksualnością, rozumianą jako gigantyczny obszar doświadczania emocji, przeżyć i wzruszeń zmysłowych, to jest wola życia w swojej istocie. To jest podpięcie się do gigantycznego kontaktu z energią.

Marta Niedźwiecka, pierwsza w Polsce sex coach specjalizująca się w coachingu relacji intymnych, seksualności i związków. Prowadzi Pussy Project - projekt edukacji i rozwoju seksualności dorosłych oraz warsztaty obejmujące tematykę kobiecości, związków i seksualności.

  1. Seks

Pierwszy seks po traumie. Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Czapczyńską

Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Rana po doświadczeniu przemocy seksualnej boli długo. Gdy uda się ją względnie opatrzyć, pojawia się potrzeba zbudowania bezpiecznego związku. O tym, jak (i czy w ogóle) rozmawiać o dawnej traumie z nowym partnerem, mówi psychoterapeutka Agnieszka Czapczyńska.

Gwałt potrafi na bardzo długo zamknąć nas na jakąkolwiek bliskość z drugim człowiekiem. Po czym poznać, że jest się już gotową?
U osób, które przeżyły traumę gwałtu, pojawia się pewien rodzaj ambiwalencji: z jednej strony jest potrzeba bliskości, chęć posiadania związku, z drugiej strony występuje lęk. Jeśli reakcja awersyjna jest bardzo silna, to poziom lęku związany ze zbudowaniem nowej relacji jest bardzo wysoki.

Od wielu lat pracuję w grupie wsparcia kobiet doświadczających różnych form przemocy, nie tylko seksualnej, ale to właśnie w tej grupie jest najwięcej singielek. Kiedy lęk wygrywa, wybieramy bycie samą.

Samotność wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem, bo daje poczucie bezpieczeństwa. Jakie sygnały oprócz lęku i awersji mogą świadczyć o tym, że to wciąż otwarta rana?
Jeżeli po doświadczeniu przemocy seksualnej rozwinął się zespół stresu pourazowego, to rana zawsze jest otwarta i sama się nie zagoi. O PTSD możemy mówić jako o stałym rozregulowaniu układu nerwowego. Symptomami są: wspomniana reakcja awersyjna, stała reakcja czujności, autoagresywne myśli, których nie można zatrzymać, flashbacki, czyli wracające obrazy traumy, którym towarzyszą odczucia w ciele, jakby działo się to tu i teraz. Poza tym pojawia się dysregulacja cyklu snu, dysregulacja emocji – albo odcięcie od nich, albo zalewanie się nimi, oraz silnie obniżone poczucie własnej wartości. Kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, często nawet nie wiedzą, że mają PTSD. Ich stan jest diagnozowany jako depresja czy zaburzenia osobowości. Tymczasem źródłem wszystkiego jest trauma i właśnie zespół stresu pourazowego.

Statystyki mówią, że przy przemocy fizycznej, zwłaszcza tak drastycznej jak gwałt, PTSD rozwija się u 70–90 proc. kobiet. Dla porównania, w wyniku wypadków samochodowych – u 30 proc.

Rozumiem, że przy odpowiednim wsparciu rana może się zagoić?
Wierzę, że można się wyleczyć. Po doświadczeniu traumatycznym przez kilka tygodni występuje reakcja adaptacyjna. Układ nerwowy usiłuje dojść do równowagi po drastycznym przeciążeniu. To jest normalne i należy dać mu szansę. U części osób te symptomy z każdym tygodniem zaczynają słabnąć i w miarę upływu czasu powraca równowaga psychiczna. Natomiast jeśli symptomy utrzymują się dłużej, to oznacza, że układ autoregulacji nie dał rady i potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Nowoczesne metody terapii, takie jak EMDR, Somatic Experiencing, Brainspotting czy TRE rozładowują napięcie na poziomie układu nerwowego, czyli tam, gdzie nastąpiło główne zaburzenie. Stosuje się też pracę w nurcie behawioralno-poznawczym dopasowanym do pracy z traumą. Wszystkie te podejścia są skuteczne. To znaczy doprowadzają osobę do momentu, w którym zostaje pamięć doświadczenia, ale nie towarzyszy jej pobudzenie ani dyskomfort. Pozostaje wspomnienie, które nie wyrzuca z „tu i teraz”, nie powoduje silnych emocji i nie wpływa negatywnie na poczucie własnej wartości.

Warto pamiętać, że przy traumie na poziomie poznawczym budują się przekonania, które są bardzo negatywne i destrukcyjne, typu: „To moja wina”, „Mogłam się obronić”, „Jestem słaba”, „Świat nie jest bezpieczny”. Te przekonania były sposobem rozumienia sytuacji w momencie gwałtu, ale są w większości irracjonalne. Przez skuteczną terapię traumy rozumiem taką, która sprawia, że doświadczenie przestaje niszczyć i buduje potraumatyczną siłę. Kobieta wychodzi z poczuciem mocy i przekonaniem: „Przetrwałam, dałam radę”, „Zrobiłam wszystko, co mogłam, „Jestem OK taka, jaka jestem”.

Droga od „Mogłam się obronić” do „Zrobiłam wszystko, co mogłam” jest długa. Sam czas nigdy nie uleczy rany?
W przypadku traumy powiedzenie, że czas goi rany, jest mitem. Możemy się od niej odciąć, omijać szerokim łukiem, włączać różnego rodzaju mechanizmy obronne, które nas dysocjują, dzięki którym nie będziemy czuły jakiejś części siebie, ale prędzej czy później to się ujawni. Życie w zamrożeniu, odcięciu od swojego ciała jest dewastujące, ponieważ żyjemy kawałkiem siebie. Reszta jest odcięta. Nie mamy dostępu do emocji, czucia na głębokim poziomie, żyjemy jakby za szybą.

Czy w budowaniu nowej relacji ma znaczenie, kim dla ofiary był sprawca i kiedy doszło do przemocy seksualnej?
W mojej wieloletniej pracy tylko raz spotkałam się z przypadkiem gwałtu na ulicy. 99,9 procent przypadków przemocy seksualnej odbywa się w relacjach pozornie bezpiecznych. Sprawcami są znane ofiarom osoby, zaprzyjaźnione z nimi, które nawet jeśli znały je tylko kilka godzin, to zdążyły wzbudzić sympatię i zaufanie. Traumy seksualne, do których doszło w dzieciństwie, kiedy kształtowała się nasza tożsamość, mocniej wkraczają w całą strukturę osobowości, stają się bardziej wrośniętą, integralną częścią poczucia, kim jesteśmy. Jeżeli doświadczyłyśmy traumy w szóstym roku życia i od tego czasu lęk towarzyszy nam codziennie, to mając 35 lat, myślimy o sobie: „Jestem lękowa, taka się urodziłam”. Mamy taki obraz siebie, choć on nie jest prawdą.

Jak fałszywy obraz siebie wpływa na późniejsze budowanie relacji?
Jeśli dziewczynka wyrasta na kobietę, która ma poczucie bycia niewartościową, bo trauma zaniża poczucie własnej wartości – ma wysoki poziom lęku, silną reakcję unikania, nie jest w stanie być niezależna i samodzielna w różnych obszarach życia. Kobieta niewierząca w swoje siły łatwo znajdzie sobie opiekę partnera dominującego. Czasem to dobry wybór, czasem zwiększa ryzyko, że odtworzy sytuację przemocy w kolejnym związku. Może budować różne relacje zależnościowe i trudniej jej będzie się bronić.

Traumy różnią się nie tylko czasem powstania, ale też częstotliwością – czy były jednorazowe, czy wielorazowe. Z jednorazowym doświadczeniem traumatycznym, czyli na przykład gwałtem na randce, można uporać się szybciej. Terapie metodami, o których wspomniałam, polegają na rozładowaniu energetycznym w ciele trudnego doświadczenia i przynoszą bardzo szybko pożądane efekty na poziomie fizycznym i w sferze poznawczej, czyli w budowaniu pozytywnych przekonań na swój temat. Transformacja przez ciało jest dużo szybsza niż przez umysł i terapię narracyjną, może zamknąć się w 10–15 sesjach. Natomiast gwałt w małżeństwie nigdy nie jest jednorazowym doświadczeniem. To jest trauma złożona, proces leczenia jest długi, ponieważ doświadczenie miało czas wrosnąć w strukturę osobowości, myślenie o sobie, sposób funkcjonowania. Wzorzec utrwalał się przez lata.

Załóżmy, że kobieta po traumatycznych doświadczeniach jest gotowa na nowy związek. Czy powinna poinformować o nich nowego partnera?
Na pewno do niczego nie należy się zmuszać. Warto wyznać partnerowi prawdę z jednego powodu: jeśli nie będzie rozumiał pewnych naszych reakcji, może pomyśleć, że są one skierowane przeciwko niemu, co nie będzie służyło budowaniu więzi. Przypuśćmy, że w trakcie intymnego zbliżenia nagle wróci mi pamięć trudnego doświadczenia i zacznę płakać, stanę się agresywna albo cała zesztywnieję – dobrze by było, by partner, z którym jestem, rozumiał, co się ze mną dzieje. W przeciwnym razie może się przestraszyć i zachowywać obronnie. Z drugiej strony dzielenie się tak intymną i bardzo delikatną częścią siebie wymaga zaufania. Powinnyśmy mieć poczucie, że osoba, której to mówimy, nie wyśmieje nas, nie odwróci się na pięcie, nie przestraszy się, nie zminimalizuje problemu. W relacji potrzebujemy czuć się bezpiecznie, musimy wiedzieć, czy ta osoba jest godna zaufania i czy to jest właściwy moment. Uważam, że warto mówić o trudnej przeszłości, tylko trzeba to robić w bezpieczny dla siebie sposób.

Bezpieczny, czyli jaki? Jakich użyć słów? Jak rozpocząć rozmowę?
Każdy trudny temat w relacji warto jest poruszać w spokojnej atmosferze. Gdy jesteśmy w silnych emocjach, nie panujemy nad słowami, więc łatwo o zranienie. Poważne rozmowy wymagają maksymalnie bezpiecznej przestrzeni, warunków i czasu. Nie oczekiwałabym, że w trakcie jednej rozmowy powie się wszystko. Można dać znać, że miało się trudne doświadczenie i ono wpływa teraz na relację z partnerem. Można zacząć od ogólników. Jeśli poczujemy się bezpiecznie, zobaczymy, że to jest przyjęte we właściwy sposób, to możemy otworzyć się bardziej.

Co znaczy właściwy? Jakiej reakcji można się spodziewać?
Właściwa reakcja partnera to reakcja empatyczna. Może on doświadczyć mnóstwa emocji: smutku, żalu, poczucia winy, chociażby dlatego, że przynależy do gatunku sprawców. Może pojawić się poczucie wściekłości na sprawcę. Te reakcje są bardzo OK.

Niepokojącym sygnałem są oskarżenia typu: „To była twoja wina, po co tam szłaś”, deprecjonowanie: „Daj spokój, co tam będziesz wspominać, skoro to było lata temu”, wyśmiewanie: „Jesteś histeryczna, chodź, przytulimy się, to wszystko minie, ja cię uleczę”. Te reakcje nie są empatyczne. Ale nie oznaczają, że mężczyzna jest złym człowiekiem, możliwe, że nie ma pojęcia, jak wspierać partnerkę. Uważam, że partnerzy, którzy tworzą lub chcą stworzyć związek z kobietą, która przeżyła przemoc seksualną, mogliby o tym trochę poczytać. Polecam zwłaszcza książki „Obudźcie tygrysa” Petera Levine'a oraz „Strach ucieleśniony” Bessela van der Kolka. Albo jednorazową konsultację, żeby dowiedzieć się, jak mają wspierać swoją partnerkę.

Może pani w kilku zdaniach wypunktować, jak wspierać kogoś po takim wyznaniu?
Po pierwsze, empatycznie słuchać, nie komentować, nie podważać. Po drugie, spytać, w jaki sposób można jej towarzyszyć, czego od nas potrzebuje, zapewnić ją, że jesteśmy po jej stronie, mówiąc na przykład: „To nie była twoja wina”. Po trzecie, motywować ją do terapii.

Ile czasu partner może potrzebować na oswojenie się z informacją o takim kalibrze?
Nie wiem. Nie wiem, czy w ogóle jest w stanie pogodzić się do końca z tym doświadczeniem. Nie spodziewam się, że partnerowi będzie łatwo z tym żyć. Nieuleczona trauma ma taką właściwość, że przypomina nierozbrojoną bombę. Jest w nas, ciągle tyka i co jakiś czas wybucha w postaci intruzywnych myśli, przerażających wspomnień, zalewających uczuć lęku, smutku, złości. Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Więc nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, przyjmie do wiadomości i zrozumie, nie sądzę, by był w stanie stać się neutralny, ponieważ te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać.

A jeśli ucieknie po samym wyznaniu – warto walczyć o taki związek?
Zarówno zamrożenie i brak emocji, jak i silna reakcja emocjonalna na taką wiadomość są całkowicie normalne. Może zdarzyć się, że partner nie potrafi tego udźwignąć, pomieścić w sobie tej ilości bólu. Jeśli obie strony widzą, co się z nimi dzieje, i mają wolę rozmowy, walki o związek, to zawsze jest szansa na przetrwanie tego kryzysu. Gwałt to doświadczenie, w którym mężczyzna niszczy życie kobiety, ale też życie innych mężczyzn – brata, ojca, partnera, syna. Przechodzimy przez to razem, niezależnie od płci.

Jednak lęk przed tym, że on odejdzie, zwłaszcza na początku relacji, może być większy niż chęć wyznania…
Ale on może odejść także dlatego, że mu nie powiesz. Trudno jest wytrzymać z osobą, która przeszła traumę i utrzymuje to w tajemnicy. To doświadczenie niszczy relację. Gdy rozumiemy to, co się z nami dzieje, i zostaje to nazwane, przynajmniej jesteśmy świadomi przyczyny takiego zachowania i wiemy, co z tym możemy zrobić.

Pierwszy seks po takim wyznaniu może być pełen obaw z obu stron.
Terapia służy odklejeniu doświadczenia seksu od poczucia zagrożenia i ponownemu połączeniu go w naszym umyśle z przyjemnością, bliskością i radością. Na pewno kolejne zbliżenie będzie wymagać uważności, delikatności i uczenia się siebie na nowo. W miejscu, w jakim byłyśmy zranione, zawsze będziemy bardziej delikatne, ostrożne.

Po traumie mamy skłonność do dysocjacji, więc wszystkie praktyki, które ściągają uwagę do bycia w teraźniejszości i czucia w ciele, są dobre. Zachęcam do terapii i różnego rodzaju praktyk budujących obecność w ciele, połączenia body-mind, czyli medytacji mindfulness, dowolnych technik medytacyjnych, jogi czy tai-chi.

Może zdarzyć się tak, że opowiedzenie o traumie nie chce przejść przez gardło. Czy ktoś może nas w tym wyręczyć?
Jeśli trudno jest powiedzieć to wprost, szukajmy sposobów, żeby to stało się możliwe. Miałam takie przypadki, że partnerzy albo członkowie rodziny przychodzili na sesję wspólnie z moją pacjentką, żeby w obecności osoby neutralnej porozmawiać o doświadczeniu gwałtu. W moim odczuciu przynosiło to dobre efekty. Sama terapia traumy jest terapią indywidualną, nie zabieramy na nią towarzysza.

A czy mówić o gwałcie innym? Matka – córce, córka – matce?
Nie mówiłabym nastoletniej córce, ale dorosłej – być może tak. Po to, by zrozumiała, co się ze mną dzieje, albo żeby sama lepiej rozumiała swoje odczucia, bo czasem trauma jest raną transgeneracyjną, poczucie zagrożenia może się przenosić z pokolenia na pokolenie. Jeśli trauma dotyczy dziecka, zawsze trzeba powiedzieć bezpiecznemu dla siebie dorosłemu, na przykład mamie. Bo ktoś musi udzielić pomocy. U moich pacjentek, które były ofiarami gwałtu, a po stronie których stawała matka czy ojciec, często następowała spektakularna poprawa.

Czy taka rozmowa może być formą terapii dla kobiety? Czy przeciwnie, niechcący otworzy drzwi do nieprzepracowanych emocji?
Ujawnienie tajemnicy, o ile zostanie właściwie przyjęte przez otoczenie, zwykle daje dużo ulgi. Oczywiście może otworzyć pamięć starych doświadczeń i być równocześnie bolesne. Z drugiej strony potrzebujemy uwolnić swój ból, może nawet szczególnie ten, który nosimy latami. Stara rana otwiera się, płyną łzy - jest to nieprzyjemne, ale tak działają mechanizmy samoregulacji. Ciało jest mądre i próbuje pozbyć się wewnętrznego napięcia. Warto pamiętać, że emocje wracają nie dlatego, że jesteśmy „uszkodzone”, ale dlatego, że ciało chce uzdrowić się z traumy. Ona jest stałą częścią ludzkiego życia, była obecna zawsze i nasze ciało jest w pełni wyposażone w mechanizmy powrotu do zdrowia.

Agnieszka Czapczyńska, psychoterapeutka, superwizorka w obszarze przeciwdziałania przemocy IPZ PTP, prowadzi Ośrodek Rozwoju Osobistego i Psychoterapii „Radość Bycia”, www.radoscbycia.com.

  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Seks

Fantazje seksualne – czego o sobie nie wiemy?

Wszyscy fantazjujemy o seksie. Często nie wiemy jednak jak odczytać te fantazje. Co znaczą? O jakich potrzebach informują? (Fot. iStock)
Wszyscy fantazjujemy o seksie. Często nie wiemy jednak jak odczytać te fantazje. Co znaczą? O jakich potrzebach informują? (Fot. iStock)
Fantazjujemy o seksie. Wszyscy. To już nie jest tabu. Dziś zastanawiamy się raczej, czy wszystkie fantazje należy wcielać w życie. – A może niektóre lepiej pozostawić tylko w sferze marzeń, ale spróbować odczytać ich rzeczywisty przekaz – zastanawia się seksuolog i psychoterapeuta Andrzej Gryżewski.

Czy trzeba realizować seksualne fantazje, by poczuć się spełnioną jako kobieta?
Powiem zdecydowanie – na pewno nie wszystkie fantazje warto realizować, a już z pewnością nie należy robić tego dosłownie. I dotyczy to nawet tych marzeń, które wydają się całkiem niewinne. Jeden z moich klientów od dziesięciu lat fantazjował o… fryzjerkach. Wyobrażał sobie, że przychodzi do salonu, a tam miła pani ciepło się do niego uśmiecha, zaczyna go dotykać, masować – najpierw głowę, potem całe ciało. To była jego superfantazja, przy której onanizował się przez lata, kiedy był sam. Ale od trzech lat jest w stałym związku i kryzys w nim pojawił się właśnie z powodu owej fryzjerki. Partnerka wypytywała go bowiem tak długo, aż opowiedział, co mu chodzi po głowie. No i trafili do mnie, bo ona postanowiła urzeczywistnić jego fantazję! Pewnego dnia pojawiła się w drzwiach w kusym fryzjerskim fartuszku z nożyczkami w ręku. Jednak to kompletnie nie zadziałało, jej partner nie był ani trochę bardziej podniecony. Próbowała więc kolejny raz i kolejny…

Domyślam się, że nadal nic z tego?
Dokładnie tak. Zraniona uznała więc, że nie jest dla swojego partnera tak atrakcyjna i pociągająca jak fryzjerka z jego fantazji, choć nie miała do wyciągnięcia takiego wniosku żadnych podstaw, bo ich seks był udany. Bez fajerwerków, ale udany. Jednak to jej nie wystarczało. Próba realizowania jego fantazji doprowadziła do kłótni.

I zapewne ten mężczyzna wcale nie rozumiał dlaczego.
Nic nie rozumiał. Przecież wcześniej wszystko było między nimi w porządku. Czuł się więc zagubiony i oszukany, był zły, bo za szczerość spotkała go kara. Na kolejną sesję zaprosiłem więc tylko jego. I co się okazało? Przypomniał sobie, że przed dziesięcioma laty, kiedy był tuż po rozwodzie i czuł się bardzo samotny, trafił do salonu fryzjerskiego, w którym natknął się na wyjątkowo ciepłą, delikatną i bardzo czułą fryzjerkę. Przez 40 minut z pietyzmem przycinała jego włosy. Zrobiła mu też wspaniały masaż głowy. A on bardzo potrzebował czułego dotyku.

Czyli o ciepło, a nie o seks mu w tych fantazjach chodziło?
No właśnie! Fryzjerka była dla niego symbolem czułości, zainteresowania. Ale jego partnerka nie odkryła tego, co skrywała w sobie ta fantazja. Poszła za własną wizją tego, kim może być kobieta z salonu fryzjerskiego: kusicielką, wyuzdaną kochanką…

Zupełnie się ich fantazje rozminęły…
Fantazje partnera warto traktować jak tajemnicze wagony – nigdy nie wiadomo, co jest w nich ukryte. W wagonie do przewozu węgla można odnaleźć porcelanę. W cysternie, w której my przewozilibyśmy mleko, ktoś może przewozić zielony groszek. Tu bardzo łatwo o pomyłkę, błędną interpretację. Jak choćby w przypadku mojego innego klienta, który był przekonany, że skoro jego partnerka przyznała się do fantazji o Afrykaninie, to zapewne chodzi jej o wyjątkowo bogate męskie wyposażenie i supersprawność. Pomyślał nawet, że wie, skąd u jego partnerki taka fantazja. Pamiętał bowiem, że podczas wycieczki do Kenii zdarzyło jej się zapatrzyć na jednego z miejscowych mężczyzn. Dlatego przez kilka miesięcy wsmarowywał jakieś maści kupione w Internecie, które rzekomo miały wydłużyć jego członek. Kolejny pomysł, na jaki wpadł, to kupienie prezerwatyw w kolorze czarnym i specjalnych nakładek powiększających obwód członka. Jego żona zareagowała frustracją, bo za jej fantazjami kryło się tylko pragnienie, by ich seks był mniej przewidywalny. Afrykanin był dla niej symbolem zaskoczenia, różnorodności, dla niego – ogromnego męskiego przyrodzenia.

Kompleksy kazały mu w ten sposób zinterpretować fantazję partnerki?
Zapewne tak. Zdarza się też, że fantazje prowadzą do manipulowania partnerem. Miałem klienta, który chciał zdradzić żonę, ale nie potrafił się przełamać – tak po prostu zdecydować się na skok w bok – bo w gruncie rzeczy był monogamistą. Wymyślił więc, że podzieli się z partnerką swoją fantazją o swingowaniu. Potem namówił ją, by razem z nim poszła do klubu dla swingersów, a w końcu żeby to ona pierwsza zdradziła jego. To da mu prawo, by także dopuścić się zdrady! Długo przekonywał żonę, aż w końcu stało się! Kilka tygodni później trafił do mnie… z objawami stresu pourazowego. Za każdym razem, kiedy zamykał oczy, widział swoją partnerkę z tamtym mężczyzną. Realizowanie takiej fantazji jest jak wrzucenie granatu do pomieszczenia – nie wiadomo, kto przeżyje. Trzeba bardzo uważać.

Chyba podobnie trzeba uważać, kiedy mowa o fantazjach związanych z gwałtem. Czy kobiety opowiadają o nich swoim partnerom?
Czasem tak, co też zazwyczaj kończy się nieporozumieniem. Scenariusz po takim wyznaniu zazwyczaj wygląda mniej więcej tak: ona akurat gotuje obiad i nie jest w humorze, bo miała ciężki dzień w pracy. On zakrada się i zadziera jej sukienkę, by nagle uprawiać z nią seks. Penetrować. Ona jest wściekła, ma pretensje, bo czuła się zgwałcona. A on nic nie rozumie, przecież o to jej właśnie chodziło, tymczasem słyszy od partnerki, że wcale nie o to.

To czego ona chciała?!
Gwałt to tylko symbol. Ona chce, żeby on przejął inicjatywę, ale kiedy trafią do łóżka, do sypialni! Chce, żeby był męski, czyli stanowczy, dynamiczny, żeby wziął odpowiedzialność za seks, za klimat, za technikę, żeby ona mogła się poczuć swobodnie. A więc żeby działał z większą pewnością siebie, ale brał jednocześnie pod uwagę jej uczucia.

Są kobiety, które decydują się na operację powiększania piersi, gdy partner przyzna, że fantazjuje o kobietach z dużym biustem. Czy ich wysiłek ma jakiś sens?
Mężczyźni fantazjują o kobietach z wielkimi piersiami, bo te kojarzą im się z obfitością. Ale nie obfitością ciała, a obfitością czułości, zrozumienia. Czyli o kobietach, które są kochankami, ale też – jak mawia profesor Zbigniew Lew-Starowicz – mamami bis. Znowu więc nieporozumienie. Mam klientkę, która poszła tą błędną drogą interpretacji. Powiększyła sobie piersi, i to dwukrotnie, bo po pierwszej operacji on przyznał, że dalej fantazjuje o kobietach z jeszcze większym biustem. Jednak i to nie ożywiło ich związku. Tragizm tej sytuacji polega na tym, że zgłosiła się do mnie, kiedy wykonała już serię innych zabiegów. Pomyślała, że skoro jej partner ogląda pornografię, a tam kobiety mają wycięte wargi sromowe, żeby ich narządy wyglądały jak te u 16-latek, to ona także musi mieć takie. Ale i to nie zwiększyło częstotliwości uprawiania przez nich seksu. Więc znowu – jak aktorki w filmach porno – wybieliła sobie odbyt. Potem jeszcze zdecydowała się na ostrzyknięcie łechtaczki i punktu G kwasem hialuronowym.

Szaleństwo!
A problem leży zupełnie w innym miejscu. Ona jest jak lodowiec, ma charakter zadaniowy. A on potrzebuje kobiety ciepłej, czułej, opiekuńczej. On chciałby, żeby żona kokietowała – kusiła wzrokiem, gestem, słowem. A ona? Wbiega do mieszkania w stukających szpilkach i wydaje polecenia: „Seks o 21, wcześniej kolacja przy świecach, a teraz opowiedz, co się dziś działo!”. Tymczasem bliskość to ciepła i uważna rozmowa, a nie suche raportowanie, warto o tym pamiętać. Ono jest bardzo skuteczne w biznesie, ale w związku dla niektórych to katastrofa.

Czyli pod każdą fantazją, nawet tą o biuście, skrywa się jakiś „podspód”?
Tak. I ten „podspód” zwykle bardzo różni się u niej i u niego. I stąd ten ciągły zgrzyt, gdy decydują się dosłownie realizować swoje fantazje... Opowiem jeszcze o klientce, która powiedziała partnerowi, że fantazjuje o mężczyźnie, który potrafi uczynić seks bardziej lekkim i frywolnym. A on, jak to facet, naoglądał się komedii i komików klasy B i zaczął ją traktować jak młodszą siostrę. Wygłupiał się: wysypał ryż pod prześcieradło po jej stronie łóżka, innym razem pod jej jasiek podłożył prukającą poduszkę… Co ona na to? No, nie nabrała ochoty na seks! Chciała w łóżku lekkości i uśmiechu, a nie partnera z gimnazjum! Dlatego kiedy już decydujemy się opowiadać o swoich fantazjach, nie zostawiajmy partnerowi miejsca na domysły. Opatrzmy je solidnym komentarzem, bo tylko właściwie odczytane fantazje doprowadzą do spełnienia i radosnego przeżywania seksu, a nie do gabinetu seksuologa.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Biohacking – na czym to polega?

Biohacking zakłada, że człowiek funkcjonuje jak maszyna, której działania można usprawniać. (Fot iStock)
Biohacking zakłada, że człowiek funkcjonuje jak maszyna, której działania można usprawniać. (Fot iStock)
Biohacking polega na hakowaniu, czyli modyfikowaniu biologii ludzkiego organizmu. Tak jak hakerzy hakują komputery, czyli modyfikują ich oprogramowanie, biohakerzy hakują biologię swoich organizmów.

Sposób pojmowania biohakera biologii swojego ciała cechuje myślenie systemowe, wywodzące się z cybernetyki, które polega na analizie i obserwacji wzajemnego oddziaływania na siebie różnych systemów. Biohakerzy przyglądają się między innymi temu, jak działają poszczególne części organizmu jako współdziałające minisystemy. Analizują i obserwują organizm jako system naczyń połączonych, a następnie wprowadzają odpowiednie modyfikacje, aby uzyskać pożądany efekt.

Człowiek funkcjonuje najlepiej, gdy pozostaje w harmonijnym związku ze swoim otoczeniem. Przez myślenie systemowe możemy zrozumieć, w jaki sposób ludzie są zależni od różnych czynników środowiskowych. Biohakerzy z założenia traktują swoje organizmy, jak by były maszynami. A jak wiadomo, maszyny można modyfikować i ulepszać. Gdy odkryjesz, jak coś działa, z łatwością możesz to zmienić. Tak naprawdę w pewien sposób działamy podobnie do maszyn – jesteśmy istotami programowalnymi. Co ważniejsze, jesteśmy jedynymi istotami, które potrafią programować się same. Co oznacza, że każde zachowanie regularnie praktykowane po pewnym czasie staje się automatycznym programem.

Potrafimy ustawiać celowo wymyślone, zautomatyzowane programy, które odpowiadają za wykonywanie nudnych czynności, uwalniając nasz umysł dla innych, bardziej interesujących i kreatywnych zajęć.

Śmieci na wejściu, śmieci na wyjściu

Osoby obcujące na co dzień z technologią doskonale znają tę regułę. Oznacza ona, że jeśli do poprawnie działającego programu komputerowego wprowadzimy dane niskiej jakości, to w konsekwencji ich przetworzenia program zwróci nam bezwartościowe wnioski lub w ogóle nie będzie w stanie przetworzyć danych i się zawiesi. I dokładnie tak samo jest z naszym organizmem. To, na jakie bodźce go wystawiamy (czynniki środowiskowe), oraz to, co do niego wkładamy, powoduje szereg reakcji biochemicznych, które odpowiadają za to, jak się czujemy, wyglądamy i funkcjonujemy.

Od tego, co wkładasz do swojego organizmu, zależy to:

  • jak się czujesz,
  • ile masz energii,
  • jak zdrowy jesteś,
  • jak wyglądasz,
  • jakie uzyskujesz efekty we wszystkich obszarach życia.

Jeśli jeszcze nie wierzysz mi do końca, to wyobraź sobie, że budzisz się nad ranem półprzytomny po całonocnej imprezie i w takim stanie masz iść na trening, a potem do pracy. Stan biochemiczny twojego organizmu nie pozwoli ci optymalnie myśleć, nie mówiąc już o działaniu i rezultatach.

Chcesz czuć się lepiej? Chcesz mieć więcej energii? Chcesz wyglądać lepiej? Chcesz być szybszy, silniejszy i bardziej wytrzymały? Chcesz regenerować się szybciej? Chcesz zwiększyć swoją odporność na stres? Chcesz nauczyć się zarządzać emocjami? Chcesz mieć szybszy umysł? Lepszą pamięć i koncentrację? Chcesz lepszego seksu? Chcesz stać się efektywniejszym człowiekiem? Zacznij więc optymalizować swoje życie na podstawie skutecznej, potwierdzonej badaniami naukowymi filozofii optymalizacji zdrowia i zwiększania efektywności psychofizycznej.

Jednak zanim to zrobisz, potrzebujesz odpowiedniej wiedzy: w jaki sposób najpierw naprawić, a następne podkręcić wszystkie podzespoły organizmu, aby twoje ciało mogło zacząć pracować na maksymalnych obrotach, umożliwiając ci wykorzystanie pełnego potencjału. Nie mając takiej wiedzy, możesz coś zepsuć i twój organizm przestanie prawidłowo działać. Pamiętaj, wszystkie działania powinny być wykonywane delikatnie i rozważnie, żeby niczego nie uszkodzić.