fbpx

28 pokoi hotelowych – recenzja

28 pokoi hotelowych
fot. materiały prasowe Best film

Pełnometrażowy debiut reżyserski aktora Matta Rossa intryguje formą – oszczędną, zamkniętą w statycznych przestrzeniach – ale nie spełnia zawartej w niej obietnicy.

28 pokoi hotelowych
fot. materiały prasowe Best film

Opowieści bazujące na jedności miejsca, czasu i akcji teoretycznie zarezerwowane powinny być dla najbardziej wytrawnych narratorów, doskonale radzących sobie z wynikającymi z nich ograniczeniami. Te z kolei, nie wymagając wysokich nakładów finansowych, coraz częściej przyciągają twórców początkujących. Bo czy można wyobrazić sobie prostszy sposób na kino, niż pokój, dwójka aktorów i ustawiona przed nimi kamera?

Tytułowych 28 pokoi to miejsce schadzek Jego (Chris Messina) i Jej (Marin Ireland). Poznają się przypadkiem, w hotelowym barze. Wywiązuje się flirt, spędzają razem noc. Od tego momentu, ilekroć nadarzy się okazja, spotykać będą się zawsze w tych samych okolicznościach – w trakcie służbowych podróży, w hotelowych apartamentach, z dala od codziennego życia. Tylko tam mogą być naprawdę sobą.

Rozpisana przez Rossa opowieść to tak naprawdę materiał na kilkunastominutową krótkometrażówkę. Pretekst, by rozciągnąć ją aż do 82 minut jest wyjątkowo błahy – autor zakłada, że jest nim świat zewnętrzny, uniemożliwiający bohaterom wyniesienie ich romansu poza hotelowe mury. On ma dziewczynę, ona – męża i dziecko. Problem w tym, że bazujący na powtarzających się konfrontacjach scenariusz w żaden sposób nie uwypukla tej sytuacji jako właściwego problemu. Niemal do samego końca jest ona raczej wygodnym ogranicznikiem – zabezpieczeniem na wypadek, gdyby któreś z nich zechciało czegoś więcej.

I nie byłoby w tym pewnie nic złego, gdyby jedyną osobą, która tej fikcyjnej przeszkody naprawdę potrzebowała, nie był autor filmu. Jego bohaterowie, wyraźnie mający się ku sobie, wydają się być co najwyżej zniecierpliwieni.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze