fbpx

Hipnotyzer – recenzja

Hipnotyzer
fot. materiały prasowe Kino Świat

Trwa moda na skandynawskie kryminały. Do kin trafił kolejny reprezentant tego gatunku – adaptacja popularnego „Hipnotyzera” Lara Keplera.

Hipnotyzer
fot. materiały prasowe Kino Świat/więcej w galerii

Filmowa wersja perypetii komisarza Linny dowodzi jednak, że tego typu historie poza papier nie powinny wychodzić. Kluczem do detektywistycznych historii z północy są bowiem rozległe didaskalia – mając do dyspozycji kilkaset stron, autor powieści może pozwolić sobie na pogłębienie najważniejszych postaci i rozpisanie emocjonującej intrygi. Scenarzysta filmu tej swobody nie ma – jego zadaniem jest kondensacja treści tak, by ta zmieściła się w dwugodzinnym seansie. „Hipnotyzer” jest tego idealnym przykładem.

Za kamerą adaptacji powieści Larsa Keplera (a właściwie małżeństwa Ahndorilów, którzy pod tym pseudonimem publikują) stanął popularny hollywoodzki reżyser Lasse Hallstrom, autor m.in. „Co gryzie Gilberta Grape’a?”, „Czekolady” i „Wbrew regułom”. Za sprawą „Hipnotyzera” Hallstrom powraca do ojczystej Szwecji po 25 latach nieobecności. Jego wybór na stanowisko reżysera ponurego kryminału może jednak budzić pewne zdziwienie.

Esencją twórczości 66-letniego reżysera jest afirmacja życia – w jego bogatej filmografii trudno znaleźć tytuł, który otwarcie by temu przeczył. Hallstrom przez całe lata snuł historie outsiderów, szukających dla nich miejsca w poukładanym świecie. Na ogół z powodzeniem. Tymczasem „Hipnotyzer” to dla niego odległa estetyka – historia stricte gatunkowa, zawieszona w ciemnej, przytłaczającej rzeczywistości.

Bohaterem filmu jest komisarz Joona Linna, badający sprawę brutalnego zabójstwa przypadkowej rodziny. Gdy okazuje się, że masakrę przeżył nastoletni chłopak, Linna zwraca się do lokalnego hipnotyzera, by ten pomógł mu ustalić tożsamość mordercy. Nie wie jeszcze, że w ten sposób naraża na niebezpieczeństwo jego rodzinę. Kto i dlaczego chce jego śmierci?

Na potrzeby filmu zawiłą historię rozplątano, upuszczając przy okazji trochę krwi samym bohaterom. Efekt jest średnio zadowalający – w trakcie dwugodzinnego seansu nie sposób się z kimkolwiek utożsamić, a mało wyrafinowana bieganina od jednego podejrzanego do następnego przypomina kolejny, choć zrealizowany za nieporównywalnie większe pieniądze, odcinek kryminalnych pseudo-seriali pokroju „W11”.

Dodatkowo, nie mając odpowiedniej materii na zaakcentowanie skomplikowanych relacji pomiędzy swoimi bohaterami, Hallstrom podkreśla przede wszystkim tę między hipnotyzerem a jego żoną (w tej roli partnerka reżysera – Lena Olin). Tymczasem w powieści właściwa treść sięgała gdzieś obok, stanowiąc o dysfunkcyjności szwedzkiej rodziny. Brak tego jakże kluczowego dla całego gatunku drugiego dna jest dla filmu Hallstroma ostateczną kompromitacją.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze