Hotel szczęśliwych ślubów – miejsce, w którym można się zakochać

Hotel szczęśliwych ślubów - miejsce, w którym można się zakochać

Nakładem Wydawnictwa Zwierciadło ukazała się powieść Hester Browne „Hotel szczęśliwych ślubów”. Hester Browne to autorka powieści z listy bestsellerów „New York Timesa”. Jej pierwsza przetłumaczona na język polski książka opowiada o przygodach Rosie, perfekcyjnej wedding plannerki, które wzruszają, bawią i przywracają wiarę w słowa „żyli długo i szczęśliwie”.
okladka_HOTEL_SZCZESLIWYCH_SLUBOW_w (4)Hotel Bonneville, w którym toczy się akcja książki to nie tylko eleganckie apartamenty i klasyczne wnętrza, kryją się tam ludzkie historie z przeszłości, szyk poprzednich epok, szepty i sekrety.

Rosie McDonald, niegdyś porzucona przez narzeczonego przed ołtarzem, jest cenioną wedding plannerką. Dzięki niej zapomniany hotel w Londynie, powoli odzyskuje dawną renomę i staje się wymarzonym miejscem na ślub. Przyjęcia, które organizuje Rosie charakteryzuje idealna, tradycyjna angielska ceremonialność i dbałość o szczegóły.

Życie Rosie nie jest takie, jak jej perfekcyjne przyjęcia. Osiągnęła statusu uznanej organizatorki ślubów, ale jej kariera utknęła w martwym punkcie (nadal pracuje dla kogoś), a aktualny chłopak nie jest miłością jej życia, tylko egocentrycznym, walczącym z nadwagą krytykiem kulinarnym.

Wszystko zmienia się, gdy pojawia się przystojny blondyn, Joe, nieco ekscentryczny syn właściciela hotelu. Wrócił po kilku latach z Kalifornii i patrzy na wszystko z innej perspektywy. Oskarża Rosie o to, że skupiając się zbytnio na szczegółach wydarzenia, nie zauważa ludzi, a na pewno pomija kwestię uczuć. On zamiast o kolorystykę tortu i kwiatów, pyta młodych, czy są pewni tego, że chcą być razem. Niektórzy w wyniku takich pytań dochodzą do wniosku, że nie są… i tu następuje katastrofa – odwołują ślub, co naraża hotel jego ojca na straty i uderza w samą Rosie – odwleka jej marzenia o awansie i samodzielności.

Przygody bohaterki książki „Hotel szczęśliwych ślubów”, wzruszają, bawią i przywracają wiarę w słowa „żyli długo i szczęśliwie”. Z powieści czytelnicy dowiedzą się m.in., że istnieje szczerość i tak zwana „ślubna szczerość” – można powiedzieć, że „nie wszystkim druhnom jest do twarzy w jasnozielonym”, zamiast „będziesz wyglądać jakby szły za tobą cztery pory”.

Zobacz fragment
„Hotel szczęśliwych ślubów”

PROLOG

Przylgnęłam do marmurowego filara, starając się zerknąć na gości zgromadzonych w kościele tak, żeby mnie nie zauważyli.

Udało się, jakżeby inaczej. Byli zbyt zajęci podziwianiem misternych, ręcznie robionych różanych dekoracji wieńczących krzesła i czytaniem wierszy wybranych na tę specjalną okazję.

Z tych ostatnich byłam najbardziej dumna. To nawet nie były wiersze, raczej urywki piosenek Cole’a Portera. Nie jakieś tam ckliwe romansidła albo pompatyczne Szekspirowskie frazesy typu: „Czy do letniego dnia mógłbym Cię porównać?”. Serio, zastanówcie się, która kobieta chciałaby być porównana do angielskiego letniego dnia?! Kto o zdrowych zmysłach chciałby być przedstawiany jako: pochmurny, ponury i skrajnie nieprzewidywalny?! Bo tak jest dzisiaj. Przed chwilą przestało padać i w powietrzu, jak zwykle, unosi się specyficznie angielski zapach wilgotnych ubrań i lakieru do włosów. Wypełnia kościół i płynie do mnie ponad głowami gości.

Na pogodę nic nie poradzisz – niby tak, w każdym razie tak sobie powtarzam.

Skupiam uwagę na kilku gościach pogrążonych w rozmowie. Ukryta za filarem próbuję wychwycić, co mówią. Nic z tego, nic nie przebije się przez słodkie brzdąkania harfistki i jej interpretację suity z „Dziadka do orzechów” – kolejny przykład niestandardowej klasyki. Uśmiechy, rozglądanie się, nerwowe oczekiwanie świadczą o tym, że na razie nikogo zbytnio nie obchodzi, że ślub miał się zacząć cztery minuty temu.

Pięć minut temu – tyle pokazuje zegarek od mojej mamy (coś pożyczonego). To oznacza jedno, Anthony spóźnia się już trzydzieści pięć minut.

Żołądek powoli podchodzi mi do gardła, a wraz z nim teoretycznie „uspokajające” śniadanie, czyli owsianka z borówkami. Co mogę zrobić? Co więcej, poza dzwonieniem, esemesowaniem, dzwonieniem na policję, wysyłaniem jednej z druhen do jego domu… To wszystko już dawno zrobiłam.

Jak dotąd wydaje się, że goście nie zauważyli dwóch dziwnie wolnych krzeseł przy ołtarzu, gdzie Anthony i Phil, drużba, powinni od dawna siedzieć. Na szczęście pozostali drużbowie zachowywali się, jak gdyby nic się nie stało – mogę się założyć, że przynajmniej połowa z nich nie zdaje sobie sprawy, że coś się jednak stało. Nie jest to najbystrzejszy zestaw mężczyzn, jakich poznałam. Winić mogę jedynie wielokrotne urazy głowy, jakich doznali, grając w rugby z Anthonym. Prawda jest taka, że teraz jestem za to niewspółmiernie wdzięczna.

Sześć minut. Wbiega spóźniony gość, zdziwiony, że wcale się nie spóźnił. Siedem.

Najdziwniejsze jest to, że chociaż mój mózg pędzi jak szalony i czuję każdą z trzydziestu spinek wbijających się w moją głowę, to reszta ciała jest nadzwyczaj spokojna, wręcz śpiąca. Przez ostatnie dwadzieścia siedem godzin chodziłam z kąta w kąt, trzęsąc się ogromnie, a teraz moje ręce i nogi są jak z ołowiu. Planowałam i planowałam, ale tego – do spółki z deszczem – nie zaplanowałam. Co gorsza, nie miałam na to żadnego rozwiązania.

Harfistka doszła do końca „Tańca cukrowej wróżki” i spojrzała na mnie znacząco, unosząc brwi.

Zawahałam się, ale zaraz dałam jej znak, by zagrała coś jeszcze.

Zmarszczyła czoło, odrzuciła długie blond włosy i zaczęła grać od początku. Kilka osób spojrzało na nią i stało się jasne, że coś jest nie tak.

Niech ktoś mnie obudzi – błagałam w myślach. – Albo przynajmniej niech przyśle moją starą nauczycielkę francuskiego przebraną za morsa, żebym wiedziała, że to tylko zły sen. Wtedy podeszła do mnie Andrea, moja główna druhna, objawiła się z telefonem w jednej ręce i chusteczką w drugiej. Było jasne, że trafiło na nią – miała pecha. Ogromnego, przeogromnego pecha.

Gdzieś na granicy świadomości pojawiła się myśl, że Andrea jest wykwalifikowanym ratownikiem. To zawsze jest dobry pomysł, by jedna z druhen umiała udzielać pierwszej pomocy.

Tak przynajmniej czytałam.

– Rosie – powiedziała cicho. – Mam złą wiadomość.

– Catering nie dojedzie? – wyszeptałam z nadzieją. – Fotograf zgubił scenariusz ceremonii?

– Nie – Andrea przygryzła dolną wargę. – Anthony nie przyjedzie.