Kasia Smutniak – język to mój azyl

Kasia Smutniak w filmie "Słodki koniec dnia" (Fot. materiały prasowe)
Kasia Smutniak w filmie "Słodki koniec dnia" (Fot. materiały prasowe)

W Europie czuję się coraz mniej na swoim miejscu – mówi Kasia Smutniak, najbardziej znana Polka we Włoszech. Swoje doświadczenia emigrantki wykorzystała w najnowszej roli w „Słodkim końcu dnia”.

 

Twoje dzieci deklarują, że są Włochami czy Polakami?

Syn jest jeszcze za mały, żeby się definiować przez narodowość. U córki jest to płynne. Kiedy zdenerwuje się na Włochów, mówi, że jest Polką. Kiedy coś jej nie pasuje w Polsce, wtedy uważa się za rasową Włoszkę.

A jak jest z tobą?

Mój dom jest we Włoszech, moja rodzina też. Ale wiedzę o tym kraju zdobywałam w Polsce. Dobrze pamiętam zachwyt dokonaniami Nanniego Morettiego i braci Tavianich na maratonach filmowych w Pile. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że się tam przeniosę, a z autorami tych wybitnych filmów przyjdzie mi pracować, zaśmiałabym mu się w twarz. Mimo że mieszkam, pracuję i funkcjonuję we Włoszech od 20 lat, nie czuję się Włoszką.

Myślisz, że to się jeszcze zmieni?

Nie do końca bym chyba chciała. Wolę się czuć Europejką, choć dziś czuję się nią zdecydowanie mniej niż kiedyś.

Dlaczego?

Kiedy wyjeżdżałam z Polski, uwierzyłam, że nasz kontynent będzie zjednoczony i bez granic, bo doświadczałam za granicą otwartości i gościnności. To one pozwoliły mi przetrwać rozłąkę z ojczyzną, która nie była jeszcze wtedy członkiem Unii Europejskiej. W tamtej Polsce bardzo mocno odczuwałam, czym są geograficzne granice. We Włoszech to się zmieniło. Byłam pewna, że pokolenie moich dzieci już ich nie doświadczy. Z przerażeniem obserwuję, jak zaczęliśmy wracać do podziałów, jak odradza się w nas lęk przed obcym, jak granice wracają. Czuję się w Europie coraz mniej na swoim miejscu.

Czujesz się wyobcowana w zamykającym się na innych społeczeństwie?

Dziś we Włoszech czuję się jak Polka za granicą. Ale jak wracam do Polski, to czuję się… dokładnie tak samo, także jak Polka za granicą. Odkąd wyjechałam, upłynęło mnóstwo czasu i bardzo dużo się zmieniło. W Warszawie kolejne wieżowce rosną jak grzyby po deszczu, za każdym razem, kiedy ląduję na Okęciu, panorama miasta zaskakuje mnie czymś nowym. W kraju bywam rzadko, więc uderzają mnie też zmiany mentalności. Widzę, jak się zamykamy, jak wykonujemy krok w tył. Często zastanawiam się, co Polacy robią dziś ze swoją otwartością na świat i otwartością świata na nich, do czego je wykorzystujemy.

Niepokój o zanikanie otwartości to twój największy dziś strach?

Wydaje mi się, że ten niepokój w głębi duszy mamy wszyscy, ale z nim nie walczymy. Zaczynamy działać dopiero, kiedy nas osobiście dotknie tragedia, nie wtedy, kiedy dotyczy innych. Mieszkam w kraju, w którym na co dzień zdarzają się prawdziwe dramaty. Niedawno, na początku roku, wydarzyła się wielka tragedia u wybrzeży Syrakuz, gdzie 47 imigrantów z Afryki zostało uwięzionych na łódce. Nie mogli zejść na ląd, chociaż były wśród nich osoby niepełnoletnie, starsze, schorowane, po przejściach. Nie dostali pozwolenia, by zstąpić na ląd tej mitycznej Europy, tak otwartej i tak gościnnej, właśnie przez lęk przed obcym.

Myślisz, że twoje dzieci będą żyć w lepszej Europie?

Patrzę z niepokojem w przyszłość. Biorę to, co się dzieje, na poważnie. Musimy zawalczyć o lepsze jutro. To już nie jest czas przyglądania się z boku. To czas akcji. Czuję obowiązek, by być częścią tego działania. Noszę w sobie odpowiedzialność jako kobieta, matka i osoba publiczna za to, żeby moje dzieci żyły w lepszym świecie. Nie chcę, żeby moje wnuki zastanawiały się, dlaczego takie rzeczy były możliwe, tak jak ja kiedyś zastanawiałam się nad tym, myśląc o czasach mojej babci.

Co dokładnie masz na myśli?

Moja babcia mieszka w Łodzi na terenie byłego getta, dokładnie jeden blok przed cmentarzem. Często ją odwiedzałam. Zawsze nurtowało mnie, jak to było, że poza murem getta życie mogło się toczyć swobodnie, że działały kawiarenki, w których ludzie prowadzili normalne rozmowy, cieszyli się życiem, gdy obok nich dział się dramat dziadków, rodziców i dzieci. Jak Polacy mogli otwierać gazety, czytać te wszystkie okropne rzeczy i dalej spokojnie żyć? Dzisiaj znam odpowiedź. Wiem, jak to wyglądało, bo dokładnie to samo dzieje się w Europie. Otwieram gazetę i to, co czytam, przypomina mi to, co wydarzyło się w latach 40. Widzę, jak bardzo nakręcona jest spirala strachu przed imigrantami, a to przecież patent stary jak świat – trzymanie wszystkich w kupie i karmienie ich strachem gwarantuje posłuch, bo trzeba cały czas mieć się na baczności. Wtedy dużo łatwiej sterować człowiekiem. Ten problem dotyczy Polski, ale we Włoszech też go widzę. Ciągłe podkręcanie strachu sprawia, że stajemy się podatni na manipulację. Nie chcę się temu sterowaniu poddawać. Staram się mu przeciwdziałać.

Robisz to aktywnie: inicjujesz projekty społeczne we Włoszech, prowadzisz fundację w Nepalu, grasz w zaangażowanych filmach. To już chyba pracoholizm?

Kiedy byłam młodsza, cały czas bałam się, że coś mi ucieka, że nie zrobiłam czegoś, co mogłam zrobić. Pozwalałam temu strachowi mną kierować. Teraz jest inaczej, trochę się uspokoiłam. Przypominam sobie, że wszystkiego mogę spróbować na planie, który daje mi możliwość wejścia w dowolną rolę. W życiu nie muszę tego robić, więc staram się działać wolniej. Więcej czasu poświęcam za to na analizę tego, co dzieje się dookoła mnie. Ostatnio szczególnie frapuje mnie kwestia tego, co wywołuje w nas strach przed obcym.

Kasia Smutniak na planie filmu "Słodki koniec dnia". (Fot. materiały prasowe)
Kasia Smutniak na planie filmu „Słodki koniec dnia”. (Fot. materiały prasowe)

Znalazłaś odpowiedź?

Mam wiele tropów, które badam w kinie. Dzięki filmom mogę zasiać wątpliwości w głowach widzów i przekazać im własne refleksje, z czego chętnie korzystam. Ostatnio przy okazji pracy z Jackiem Borcuchem nad „Słodkim końcem dnia”, który miał swoją premierę na Festiwalu Filmowym Sundance założonym przez Roberta Redforda. To jeden z najbardziej osobistych filmów w mojej karierze. Kiedy Jacek do mnie zadzwonił z propozycją roli, śmiałam się, że nie ma wielkiego wyboru, bo gdzie znajdzie drugą Polkę, która mieszka we Włoszech, jest aktorką i do tego dwujęzyczną, żeby zagrała bohaterkę jego scenariusza? Nie miałam konkurencji. Podczas spotkania okazało się, że wcale nie byłam oczywistym wyborem. Jackowi bardzo zależało na wzbogaceniu tej historii, chciał wykorzystać moje doświadczenie. Ucieszyło mnie to, bo chciałam wprowadzić zmiany do scenariusza i wzbogacić go o moje obserwacje.

Które elementy wzięłaś z życia?

Choćby wielojęzyczna komunikacja kobiet z trzech różnych pokoleń – matki, córki i wnuczki – jest mi świetnie znana. Dla mnie to naturalne, że z moimi dziećmi rozmawiam w dwóch językach, a mojej mamie, Polce, zależy, żeby one mówiły jak najwięcej po polsku. My, osoby, które mieszkają za granicą, ale mają rodzinę w kraju, skąd wyjechały, tak właśnie żyjemy. Wydawało mi się interesujące, że można o tym opowiedzieć innym.

W filmie widać, że język daje bohaterom schronienie, azyl, do którego uciekają, gdy nie chcą, by ktoś ich rozumiał.

Też tak robię z moimi dziećmi. Kiedy nie chcemy, żeby we Włoszech ktoś nas rozumiał, mówimy po polsku. Z kolei w Polsce dzieci robią babci na przekór i mówią do mnie po włosku, żeby ona nie rozumiała. Mają z tego frajdę, bo mogą się skomunikować tylko z tymi osobami, z którymi chcą. Mnie zależy, żeby znały oba języki, bo tylko język pozwala zrozumieć mówiących nim ludzi i ich kulturę.

Iloma językami mówisz?

Po polsku, włosku, angielsku, rosyjsku, nepalsku. Żadnego z nich nie nauczyłam się z książek. Próbowałam, ale nic z tego nie wychodziło. Dlatego zresztą nie mówię po francusku, choć chodziłam na kursy. W Rosji mieszkałam, Nepal odwiedzam od ponad 20 lat, a od dziesięciu lat mam tam fundację. Zdążyłam się zaadaptować, ale tylko i wyłącznie dlatego, że poznałam język.

Panuje przekonanie, że to język określa naszą osobowość, że mówiąc w jednym, jesteśmy innymi osobami, niż gdy mówimy w drugim.

To prawda. Kiedy posługuję się drugim językiem za granicą, to stwarzam siebie na nowo, jestem inną Kasią Smutniak. To daje mi możliwość żonglowania, wyboru, kim chcę być. Wyjątkiem są języki polski i włoski, bo czuję się tą samą osobą, kiedy nimi mówię. W pozostałych wypadkach wybieram sobie jakąś wersję siebie. Tak jest nawet z akcentem, bo w Stanach Zjednoczonych mówię z innym akcentem niż w Wielkiej Brytanii, co powoduje, że tam i tu zachowuję się inaczej. W Wielkiej Brytanii jestem szybsza, konkretniejsza, w USA idę w stronę small talku, zwalniam. Kwestia językowa jest bardzo ważna, żeby zrozumieć otoczenie, w którym się znajduję. Dlatego tak szybko się uczę i adaptuję, bo jestem ciekawska – lubię wiedzieć, co się dzieje dookoła mnie.

W „Słodkim końcu dnia” mamy istną wieżę Babel.

To prawda, na planie rozmawialiśmy po włosku, polsku i angielsku. I graliśmy w trzech językach, bo wcielaliśmy się w międzynarodowe towarzystwo, które na co dzień posługuje się tymi językami w sposób naturalny. Czasem się w tym wszystkim gubiliśmy. Ja mówiłam po włosku, polsku i angielsku, więc mogłam swobodnie rozmawiać zarówno z Krystyną Jandą, jak i z Lorenzem de Moorem, który zagrał jej partnera. Ale oni między sobą już nie mogli. Krystyna mówi po polsku i francusku, ale nie mówi po angielsku i włosku, którymi z kolei posługuje się Lorenzo. Fascynujące było oglądanie, jak oni się ze sobą komunikują bez języka. Okazało się, że jest to możliwe, że wbrew temu, co mówią nam politycy, można do siebie dotrzeć, nawet jeśli w teorii nie mamy ku temu narzędzi. Krystyna na planie miała zupełnie nowy image. Wyglądała jak zbuntowana arystokratka – papieros nonszalancko trzymany w ustach świetnie kontrastował z jej ubiorem i wyprostowaną grzywką. Ona tej grzywki nie znosiła. Lorenzo śmiał się, że nie potrzebowała znać włoskiego ani angielskiego, żeby na tę grzywkę narzekać. Doskonale wiedział, kiedy po raz kolejny zwracała na nią uwagę [śmiech].

 

Kasia Smutniak, rocznik 1979. Polska aktorka mieszkająca we Włoszech, modelka, twarz perfum Idole marki Giorgio Armani. Zagrała kilkadziesiąt ról kinowych i telewizyjnych. Najbardziej znane są jej kreacje w filmach „Pozdrowienia z Paryża”, „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” i „Oni”. We Włoszech osiągnęła status megagwiazdy. Popularność wykorzystuje w działalności charytatywnej. Jest bardzo zaangażowana w pomoc mieszkańcom Nepalu, założyła fundację imienia Pietra Tariconego, swojego tragicznie zmarłego męża.