„Bliżej siebie. Mindfulness i compassion na drodze ku przyjemności” Izy Jąderek to pierwsza polska książka, która kompleksowo łączy wiedzę seksuologiczną z praktyką mindfulness i compassion.
Żeby odczuwać przyjemność w ciele i relacji, potrzebujemy być dostępni do czucia. I choć może to brzmieć banalnie, w praktyce bardzo często właśnie brak tej dostępności sprawia, że kontakt z przyjemnością wydaje się niemożliwy albo sztucznie wymuszony. Jedną z najczęściej powtarzanych rad w kontekście „lepszego seksu”, szczególnie tych czerpiących z popularnych interpretacji mindfulness, jest sugestia, by angażować się w aktywność seksualną wszystkimi zmysłami. Ale popularne porady rzadko uwzględniają stan systemu nerwowego, czyli to, czy w ogóle jesteśmy dostępni do przyjmowania bodźców. Dotyk, smak, zapach, wzrok, dźwięk, ta cała paleta ma rzekomo otworzyć drzwi do głębszego pożądania i intensywniejszej przyjemności. I rzeczywiście, zmysłowe bogactwo, różnorodność stymulacji, zmienność tempa i uważne korzystanie z doznań ciała sprzyjają budowaniu seksualnego napięcia oraz pogłębiają doświadczanie przyjemności. Ale warto, byśmy się tu zatrzymali i zadali sobie pytanie: czy rzeczywiście jesteśmy gotowi, by te zmysły zaprosić do gry?
Współczesny świat dostarcza nam tak wielu bodźców, że nasze systemy nerwowe, mówiąc zupełnie wprost, są przeładowane. Nasze ciała nie są już chłonnymi przestrzeniami otwartymi na subtelne sygnały. Są raczej magazynami napięć, przeciążeń, niedomkniętych reakcji, które nie miały szansy się wyregulować, i nadmiaru codziennych wrażeń. Ciało robi, co potrafi, by przetrwać w rzeczywistości, w której narażone jest na przebodźcowanie i w której system nerwowy częściej reaguje ochronnie niż otwiera się na przyjemność. I choć paradoksalnie żyjemy w kulturze, która promuje zmysłowe doświadczenia, to jednocześnie tworzy warunki, w których niełatwo cokolwiek naprawdę poczuć. Niepokój, drażliwość, problemy z koncentracją, płytki sen, trudność w odpoczynku – to tylko niektóre objawy przeciążenia sensorycznego. Życie w ciągłym stanie pobudzenia, gotowości do działania i rozwiązywania problemów, bycia „na bieżąco” i dostępności 24/7 sprawia, że nasz układ nerwowy funkcjonuje głównie w trybie alarmowym. A to nie są warunki, w których można z lekkością i radością oddać się erotycznej bliskości.
Wbrew obiegowym radom problem nie polega dziś na tym, że zbyt mało pobudzamy zmysły. Wręcz przeciwnie, pobudzamy je nieustannie. Problem polega na tym, że nie dajemy sobie czasu ani przestrzeni na regenerację. I co ważne: to nie tylko kwestia decyzji, bardzo często tej przestrzeni mamy za mało. Żyjemy w warunkach, w których hałas, tempo, brak prywatności, małe metraże, wielozadaniowość czy opieka nad innymi sprawiają, że zmysły nie mają fizycznych możliwości, by się wyciszyć. Nie potrzebujemy więc bardziej się starać, tylko wreszcie znaleźć moment lub wysepki ciszy w rzeczywistości, która rzadko je oferuje. Zmysły – i cały układ nerwowy – regenerują się nie tylko wtedy, gdy przestajemy je bombardować, ale też wtedy, gdy nie dajemy im nic, a następnie dajemy im coś prostego i kojącego. To może być powtarzany gest przytrzymania dłoni na ciele, dźwięk spokojnego głosu, powolny ruch. Słowem nie potrzebujemy więcej bodźców, ale przestrzeni, żeby adekwatnie i w pełni poczuć to, co już jest.
Seksualność nie rozkwita w chaosie. Potrzebuje oddechu, poczucia bezpieczeństwa i miejsca w otoczeniu, ale przede wszystkim w ciele.
seksualność nie lubi tłoku
Przyjrzyjmy się teraz tym bodźcom i zanim sięgniemy po jakiekolwiek „zmysłowe techniki”, warto zobaczyć, w jakim stanie naprawdę są nasze zmysły. Zbyt często próbujemy uprawiać seks, kiedy jesteśmy zmęczeni, usztywnieni i dotykani przez cały dzień niechcianym dotykiem. To mogą być codzienne przytulenia od znajomych i przyjaciół, bliskość dzieci i potrzeba dotyku z ich strony, ubrania drażniące skórę, powitania, przypadkowe otarcia o innych w transporcie miejskim, napięcie zawodowych gestów. Dla niektórych osób, szczególnie neuroróżnorodnych lub po doświadczeniach przekroczeń, nadmiar dotyku może być trudny do zniesienia nawet wtedy, gdy sam w sobie nie jest jawnie nieprzyjemny. Każdego dnia jesteśmy dotykani setki razy, w sposób kontrolowany i niekontrolowany, i trudno się dziwić, że nie jesteśmy w stanie szybko „przełączyć się” na zmysłowy, erotyczny dotyk. Z kolei zmysł słuchu atakowany jest dźwiękami miasta, hałasem biura, kakofonią rozmów, spotkań i muzyki. Wzrok mamy nieustannie skupiony na ekranach, przeładowany informacjami i kolorami. Zapachy rzadko bywają neutralne, zwykle są zbyt intensywne, nachalne, wręcz przytłaczające.
W takiej rzeczywistości wezwanie do „zmysłowego seksu” bywa zwyczajnie nierealistyczne, a czasem nawet opresyjne. Jeśli zmysły są już zmęczone, każde kolejne „rozbudź się” może zabrzmieć jak presja, a nie jak zaproszenie. Zanim pojawi się w nas otwartość na doświadczenie seksualne, potrzebujemy czegoś zupełnie innego: regulacji zmysłów.
Zmysły to nie narzędzia do „wydajnego seksu”, tylko część naszego bycia w świecie. Istnieją po to, byśmy mogli doświadczać życia: przyjemności, ulgi, poczucia bezpieczeństwa czy wzruszenia. Wbrew temu, co sugeruje wiele poradników, regeneracja zmysłów nie jest czymś odległym – to warunek konieczny, by przyjemność mogła w ogóle się pojawić.
nie da się jednocześnie walczyć z codziennością i rozkwitać w przyjemności
Wielu z nas utożsamia odpoczynek z biernym wyłączeniem: oglądaniem seriali lub przewijaniem ekranu telefonu. I choć takie formy „nicnierobienia” bywają potrzebne i kojące, to nie wystarczą, by przywrócić zmysłom działanie i obecność, a nam możliwość korzystania z nich w pełni. Prawdziwa regeneracja, czyli taka, która przywraca zdolność odczuwania przyjemności, wymaga bardziej świadomej, aktywnej troski. Może nią być kontakt z naturą, spokojny spacer bez telefonu, kilkanaście minut obecności w ciele poprzez ruch, taniec albo zmianę tempa oddechu – czegoś, co realnie przestawia system nerwowy z trybu mobilizacji na tryb regulacji.
Wszystko zaczyna się od pytań, które łatwo przeoczyć w codziennym pędzie: „Co mogę dziś zrobić, żeby wyregulować swoje ciało? Co pomoże mi odzyskać ciało, w którym znajdzie się miejsce na przyjemność?”. Z fizjologicznego punktu widzenia podniecenie seksualne może być utrudnione przez napięcia i ciągłą mobilizację. Abyśmy mogli poczuć podniecenie, potrzebujemy, paradoksalnie, choć zgodnie z wiedzą o układzie nerwowym: rozluźnienia i wyjścia ze stanu ciągłej gotowości. Dopiero wtedy naczynia krwionośne w okolicach narządów płciowych mogą się swobodnie rozszerzyć, a krew może do nich dopływać. To właśnie zwiększony dopływ krwi tworzy fizjologiczną podstawę podniecenia: umożliwia lubrykację, erekcję, pulsowanie i ciepło, poczucie nabrzmienia i żywości, które finalnie odczuwamy jako podniecenie. W stanie silnego napięcia i mobilizacji trudno o fizjologiczne podniecenie – nie dlatego, że się „nie staramy”, tylko dlatego, że warunki fizjologiczne mniej temu sprzyjają.
Patrząc na to z poziomu emocji i psychiki, to właśnie wtedy, gdy ciało się wycisza, a zmysły przestają walczyć o przetrwanie po codziennym wysiłku, pojawia się możliwość podłączenia do seksualności. To moment, w którym system nerwowy przesuwa się w tryb kontaktu i eksploracji, a dopiero w tym stanie mamy dostęp do przyjemności seksualnej. W stanie regeneracji i po wcześniejszym uspokojeniu dotyk może stać się zaproszeniem do przyjemności, a nie kolejnym bodźcem, przed którym trzeba się bronić.
Często mówimy o przeciążeniu jako o zmęczeniu, ale przebodźcowanie to coś więcej niż tylko fizyczne wyczerpanie. To również dezorientacja, trudność w rozpoznaniu własnych granic sensorycznych, brak rozróżnienia między tym, co nam służy, a tym, co nas obciąża. Nie wszyscy również reagujemy tak samo. Dla jednej osoby hałas może być zupełnie neutralny, dla innej nie do zniesienia. Ta różnorodność nie wynika z widzimisię, ale z indywidualnych uwarunkowań układu nerwowego, historii relacyjnych i poziomu zasobów danego dnia. Dla jednej osoby mnogość rozmów będzie przyjemnie stymulująca, dla drugiej – wyczerpująca i obciążająca. Nie chodzi o to, co jest „obiektywnie dużym” bodźcem, ale o to, co w twoim systemie nerwowym przekracza osobistą granicę tolerancji. Dlatego pierwszym krokiem w kierunku odzyskiwania zmysłowości i przyjemności nie jest intensyfikacja doznań, lecz rozpoznanie własnych granic: „Co mnie przeciąża, a co wycisza? Co sprawia, że się zamykam, a co pozwala mi się znowu otworzyć?”. Im częściej zadajemy sobie te pytania, tym większą mamy szansę, by nie wejść automatycznie w przeciążenie, tylko świadomie wybrać to, co nas wspiera.