fbpx

Dorota Landowska: Oswoiłam strach

Dorota Landowska: Oswoiłam strach
Fot. Rafał Masłow

Osiem lat temu odeszła jej bliska przyjaciółka – Duśka. Wtedy Dorota Landowska zgodnie z życzeniem Darii Trafankowskiej postanowiła współtworzyć fundację. Działa od pięciu lat i pomaga chorym osobom związanym ze sceną. To tam, w fundacji, uczy się o sobie i o innych najwięcej.

Dorota Landowska: Oswoiłam strach
Fot. Rafał Masłow/więcej w galerii

Nie odnosisz wrażenia, że na pozytywne gesty, wyrazy troski wobec siebie stać nas już tylko zrywami, od czasu do czasu? Na co dzień przechodzimy obok siebie obojętnie.

Pozytywnych uczuć nie charakteryzuje chyba stałość, constans. Nie jest tak, że na czułość czy miłość możemy się zaprogramować i mieć w sobie taki ciąg dobroci. To prawda, ludzie wspierają się, troszczą o siebie zrywami, ale wiesz co, dzięki Bogu, że chociaż zrywami.

Rozumiem twoją logikę, ale czy można być dobrym od godziny 16 do 19, a potem mieć od tego wolne?

Dzisiaj już myślę, że można. I że nawet najbardziej miłosierni mają swoje granice wytrzymałości…

I to jest prawdziwe?

Pracując kilka lat w fundacji, przestałam przyglądać się z lupą intencjom, jakie stoją za ludzkimi zachowaniami. Na początku rzeczywiście zastanawiałam się, kto jest prawdziwy, w jakim celu ludzie przychodzą do naszej fundacji, czy budują swój PR, czy chcą zaistnieć w rubrykach towarzyskich. Miałam moment, kiedy wyczuwając, że ktoś swoją wyciągniętą dłonią chce jednocześnie ugrać coś dla siebie, nie przyjmowałam jego pomocy. Ale wyrosłam z tego. Przestałam oceniać. To nie ja jestem od stawiania dwój i piątek z człowieczeństwa. Rąk chętnych do pracy charytatywnej, do pomocy, jest bardzo mało. Na co dzień jesteśmy skupieni na swoich prywatnych, indywidualnych bólach, często drobnych.

Powiedzmy sobie szczerze, w naturę ludzką nie jest wpisane myślenie o końcu, o słabościach, o starości, o chorobach. Dlatego, kiedy ktoś pojawia się w fundacji z otwartym sercem dla innych, zazwyczaj jest to ktoś, w kogo życiu nastąpił punkt zwrotny, zdarzyła się tragedia. Ale czy to źle, że wtedy zaczyna docierać do nas, że życie nie będzie zawsze trwało beztrosko, bez żadnych potknięć?

A do tego czasu omijamy szerokim łukiem szpital, hospicjum, bo nam się wydaje, że jeśli tam nie wejdziemy, nic złego nas nie spotka, będziemy… nieśmiertelni?

Uśmiechasz się, a my naprawdę tworzymy sobie taką iluzję nieśmiertelności, wieczności. Budujemy ją podświadomie każdego dnia dla pozornego poczucia bezpieczeństwa.

I przez to tak naprawdę boimy się jeszcze bardziej.

Byłabym nieuczciwa, gdybym nie przyznała, że sama żyłam podobnie. W podobny sposób myślałam. Mimo że moje całe dzieciństwo i młodość kręciły się wokół szpitala, pracowała w nim moja mama, mój brat jest lekarzem, i tak pamiętam, że zawsze mówiłam do mamy podenerwowana: „Nie opowiadaj mi o cierpieniu, nie chcę tego słuchać”. Jest w człowieku taka blokada, potrzeba dojrzałości, żeby ją pokonać. Tego punktu zwrotnego, o którym wspomniałam. Dla mnie była nim ta pierwsza ważna śmierć w moim życiu – śmierć Duśki (Darii Trafankowskiej). Odwiedzałam ją często, patrzyłam, jak choroba ją zmienia, aż w końcu zabiera.

Nie było w tobie buntu? Taka niezgoda jest chyba ludzka.

Byłam zaskoczona, zszokowana tym, co poczułam – bo poczułam jakiś rodzaj wdzięczności, że uczestniczę w tym odchodzeniu. Jeśli zdarza nam się mówić, że nie znamy siebie do końca, to to właśnie był mój moment nieznajomości siebie. Nie buntowałam się, ale wielka w tym zasługa Darii. Wiesz, ta śmierć była niezwykła. Jedno z najpiękniejszych pożegnań, jakie widziałam w życiu. Pamiętam tamto popołudnie, jedno z jej ostatnich. U Darii w izolatce było chyba kilkanaście osób, ekipa serialu „Na dobre i na złe”, w którym grała, jej przyjaciele. Wszyscy rozmawialiśmy uśmiechnięci. Patrząc z boku, można by pomyśleć, że to jakiś „bankiet”, nie umiem tego nazwać. W niej było tyle pokory, spokoju… nawet przez myśl nie przeszło mi, aby się buntować. Nie wypadało – dostałam prezent na całe życie. Po raz pierwszy oswoiłam strach. Zobaczyłam, że można.

To się dzieje na poziomie rozumu, emocji? Czym oswajamy lęk?

Być może u każdego dzieje się to inaczej. Nie wiem. Nigdy nie ukrywałam, że stawiam na duszę, że zmagam się ze sobą, z kłopotami, medytując. Szukałam swojego miejsca we wszystkich religiach, ale jednak decydujący okazał się dla mnie buddyzm. Więc jeśli mam mówić o sobie – to rozumem nie obejmuję tych ważnych, dużych spraw. Śmierć to sacrum – tu głowa nie wystarcza.

Myślisz, że uczestniczenie w odchodzeniu kogoś bliskiego to jedyny sposób, aby przejść na tę „drugą stronę strachu”?

Na pewno niejedyny, ale zauważyłam, że bardzo często to się łączy. I że ludzie, którzy „boją się już inaczej”, zazwyczaj mają za sobą takie przeżycie. Wracając do twojego pytania o prawdziwość działania zrywami, to fakt, że po śmierci Duśki podjęłam decyzję o współtworzeniu fundacji, to też był przecież zryw.

Udowodniłaś, że prawdziwy, bo ciągniesz ten ciężki wózek ponad pięć lat.

Jeśli ktoś chce pomóc drugiemu człowiekowi na zasadzie odhaczenia dobrego uczynku na swoim koncie, to chyba jego problem. Ale jest też druga strona – przyjmujący pomoc. Tu też przeszłam szkołę. Kilka lat zajęło mi zrozumienie, że jeśli ktoś nie odbiera ode mnie, od fundacji, telefonu, to nie znaczy od razu, że mnie opuścił, może po prostu chce się wyspać. Mamy problem nie tylko z dawaniem pomocy, ale także z jej przyjmowaniem. To znaczy: albo nie pozwala nam duma i unosimy się honorem, mówimy: „Dziękuję, poradzę sobie sam!”, chociaż sobie nie radzę, albo innym razem bywamy na pomoc zachłanni, oczekujemy bezwarunkowości. Trzeba uważać. Bo osoby, które szczerze dają siebie, łatwo jest zamęczyć na śmierć.

Z którejkolwiek strony spojrzeć, jest po prostu tak, że ludzie siebie potrzebują, a jednocześnie żyją od siebie coraz dalej.

Spotkałam się jakiś czas temu z żoną mojego bliskiego przyjaciela, byłego partnera. On odebrał sobie życie i zostawił ją z dwójką małych dzieci. Musiała się jakoś pozbierać, a ma tym trudniej, że jest z pochodzenia Francuzką. Znalazła numer do mnie w jego telefonie i bardzo chciała się ze mną spotkać. Ta rozmowa była dla nas obu bardzo intymna, poruszająca, a dla mnie dodatkowo niezwykle pouczająca. Kobieta z zupełnie innego świata zaczęła mi opowiadać, jak funkcjonuje coś na kształt łańcucha pomocy na Zachodzie. Tam funkcjonują grupy wsparcia w zasadzie w każdej sprawie. Jednoczą się matki, które straciły dzieci, córki, które wcześnie straciły ojców itd. Każdą z tych grup dotyka określony wachlarz problemów, w radzeniu sobie z nimi pomaga, oczywiście, psycholog. Ale co tak naprawdę leży u podłoża takich grup? Człowiek chce czuć, że nie jest sam, że ból, cierpienie to sprawa powszechna, że nie tylko on pyta siebie codziennie rano: „dlaczego ja?”.

Powstają grupy wsparcia, bo człowiek rozpaczliwie potrzebuje bliskości, a z drugiej strony żyjemy tak, aby więzi nie tylko nie pielęgnować, ale wręcz je niszczyć. O co chodzi? Obserwując swoje otoczenie, mam poczucie, że my się dzisiaj łączymy w bardzo dziwne grupy, które z prawdziwymi relacjami nie mają wiele wspólnego. Na przykład w pracy, w której spędzamy trzy czwarte życia, tworzymy krąg i wierzymy, że coś nas rzeczywiście łączy. Tylko zobacz, co się dzieje, kiedy taką pracę tracisz. Machina jedzie dalej bez ciebie. Nawet nie ma cię kto pocieszyć. Mam czasem wrażenie, że czerpiemy z Zachodu same najgorsze rzeczy. Oni już przez to przeszli, już wiedzą, że takie pojedyncze życie, życie w oddzieleniu, nie sprawdza się. Nieszczęścia zawsze nawiedzały ludzi w postaci wojen, głodu, chorób, a siła też zawsze była tylko w tym, że ludzie stawali razem, ramię w ramię, wspierali się. Banały, wszyscy to wiemy, tylko co z tego – dalej nie wcielamy ich w życie. Dzisiaj rodziny zakładamy coraz później albo w ogóle, więc na więzy krwi też niespecjalnie można liczyć. Widzę to w moich fundacyjnych historiach. Rzadko starsi ludzie mogą liczyć na pomoc swoich wnuków. To smutne. Oczywiście, starość nie jest estetyczna, a my żyjemy w dość wysublimowanym, antyseptycznym świecie, niewiele ma on co prawda wspólnego z rzeczywistością, ale w tej bańce tkwimy.

Myślisz, że gdybyśmy jak kiedyś żyli w wielopokoleniowych rodzinach, to ze starością, chorobą lepiej umielibyśmy sobie radzić?

Bardzo zależało mi na tym, aby moja córka znała swoją prababcię. Marysia była wtedy mała, moja babcia bardzo leciwa. Cóż, starość jest brzydka, pomarszczona, nie zawsze ładnie pachnie, ale uważam, że chowanie jej przed dziećmi jest niemądre. Pamiętam zetknięcie gładkiej skóry na dłoni mojej córki z pomarszczoną na dłoni mojej babci. To jest piękne, naturalne i prawdziwe. Ode mnie zależy, czy moje dziecko jako młody człowiek będzie miało w sobie czułość, empatię, czy będzie umiało wyciągać rękę do ludzi. Na pewno moich dzieci nie nauczę tego, jeśli będę im pokazywać, że jest tylko jedna, ta błyszcząca strona życia. I jeśli nie wyrobię w nich od małego, tak jak wyrabiam w nich nawyk mycia rąk, nawyku wyciągania ich do drugiego człowieka, nawyku odwagi, aby tę rękę podać. Jak inaczej nauczyć budowania więzi? Nie mam innego pomysłu.

Ludzie trzymają swoje dzieci „pod tęczą”, bo mówią, że chcą je w ten sposób chronić. Chronić przed… częścią życia?

No właśnie, przed częścią życia. A ono ma swój początek i koniec. Niektórzy próbują tego ostatniego unikać i są w tym śmieszni. Nie da się. Więc nie ukrywam przed moimi dziećmi trudnych tematów. Staram się, oczywiście, nakładać na te rozmowy jakiś filtr, bo nie chodzi o potęgowanie strachu, ale właśnie o oswajanie go. Przecież boimy się najbardziej tego, czego zupełnie nie rozumiemy, z czym w żaden sposób się nie zetknęliśmy. Dzieci słyną z zadawania trudnych pytań. Robię sobie czasem taki test z dojrzałości – na ile jestem w stanie sformułować odpowiedź. Jeżeli nie znam jej dzisiaj, to proszę moje dzieci o czas do zastanowienia, umawiamy się, kiedy wrócę z wytłumaczeniem. Staram się, żeby te odpowiedzi nie były gotowcem – bo tak odpowiada się na dane pytanie dzieciom w przedziale wiekowym pięć – siedem, a tak w przedziale osiem – jedenaście lat. Staram się, aby temat, o który pytają, przerobić na nowo sama ze sobą. Czym jest życie, czym jest śmierć i po co my tu właściwie jesteśmy, takimi kwestiami częstuje mnie od dwóch lat moja córka. Nie jest łatwo. Bo przecież my sami mamy momenty, kiedy brakuje nadziei, kiedy bywamy bezsilni – ja bywam. Ale umiem też z pełnym przekonaniem powiedzieć mojej córce, że życie bywa piękne. Choćby tylko dlatego, że masz oczy, uszy, że widzisz, słyszysz, że możesz poczuć zapach, że spotykasz na swojej drodze takich ludzi jak Daria, jak Maciek Kozłowski. Człowiek, który zmagał się z potwornym fizycznym bólem, z niepewnością o jutro, ze strachem, ale wychodził do innych, pomagał w fundacji z całych sił. A do tego widywałam go jeszcze między próbą a przedstawieniem, jak stoi w parku i karmi ptaki. Zawsze go wspominam, opowiadam o nim, bo chcę, aby on był przykładem siły, odwagi i życia w najpiękniejszym wydaniu dla moich dzieci.

Ze strachu uciekamy przed czyimś cierpieniem. Od początku boimy się nieuchronnego. To naturalne. Rozumiem, że chodzi o to, co jako dorośli z tym strachem zrobimy. Czy go oswoimy, użyjemy do czegoś dobrego, czy pozwolimy, aby on do końca nami kierował.

Strach może być też wielką bronią. Potrafi być naszym najlepszym sprzymierzeńcem, potrafi dać kopa do robienia pięknych rzeczy. Chodzi o to, żeby spojrzeć mu prosto w oczy i powiedzieć: „chcę cię okiełznać”. Z nim jest chyba jak z jazdą konną. Koń wie, że się go boisz, ulegnie ci wtedy, kiedy okażesz mu odwagę. Jak poczuje, że ma równego sobie partnera, wtedy da się poprowadzić. Strach może nas ponieść i złamać nam kark, ale jeśli okaże się, że na jego grzbiecie siedzi wojownik, który nie ucieka, dogada się z nami.

Jesteś wojownikiem?

Codziennie się o to staram. Codziennie od nowa. W domu, wychowując dzieci, w pracy, przed wejściem na scenę, w fundacji, przed kolejną walką.

I kiedy Marysia przychodzi do ciebie i mówi: „mamo, boję się”, nie odpowiesz jej: „nie bój się”, ale zaprzyjaźnisz ją ze strachem?

Kiedyś Grzesiek Damięcki opowiadał mi, jak przychodziła do niego córeczka i mówiła: „tato, boję się”. Chciał jej ulżyć. Wziął gitarę i postanowił ułożyć dla niej piosenkę o strachu. Napisał melodię, słowa: „Nie bój się, będę zawsze przy tobie” itd. Przeszedł przez pierwszą zwrotkę, refren i kiedy był w połowie drugiej, córka powiedziała: „tato, tato… boję się!”. To jest praca syzyfowa, pchasz ten kamień pod górę, pot leje ci się z czoła, myślisz, że wykonałaś kawał genialnej roboty i… słyszysz: „tato, tato, boję się!”. Zabawa zaczyna się od nowa. Wiesz, mam takie przeświadczenie, że tego nie załatwia się w ciągu jednej rozmowy czy jednego roku, to jest praca na większość życia.

A w którym momencie wiesz, że lekcje odrobione?

Od pewnego czasu, całkiem niedługiego, miewam takie przebłyski, kiedy rozmawiam z ludźmi, słucham opowieści o ich problemach, rozterkach, że już trochę inaczej myślę. Jestem spokojniejsza. Nie czuję się ciągle ściśnięta strachem. Myślę, że pierwszym krokiem w tym moim dojrzewaniu była śmierć Duśki. Oczywiście, marzy mi się oświecenie, ale nie przesadzajmy. Mimo wiedzy o tym, że życie nie zawsze jest słodkie, wstaję rano i przede wszystkim w oczy rzuca mi się świecące słońce. Jest dobrze.

Dorota Landowska rocznik 1969. Absolwentka PWST w Warszawie. W latach 1992–99
występowała na deskach Teatru Powszechnego. Od 1999 roku jest aktorką Teatru Narodowego, a od tego sezonu – także teatru Studio. Zagrała gościnnie m.in. w Teatrze na Woli w jednej z najgłośniejszych ostatnio sztuk „Nasza klasa” autorstwa Tadeusza Słobodzianka. Od września można ją oglądać w sztuce „Pożegnania” reżyserowanej przez Agnieszkę Glińską. Jest prezesem Fundacji im. Darii Trafankowskiej.