fbpx

Maria Sadowska: Jestem kobietą walczącą

Maria Sadowska: Jestem kobietą walczącą
archiwum

O udanym „Dniu Kobiet”, nominacji na Gdynia Film Festival oraz o długiej drodze od świata muzyki do filmu opowiada Marysia Sadowska.
Cieszę się że spotkaliśmy się w Czytelniku. Byłem tu parę ładnych lat temu. Przy stoliku za nami siedział Mrożek, kiedy indziej, gdy wpadłem zauroczony cenami obiadów, widziałem Holoubka.

Jeszcze kilku panów starej daty można tu zastać. Tam przy ścianie siada teraz Konwicki. Ciągle się zbieram żeby podejść do słynnego pisarza, którego uwielbiam.

Co mu powiesz?

Właśnie nie wiem. Zastanawiam się. Czasem mam wrażenie, że chciałby ze mną pogadać, zawsze siedzi tu taki samotny.

A może płytę mu swoją zostaw, masz parę naprawdę udanych.

Myślisz pewnie o „Tribiute to Komeda” albo „Kaczmarski Jazz”.

Co ty, taka stara?

Zawsze byłam jedną nogą w przeszłości. Wracanie do korzeni jest dla mnie ważne, określa przecież naszą tożsamość. Współczesny świat utrudnia zagnieżdżenie się gdzieś na dłużej. Dlatego przeszłość daje mi znakomitą kotwicę.

Rozumiem Cię doskonale, mam kilku kolegów po 80-tce, wśród nich jest Henryk Chmielewski, Ksawery Jasieński. Nie wyobrażam sobie że ich nie ma.

Całkowicie się z Tobą zgadzam. Zostałam wychowana tak, że wielkich mistrzów darzę niesamowitą estymą. Jest ich coraz mniej, bo nasz świat niestety już ich nie produkuje. Byłam wśród ostatnich studentów profesora Hassa. Trafiłam na ostatni rok szkoły filmowej, gdy jeszcze prowadził zajęcia.

Który to był rok?

2000. Robiłam wówczas „hassówkę”, czyli 15-minutowy film bez dialogów, który się kręciło na taśmie filmowej. Niestety profesor zmarł, zanim obejrzał te filmy . Mieliśmy jednak przez kilka miesięcy niezapomniane zajęcia.

Co z nich zostało?

To był już starszy schorowany pan, czuliśmy bardziej emanację legendy niż realną ciężką pracę. Jednak pamiętam, że odrzucał masę propozycji scenariuszowych. Napisałam ich ze 30.

Co mu się nie podobało?

Nie mówił co. Po prostu odrzucał. W końcu napisałam taki, który przyjął. Myślę, że rzeczywiście był moim najlepszym krytykiem. Polecam Ci, film nazywa się „Skrzydła”. Cieszę się, że odrzucał wcześniejsze, bo dzięki temu zrobiłam coś przyzwoitego. Film pojechał na wiele festiwali.

Sprecyzujesz?

Zaliczył dokładnie 42 festiwale.

Słucham?

Tak. Międzynarodowe przeglądy, festiwale szkolne itd. Film żyje wtedy własnym życiem, podoba się na jednym, to jedzie na kolejny. Filmówka sama to wysyłała, ja nie miałam na to wpływu..

Skąd Ty masz te ciągoty filmowe? Znam Cię całe życie jako wokalistkę, muzykologa, który jest z boku kultury masowej z własnego wyboru.

Zakochałam się w kinie, będąc jeszcze nastolatką. Spędzałam w nim każdą wolną chwilę, bo mogłam tam przeżywać ciągle nowe życie. Książki działają podobnie, ale magia kina mnie zachwyciła. Zrywałam się ze szkoły i oglądałam pięć filmów dziennie, od najgorszych po najlepsze. Chodziłam wtedy też do szkoły muzycznej, ćwicząc intensywnie grę na fortepianie. Był nawet moment, że chciałam być poważną pianistką, marzył mi się konkurs chopinowski. Niestety wiązało się to z potwornym reżimem nieustającego ćwiczenia. Potrafiłam go sobie narzucić i ćwiczyłam w porywach po sześć godzin dziennie, ale trwało to krótko. Szukałam siebie. Byłam osobą, która interesuje się wieloma rzeczami na raz. Pisanie, robienie zdjęć, kręcenie na VHS-sie pierwszych scenek. Skrzykiwałam koleżanki, kazałam się im przebierać, wymyślałam historię, dawałam kamerę tacie i kazałam mu to wszystko filmować.

Pamiętam Cię jeszcze z programów dziecięcych.

Rodzice robili w telewizji program dla dzieci „Co jest grane”, gdzie stałam za kamerą, robiąc jakieś zwariowane rzeczy, teledyski dla dzieci itp. Teledyski fascynowały mnie niesamowicie. Trwał w najlepsze złoty okres MTV. Ponieważ byłam muzykiem, myślałam, że przedstawianie muzyki za pomocą obrazów to jest to coś dla mnie. Długo wydawało mi się, że reżyseria polega na przełożeniu formy muzycznej na ruch i obraz. Fascynował mnie Zbigniew Rybczyński, uwielbiałam Felliniego z jego najbardziej surrealistycznego okresu.

Gdy skończyłam szkołę muzyczną i zdałam maturę, miałam totalnie dosyć muzyki. Wiedziałam, że nie pójdę na akademię. Po dwunastu latach ćwiczenia muzyki klasycznej na fortepianie miałam przekonanie, że wirtuozem nie będę. Choć miałam tam wspaniałego nauczyciela, Sabolca Esztny’ego. Mistrza w starym stylu.

Widziałem go kiedyś w akcji, gdy prowadziłem taki studencki festiwal w Akademii.

Niesamowity erudyta, będę go pamiętała do końca życia. Lekcje z nim były genialne. Historia sztuki, literatura, muzyka, historia. Ale miałam dosyć nauki, uznałam, że jeśli mam siedzieć w muzie, to tylko rozrywkowej.

Żeby zaistnieć w muzyce poważnej, trzeba być niesamowicie uzdolnionym. Inaczej można być jedynie nauczycielem fortepianu. Z wykształcenia jestem przedszkolanką , ponieważ szkoła drugiego stopnia to rodzaj zawodówki. Jednak tuż po dyplomie trafił mi się wyjazd do Los Angeles, gdzie zostałam zaproszona, by jako Szwedka nagrywać płyty do Japonii.

Dlaczego Szwedka?

Usłyszałam, że Szwedzi teraz świetnie się sprzedają w Japonii, a ja jestem podobna. „Przefarbujemy Cię bardziej na szwedzko i będziesz sobie pracować”. Pojechałam tam oczywiście i przez dwa lata nagrywałam muzykę dance. W Japonii wydałam dwie płyty.

Ale Ci się trafiło. Zapewnili wikt i opierunek?

Tak. Nie musiałam tam zmywać i jakoś specjalnie ciężko zasuwać.

Malibu?

Santa Barbara. Mieszkałam także w WoodlandNills.

Byłaś młoda, tuż po maturze i rodzice powiedzieli po prostu „Good luck, bye bye”?

Tak. Po prostu trafiła się taka okazja. Znalazłam się tam, nagrywając płyty z muzyką, której nie lubiłam. Ale ponieważ zrobili ze mnie produkt, ładnie opakowany, nie miałam za wiele do gadania. Oczywiście wzięto moje propozycje, ale wszystko zostało przerobione na taki chamski dance. Świetnie się to sprzedawało, Spice Girls rządziły wtedy na świecie. Nauczyłam się tam, co to jest show biznes, który traktuje cię jak produkt. U nas wszystko to jeszcze raczkowało. „Hey” wypuszczał pierwsza płytę. Wytwórnie rozkręcały swoje interesy. Szalony 1996.

Dla kogo pracowałaś?

EMI Toshiba. Wielka firma, w której tryby byłam bezlitośnie wkręcona. Na początku było to wszystko fascynujące, nauczyłam się tam bardzo dużo, zwłaszcza śpiewać bez akcentu. Jednak po dwóch latach stwierdziłam, że tkwię z miejscu, bo nie poszłam na studia i siedzę w mieście, gdzie każdemu wydaje się, że zaraz zrobi karierę, bo sława czeka tuż za rogiem. Tam każdy myśli, że jest kimś. Na stacjach benzynowych każdy facet jest aktorem, w barach każda kelnerka to wokalistka. Na każdym rogu takich jak ja były setki. Kiedyś miałam spotkanie z wytwórnią i oni zapytali mnie, co ja bym chciała robić. Odpowiedziałam, że chciałabym nagrać jazz najchętniej z moim ojcem. Wściekli się tak, że wyrzucili mnie z tej konferencji. Moi menagerowie byli oburzeni, jak ja mogłam coś takiego powiedzieć. Liczyli, dalej będę dalej chciała robić „umpa-upma”. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie należałoby się stąd zwijać.

I co zrobiłaś?

Przyjechałam do Polski, niby na chwilę, i zaczęłam się przygotowywać do egzaminów na reżyserię w Łodzi. Po maturze próbowałam swoich sił w Katowicach, bo wydawało mi się, że tam jest łatwiej się dostać. Wtedy się nie udało, ale byłam pierwsza pod kreską. Pamiętam, że dostała się Magda Piekorz, która zdawała chyba trzeci raz. Szkoła powiedziała, że mogę chodzić jako wolny słuchacz, a jak zrobię jakiś film na półrocze, to pogadamy. Ale dostałam zaproszenie ze Stanów, więc nie skorzystałam z tej możliwości. Po dwóch latach postanowiłam spróbować.

W L.A. nie ma dobrych szkół filmowych?

Są, ale płaci się dwadzieścia tysięcy dolarów za semestr. W Stanach usłyszałam, że po co chcę tu studiować, skoro mamy w Łodzi najlepszą szkołę na świecie. Wątpiłam w to, że się dostanę, dlatego doszkalałam się w Akademii Filmu i Telewizji w maleńkim studio na Chełmskiej. Wykładał tam bardzo fajny profesor Józef Gębski. Uczyłam się w przerwach miedzy wyjazdami do Ameryki. W ramach tych zajęć zrobiłam dwa filmy dokumentalne, które przydały mi się na egzaminy do Łodzi.

Takie ciężkie?

Oj tak. Były trzyetapowe, miałam uczucie, jakbym uczestniczyła w wojnie. Zaczynaliśmy wspólnie, a potem kolejno ktoś odpadał. Chciałabym zrobić o tym film. Pamiętam, jak zakładałam sztuczne okulary, żeby wyglądać poważniej. Chyba podziałało, bo się dostałam. Byłam ostatnia, ósma na liście.

Szkoła zapewniła Ci już wystarczająco dużo sił i wiedzy, żeby zacząć reżyserowanie? Pytam, bo z Twojego roku pracują w zawodzie tylko dwie osoby.

Zaczęłam szkołę, gdy miałam dwadzieścia trzy lata. Byłam po dwóch latach pobytu w Stanach, gdzie przeżyłam nieprawdopodobne historie, i chyba to dało mi jakieś doświadczenie. Wyreżyserowałam trzydziestominutowy film „Non stop kolor”. Wojciech Marczewski poradził mi, żebym napisała coś o muzyce klubowej. Grałam w klubach od pierwszego roku , żeby utrzymać się na studiach sama, nie chciałam być na garnuszku rodziców. Grałam też do kotleta w knajpach. Muzykę klubową kochałam, więc nie narzekałam. Była to moja muzyczna rewolucja. I napisałam właśnie o tym, co się w tych klubach dzieje, czy to już jakaś nowa kultura itd. Jestem z niego dość zadowolona, bo chyba udało się utrwalić tamten klimat.

Marysia, jesteś pierwszą reżyserką naszej kinematografii, która sama zrobiła sobie muzykę do filmu. Udanego zresztą. Miałem jednak wrażenie, że ta historia nie jest z Twojego świata?

Powiedziałabym, że jest uniwersalna. „Dzień kobiet” to także film o mnie. Pokazuje walkę. Osobiście jestem kobietą walczącą, jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi. Prawdopodobnie dlatego, że duchowo najbliżej mi do hipiski. Korporacje i czysty konsumpcjonizm, układ, który wtłacza ludzi w machinę potrzebującą nieustannie ich energii, nie dając nic w zamian, nigdy nie potrafiły mnie oczarować czy wystarczająco mocno przekonać. Walczę przede wszystkim o to, by żyć z tworzenia i robić tylko to, co kocham.

Skąd wzięłaś tę historię?

Miałam szczęście. Opowieść sama przyszła do mnie. Opiera się na archetypie walki dobra ze złem, słabego z silniejszym. Zaczęło się od tego, że studio Munka, a konkretniej Darek Gajewski, pamiętając mój pierwszy krótki film, postanowił nawiązać ze mną współpracę. Zakupił scenariusz od Kasi Terechowicz, ale trzeba było jeszcze nad nim popracować. Zaczęłam studiować podręczniki scenariuszowe, ponieważ „Non stop kolor” był filmem eksperymentalnym. Chciałam stworzyć obraz, jakbym miała opowiedzieć historię. Nie chciałam produkcji na serio.

Dla mnie ważna jest oszczędność. Nie padło w Twoim filmie ani jedno niepotrzebne słowo.

Wykonaliśmy przy tym filmie pracę u podstaw. Budowaliśmy każdą scenę jako konflikt, jasno rysując początek, rozwinięcie i zakończenie. Wszystkie wątki miały swoją pointę. Do tego wyczerpująca dokumentacja, łącznie ze spotkaniem ze stowarzyszeniem ludzi poszkodowanych przez wielkie sieci handlowe. Studiowałam akta sądowe, żeby autentycznie zbudować sceny na wokandzie. Przekopałam się przez miliony artykułów. Rozmawiałam z kasjerkami, które opowiedziały mi niesamowite zdarzenia. Trwało to kilka miesięcy. Nie spotkałam się tylko z protoplastką głównej bohaterki, by nie zatracać obiektywizmu tego tematu. Postać w naszym filmie jest wymyślona, co podkreślam. Włożyłam do scenariusza fakty, typu oszustwa na kasie czy nieboszczyka przykrytego workiem, by za bardzo nie odstraszał klientów, ale film ma być kompilacją zdarzeń prawdziwych i wymyślonych.

Co, teraz przerwa?

Nie, właśnie jadę na wieś pisać scenariusz.