fbpx

Naomi Watts – Za grzeczna?

Naomi Watts - Za grzeczna?
Getty Images Entertainment/ Getty Images / Flash Press Media

Naomi Watts ujmuje w rozmowie naturalnością i poczuciem humoru. Śmieje się, że blondynki częściej się boją… na ekranie. Ale ona, choć była „dziewczyną” King Konga, nie dała się w Hollywood zaszufladkować jako słodka blondynka. Wyglądu używa inaczej. Jako kontrapunktu dla stopniowo ujawnianych, często mrocznych cech granych przez siebie bohaterek. Ostatnio na ekranach można ją było oglądać w najnowszym filmie Woody’ego Allena „Poznasz przystojnego bruneta”.
– Wbrew warunkom nie masz łatki słodkiej blondyneczki. Reżyserzy dostrzegają mroczną stronę twojej osobowości.

– Różnie z tym bywało. „Mulholland Drive” był zwrotem w mojej karierze, potem przyszły takie tytuły jak „Ring”, „21 gramów”, „Funny Games”… Ale to prawda, nie mam łatki słodkiej blondynki, gram nietypowe role, biorąc pod uwagę mój wygląd. Myślę, że jestem postrzegana przez pryzmat moich ról, trochę jak nieszczęśliwa, mroczna, depresyjna, nieco niestabilna osoba… Mam wymieniać dalej? Nie wiem, co lepsze – szowinistyczna ocena czy ta wpisująca mnie w krąg osób społecznie niedopasowanych? A tak na poważnie – to też kwestia wyborów, których dokonuję. Nie lubię komedii, najbardziej drażnią mnie te romantyczne. Są oderwane od życia i paradoksalnie wcale mnie nie śmieszą. Zgodziłam się zagrać u Allena, bo jego humor jest inteligentny. On rozśmiesza, ale nie zapomina o ciemnej stronie życia. Jest neurotyczny, a przy tym rozbrajająco naiwny wobec życia. Jak ja.

– „Mulholland Drive” Davida Lyncha to punkt przełomowy w twoim dorobku. Podobnie jak scena miłości lesbijskiej z Laurą Harring.

– David wybrał mnie na podstawie fotografii, jakie nadesłałam, zaprosił na zdjęcia próbne, a przecież zgłosiło się wiele aktorek. Startowały znane nazwiska, prawdziwe gwiazdy. Ale on nie chciał się sugerować, nigdy mu tego nie zapomnę, że zatrudnił anonimową dziewczynę, czyli mnie. Po premierze gazety pisały, że w ciągu jednej nocy stałam się sławna. Zapomniano, że ta jedna noc trwała dziesięć lat, bo tyle minęło, odkąd przeprowadziłam się do Hollywood z Australii. Dopiero David zaufał nieznanej aktorce i obsadził w roli głównej. Co do tej sceny – to akurat było łatwe, przyszło naturalnie. Chodziło o emocje, ukazanie czułości, miłości, pożądania. Dużo trudniej było mi uwierzyć, że w granej przeze mnie bohaterce zakochuje się ogromny goryl!

– Mówisz o „King Kongu” Petera Jacksona. Co mogę powiedzieć, duże serce, duże uczucie…

– Żartowaliśmy na planie, że każdy mężczyzna ma w sobie coś z małpy. To mi pomogło! „King Kong” to oczywiście bajka i jak każda bajka ma nas czegoś nauczyć. Musiałam wejść w tę konwencję, by móc w nią uwierzyć. A przecież w gruncie rzeczy to proste emocje, myślę, że dużo łatwiej jest je odczytać dzieciom niż dorosłym.

– W takim razie jakie emocje zagrać najłatwiej?

– Strach. Zresztą jako blondynka często muszę grać właśnie strach, przerażenie itd. W takich filmach jak „King Kong”, „The Ring”, „Funny Games” czy „Mulholland Drive” grane przeze mnie bohaterki bardzo często się boją. Różne są źródła ich lęków, faktycznie, czasem trudno jest uwiarygodnić strach, jeśli ma podłoże psychologiczne lub jest wynikiem skrywanej traumy z dzieciństwa. Ale taki najprostszy, czysty strach, wpisujący się w bardzo konkretną sytuację, filmowy gatunek czy scenę grozy bazuje na bardzo prostym warsztacie aktora… Ostatnio zastanawiałam się nad tym i doszłam do wniosku, że blondynki częściej się boją na ekranie. Może to się wpisuje w ten stereotyp? Czy jesteśmy bardziej strachliwe? Chyba nie, ale myślę, że mężczyźni tak nas postrzegają.

– Powiedziałaś o tym, co jest najłatwiejsze. Co jest zatem najtrudniejsze?

– Castingi i przesłuchania. Mam na koncie wiele poniżających doświadczeń związanych z takimi sytuacjami. W pięć minut musisz zaprezentować swoje możliwości, a przecież nad przyszłą rolą, jeśli wygrasz casting, będziesz pracować pół roku. Przesłuchania niezwykle mnie frustrują. Czuję się niepewnie wokół tych wszystkich ludzi, którzy boją się patrzeć sobie w oczy, traktują siebie wzajemnie niczym wrogów. Nie mam do tego zdrowia, zazwyczaj tak się denerwuję, że wypadam najgorzej ze wszystkich. Teraz rzadko już chodzę na castingi, ale kiedyś uczestniczyłam w kilkunastu miesięcznie. To chyba najgorszy okres mojego życia. I najdłuższy.

– Ale dzięki temu poznałaś Nicole Kidman – spotkałyście się po raz pierwszy na castingu i zaprzyjaźniłyście.

– Obie brałyśmy udział w reklamie bikini, wracałyśmy jedną taksówką do domu. Stare czasy…

– Jesteś chyba jedyną aktorką, która nim zagrała u Allena, odrzuciła propozycję współpracy z nim aż dwa razy!

– To prawda, ale proszę mi wierzyć, nie była to kwestia braku chęci. Woody Allen dwukrotnie proponował mi rolę, raz w filmie „Melinda i Melinda”, a potem w „Śnie Kasandry”. Nie mogłam ich przyjąć, bo miałam już wcześniej podjęte zawodowe zobowiązania. Kiedy powiedziałam znajomym, że musiałam odrzucić role u Allena, nie mogli uwierzyć! Myślałam, że trzeciej propozycji nie będzie. Niespodziewanie dostałam telefon, że Woody chciałby mnie zaangażować do swojego najnowszego filmu. Postanowiłam, że tym razem, nawet jeśli będę w tym czasie zajęta, zrobię wszystko, by dostosować swoje terminy do jego produkcji. Zgodziłam się, nim przeczytałam scenariusz – Woody Allen pisze świetnie, w jego tekstach jest wszystko, nawet wskazówki dla aktorów, musisz się tylko ich doszukać. No i te dialogi!

– Propozycja zagrania u Allena jest dla aktora nobilitacją. Podziałała na ciebie mobilizująco czy może onieśmielająco?

– Od dawna chciałam pracować z Allenem, ale stres był ogromny, chyba nawet większy, niż wtedy gdy miałam grać u Davida Lyncha w „Mulholland Drive”. Obydwaj są bardzo chimeryczni, ale praca z Lynchem oznacza wyzwanie, szaleństwo, z kolei praca z Allenem jest prawdziwym zaszczytem. Słyszałam od innych aktorów, że Woody ma swoje metody prowadzenia aktora i reżyserowania filmu, trzeba je zaakceptować i tyle. Nie lubi dużo mówić, wiele rzeczy pozostawia aktorom do interpretacji. Nie krzyczy, nie chwali. Gdy scena wypada dobrze, po prostu realizuje następną. Jest bardzo nieśmiały, a przy tym czarujący, potrafi rozśmieszyć wszystkich w najmniej odpowiednim momencie. Praca z nim to niesamowite doświadczenie – ja zazwyczaj między swoimi ujęciami wracam do garderoby, by przygotować się do kolejnej sceny, odebrać mejla, zmienić kostium. Byłam tak zafascynowana stylem jego pracy, że nawet gdy nie byłam potrzebna na planie, siedziałam cichutko i obserwowałam mistrza.

– Faktycznie nie odzywał się słowem?

– Wręcz przeciwnie. Dużo rozmawialiśmy. Prawdę mówiąc, wolę taką metodę pracy. Zapytałam o to Allena, on odpowiedział, że wszystko zależy od sytuacji. Są aktorzy, z którymi współpracuje już piąty raz, a nigdy nie zamienił z nimi słowa na planie. Tłumaczył mi, że swoimi uwagami nie chce tłumić aktorów, nie chce zamykać ich interpretacji. Przyznał, że długo kompletuje obsadę do swoich filmów i jak już dokona wyboru, woli zawierzyć intuicji aktora, niż przelewać na niego swoje wizje. „Gdybym wiedział, jak to zrobić, sam zagrałbym tę rolę” – powiedział raz zapytany o radę. Oczywiście to był żart, on nie uchyla się od odpowiedzialności. Spytałam Scarlett Johansson o to, jak wyglądała jej współpraca z Allenem, powiedziała, że również sporo rozmawiali. Woody niezwykle ufa swoim aktorom, myślę, że każdy marzy o współpracy z takim reżyserem. Marzy, a jednocześnie się obawia.

– Sally – postać, którą grasz, jest… no właśnie, mam problem z jej określeniem!

– Woody Allen tak ją skonstruował, żeby nie wydawała się zbyt jednoznaczna. Sally niby jest prostolinijna, a przecież nie do końca szczera ze swoim partnerem. Chce mieć dziecko, ale Roy nie jest jeszcze gotowy. Więc żyje w takim zawieszeniu, nie wie, czy powinna postawić na karierę, czy na dom. I szuka… Wiele rzeczy jej umyka przez to niezdecydowanie. Jak to u Allena, brak głównego, wiodącego wątku, losy wszystkich postaci przeplatają się, łączą, wręcz plączą. Tradycyjnie Woody portretuje nasze neurozy, lęki, ludzkie charaktery ukazuje w krzywym zwierciadle. Dużo jest w tym prawdy, to, jak się szamoczemy z życiem, jak nie wyciągamy żadnych wniosków z lekcji, jakie dostajemy. Na ogół ludzie w ogóle nie uczą się na swoich błędach. Woody Allen ukazuje to z pełną
premedytacją.

– A ty uczysz się na własnych błędach?

– Staram się. Często jednak nie zważam na sygnały i znaki, jakie daje mi życie. Dzisiaj, ze swoją wiedzą, pewnie nigdy nie zdecydowałabym się spróbować sił w Hollywood. Nie wiem, co sobie myślałam, kiedy przeprowadziłam się do Stanów. Byłam strasznie naiwna. Gdybym była starsza, miała większe doświadczenie i wiedzę, nie podjęłabym takiego ryzyka. Dziś podejmuję je, przyjmując takie, a nie inne role, ale nigdy nie zrobiłabym wolty w życiu osobistym. A tamta decyzja wpłynęła na całe moje życie.

– Zaryzykuję tezę, że przeprowadzki masz we krwi.

– Zdecydowanie wiele rzeczy wynosimy z domu rodzinnego. Moi rodzice rozwiedli się, gdy miałam cztery lata. Tata jeździł w trasy jako dźwiękowiec z zespołem Pink Floyd, rzadko go widywałam. Mama wychowywała mnie i brata sama. Często się przeprowadzaliśmy, wędrowaliśmy po całej Anglii. Do Australii mama najpierw pojechała na wakacje. Poczuła, że to kraj możliwości, więc szybko do niej dołączyliśmy. Na początku było ciężko, nie mogłam dogadać się z rówieśnikami, chyba nie byłam lubiana. Z czasem zaczęłam jakoś sobie radzić w grupie, ale
te lata mnie zahartowały. Z jednej strony ciągłe przeprowadzki sprawiały, że nie miałam przyjaciół, z drugiej zawsze czułam, że jestem kochana. Moja mama jest niezwykle emocjonalną osobą, nigdy nie kryje się ze swoimi uczuciami, otoczyła mnie i brata wielką miłością. Jesteśmy ze sobą bardzo blisko.

– Mama zapisała cię na kursy gry aktorskiej, gdy miałaś 14 lat.

– To prawda, ale o aktorstwie myślałam od dzieciństwa. To marzenie wydawało mi się mało realne, dlatego nikomu o tym nie mówiłam. Mama zapisała mnie na te lekcje, by choć trochę ujarzmić mój buńczuczny charakter, znaleźć mi jakieś zajęcie. Byłam buntownikiem, świadomość, że nie mogę dogadać się z rówieśnikami, nakręcała mnie. Dziś mam wrażenie, że jestem za grzeczna… Ale człowiek z wiekiem pokornieje.

– Nie boisz się upływu czasu?

– Nie, jestem tego ciekawa. Martwi mnie opinia, że po czterdziestce aktorki w Stanach nie mają co grać. Ale w ogóle nie stresuje mnie nowa zmarszczka, zastanawiam się, jak zrobić z niej zaletę, atut.

– Masz dwóch synów, ale coraz częściej mówisz, że chętnie adoptowałabyś kolejne dziecko.

– Tak wyobrażam sobie szczęście. Dużo dzieci, duży rodzinny dom, gwar, rozmowy, wspólne bycie razem. Jeśli za sprawą adopcji mogę komuś pomóc, dlaczego mam tego nie zrobić? Kocham mój zawód, uwielbiam spotkania z takimi ludźmi, jak Allen, Lynch, Haneke, Jackson, ale po prawdziwe życie – by przeżyć te najważniejsze emocje, wybory, doświadczenia – trzeba wyjść z sali kinowej. Nic tego nie zastąpi – ani najlepszy seans, ani najwyższa gaża, ani Oscar. Hm… ale ze mnie nudziara. Już mówiłam, że jestem za grzeczna?