fbpx

Daniel Olbrychski – Wygrany

Daniel Olbrychski – Wygrany
fot. Zosia Zijo i Jacek Pióro

Od 50 lat nieustannie w podróży. Paryż, Moskwa, Nowy Jork… Daniel Olbrychski opowiada o swojej drodze przez filmy i przez życie – bogatsze, niż można by zamarzyć. Bo karta mu szła od początku. Teraz przygotowuje się do roli fotografa Roberta Kincaida w teatralnej adaptacji wielkiego kinowego hitu „Co się wydarzyło w Madison County” Clinta Eastwooda.
– Czy Eastwood mógłby być pana kumplem?

– Moglibyśmy się polubić. Mamy podobny gust kinowy. Lubię jego filmy, tak jak lubię grywać podobne role.

– A to prawda, że pana pierwszymi idolami byli aktorzy grający w westernach?

– Pierwszymi idolami mobilizującymi mnie do osiągnięcia czegoś w życiu byli polscy bokserzy. W 1953 roku jeszcze nie chodziłem do kina. Mieszkałem na wsi, kontakt ze światem miałem przez radio na słuchawki. Usłyszeć pięć razy hymn polski dzięki pięciokrotnym zwycięzcom, w tym czterokrotnie nad bokserami radzieckimi, parę miesięcy po śmierci Stalina, to było coś, co prostowało plecy. Chciałem być taki jak Leszek Drogosz, Henryk Kukier, Zenon Stefaniuk, Józek Kruża, Zygmunt Chychła. A potem, kiedy zamieszkałem w Warszawie, nie było telewizorów, więc nie miałem takich idoli masowej wyobraźni, ale po 1956 roku zaczęto pokazywać w kinach pierwsze amerykańskie westerny. Zobaczyłem „Indiańskiego wojownika”, główną rolę zagrał Kirk Douglas. Jeszcze nie wiedziałem, że to może być bliski mi człowiek. Zaraz potem obejrzałem „Ostatnią walkę Apacza” z Burtem Lancasterem, późniejszym moim partnerem w filmie „Przed sklepem jubilera”. To oni byli moimi pierwszymi aktorskimi idolami i obydwu dane mi było poznać.

– Jak przyjmował pan te wszystkie niespodzianki zawodowe, które w czasie pana kariery się przydarzały?

– Opowiadał mi legendarny trener bokserski Feliks Stamm, że wielki polski bokser Leszek Drogosz strasznie się bał pierwszej walki międzynarodowej. W Polsce nikt nie mógł go pokonać, ale on myślał, że z boksem jest jak z językiem, że gdzie indziej jest inny rodzaj boksu, więc czeka go niebezpieczeństwo. Kiedy wygrał, Stamm zapytał go w szatni: „No i jak, Leszku, jakie wrażenia?”. „Panie Felu, każdy jeden ma dwie obie ręce”. To znaczy, że z każdym można przegrać, ale każdego można pokonać. Wcześnie zrozumiałem, że nie muszę nic programować, bo wszystko może się zdarzyć. Skąd mogłem wiedzieć, że pójdę do szkoły teatralnej i raptem na pierwszym roku pojawi się tam Andrzej Wajda. Szukał aktorów do swojego filmu „Popioły” i zaangażował mnie do roli Rafała Olbromskiego, co natychmiast stawiało mnie o kilka długości przed całym moim pokoleniem. Przypadek, a może nie? Kto mógł przypuszczać, że postanowi zaangażować właściwie dzieci i że z dnia na dzień stanę się najpopularniejszym aktorem wśród 20-latków w Europie? I gdyby był to inny kraj, gdybyśmy mieli paszporty w kieszeni, a nie musieli prosić o każdy wyjazd urzędników będących właścicielami naszej wolności, naszych dusz i decyzji, pewnie moja kariera byłaby bardziej błyskotliwa. Nie narzekam. Hamlet tu, Kmicic tu, to były karty, które miałem. Zagrałem w 13 filmach Andrzeja Wajdy. Dostałem bardzo dużo. Zawsze starałem się udowodnić losowi, że zasłużyłem na to, co mi dał. Mając osiem lat, marzyłem o byciu sportowcem, kiedy skończyłem 16, marzyłem już o aktorstwie, ale do głowy mi nie przyszło, że tak dobrze karta mi będzie szła.

– W 1968 Andrzej Wajda nakręcił „Wszystko na sprzedaż”, w którym zagrał pan ważną rolę, zarejestrował tym filmem między innymi barwne lata 60., artystyczną bohemę. Byliście królami życia?

– Raczej królami z anegdot, którzy mieszkali w M-3, jak wszyscy. Pierwszy samochód kupiłem za pierwszy film zachodni, włoski „La pacifista” z Monicą Vitti. Wystarczyło na renówkę 10.

– Myślę o stosunku do rzeczywistości, o szaleństwie, jakie panowało… W tym filmie jest niezwykła scena, w której Elżbieta Czyżewska dosłownie zatraca się w tańcu, gubi się w nim. Jest też scena, w której nad ranem, po jakimś domowym party, wszyscy idą na karuzelę kompletnie pijani. Czyżewska uruchamia tę karuzelę i jej nie zatrzymuje.

– Ta bohema wzięła się z biedy. Nie mieliśmy własnych domów, więc siedzieliśmy razem w SPATiF-ie. Nie mieliśmy telefonów, więc tam czekaliśmy na propozycje. Żyliśmy biednie – goło, ale wesoło. Kilka pokoleń artystów piło w SPATiF-ie wódeczkę, nie za dużo, bo rano były zdjęcia albo próba. Nie piliśmy więcej niż lekarze czy nauczyciele. Żyliśmy barwnie, ale w dyscyplinie. Wtedy sztuka była dla nas ucieczką od smutnej rzeczywistości. Ubarwialiśmy ją, próbowaliśmy zmienić w myśl powiedzenia: być może sztuka świata nie zmienia na lepsze, ale biada artyście, który w to nie wierzy.

– Dzisiaj jest smutniej?

– Nieporównywalnie weselej. Po swoim pierwszym filmie w Cannes, „Popiołach”, wracałem do Polski z profesorem Aleksandrem Jackiewiczem, wielkim krytykiem filmowym i teatralnym. Przenocowaliśmy w Paryżu, w hoteliku przy Saint-Germain-des-Prés. Rano wyszliśmy na spacer. Oniemiałem. Mój wzrok był na wysokości wystaw sklepowych, gdzie było wszystko, o czym młody człowiek mógł marzyć. Profesor powiedział: „Teraz też tak patrzę na wystawy. Przed wojną podnosiłem wzrok i oglądałem zabytki. Na wystawach było to samo, co w Warszawie”. Nie można lekceważyć skoku materialnego. Powoduje, że patrzy się na coś innego.

– Czym było tamto „pierwsze Cannes”, które pan wspomniał?

– Wielkim świętem. Musiałem uszyć smoking u pana Balarego. Do tego miałem przyjemność wchodzić na festiwal w towarzystwie Andrzeja Wajdy, Beaty Tyszkiewicz, Poli Raksy. Schodziłem już poklepywany przez Glenna Forda, Kirka Douglasa, którego poznałem wcześniej, bo był w Warszawie z innego powodu, i zapytał o ostatni film Wajdy. Pokazano mu „Popioły”. Powiedział, że chce poznać tego młodego chłopca, który zagrał główną rolę. Szumiały kamery filmowe, błyskały flesze aparatów. „Popioły” otwierały festiwal. Ale już dwa, trzy lata później byłem na konkursie z „Krajobrazem po bitwie”. Kirk Douglas był w jury. Przegrałem z Marcello Mastroiannim jednym głosem, przyjąłem to jako coś naturalnego. Potem dowiedziałem się, że liczba głosów była cztery do czterech, przewodniczący jury powiedział, że Mastroianni ma dwa filmy i nie może nie dostać nagrody. Na festiwalu nie szukałem okazji, żeby przywitać się z Kirkiem, bo uznałem, że byłoby to niesportowe. Gala zamknięcia była w sobotę, a w niedzielę podjechałem do niego, do hotelu Majestic, żeby się pożegnać. Akurat udzielał wywiadu i nasz dialog zapisała dziennikarka „Los Angeles Times”: „O, co tu robisz?”. „Jestem z polską delegacją”. „Słuchaj, Jezu, czy był ten chłopak, który grał główną rolę w polskim filmie? Długo biłem się, żeby dostał nagrodę. Był fantastyczny, powiedz mu. Po co Mastroianniemu ta nagroda? I tak jest znany w świecie. A on by miał kopa”. „Ale to ja grałem”. „Jak to ty? Przecież cię znam dobrze, ty jesteś sportowiec. Tamten był chudy, w okularkach, przerażony. To byłeś ty?”

– We „Wszystko na sprzedaż” Andrzej Wajda, również poprzez pana rolę, mierzy się z legendą Zbigniewa Cybulskiego, z jego nieobecnością. Umiałby pan odpowiedzieć na pytanie: jak gasną legendy?

– Byłem świadkiem, jak bardzo Zbyszek przeżywał odwrócenie się od niego widowni, która dawała mu to odczuć na ulicach, w restauracjach. Ten bardzo kochany aktor nagle był wyszydzany. Pomiatano nim, lżono przy mnie, młodszym koledze. A kto mi zagwarantuje, że Zbyszek widział własny pogrzeb? I miliony ludzi, którzy płakali po nim w całym kraju? I setki tysięcy ludzi w Katowicach, które się zebrały, żeby go pożegnać? Gdy odszedł, dotarło do wszystkich: to ten, którego najbardziej kochaliśmy. „Ja plułem na niego? Nigdy w życiu” – powiedział taksówkarz, który mnie wiózł na pogrzeb.

– Pan czuł się kiedykolwiek wyszydzony?

– Na przykład gdy Jerzy Hoffman ogłosił, że mam zagrać Kmicica. Pan tego nie pamięta, ale można by wydać opasły tom plwocin, które na mnie wylała prasa polska i rozhuśtana przez nią publiczność. Grożono mi samosądem, jeśli odważę się to zagrać. A byłem najbardziej ukochanym aktorem polskim, wygrywałem plebiscyty, no ale rola Kmicica to już było za dużo.

– Pytając o to, jak gasną legendy, myślałem też o Elżbiecie Czyżewskiej, o której pisano „polska Marilyn Monroe”, z którą pan grał i z którą się pan przyjaźnił.

– Cóż mogła? Może bardziej się przyłożyć do „jakiegoś” sukcesu za oceanem, ale nie byłby on na miarę jej talentu, oczekiwań wobec gwiazdy tego formatu. Kiedy przyjechała do Stanów, była już bardzo dorosła, do śmierci mówiła po angielsku z niesłychanie silnym polskim akcentem. Była skazana na drugorzędność na rynku amerykańskim, podobnie jak większość aktorów europejskich, ze mną włącznie.

– To pan niósł urnę z jej prochami na pogrzebie w Warszawie. Spontaniczna reakcja?

– W trakcie nabożeństwa zobaczyłem, że w tym kościele nie ma kompletu, jak to się mówi w języku aktorskim. Zobaczyłem, że człowiek w mundurku oficjalnego żałobnika bierze w białych rękawiczkach urnę kogoś tak bliskiego nam wszystkim, a szczególnie mnie, przecież grałem jej męża w „Małżeństwie z rozsądku”, naprawdę się przyjaźniliśmy do końca, a kiedy kręciłem w Ameryce film „Salt”, widywaliśmy się prawie codziennie. Krysia, moja żona, trąciła mnie i uznałem to za oczywiste, że będę niósł urnę. Ela leży w alejce tuż obok Tadeusza Łomnickiego. Trzeba by zadbać o piękną płytę na grób, bo jak dotąd jest to ziemna mogiłka, a już rok minął. Często przechodzę obok jej grobu, bo leży bardzo blisko moich rodziców.

– Czuł się pan odpowiedzialny za rodzinę, kiedy zaczynał pan karierę?

– Zawsze czułem się odpowiedzialny. Rodzice byli niezaradni. Ojciec nie umiał sobie nawet dowodu wyrobić, żeby mieć jakąś rentę. Usprawiedliwiał się, że nie wyrabia, bo system pojałtański jest nielegalny. Ale wynikało to raczej z jego wrodzonej gnuśności. A potem mówił: „no, teraz syn może mnie utrzymać, więc już nie muszę dowodu”. Mama miała skromną rentę i publikowała opowiadania dla dzieci, ale to nie wystarczało. Często nie było pieniędzy na opłacanie elektryczności, więc się uczyłem przy świeczkach. Chcieliśmy z bratem szybko stanąć na nogi, utrzymać dom. Kiedy zacząłem pracować w młodzieżowym studiu telewizyjnym u Andrzeja Konica, a miałem 16 lat, zacząłem solidnie dokładać do budżetu domowego, i to regularnie.

– Jak wyglądał dom rodzinny?

– To było czwarte piętro na Nowogrodzkiej 12, kiedyś rodzice mieli kuchnię i dwa pokoiki, a potem to już był kołchoz. Przez nasze mieszkanie przechodziły do kuchni cztery rodziny. Między rodzicami były nieustanne awantury. Matka była drobiazgowa, precyzyjna, nie wolno się było spóźnić, tłumaczyła, że ma to z okupacji, z godzin policyjnych. Kiedy ojciec się spóźniał, bała się, że wpadł w łapankę. Ojciec nie mógł się za radośnie uśmiechnąć do innej kobiety. Już miałby cichy wieczór. Umiała po kobiecemu być bardzo dokuczliwa. W końcu pod pretekstem, że w Warszawie nie ma pracy i mieszkania, zabrała brata i mnie do Drohiczyna, gdzie było mieszkanie jej rodziców i gdzie zatrudniła się w liceum jako profesorka polonistyki i francuskiego. Dla nas to było sielskie, cudowne dzieciństwo, które matka przypłaciła jednak ciężką chorobą serca, bo pracowała za dużo, jeździła furmanką do liceów w Siemiatyczach, Ciechanowcu.

– Co działo się z ojcem?

– Próbował znaleźć pracę, ale to było niemożliwe bez dowodu osobistego. Czasem dawał mu zarobić przedwojenny kolega, redaktor naczelny „Expressu Wieczornego”, legendarny Rafał Praga, którego moi rodzice w czasie okupacji przez rok ukrywali u siebie na Nowogrodzkiej.

– Jak znosił pan relacje między rodzicami?

– Nie cierpiałem z powodu rozłąki rodziców. Na odległość szanowali się, mogli na siebie liczyć, byli ze sobą zaprzyjaźnieni. Pamiętam cudowne święta. Ojciec przyjeżdżał do nas. Często autobus nie dojeżdżał do Drohiczyna, bo śniegi zasypywały drogę, zdarzało się, że 20 kilometrów szedł, niosąc prezenty. A potem matka załatwiła sobie mieszkanie w Warszawie, na Saskiej Kępie, proponowała ojcu, ale upierał się, że „mu się należy mieszkać w centrum”, bo zawsze mieszkał na Nowogrodzkiej, a teraz już nie mógł, bo dom poszedł do remontu. Jednopokojowe mieszkanko na Hożej wynajęli mu rodzice mojej poprzedniej żony, mieszkał tam dziesięć lat i tam umarł. Mieszkał, jak chciał, bałaganił, w nocy czytał i pisał. Mama przez całe życie pisała do mnie listy. Śmiała się, że Słowacki pisał listy do matki, a w naszym wypadku to matka pisze do syna. Była pisarką, więc listy były barwne. Od kiedy miała telefon, dzwoniłem codziennie, gdziekolwiek bym był. Od jej siostry wiem, że co rano, kiedy jeszcze mogła chodzić, biegła do kiosku po gazetę – sprawdzała, czy nie ma informacji, że uległem wypadkowi. Było wiele filmów, w których nadstawiałem karku.

– Pan ma sprzeczności, które były w rodzicach?

– Dzisiaj byłem gotowy do wyjścia, ale zobaczyłem, że nie doczytałem ciekawego tekstu w gazecie, więc usiadłem doczytać. Krysia powiedziała: „jesteś taki jak ojciec, twoja mama opowiadała mi, że kiedy wychodzili, on zawsze coś w tym momencie znalazł do zajęcia”. W ojcu drażniła mnie niepunktualność, którą przekształciłem w zaletę. Na mnie w pracy nikt nie czeka.

– Co daje panu poczucie szczęścia?

– Najbanalniej, najgłębiej i najprościej jest zacytować Tołstoja: „największym szczęściem w życiu jest żyć”. Dodałbym też: umieć się cieszyć. Mam radość i apetyt na życie, odkąd pamiętam. Dzisiaj może nawet ta radość jest większa.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>