fbpx

Marek Kondrat – Od zwierzeń mam psa Bodzia

Marek Kondrat - Od zwierzeń mam psa Bodzia
fot. Rafal Milach/FORUM

Szczęściarz samotny, wyznawca nudy. Jeden z najpopularniejszych polskich aktorów, który uciekł od aktorstwa. Dokąd? Zdradził to Hani Halek. Marek Kondrat opowiedział o dniu Marka Kondrata, o swoich obrazoburczych poglądach, choć zastrzegł, że sam nie wie, czemu to wszystko mówi…
Powinna się pani czuć wyróżniona faktem, że się widzimy. Z nikim się ostatnio nie spotykam.

– A ja nie wzięłam kwiatów…

– Nie szkodzi. Kwiatów nie piję… Mówię serio. Coraz mniej uczestniczę, nie staram się zajmować nikogo własnym poglądem. Do TVN24 w ogóle nie chodzę, bo wiem, jak to wygląda: gdy zaczyna się rozwijać temat, już trzeba kończyć, bo pojawia się mapa pogody. To takie okrutne piętna obowiązku estetycznego… Uznałem zatem, że doskonałą sytuacją jest nie wiedzieć, nie mieć zdania w jakiejś sprawie albo ewentualnie posiadać wątpliwości. To jest pożytek, który płynie z upływu czasu. Pojawia się wraz z dorosłością, żeby nie nazwać tego bardziej wprost – starością. Zawsze w nią wierzyłem i dziś właśnie dostaję od niej oczekiwany prezent w postaci spokoju, satysfakcji rzeczy doraźnych i niesłychanego uproszczenia.

– A rano budzi pana radość wewnętrzna czy złowrogi budzik?

– Budzę się sam, wcześniej niż kiedyś. Zdarza mi się już o szóstej otworzyć oko, ale czasem jeszcze pies przyjdzie do łóżka, więc leżymy sobie chwilę razem. Nie mam w sobie zmęczenia snem i nocą albo minionym dniem, który trzeba odespać. Kiedyś był to sen nietrwały, urywany, praktycznie niemiły. Wstawało się do dnia, żeby znowu stanąć z nim w szranki. Gdy po raz pierwszy dostałem od Marka Koterskiego scenariusz „Domu wariatów” i usłyszałem, że postać wykreował z myślą o mnie, pomyślałem, że mam do czynienia z jakimś diabłem. Skąd on to o mnie wiedział?! Musiało minąć sporo czasu, żebym dostrzegł, że każdy z nas ma taki dom, miejsce urodzin, konflikt pokoleń i te koleiny spuścizny genetycznej, które są w nas i dotyczą wszystkich. Myślę, że mamy strasznie mało możliwości, by z niej wyskoczyć. Ja miałem szczęście – trafiałem na fajnych ludzi, którzy mieli na mnie wpływ, a byłem podatny jak plastelina. Teraz jednak, gdy mam czas to rozważać, wyraźnie i spokojnie czuję w sobie gen minionego pokolenia.

– Jaki jest?

– Jakby to powiedzieć, cholera… Jest w nim aktor. Być może dlatego tak panicznie od tego uciekam. Choć myślę, że chęć ucieczki musiała we mnie drzemać już znacznie wcześniej. Pokonywałem ją jednak własną gotowością na poziomie zupełnie maskującym. Ludziom wydawało się, że sumiennie robię to, co lubię i potrafię. Ale… przychodzi taki moment, że człowiek się reflektuje. Mnie się to udało.

– To dlatego mówią na pan szczęściarz?

– Tak jestem postrzegany. Nie mogę się opierać, bo nie mam do tego podstaw. Jestem wolnym człowiekiem, który sam decyduje o swoim czasie, jeśli chodzi o zajętość własnej osoby rzeczami obowiązkowymi.

– Ale to trwa już ładnych parę lat. Nie znudziło się panu jeszcze?

– Nuda jest stanem niesłychanie przeze mnie pożądanym. Uwielbiam go. Nadmiar nudy wolę zagospodarowywać sobie własną atrakcyjnością niż pozwolić na to, żeby np. zaczęło mi to aranżować państwo. Albo też taka adrenalinka, którą znam z poprzedniego zawodu… Rośnie, kiedy kurtyna idzie w górę, i strasznie spada, gdy idzie w dół i nie wiadomo, co ze sobą zrobić. Od tego właśnie, odchodząc z aktorstwa, się wyzwoliłem. Uciekłem.

– Dokąd to?

– Do robienia tego, co chcę. Spróbowałem z pozytywnym skutkiem powstrzymać demona czasu. Wczoraj na przykład poszedłem na żydowskie namaszczenie dziewczynki na kobietę. Zostałem zaproszony przez ojca tejże dziewczynki, a ona opowiedziała mi, czego się nauczyła od swojej nauczycielki na temat Tory, że cała historia to spór, ale spór, w którym ludzie nawzajem się słuchają. Nawet jeśli ktoś wypowiada zdanie, z którym się nie zgadzamy, jest do końca wysłuchiwany, a dopiero potem następuje odpowiedź polemiczna i z tego wynika jakiś sens, bo Tora nie jest nakazem… przykazań.

– Nie to co u nas?

– To prawda – despotyczny ten nasz Bóg.

– Miewa chociaż poczucie humoru?

– Kompletnie nie ma. Jest strasznie ponury, wymagający, autokratyczny, zazdrosny, karzący. Gorzki, a poza tym okrutny jakiś. No, żeby wymyślić taki świat?! To bez sensu. Nasz Bóg jest pełen przekory. Mam wrażenie, że cały czas myśli: „ja wam, ludzie, zaraz pokażę, jak to ma wyglądać”.

– Bywa wynaturzony?

– Wobec ludzi tak. Natura jest skonstruowana w sposób prosty, następstwo wynika i wiedzie do czegoś, nie budząc większych wątpliwości, mimo że okrucieństwo odbywa się w niej w sposób naturalny. Jeśli człowiek przyłoży ucho do łąki, to słyszy jeden wielki mord. W lesie to samo. No, ale jednak… Wróciłem teraz z Mazur, gdzie widziałem niesłychaną ilość kijanek, nietykalnych w wodzie, ale kiedy tylko milionami wyjdą na brzeg w postaci żabeczek, nooo… to tam znajdują już niewybrednych konsumentów. Łańcuch zamyka się bez sentymentu. Jeśli łania traci jedno z dzieci, jest tym chwilowo przejęta, ale jej uwaga zaraz przechodzi na to, które jest do ocalenia. Ona w instynkcie ma wpisane dbanie o to, żeby utrzymać gatunek. To jest jej główne zadanie.

– Czyli największa boska pomyłka to ludzki rozum?

– To przewrotne, że Bóg dał nam pamięć i wyobraźnię, czyli zaopatrzył w cechy, które pozwalają na refleksję. Dał nam taki ładunek sentymentalizmu, który na ogół obraca się w okrucieństwo. Sądzę, że im kto bardziej sentymentalny, tym bardziej okrutny.

– Pan jest sentymentalny?

– Nie bardzo. I unikam takich rzeczy. Jeżeli ktoś zaczyna opowieść o tym, że widział przebiegającego psa, który nieuchronnie zbliżał się do pędzącego samochodu, to natychmiast opuszczam tę rozmowę, bo znam jej następstwa. To mnie o wiele bardziej dotyka niż los ludzki. Mówię rzeczy bardzo obrazoburcze i nie wiem, czemu pani to wszystko mówię.

– Może coś wydaje się panu niesprawiedliwe.

– Jeśli w tym życiu następnym, tym cudownym obiecywanym przez Kościół katolicki i nie tylko, mamy znaleźć ukojenie, a dotyczy ono tylko osobników zaopatrzonych w duszę, to wykluczone są zwierzęta, kwiatki, drzewa. Więc troszkę obrzydliwe wydaje mi się to niebo bez takiego towarzystwa. Bo co? Mam tam znów obcować z tymi samymi ludźmi, którzy nagle zostaną wygładzeni przez to niebo czy co… A czy tam się obejdzie bez jakichś lewizn typu: ktoś jest bardziej predystynowany, a ktoś inny mniej? Nie wierzę w to. Za pontyfikatu naszego papieża byłem kiedyś z Teatrem Starym na Placu św. Piotra. Ktoś załatwił nam audiencję na tzw. placu wewnętrznym. Czekaliśmy na papieża, który po mszy podawał rękę czy pierścień, ale… głównie możnym, którzy siedzieli w fotelach w pierwszych rzędach. Zachowano dworską konwencję! Cały motłoch więc, całe nieszczęście tego świata stało dalej, precz. No, to jeżeli namiestnik Pana Boga uprawia taką hierarchię, to co ja mogę czuć? Moja wrażliwość i, za przeproszeniem, inteligencja, redukuje wiarę na każdym kroku. Nie mogę tego wyłączyć. Jestem wrażliwy. Trudno. Podróżując po świecie obserwuję właściwie tylko nędzę z jakimiś pięknymi rodzynkami jak w cieście, np. urok winnic w Ameryce Południowej, które przypominają mi dawne lektury. Widzę piękne dwory, a dookoła: schylony niewolnik, Kunta Kinte, Isaura i uprawa bawełny!

– I w tym świecie nędzy jest pan tylko obserwatorem?

– Na ogół tak. Strasznie słabo w nim uczestniczę. Może z lęku?

– Przed czym?

– Jestem szczęściarzem i trudno mi polemizować i oferować inną stronę mojego charakteru, która jest wrażliwa, empatyczna, czuła, dlatego, że ludzi to mało interesuje. Wie pani, tu słyszę jakiś bełkot o każdej sprawie bez znaczenia, tam uprawia się słowotok… Nigdy się do tego nie przyznawałem, bo uznawałem, że to kaprys mówić o popularności w sposób pejoratywny, ale aktorzy tak mają, że są czasem znużeni popularnością, a de facto bardzo o nią dbają, bo być niepopularnym aktorem to jest już kompletna głupota. Nie jestem już aktorem, jednak nadal jestem popularny i muszę powiedzieć, że to mnie niesłychanie ze świata separuje. Straciłem anonimowość w jakimś momencie mojego życia i wyłącznie za granicą znajduję miejsca, gdzie nikt mnie nie rozpoznaje, i tylko tam mogę doświadczyć oglądania świata bez skierowanych na mnie spojrzeń, bez komentarza. Na ogół, kiedy ktoś na panią patrzy jak głupi, to po prostu nie wie, jak się zachować, i trzeba mu to wybaczyć. Ale kolejny głośny komentarz: „patrz, Kondrat idzie”… Co tu dużo mówić… mnie to nie cieszy, więc uciekam. Czasami samo wyjście na ulicę w Warszawie jest pewnym aktem. Obserwuję sam siebie i widzę, że idę o wiele bardziej odważnie. Ostentacyjnie kroczę sobie tu i tam, do empiku czasem wejdę. Empik jest i tak najlepszy, bo tam są przede wszystkim entuzjaści zapachu druku.

– Gorzej robi się w delikatesach?

– Tak, wtedy zaczynam panicznie myśleć o poszukiwaniu osobności.

– Pan jest bardzo samotny.

– Jestem skazany na siebie, na przebywanie ze sobą, a kiedyś myślałem, że to najtrudniejsze. Zwłaszcza, że byłem bardzo towarzyski i spędziłem ogromną część życia na biesiadzie w podniesionym nastroju, która stała się rodzajem spadochronu pozwalającego mi spokojnie spadać po wzniosłych wydarzeniach sceniczno–filmowych. Ale teraz? Tak zwana ciekawość życia w ogóle mnie nie dotyczy. Życie mi się niesłychanie uprościło, nie widzę w nim żadnej wielkiej fascynacji.

– Żyje pan machinalnie, wypełniając dnie natręctwami z „Dnia Świra”? Czuje pan ruch ostrza przy skórze podczas golenia? Uszy delikatnie wodą pan omiata? Trzy razy ciepłą, cztery razy zimną?

– Kiedy dostałem scenariusz „Dnia świra”, doskonale poczułem wspomniane przez panią natręctwa, ale ja jestem o wiele bardziej dowolny w tych działaniach. Mocniej dotknęła mnie ta obsesja samotności. Koncentracja na sobie i bezpieczeństwo wynikające z powtarzalności. Odnajduję w sobie doskonale człowieka, który dobrze czuje się w tych samych miejscach. Powierzchnia, po której poruszam się w domu, a ma on jakieś 150 metrów kwadratowych, to 10 czy 12 metrów kwadratowych. Mam swój fotel, swoje łóżko, kawałek kuchni, w której czasem lubię coś zrobić.

– Dwie łyżeczki kawy nasypać do kubka?

– Trzy łyżeczki z kopczykiem lekko otrzepanym. Gotuję najpierw w mikrofalówce 100 gram mleka, bo lubię kawę z podgrzanym mlekiem, potem dosypuję kawę i zalewam wodą.

– Żadna inna nie smakuje?

– Nie. I nie słodzę kawy. Jej ostatnie dwa łyki służą mi do popicia proszków. Mam niebieskie, kolorowe, siedem proszków, czasami osiem.

– I wtedy jest pan już w matriksie?

– W styczniu poszerzyłem sobie tętnicę, bo miałem przewężenie. Powiedziano mi tak: „Wpuszczamy przewód zaopatrzony w kamerę do tętnicy. Musi pan pachwinę wygolić, bo w pachwinę wbijemy igłę, znieczulimy miejscowo, natniemy tętnicę i będziemy krążyć po pana organizmie, a pan będzie to widział na ekranie”. Nic nie rozumiałem. Ale tak jest z większością rzeczy. Nie rozumiem, co mówi do mnie hydraulik, murarz, ale mu ufam, bo on jest w swojej branży panem.

W szpitalu moim życiem rządzi więc salowa albo pielęgniarka, która budzi mnie o 6 rano i mówi, że zmierzy ciśnienie. Pytam: „czemu o 6?”. „Pan się nie kłóci, pan mierzy”. Bardzo chętnie się temu reżimowi poddaję. Kiedyś w wojsku sierżant Kramer wymyślił nam karę na poligonie. Pluton biegł w pełnym oporządzeniu, z plecakami i bronią, a on podjął decyzję, że ostatni z nas będzie jeszcze biegł wokół tego plutonu w masce przeciwgazowej. Kupiliśmy mu więc butelkę wódki, posadziliśmy go na workach z prześcieradłami w magazynie i wytłumaczyliśmy: „Panie sierżancie, głupio to pan wymyślił, żeby tak popierdalać wokół tego plutonu. Bo przecież zawsze ktoś musi być ostatni”. „Macie rację” – odpowiedział. „Ale to jest zasrana racja” – dodał. Wtedy zrozumiałem. I już się nie kłócę. No więc, po kawie opłukuję twarz, uszu nie obmywam cztery razy, myję zęby. Przez „Dzień świra” zdobyłem pewien rodzaj uwrażliwienia na świat. Wodę zakręcam więc natychmiast, gdy mam pastę na szczoteczce, i potem otwieram ją jeszcze tylko, żeby wypłukać usta i szczoteczkę. I zajmuję się psem. Myję miskę z poprzedniego dnia, szykuję mu dwie garści chrupek i połowę puszeczki. Daję kawałek masełka. Tak na zachętę. On lubi masełko. Gdy Bodek zje śniadanie, to ja mam poczucie, że najważniejsza sprawa została załatwiona. Ograniczam nawyk kupowania gazet. Mam dwa tytuły, które czytam. No, trzy… Czasem przyglądam się ludziom i buduję ich scenariusze życiowe, kojarzę ich w swojej przestrzeni z drugimi osobami. Wymyślam, jaki mają temperament, jaki to obiekt jest na wydaniu publicznym, a jaki istnieje prywatnie. To mnie bardzo, ale tylko bawi. I ta gra nie zostaje w nic przetworzona. Ostatnio lubię czytać, nigdy tyle nie czytałem. I jest to krańcowo różne od tego, co dotychczas stosowałem, czyli od spotkań z ludźmi. Ludzie zostali przeze mnie rozpoznani już jakiś czas temu, już wiem, kim są. Mówię tylko o najbliższym gronie, o przyjaciołach wyłuskanych z dużej misy. Nasze spotkania nie mogą być natarczywe w sensie częstotliwości, nie potrzebuję ich fizycznie w takim stopniu jak kiedyś.

– A jeśli ktoś wpada niezapowiedziany?

– Jestem zły i daję to do zrozumienia. Nie robimy sobie tego.

– A od zwierzeń kogo pan ma?

– Od zwierzeń mam psa Bodzia. Lubię jego bezinteresowność, czułość w oczach, coraz więcej zrozumienia. Lubię też być w samochodzie, to zresztą miejsce, w którym najczęściej przebywam sam. Gdy rozstaję się z kolejnym samochodem, jest mi go niesłychanie żal. Jakbym się rozstawał z kimś bliskim, bo to przecież ktoś, komu powierzyłem wiele słów, i to na ogół takich, których nie mówię innym ludziom. Tak… To takie fobie, które podkreślają prawdopodobnie, że w ludziach mimo wszystko widzę mniej niż więcej. Odbieram dziennie strasznie dużo maili z prośbą o wsparcie, bo jestem postrzegany jako człowiek sytuowany. Napisał do mnie kiedyś chłopak pewnej studentki, która uczy się 15 km od miasta, w którym mieszka. Chciał, żebym kupił jej samochód. „Wtedy ona będzie szczęśliwa, a ja… też, bo ją strasznie kocham” – napisał.

– Odpisał pan?

– Spytałem, dlaczego jego wymagania są takie skromne, może lepiej kupię jej mieszkanie w mieście, w którym studiuje. Albo ktoś nie ma na dach. Albo ma chore dzieci. Czasem to są naprawdę straszne sytuacje… Ale jeden procent w kwietniu – teraz, w tym momencie tej rozmowy oddaję się w ręce szatana – odpisuję na zwierzęta – rysie, wilki, niedźwiedzie.

– Co złego pan w tym widzi?

– No właśnie nic. Jest takie głębokie przekonanie, że życie ludzkie jest najważniejsze. Nie mogę tego ścierpieć. Sporo czasu spędzam na wsi, która żyje swoimi prawami. Jest bliżej natury, ale to nie oznacza, że jest dla tej natury łaskawsza. Każde zwierzę podporządkowuje sobie, bo ze zwierzęcia trzeba coś mieć. Pies, który nie szczeka, to co to za pies? Albo krowa? Ma dać mleko i jeszcze można ją zjeść, a koń musi być pociągowy. Potem wyśle się go na śmierć do Włoch. Więc ja z tego buduję wniosek, że człowiek umiejscowił na tym świecie siebie jako coś lepszego. To jest okropne, że zwierzęta są dla nas tylko ofiarami. Instynkt przestrzega nas przecież przed zabiciem człowieka, np. kochanka żony, bo wiemy, że poszlibyśmy siedzieć. Jak ktoś jest impulsywny, to go zabija, ale na ogół się powstrzymujemy.

– A co pan by zrobił z kochankiem żony?

– Wytłumaczyłbym sobie, że widocznie to jakiś ciekawy gość i że nie mam prawa własności. Nie cierpię zresztą ograniczać czyjejś wolności, tak samo jak nie znoszę, żeby moja własna była ograniczana.

– Jednak czegoś panu brakuje…?

– Jest taki delikatny temat, który próbuję rozważać, temat pt. miłość. To bardzo pojemne pojęcie, trudno znaleźć osobne słowo opisujące ten stan, bo wszystko zostało już napisane i powiedziane, ale… jakoś przedziwnie kojarzy mi się z innym czasem. Myślę, że wypadłem z ram, w których miłość się mieści. Jeśli zaczynam o tym myśleć jako o pewnym warunku na polepszenie stanu ducha, to nie znajduję w sobie wystarczającego podkładu, takiego pola zapraszającego. Wszyscy mówią o tym jako o wytrychu szczęśliwości, ale na to musi być przecież gotowość. Generalnie teraz jestem przejęty głównie sobą. W bardzo ograniczonej formie, ale interesuje mnie tylko własne doznanie i własne przeżycie. Poświęcenie drugiej osobie uważam za odruch domowy. Moja matka tak miała. Ojciec miał wypadek w sile wieku, kiedy był niesłychanie popularnym aktorem. I matka oddała mu wszystko, łącznie z tym, że pozwalała mu na siebie pohukiwać i przelać całą gorycz nieszczęścia. Jak sobie dzisiaj o tym pomyślę, to ciarki mnie przechodzą. Choć… to już po prostu było. Kiedyś. Nie ma w przestrzeni takich rzeczy, których utraty bym żałował.

– W „Dniu świra” pyta pan: „Jak to? Już nie będę młody?”.

– Jak sobie pomyślę o znoju bycia młodym, to za żadne skarby nie chciałbym być młody. Jestem w swoim czasie. Nigdy nie interesował mnie czas przyszły. Nie rozumiałem słów piosenki: „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”. Czym one mają się różnić od tych, które znam?

– A przeszłe?

– Kompletnie nie, poza jakimiś miłymi emocjonalnymi wspomnieniami. Ale one niczego we mnie nie budują poza niesmakiem do pewnych zdarzeń, których wolałbym uniknąć. Kładę je na karb młodego wieku i niesforności. Miałem bardzo starego ojca chrzestnego, Kazia Opalińskiego, wtedy znanego aktora. Posiadał piękny dom na Gubałówce. Kiedy miał już z 87 lat siedzieliśmy rano w tym pięknym domu przy jajecznicy, a mnie korciło: „Kaziu, ja bym cię chciał zapytać…”, ale nie musiałem tego artykułować, sam wyczuł, o co mi chodzi, i powiedział: „Chciałbyś mnie zapytać, jak to jest, jak się ma tyle lat?”. „No, tak, mniej więcej”. Wtedy odparł: „Tak syneczku, tak. Mnie już jest nudno. Już nie mam specjalnych radości, moje niedołęstwo mi przeszkadza, poza tym nie widzę już niczego ciekawego, czego chciałbym jeszcze doznać”. Miałem wtedy jakieś 22 lata i w zasadzie zamknąłem z tą wiedzą upływ czasu i śmierci, a teraz tylko się w tym upewniam.

?>