Wydany w 1997 r. teledysk do utworu „Smack My Bitch Up” brytyjskiej grupy The Prodigy powszechnie uznawany jest za jeden z najbardziej nieprzyzwoitych, kontrowersyjnych i prowokacyjnych klipów w historii muzyki. Wideo ukazujące chaos i hedonizm kultury rave lat 90. nie tylko zrewolucjonizowało więc podejście do teledyskowych narracji, ale też wywołało gigantyczny skandal obyczajowy. Klip przedstawia bowiem widać nocną eskapadę głównego bohatera, który pije olbrzymie ilości alkoholu, bierze narkotyki, wszczyna bójki, demoluje klub ze striptizem i zachowuje się agresywnie wobec kobiet. Na końcu otrzymujemy jednak zaskakujący plot twist, gdy okazuje się, że całą noc imprezowała... kobieta.
Tytuł najbardziej nieprzyzwoitego teledysku wszech czasów tak naprawdę ciężko jest przyznać jednej produkcji, ponieważ ocena zależy od wielu czynników i tego, czy bierzemy pod uwagę nagość, przemoc, wulgarność czy szokowanie obyczajowe. Jest oczywiście kilka klipów, które regularnie zajmują czołowe miejsca rankingów najbardziej prowokacyjnych dzieł w historii muzyki, w tym m.in. „Closer” (1994) zespołu Nine Inch Nails, „Pussy” (2009) grupy Ramsteinn czy wideoklipy Madonny („Like a Prayer”, „Justify My Love”, „Erotica”). W ankietach różnych organizacji muzycznych plebiscyty na najbardziej kontrowersyjną piosenkę i teledysk wszech czasów najczęściej wygrywa jednak – m.in. ze względu na przedstawienie jazdy pod wpływem alkoholu, zażywania narkotyków, przemocy i nagości – „Smack My Bitch Up” brytyjskiego zespołu The Prodigy, ikonicznej grupy sceny techno.
Czytaj także: Najbardziej ikoniczne teledyski lat 90., które wstrząsnęły popkulturą i nadal robią wrażenie
(Fot. Jim Steinfeldt/Michael Ochs Archives/Getty Images)
Dlaczego klip do „Smack My Bitch Up” wywołał taki skandal? Teledysk w reżyserii szwedzkiego twórcy Jonasa Åkerlunda został przede wszystkim w całości nakręcony z punktu widzenia głównego bohatera, a więc widz przez cały czas ma wrażenie, że bezpośrednio uczestniczy w wydarzeniach. Sugestywne wideo przedstawia natomiast szaloną, nocną imprezę pełną skrajnych zachowań: nadużywania alkoholu, zażywania narkotyków, agresji (w tym bójek ulicznych), wandalizmu oraz nieskrępowanej seksualności. Wersja nieocenzurowana zawierała również sceny rozbierane, a nawet sekwencję wypadku drogowego (potrącenie pieszego) wraz z ucieczką z miejsca zdarzenia.
Enigmatyczna postać w teledysku najpierw bierze więc prysznic i się ubiera, a następnie pije alkohol i wącha kokainę przed wyjściem z domu. W barze wypija jeszcze kilka drinków, a następnie atakuje zarówno kobiety, jak i mężczyzn, niszczy sprzęt DJ-a, po czym biegnie do toalety, aby zwymiotować i wstrzyknąć sobie dożylnie narkotyki. Później, w klubie ze striptizem pije więcej alkoholu, oglądając nagie tancerki, a w końcu włamuje się i kradnie samochód, aby zabrać jedną ze striptizerek do domu i uprawiać z nią seks.
Czytaj także: Najdroższy teledysk w historii kosztował 7 mln dolarów. Przez 30 lat żaden artysta nawet nie zbliżył się do tego rekordu
Co więcej, przez cały teledysk widz jest przekonany, że utożsamia się z agresywnym, wulgarnym mężczyzną i dopiero w ostatniej scenie, gdy postać spogląda w lustro, otrzymujemy genialny plot twist: okazuje się bowiem, że głównym bohaterem klipu przez cały czas była... kobieta – młoda blondynka, która na końcu mdleje na łóżku. Ten zabieg całkowicie zmienia wymowę klipu, obnażając przy tym stereotypowe myślenie widzów. Wideo miało bowiem pokazać odbiorcy jak łatwo z góry zakładamy płeć agresora lub osoby imprezującej w tak destrukcyjny i pozbawiony moralności sposób.
Jak podkreśla sam Åkerlund, teledysk miał właśnie taki być: skandaliczny i przesadzony. Nic więc dziwnego, że stacja MTV początkowo całkowicie zakazała jego emisji. Pod naciskiem fanów zaczęto jednak go wyświetlać, ale wyłącznie w godzinach nocnych, po północy i dodatkowo ze specjalnym ostrzeżeniem o drastycznej treści. W wielu krajach, np. w Wielkiej Brytanii, utwór i wideo były natomiast całkowicie zbanowane. Klip zyskał jednak status kultowego i zdobył dwie nagrody MTV Video Music Awards (z czterech nominacji) w kategoriach „najlepszy teledysk taneczny” i „przełomowy teledysk”.
Tytuł utworu w dosłownym tłumaczeniu może brzmieć mizoginistycznie i wulgarnie wobec kobiet. W oryginalnym, hip-hopowym kontekście slangowe wyrażenie „smack my bitch up” nie oznaczało jednak bicia kobiet, a robienie czegoś z ogromną intensywnością, bezkompromisowo, na maksa – w odniesieniu do muzyki, bitu lub występu na scenie. Kompozytor Liam Howlett użył więc sampla z hip-hopowego kawałka amerykańskiej grupy Ultramagnetic MCs, aby oddać surową, ekstremalną energię samego utworu. „Smack My Bitch Up” nie jest więc piosenką o przemocy. To utwór o hedonizmie i przekraczaniu granic, ubrany w prowokacyjną formę, która miała zmusić odbiorcę do myślenia i wywołać skrajne emocje. Sam Howlett tak natomiast mówił o klipie:
„Ten teledysk ma w sobie autentyczność. Większość ludzi miała takie noce, naćpane kokainą i alkoholem… Nie każdemu to odpowiada, ale nie wszystko, co robimy, takie jest. Żadna stacja radiowa nie chciała puścić tej piosenki, więc pomyśleliśmy, że nakręcimy teledysk, którego nikt też nie będzie puszczał”.
I chociaż zespół tłumaczył, że fraza oznacza „robienie czegoś z pełną energią”, Amerykańska Narodowa Organizacja Kobiet i inne ruchy feministyczne dalej ostro protestowały przeciwko mizoginistycznemu wydźwiękowi piosenki i klipu oraz promowaniu przemocy domowej. Niektórzy jednak wciąż uznają go za arcydzieło sztuki teledyskowej lat 90., chociaż z trudem można dziś znaleźć w sieci pełną, nieocenzurowaną wersję wideo.