Strata, nawet ta nieodwracalna, nie musi być wyłącznie rozdzierającym bólem, może być także śladem czegoś ważnego, co naprawdę przeżyliśmy. Warto to sobie przypominać na każdym etapie życia – mówi filozof i psychoterapeuta Konrad Ambroziak.
- Strata jest nieodłączną częścią życia, a pierwszych jej doświadczeń doznajemy znacznie wcześniej, niż mogłoby nam się wydawać. Często dopiero utrata pokazuje nam, co naprawdę było dla nas ważne.
- Sposobu przeżywania smutku i żałoby uczymy się m.in. od najbliższych. Wzorce wyniesione z dzieciństwa mogą wpływać na to, jak radzimy sobie ze stratami już jako dorośli.
- Filozof i psychoterapeuta Konrad Ambroziak przekonuje, że nie warto chronić dzieci przed każdą trudną emocją. Potrzebują dorosłych, którzy pokażą im, że życie daje radość, ale przynosi również stratę.
- Czy czas rzeczywiście leczy rany? Zdaniem eksperta ważniejsze jest to, jaką relację budujemy z własnymi emocjami i wspomnieniami. Smutek nie jest czymś, czego za wszelką cenę trzeba się pozbyć.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 08/2026. Tekst ukazał się w ramach cyklu „Młode głowy i wszystkie nasze pierwsze razy”.
Izabela Nowakowska-Teofilak: Kiedy przed naszą rozmową próbowałam sobie przypomnieć pierwsze ważne straty, natychmiast pomyślałam o utracie babci – osoby, która była niezwykle ważną częścią mojego życia. Potem jednak uświadomiłam sobie, że kiedy odeszła, miałam 30 lat, a więc wcześniej musiałam doświadczyć innych istotnych strat. Być może z perspektywy czasu zeszły one na dalszy plan, a może nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo były ważne. Co tracimy najwcześniej?
Konrad Ambroziak: Nieświadomie zaczynamy życie z poczuciem narcystycznej wszechmocy – mama reaguje na każdy nasz grymas, jest zawsze obok, by nas karmić i chronić. Zygmunt Freud zauważył, że nasze popędy są niezaspokajalne – niezależnie od tego, ile otrzymamy, zawsze będziemy chcieli więcej. Na szczęście rzeczywistość jest ograniczona i wyczerpywalna.
Nie możemy (poza patologicznymi warunkami) w nieskończoność zaspokajać głodu, potrzeby zabawy czy popędu seksualnego. Właśnie to doświadczenie zderzenia własnych pragnień z ograniczonością rzeczywistości stanowi jedną z naszych pierwszych, choć jeszcze nieuświadomionych, strat.
Później, wraz z rozwojem języka i pamięci symbolicznej, pojawiają się straty, które pamiętamy już znacznie wyraźniej. A utracić możemy wszystko, co jest dla nas ważne: ukochaną osobę lub zwierzę, ulubioną zabawkę, przyjaciela czy przyjaciółkę. Często dopiero utrata uświadamia nam wartość tego, co mieliśmy.
Dobrym przykładem jest zdrowie. Zwykle traktujemy je jako coś oczywistego i trwałego – mamy dwie ręce, dwie nogi, możemy chodzić. Dopiero kiedy to, co wydawało się pewne, zostaje zagrożone, dociera do nas, jak istotną rolę odgrywało w naszym życiu. Można więc powiedzieć, że straty, których doświadczamy, są nierozerwalnie związane z naszym systemem wartości. Bardzo często to właśnie one – boleśnie, ale wyraźnie – otwierają nam oczy na to, co naprawdę istotne.
A czy sposób przeżywania straty możemy w pewnym sensie odziedziczyć po rodzicach?
Oczywiście. Podstawowe wzorce naszych zachowań są kształtowane przez środowisko, w jakim przyszło nam żyć. Uczymy się, jak odnosić się do własnych emocji, dzięki obserwacji i powtarzaniu zachowań osób najbliższych. Nauka ta, oczywiście, nie zachodzi na poziomie deklaratywnym. Dochodzi do tego temperament, częściowo wrodzona ekspresja emocjonalna. Ale największe znaczenie ma to, z czym stykamy się na co dzień.
Zgodnie z odkryciami psychologii behawioralnej mamy tendencję do utrwalania zachowań, które są w jakiś sposób nagradzane lub zauważane. Jeśli więc człowiek dorasta w rodzinie, w której smutek i żałoba są stale obecne, intensywnie przeżywane i publicznie okazywane, może nauczyć się, że jeśli nie pokazuje cierpienia bardzo wyraźnie, to znaczy, że „niewystarczająco kocha” albo że „tak naprawdę mu nie zależy”.
I zaczyna budować wokół emocji pewnego rodzaju teatr przeżywania, bo tylko wtedy jego cierpienie zostaje uznane. Samo powiedzenie „boli mnie” nie wystarcza, żeby otrzymać uwagę czy wsparcie. Trzeba krzyczeć, dramatyzować, rozpadać się – dopiero wtedy ktoś reaguje. Dziecko bardzo szybko się tego uczy i później w dorosłym życiu może przeżywać straty w sposób skrajnie intensywny, histeryczny albo przeciwnie – całkowicie odcięty. Mamy wiele sposobów uciekania od emocji. Jedni uczą się nadmiernie je odgrywać, inni – tłumić, racjonalizować albo zamieniać w działanie. I bardzo często nie zdajemy sobie sprawy, że to nie jest „nasza natura”, tylko język emocji, którego nauczyliśmy się w relacjach z najbliższymi.
Pamiętam, że gdy odszedł ukochany chomik mojego sześcioletniego wówczas syna, bardzo stresowałam się tym, jak mu o tym powiedzieć. Tymczasem on na początku się rozpłakał, ale szybko przeszedł do jasnej strony tej historii, zaczął fantazjować na temat nowego domku chomika i ucieszył się, że nadal będzie mógł go odwiedzać. Ten optymizm bardzo mnie zaskoczył. Czy dzieci rozumieją stratę tak samo jak dorośli?
Bardzo ważnym momentem rozwojowym jest chwila, w której uczymy się, że niektóre straty są ostateczne. Małe dzieci tego jeszcze nie rozumieją, nie pojmują w pełni nieodwracalności śmierci, a to jest właśnie podstawowa różnica. Natomiast zaskoczenie, które wywołują w nas reakcje innych ludzi na różne sytuacje, wynika przede wszystkim z tego, że umysł lubi przewidywać. Zakładamy więc, że skoro my czulibyśmy się w danej sytuacji w określony sposób, to druga osoba będzie przeżywać ją podobnie.
Tymczasem dzieci funkcjonują inaczej, choćby dlatego, że łatwiej się rozpraszają, szybciej przechodzą między emocjami, potrafią naturalnie wchodzić w świat fantazji i odnajdywać w nim ukojenie.
Przewidywanie emocji innych ludzi często prowadzi więc na manowce, choć z drugiej strony mam świadomość, że daje nam to pewne poczucie bezpieczeństwa, bo chcemy wiedzieć, czego się spodziewać. Jeśli decydujemy się nie kontrolować wszystkiego i nie przewidywać reakcji innych, musimy zgodzić się także na lęk przed tym, co nas spotka, a to wymaga odwagi.
Współcześnie bardzo często popełniamy błąd, próbując za wszelką cenę chronić dzieci przed tym, co trudne i bolesne. Koloryzujemy rzeczywistość, próbujemy stratę czymś zastąpić. Niektórzy rodzice na pani miejscu od razu pojechaliby do sklepu zoologicznego po nowego chomika, licząc, że dziecko się nie zorientuje. Tymczasem młodzi ludzie potrzebują, żeby rodzice oprowadzali ich po świecie – także po tej jego trudnej części, jaką jest strata.
Aby jednak towarzyszyć dziecku w takim doświadczeniu, rodzic musi umieć znieść dwie rzeczy: własne emocje i emocje dziecka.
Ważne jest, by być przy nim z uważnością i troską, ale jednocześnie nie zaprzeczać temu, co się wydarzyło, ani uczuciom, które się pojawiają. Aby tłumaczyć, że życie jest piękne, ale bywa także bolesne, daje radość, ale przynosi też stratę. Żeby odbyć taką szczerą rozmowę, trzeba zaufać, że to doświadczenie nie zniszczy ani nas, ani naszego dziecka, że możemy to przetrwać razem, nawet jeśli to będzie dla nas trudne.
A jeśli ta strata dotyka nas tak mocno, że sami mamy ochotę płakać? Pozwalać sobie na łzy przy dziecku czy najpierw przeżyć to w samotności i dopiero potem spokojnie z nim porozmawiać?
Myślę, że młodzi ludzie w głębi serca wiedzą, jak wygląda świat i czymś naturalnym jest dla nich to, że dorośli również płaczą, złoszczą się, boją, bywają niepewni. Dlaczego więc mielibyśmy ich oszukiwać i ukrywać przed nimi swoje łzy? To w zakłamywaniu rzeczywistości jest problem, a nie w pokazywaniu prawdy. Oczywiście ważne jest to, jak emocje wpływają na nasze zachowanie. Czasem mogą nas całkowicie pochłonąć, sprawić, że skupimy się wyłącznie na sobie. I mamy do tego prawo, ale w takim momencie trudno być dobrym przewodnikiem dla młodego człowieka, dlatego być może nie jest to najlepszy czas na rozmowę. Jeśli jednak emocje nas nie zalewają i nie odbierają nam kontaktu z dzieckiem, to pokazanie ich nie jest niczym złym.
To, że głos nam się łamie albo że lecą nam łzy, jest po prostu ludzkie. Płacz od zawsze był ważnym sygnałem, informacją, że dzieje się coś trudnego i potrzebujemy wsparcia. Dzięki temu inni mogli podejść, otoczyć człowieka troską, pomóc.
Nie ma w tym nic wstydliwego. Jeśli ukrywamy emocje za wszelką cenę, wychowujemy dzieci, które same zaczynają się ich wstydzić.
Co dzieje się w psychice młodego człowieka, kiedy po raz pierwszy doświadcza nieodwracalności straty?
To chyba jedno z najtrudniejszych doświadczeń egzystencjalnych – odkrycie, że wszystko przemija i że pewne rzeczy kończą się bezpowrotnie. Doświadczenie nieodwracalności straty najmocniej wiąże się ze śmiercią, której zaczynamy się bać, bo przecież nie wiemy, co jest „po drugiej stronie”.
Mam poczucie, że utraciliśmy dziś umiejętność opowiadania o śmierci w inny sposób niż wyłącznie jako o tragedii. Oczywiście dla tych, którzy zostają, śmierć jest dramatem. Ale paradoksalnie to właśnie świadomość przemijania pomaga nam zrozumieć, co jest naprawdę ważne.
Stoicy mieli zwyczaj zadawać swoim uczniom pytanie: „Gdyby to był ostatni dzień twojego życia, co byś zrobił?”. I nagle ta perspektywa wszystko zmienia, bo jeśli wiem, że czas jest ograniczony, zaczynam wybierać uważniej, bardziej świadomie, bliżej swoich wartości. Myślę też, że to właśnie kruchość życia czyni je pięknym. Kiedy uświadamiam sobie, że być może ostatni raz oglądam zachód słońca, zaczynam naprawdę go widzieć. Gdybyśmy żyli wiecznie i mieli dostęp do wszystkiego bez końca, niczym wampiry z filmu „Tylko kochankowie przeżyją” Jima Jarmuscha, wiele rzeczy po prostu przestałoby nas poruszać. Dlatego opowieść o przemijaniu jest jednocześnie przerażająca i piękna. Strata, nawet ta nieodwracalna, nie musi być wyłącznie rozdzierającym bólem, może być także śladem czegoś ważnego, co naprawdę przeżyliśmy. Warto to sobie przypominać na każdym etapie życia.
Co jeszcze pomaga nam zdrowo przeżywać stratę, a co może ten proces utrudniać?
Oczywiście istnieją różne sposoby regulowania emocji czy chwilowego odcięcia się od nich – można się rozproszyć, zagłuszyć napięcie, zamrozić ciało czy uwagę. Ale jeśli mówimy o naprawdę zdrowym przeżywaniu straty, to kluczowe jest właśnie przyjęcie tego, co się w nas pojawia, zamiast ciągłego unikania. Bo kiedy akceptuję własny smutek, lęk czy złość, mogę ich doświadczyć i stopniowo odzyskać kontakt także z innymi emocjami. Natomiast kiedy próbuję za wszelką cenę czegoś nie czuć, bardzo często tylko wzmacniam to doświadczenie.
To dobrze widać w prostych komunikatach, które często słyszymy, na przykład: „Nie bój się”. Intencja bywa dobra, ale sam komunikat paradoksalnie kieruje naszą uwagę właśnie na strach. A zatem im bardziej próbujemy coś od siebie odepchnąć, tym mocniej to wraca.
Dlatego najbardziej pomaga nam obecność kogoś, kto nie próbuje naszych emocji naprawiać ani uciszać, tylko daje im prawo do przeżywania. Kto potrafi powiedzieć: „Rozumiem, że to boli” zamiast: „Przestań tak się czuć”. Jeżeli dorośli zawstydzają nas za przeżywanie emocji: „Nie dramatyzuj, inni mają gorzej”, każą nam je tłumić i traktują jako problem, którego trzeba się jak najszybciej pozbyć, to utrudniają przeżywanie straty.
Często bronimy się przed smutkiem, który pojawia się po stracie, z obawy, że jeśli go do siebie dopuścimy, może się rozgościć w naszym życiu i stać się trwałym cierpieniem.
Kiedy przeżywamy silne, nieprzyjemne emocje, często towarzyszy nam błędne przekonanie, że będą one trwały wiecznie. A jeśli w to uwierzymy, samo doświadczenie emocji staje się jeszcze bardziej przerażające i wyczerpujące. Tymczasem emocje z natury przemijają.
Nie można na zawsze utknąć w smutku. Nawet żałoba po śmierci kogoś bliskiego nie jest stanem stałym i niezmiennym. To nie jest jednolity, nieprzerwany smutek. Emocje falują – czasem człowieka zalewają, a czasem na moment odpuszczają i pozwalają wrócić do codzienności.
Ludzie często mają sobie za złe, że w trakcie żałoby nagle się uśmiechnęli, roześmiali z czyjegoś dowcipu albo na chwilę poczuli spokój. Pojawia się wtedy myśl: „Jak mogłem się śmiać, skoro cierpię?”. A przecież to nie oznacza, że kochało się niewystarczająco albo że źle przeżywa się żałobę. Właśnie ta zmienność jest czymś bardzo ludzkim i naturalnym.
Tym, co może zamrozić nasze przeżywanie emocji, wyolbrzymić je, jest uporczywe ich unikanie. Steven C. Hayes, jeden z twórców terapii akceptacji i zaangażowania, opowiadał, że w dzieciństwie miał powracający koszmar: śniło mu się, że goni go potwór. Budził się z krzykiem i ogromnym lękiem. Koszmar skończył się dopiero wtedy, gdy podczas jednego ze snów postanowił się odwrócić, spojrzeć potworowi w twarz i wyjść mu naprzeciw. Myślę, że podobnie jest z naszym smutkiem. Warto się czasem zatrzymać i naprawdę go zobaczyć, bo emocje bardzo dużo nam mówią. I nawet w smutku można odnaleźć coś ważnego, a nawet pięknego.
Czasem nie jesteśmy w stanie nazwać tego, co czujemy po stracie, tak jakby to doświadczenie jakoś nas blokowało, zamrażało, jakbyśmy sami nie wiedzieli, co się z nami dzieje. Skąd ta reakcja?
Tak zazwyczaj reagujemy na te najważniejsze, nieodwracalne straty, czyli śmierć bliskich osób. Filozof Ludwig Wittgenstein powiedział, że śmierć nie jest zdarzeniem w świecie, jest końcem świata. Gdy umieram, mój świat dosłownie się kończy. Ale też gdy umierają nasi bliscy, tracimy tak ważny punkt odniesienia – naszych myśli, zachowań, emocji – że nie umiemy opisać nowej rzeczywistości; jakiś świat definitywnie się kończy. Musimy poniekąd od nowa budować swoją codzienność. Nauczenie się funkcjonowania w niej i opowiadania o tym, co jest, bez nieustannego odnoszenia się do tego, co było, wymaga czasu.
Często wydaje nam się, że lepiej byśmy przeżywali ważne dla nas straty, gdybyśmy mogli się do nich przygotować. To prawda?
Już Seneka pisał, że nie warto wychodzić nieszczęściu naprzeciw, bo kiedy ono rzeczywiście nadejdzie, i tak dotknie nas wystarczająco boleśnie. Jeśli próbuję zawczasu żyć przyszłym cierpieniem, to w pewnym sensie przeżywam je dwa razy: najpierw w wyobraźni, kiedy jeszcze nic się nie wydarzyło, a potem naprawdę, kiedy strata staje się faktem. I nawet jeśli wcześniej wielokrotnie wyobrażałem sobie ten moment, rzeczywiste emocje i tak przychodzą, często równie silne, a czasem nawet głębsze. Nie da się ich zneutralizować samym myśleniem o nich.
Oczywiście są sytuacje, kiedy człowiek żyje w świecie pełnym ciągłego zagrożenia, strat i niezaspokojonych podstawowych potrzeb. Wtedy może dojść do pewnego emocjonalnego odrętwienia – człowiek kamienieje, przestaje odczuwać tak intensywnie, bo inaczej nie byłby w stanie przetrwać. Ale to nie jest przygotowanie na stratę.
To raczej mechanizm obronny organizmu i psychiki. Jeśli jednak nie żyjemy w tak ekstremalnych warunkach, to pewnych rzeczy po prostu nie da się oswoić wcześniej.
A co się dzieje, kiedy zderzamy się z niezrozumieniem czy bagatelizowaniem ważnych dla nas strat?
Gdy czuję wielki ból, chce mi się płakać i nagle ktoś, kto jest dla mnie ważny, przychodzi i mówi, że to nieprawda, że przesadzam, nie ma za czym rozpaczać, bo takie rzeczy po prostu się zdarzają – to na jakimś bardzo podstawowym poziomie przestaję sobie wierzyć. Oczywiście prawdą jest, że straty są częścią życia i trzeba się z nimi mierzyć.
Problem pojawia się jednak wtedy, gdy nasze doświadczenie zostaje unieważnione. W takiej sytuacji człowiek zaczyna myśleć: „Może moje emocje są niewłaściwe? Może coś jest ze mną nie tak?”. I później często albo odcina się od emocji, albo próbuje je zagłuszać – na przykład ciągłym rozpraszaniem się telefonem czy budowaniem pozornej twardości.
Wielu dorosłych potrafi opowiadać o bardzo bolesnych wydarzeniach ze swojego życia z uśmiechem, jakby nic się nie stało – to właśnie efekt nauczenia się, że okazywanie słabości jest czymś niewłaściwym. A kiedy tracimy kontakt z własnymi emocjami, tracimy też kontakt z tym, co jest dla nas naprawdę ważne, bo emocje są drogowskazem wartości. Jeśli cierpię po stracie chomika czy rybki, to znaczy, że ta więź była prawdziwa. Na przykład dla młodych ludzi, którzy mają trudności w relacjach z rówieśnikami, zwierzęta często stają się najważniejszym źródłem bliskości i bezpieczeństwa. Dlatego wyśmiewanie takiej straty jest nie tylko brakiem empatii, ale też pewnego rodzaju ślepotą moralną – niezauważaniem, jak bardzo można zranić drugiego człowieka swoim lekceważeniem.
Są też takie straty, które społecznie i kulturowo maskujemy zyskiem, jak utrata wyłączności w relacji z bliskimi po narodzinach rodzeństwa czy utrata dawnego siebie po ślubie, narodzinach dziecka, emigracji albo awansie zawodowym. Jak takie nienazwane straty wpływają na nasze emocje i relację z samym sobą, skoro otoczenie każe nam widzieć w nich coś dobrego?
Takie ukryte albo społecznie nienazwane straty często są trudniejsze do przeżycia właśnie dlatego, że formalnie nic złego się nie wydarzyło – przeciwnie, otoczenie mówi: „Powinieneś się cieszyć”. Człowiek zostaje wtedy sam ze swoim ambiwalentnym doświadczeniem.
Niestety, mamy kulturowy problem z edukacją emocjonalną, przez to wciąż trudno nam przyjąć, że można jednocześnie przeżywać bardzo różne, nawet sprzeczne uczucia. Dziecko może być zaciekawione i podekscytowane pojawieniem się rodzeństwa, a jednocześnie odczuwać złość, żal czy lęk.
To wszystko przeżywamy równocześnie, natomiast ludzie często chcieliby prostych emocji: albo radość, albo smutek. A przecież nasz wewnętrzny krajobraz jest dużo bardziej skomplikowany. Mogę kochać swojego partnera i jednocześnie przeżywać utratę dawnej wolności. Im lepiej rozumiemy te pozornie sprzeczne emocje, tym lepiej rozumiemy samych siebie.
Czy można powiedzieć, że sposób, w jaki przeżywamy te pierwsze straty, i to, jakie otrzymujemy wtedy wsparcie, wpływa później na to, jak radzimy sobie ze stratami w ogóle?
Z jednej strony uczymy się tego przez całe życie, z drugiej jednak wydaje się, że doświadczenia z dzieciństwa i wczesnej młodości są szczególnie ważne. Po pierwsze, dlatego, że bardzo często powtarzamy wyuczone wtedy sposoby reagowania i z czasem one się utrwalają.
Po drugie, właśnie w dzieciństwie i adolescencji jesteśmy najbardziej podatni na uczenie się relacji, emocji i sposobów radzenia sobie z trudnymi doświadczeniami. To, co wtedy przyswoimy, ma więc ogromny wpływ na nasze dorosłe życie.
Oczywiście później możemy nabywać nowe sposoby przeżywania i reagowania – terapia, bliskie relacje czy własne doświadczenia mogą wiele zmienić, ale wcześniejszych wzorców nie da się wymazać ani zapomnieć. One zostają z nami i w jakimś stopniu zawsze współtworzą to, kim jesteśmy.
Zdarza się, że straty, których nigdy naprawdę nie przeżyliśmy – bo nie mieliśmy na to przestrzeni albo nie rozumieliśmy jeszcze, że coś utraciliśmy – wracają do nas po latach. Jak rozpoznać, że za naszymi dzisiejszymi emocjami czy reakcjami może stać właśnie taka dawna nieprzeżyta strata?
W dużej mierze chodzi o próbę rozróżnienia: czy moja reakcja emocjonalna rzeczywiście wynika z tego, co dzieje się tu i teraz, czy może została uruchomiona przez jakieś dawne doświadczenie albo wspomnienie, które ta sytuacja poruszyła. Jeśli tego nie rozpoznajemy, nasze reakcje mogą wydawać się nieadekwatne. Zachowujemy się wtedy tak, jakbyśmy nadal tkwili w przeszłości – reagujemy emocjonalnie na dawne doświadczenie, choć obecna rzeczywistość wcale tego nie wymaga. Dlatego tak ważne jest pozwolenie sobie na stratę. A to w praktyce często oznacza zbudowanie własnej opowieści o niej – nadanie jej miejsca i znaczenia w swojej historii. Kiedy stworzę już taką opowieść, łatwiej mi oddzielić przeszłość od teraźniejszości.
Mamy naturalną skłonność do nadawania sensu różnym stratom w naszym życiu – tłumaczenia ich sobie, wpisywania w jakąś większą historię. Czy to jest mechanizm obronny? Nie lepiej sobie po prostu powiedzieć, że tak się stało?
Można przyjąć radykalną egzystencjalną perspektywę i uznać, że wydarzenia, które nas spotykają, po prostu się dzieją, ale świat staje się wtedy bardzo chłodny i bezduszny. Dlatego tak uparcie szukamy sensu tego, co nam się przytrafia. Już stoicy proponowali, by wyobrazić sobie, że historia świata – od wielkiego wybuchu, przez ewolucję, losy twoich przodków, spotkanie twoich dziadków i rodziców – prowadziła właśnie do tego momentu, w którym jesteś teraz. Taka perspektywa może nadawać doświadczeniu sens, bo mówimy wtedy o losie, przeznaczeniu, opatrzności. Myślę, że nie ma nic złego w takim myśleniu.
Czas leczy czy tylko zmienia formę naszej relacji ze stratą?
Nie czas, ale nasze relacje z emocjami, wspomnieniami i własnym doświadczeniem wydają się kluczowe. Pytanie brzmi, jak odnoszę się do tego, co dzieje się we mnie. Czy reaguję na swoje emocje z lękiem i poczuciem zagrożenia? Czy traktuję je jak niepodważalną prawdę o sobie i świecie? Czy jednak potrafię zobaczyć je jako pewne doświadczenie, myśl, perspektywę, która się pojawia i przemija? To właśnie nad relacją do własnego życia psychicznego pracujemy w psychoterapii. Nie po to, żeby człowiek przestał odczuwać lęk, ból czy smutek. Wręcz przeciwnie. Często mówię pacjentom: „Dobrze, że je przeżywasz, bo to znaczy, że coś ważnego w tobie nadal żyje i reaguje”. Próba polega na tym, by zmienić stosunek do tych emocji. Przestać traktować je jako coś groźnego, co może skomplikować nasze życie. One raczej wskazują, co czyni je wartym przeżycia.
Konrad Ambroziak, dr n. hum., semiotyk, filozof społeczny, terapeuta kontekstualny, superwizor. Pracuje z osobami nastoletnimi, młodymi dorosłymi, osobami, które doznały przemocy. Prezes Fundacji PsychoEdukacja promującej kontekstualny behawioryzm w edukacji.
„MŁODE GŁOWY. Otwarcie o zdrowiu psychicznym” to projekt edukacyjny Fundacji UNAWEZA Martyny Wojciechowskiej. Skierowany jest do młodych osób, ich rodziców i nauczycieli. Bezpłatny program profilaktyczny realizowany w ramach projektu obejmuje zasięgiem już ponad milion osób w całej Polsce. Obecnie działania koncentrują się na edukacji w zakresie Pierwszej Pomocy dla Zdrowia Psychicznego. Więcej informacji: helppp.pl oraz mlodeglowy.pl.