fbpx

Mała apokalipsa: Lao Che, „Soundtrack”

Lao Che, „Soundtrack”
mat. prasowe

Choć nie tak przebojowa jak starsze dokonania, nowa płyta Lao Che to wyraz nieczęsto spotykanej dojrzałości.

Lao Che, „Soundtrack”
mat. prasowe

Historia Lao Che to cichy debiut i bardzo znana druga płyta pt. „Powstanie Warszawskie”, inspirowana tytułowym zrywem we wzruszający, bynajmniej nie pompatyczny sposób, odwołująca się do tragicznych dni 1944 roku. Od 2005 roku album został przemielony i przewałkowany na wszystkie strony. Mocno eksploatowały go szczególnie władze Warszawy przy każdej powstańczej okazji, świętując w ten sposób – to już cytat z nowej płyty – „legendarne w tych stronach umartwianie”. „Gospel” i „Prąd stały / Prąd zmienny” tylko ugruntowały pozycję Lao Che na krajowej scenie.

Teraz płocczanie wracają z „Soundtrackiem” – płytą najtrudniejszą w odsłuchu, nie tak przebojową, „upiorną upiornie” szczególnie dla radiowców. Wygląda na to, że muzycy nie są zainteresowani udowadnianiem czegokolwiek – z dziewięciu dłuższych niż zwykle utworów (pomińmy otwierające płytę zestawienie odgłosów londyńskiego metra) tylko singlowy „Zombi!” zostaje w głowie już po pierwszym przesłuchaniu. Pozostałe to wyzwanie – z gatunku tych, które wynagradzają cierpliwość. Hubert „Spięty” Dobaczewski wciąż jest jednym z lepszych tekściarzy w kraju. Wciąż pojedynkuje się na wersy z siłą wyższą. I choć niektóre z nich wyśpiewuje tonem niemal hiobowym, to jednak wchodząc w buty filozofa, stawia pytania bardzo współczesne, doczesne. „Ten wiatr jest jakiś nietutejszy, nie idzie z nim się ułożyć” – przekonuje w zamykającym płytę, chyba najciekawszym, najdojrzalszym na niej utworze „Idzie wiatr”. „Liść na liściu nie zostanie po całym tym szajsie ”. I już wiemy, że nie tylko zombie wieszczą tu koniec świata.

Lao Che, „Soundtrack”, Mystic

ZAMÓW

E-WYDANIE

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>