Małgorzata Rejmer: Przepraszam, muszę już iść

Rejmer: Florencja
123rf.com

Jak każdej osobie z instynktem samozachowawczym, włącza mi się czasem tryb „uciekaj stąd”. W środku mojej głowy stoi katapulta, muszę się regularnie wystrzeliwać w jakieś gdzie indziej, żeby chcieć wracać do świata, w którym żyję. Jestem jak stojąca woda z Williama Blake’a, jeśli pozostaję w tym samym w miejscu, w mój organizm wlewa się trucizna. Gdzieś z tyłu głowy tkwi to samo zdanie: Przepraszam, muszę już iść.
Nigdy nie chciałam jechać do Włoch. Mój chłopak mówił Rzym, ja mówiłam Ryga. Sycylia – negocjował on, Czarnogóra – odpowiadałam. Ale na bilet do Florencji sama pokazałam palcem, że tam chcę, natychmiast. Florencja była moim gdziekolwiek, w cenie jednej wizyty u psychoterapeuty. Znajomi zaraz podrzucili sześć książek o Toskanii, nie zbliżałam się do nich. Mój chłopak raportował, że w latach 70. i 80. zostało zamordowanych trzynaście par, uprawiających seks na wzgórzach okalających Florencję. I że w latach 90. pod Uffizi wybuchła bomba, która zabiła kilkunastu turystów. To pozwoliło mi się oswoić z Florencją. We Florencji jest zło, a więc to miasto istnieje.

I cóż mogę powiedzieć o Florencji. Cała jest żółta, pomarańczowa, zielona, bardzo udane miasto. W ścianie budynku, który mijałam codziennie, stał zamknięty za szkłem, umęczony strzałami święty Sebastian. Polubiłam go. Również Pakistańczyka z pobliskiego sklepu monopolowego, który po paru wizytach wołał zza lady „cześć”, gdy mijałam jego sklep na ulicy. Polubiłam rzemieślników, którzy heblowali stoły w otwartych drzwiach swoich zakładów albo kroili materiały rozłożone na podłodze. Były w nich spokój, miarowość i pewność.

Ja także czułam spokój, pijąc ze znajomymi wino na schodach kościoła przy Piazza San Sprito. Zapadła noc. Nieopodal, przy koszu na śmieci, leżała sterta rozwłóczonych opakowań po pizzy z pobliskiej pizzerii. Przy tej stercie pojawił się mężczyzna w czarnej marynarce, w kaszkiecie na głowie, i jedna po drugiej, zaczął otwierać pudełka, szukając resztek. Kucał tuż obok nas. Patrzyłam, jak po kolei podnosi pokrywki i żegna się z nadzieją. Po chwili leżała wokół niego sterta pudeł, a on stał pochylony nad nimi, król śmietnikowego chaosu. I wtedy zobaczyłam, że układa puste pudełka z powrotem, jedno na drugim, w równą, kwadratową wieżę, opartą o kosz. W jednej chwili chaos zamienił się w porządek.

– Do you want some wine? – zapytałam. Pokiwał głową. Usiadł koło nas.
– Where are you from – zapytałam znowu.
– From Poland – odpowiedział.
– Aha – powiedziałam. My też.

Przyjechał z Warszawy. Opowiadał, że najlepiej zna się z Murzynami, którzy przyjeżdżają z Afryki i natychmiast się rozpijają. Muzułmanie też strasznie rozpijają się we Florencji. Wszyscy się tu rozpijają, powiedział.

Florencja, mówił on, jest świetnym miastem, bo jak śpisz w śpiworze na ulicy i pada deszcz, to rano rozwieszasz go na byle czym i w południe jest już suchy. Więc spoko. Przy kościele dają jeść. Kiedyś było lepiej, ale teraz przyszedł kryzys i jest jak jest.

Na twarzy miał wypisane, że nie jest dobrze. Na całkiem eleganckim, jak na lumpa, ubraniu – że kiedyś było lepiej. Wypił drugą szklankę wina.

– Zaraz znowu w drogę – powiedział.

Florencja jest fajna, ale już mu się znudziła. Pojedzie nad morze, pobuja się tam trochę. Potem dalej, gdzie indziej. Dokądkolwiek. Byle nie do Polski. W Polsce mu się nudzi, a jechać można wszędzie.

– Przepraszam, muszę już iść – powiedział, i zaraz zniknął za winklem.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze